Szklarska Poręba - reminiscencje - Mumlavsky Vodopad, Harrachov, Vosecka Bouda
Spis treści
Mumlavsky Vodopad, Harrachov, Vosecka Bouda
Kolejny dzień rozpoczynamy od wspólnego śniadania, po czym zbieramy się przy autobusie. Dziś wyruszamy do Harrachova. To niewielkie, kilkutysięczne miasteczko położone tuż za czeską granicą, kilka kilometrów od Szklarskiej Poręby. Nasz kierowca ma już wprawę w wjeżdżaniu i wyjeżdżaniu z hotelu, a sprawa wcale nie jest taka prosta, jak by się mogło wydawać. Zamiast prosto zjechać na drogę, trzeba objechać osiedle dokoła, bo inaczej… zresztą, kto był, ten wie. Wykręcamy więc po wąskich uliczkach, to pod górę, to w dół, w lewo, w prawo, aż wyjeżdżamy na główną ulicę i jedziemy ku granicy. Mijamy Hutę Julia, po czym wjeżdżamy w las, w którym czeka nas seria serpentyn i stromy podjazd. Droga jednak krajowa, więc utrzymana w dobrym stanie i wspinamy się ku Jakuszycom. Z przodu siedzi przewodnik Jan i opowiada, aż miło słuchać.
Wkrótce przejeżdżamy granicę i Jan automatycznie przełącza się na czeski. W tym języku 30% słów jest takich samych, jak w polskim, 30% jest podobnych, ale które znaczą co innego i 40% takich, których nikt nie rozumie. Wydaje się, że głównie słuchamy tych ostatnich. Po chwili konsternacji wracamy jednak do języka polskiego i wszystko wraca do normy. Z Jakuszyc zjeżdżamy do Harrachova. Harrachov to piękne miasteczko rozciągające się wzdłuż jednej ulicy, choć nie tak prostej, jak w Zawadzkiem, bo skojarzenie nasuwa się samo, położone niespełna 4 km od polskiej granicy. Pięknie położone u stóp Czarciej Góry. Na jej stokach ulokowano kompleks skoczni narciarskich: K 40, K 70, K 90. Największe: K 120 i mamucią zbudowano w latach 1978-1983. Właśnie na nich święcili triumfy - Frantisek Vaculik, Roman Koudelka, Adam Małysz czy Matti Hautamaeki , który ustanowił rekord obiektu 214,5m.
Znajduje się tutaj także szkoła skoczków narciarskich Pavla Ploca, znanego czeskiego skoczka. Oprócz tego znajduje się tutaj 7 km narciarskich tras zjazdowych. Miejscowość znana jest także z huty szkła oraz muzeum. Huta pracuje do dziś i to właśnie ją między innymi będziemy zwiedzać.
Na razie jednak jedziemy wzdłuż Harrachova na drugi jego koniec, skąd wyruszamy na Mumlawsky Vodopad. To niezbyt wielki wodospad, o wysokości niecałe 10 metrów, ale inny od wszystkich. Rozlewa się szerokim spadem po kamiennym korycie, tworząc na spodzie dwa duże i głębokie kotły eworsyjne. Sama rzeczka jest równie ciekawa i malownicza. Na dnie zalegają duże, jednolite skały tworzące jakby naturalną posadzę, po której przelewa się woda. Można spokojnie po niej spacerować bez obawy, że poranimy nogi. Uważać tylko trzeba na głębokie zagłębienia, które co raz się w niej pojawiają. Całość wygląda, jakby ktoś wylał ogromną beczkę płynnego betonu i zapomniał wyrównać. Podchodzimy pod wodospad, przewodnik Jan zatrzymuje grupę i podziwiamy to cudo natury. Poniżej wodospadu wiedzie kładka, z której doskonale go widać.
Po obejrzeniu wodospadu grupa się rozdziela. Pan Jan zabiera turystów „miastowych” do Harrachova, by pokazać im, co tam jest ciekawego. Wycieczka rusza lasem do miasta wzdłuż Mumlavy. Tam przechodzimy pod kompleks skoczni narciarskich. Jest ich osiem. Miasteczko jest ładne, a w oczy rzuca się jedna, duża różnica w porównaniu do miejscowości po polskiej stronie. U nas królują, a przynajmniej zaczynają królować duże kompleksy wypoczynkowe, gigantyczne hotele, resorty, które wypierają rodzimą, górską zabudowę. Widać to doskonale w Szklarskiej Porębie i Karpaczu. W Harrachovie, jak i w innych czeskich miejscowościach do dziś przeważa tradycyjna zabudowa, pojedyncze domki i małe ośrodki, co tworzy bardziej rodzinną atmosferę. Spacerujemy wśród takich domków, pod skocznią oglądamy kompleks wypoczynkowy, aż w końcu przechodzimy do muzeum i huty szkła. Jest to jedna z nielicznych hut, która jest czynna do dziś. Mamy okazję na żywo obejrzeć, jak wygląda proces produkcji szkła. Obok znajduje się muzeum, w którym możemy zapoznać się z wyrobami miejscowej huty.
Przewodnik opowiada o czasach świetności czeskich skoczków narciarskich, które niestety obecnie już są historią. Silne wiatry, błędy konstrukcyjne, kwaśne deszcze, które niszczyły okoliczne lasy spowodowały zamknięcie największych skoczni. Obecne władze kładą większy nacisk na rozwój tras narciarskich, rowerowych, kortów tenisowych, boisk, które są wykorzystywane nie tylko przez turystów ale i przez szkoły w ramach lekcji wychowania fizycznego. W szkole podstawowej dzieci mają po 7 godzin w-f!!! Kładzie się duży nacisk na wychowanie zdrowych, sprawnych młodych ludzi.
Nasza grupa po przejściu u podnóży skoczni kieruje się do centrum miasteczka, gdzie ogląda ciekawą kapliczkę świętej Elżbiety z ołtarzem z weneckiego szkła i niewielką dzwonnicą ze szklanym 11 kg dzwonem. Drewniane serce bije rzadko, tylko przy pochówku mistrzów szklarskich z pobliskiej huty szkła.
Huta szkła Novosad & Syn jest wyjątkowym miejscem, w którym poznajemy szklarskie rzemiosło na własne oczy. W tej najstarszej w Czechach hucie działającej od 1712 roku oglądamy dawne metody produkcji szklanych przedmiotów. Na jednej zmianie załoga wykonuje np. 300 pięknych kieliszków. W ponad stuletniej szlifierni na jednej turbinie wodnej dzięki pasowi transmisyjnemu pracuje kilka maszyn. Wzory wykorzystywane przez grawerów mają ponad sto lat.
W części muzealnej zachwycają nas żyrandole, karafki, patery, wazy i kielichy. Kryształy, szklane bibeloty nadal są ponadczasowym wyznacznikiem zamożności i elegancji, znajdują nabywców z wielu krajów świata.
Zwiedzanie kończymy w restauracji serwującej znakomite własne piwo - lager Frantisek, ciemne piwo Certak i kilka czeskich przysmaków. Na terenie huty i browaru można skorzystać z „kąpieli piwnych” w ramach tutejszego spa - niestety zabrakło na to czasu…
Harrachow ma jeszcze kilka innych atrakcji, które warto zobaczyć w czasie kolejnych wypraw. Są to: Muzeum Górnictwa i Sztolnia, Edukacyjna Ścieżka Pszczela, Leśna Kolejka, Harrachowska Kolejka Grawitacyjna, ścieżki lub wyciąg na Diabelską Górę. Maleńkie, mające około 1400 mieszkańców miasteczko, łączy bogactwo przyrody, kultury i historii, warto było je odwiedzić.
Druga grupa spod Wodospadu Mumlawy rusza swoim szlakiem w kierunku Voseckiej Boudy. Idziemy pod prąd Mumlawy i ze zdumieniem odkrywamy, że obejrzany przed chwilą wodospad to zaledwie jeden z kilku powyżej. Co prawda największy, ale idąc w górę rzeki co chwilę spotykamy kolejne stopnie wodne, a dno rzeki cały czas „wylane” jest granitowym betonem. Co kilka metrów pokazują się ciekawe i zachęcające tarasy, na które wchodzimy patrząc, jak woda opływa je z boku. Na jednym z nich grupa postanawia zaśpiewać kierownikowi trasy „Sto lat”, ale ten akurat nie chce podejść i zostaje na drodze. Nie daje się wciągnąć, uparty jak osioł i w końcu wszyscy podchodzą pod pobliskie drzewa i spośród nich zaczynają intonować urodzinową piosenkę. Na koniec Hania wręcza bukiet świeżo zerwanych kwiatków.
Droga wiedzie w górę rzeki, przypomina wejście na Morskie Oko, też asfaltowa, też długa, ale są dwie zasadnicze różnice: po pierwsze, nie ma ludzi, a po drugie, nie ma koni. Ludzi owszem, czasem się mija, ale tylko czasem, na Morskim Oku są tłumy, przez które przyroda schodzi na drugi plan. Tutaj przyroda jest na piedestale, a jej dominacji dopełnia szumiąca z boku Mumlawa.
Po jakichś pięciu kilometrach dochodzimy do rozdroża, na którym stoi sympatyczna budka Krakonosova Snidane. Można tu usiąść, wypić piwo, zjeść ciastko, można też przybić pieczątkę do książeczki, a to wszystko wśród szumiących wokół drzew i kwiatów. Tak też robimy. Siadamy zachęceni jedną wolną ławeczką. Stąd do Voseckiej Boudy jest już niecałe 2 kilometry, ale droga zaczyna się piąć pod górę. Maszerując nucimy nasz wycieczkowy szlagier, Heidi. Nie wychodzi chyba zbyt dobrze, więc szybko pasujemy. Asfalt wnet się kończy. Jesteśmy coraz wyżej. Trasą tą jeździ dużo rowerów, co rusz nas mijają, raz w górę, raz w dół. Drzewa ponownie robią się coraz mniejsze, wkrótce wychodzimy na polanę, na końcu której widać dach schroniska. Vosecka Bouda. Jesteśmy na miejscu. Wchodzimy do środka, tam sporo ludzi, ale dwa stoliki akurat się zwalniają, w sam raz dla nas. Zajmujemy miejsca i zaglądamy do karty dań. Obiecane mieliśmy tu czeskie knedliki na słodko, ze śmietaną i jagodami – specjalność tutejszego schroniska. Takie też zamawiamy, choć niektórzy decydują się na knedliki z gulaszem. Zasiadamy do stołu i zabieramy się do, jakby nie było, obiadu.
W schronisku panuje przyjazna, niemal rodzinna atmosfera. Przypomina raczej duży dom z dużym salonem. Czujesz się tutaj, jak u siebie w domu. Można płacić w złotówkach. To wygodne rozwiązanie dla tych, którzy nie wymienili koron. Obsługa miła, a przede wszystkim nie ma tłumów, tak wszechobecnych w schroniskach po polskiej stronie. Jak Czesi to robią, do dziś nie wie nikt, ale robią to świetnie. Dopiero tutaj można spokojnie odpocząć. Nikt nie brzęczy nad głową, nikt się nie przepycha do kolejki, nikt nie potyka o położony plecak.
W Voseckiej Boudzie schodzi nam coś koło godziny. Wzmocnieni knedlikami wychodzimy na dwór i ruszamy w stronę granicy. Droga pnie się dość ostro do góry, teraz idziemy w kosodrzewinie. Po chwili się wypłaszcza i po prawej stronie pokazuje się Twarożnik. Znamy już go, wczoraj tam byliśmy, wszyscy poznają, jesteśmy wszak od wczoraj wytrawnymi karkonoskimi turystami i sporo już wiemy. Kilka kroków dalej po lewej wyłania się Szrenica. Też poznajemy. To my tu jesteśmy? Naprawdę? Tak, tutaj! Ale żeby to docenić, wczoraj musieliśmy przejść główny szlak sudecki.
Dochodzimy do granicy. Też poznajemy, jeszcze nasze ślady ze wczoraj do końca nie wywietrzały. Skręcamy na Mokrą Przełęcz, a tu kolejna niespodzianka – spotykamy grupę, która wjechała na Szrenicę wyciągiem. Wszystko poszło tak sprawnie, że na górze niektórzy zdecydowali się przejść aż na Śnieżne Kotły. Wśród nich kierownik całej wycieczki. I właśnie wracają. Świat nie jest jednak tak duży, jak mogłoby się wydawać. Uwieczniamy nasze spotkanie na fotografii i rozchodzimy się. Kierownik ze swoją ekipą zmierza na Szrenicę, gdzie łapie ostatni wyciąg i zjeżdża do Szklarskiej Poręby. Wyobrażacie sobie? Ostatni zjazd ze Szrenicy jest o czwartej po południu. W pełni sezonu turystycznego. My zaś skręcamy w lewo i zielonym szlakiem schodzimy do Schroniska pod Łabskim Szczytem. Tego samego, co wczoraj. Nie udało się ominąć tego miejsca, ale przecież schodzi się tutaj aż 6 szlaków, więc nie da się go ominąć. Już wiemy, że będzie tu mnóstwo ludzi, wiemy, że będzie długa kolejka, więc nawet nic nie kupujemy, tylko siadamy na ławce przed wejściem, regenerujemy siły i zabieramy się do zejścia.
Dziś schodzimy niebieskim szlakiem. Wiedzie on od razu przez las i jest zupełnie inny od wczorajszego. Po zejściu zgodnie stwierdzamy, że idzie się nim lepiej, niż żółtym. Po drodze zatrzymujemy się przy strumyku na granicy Parku Narodowego i moczymy stopy w zimnej wodzie. Najpierw trochę nieśmiało, ale stopniowo przyłączają się inni aż wreszcie zajmujemy cały strumyk. Zimna woda, naprawdę zimna, lodowata niemal bardzo szybko poprawia krążenie i nogi stają się jak nowe. Mamy nowe siły do dalszej wędrówki. Schodzimy sprawnie dalej i w końcu wypadamy w Szklarskiej Porębie. Znów mamy do przejścia całe miasto, ale dziś już wiemy, gdzie co i jak. Wieczorem meldujemy się w hotelu i tak końca dobiega dzień trzeci.
