Szklarska Poręba - reminiscencje

Ireneusz Ludwig, Mirosława Kądziołka, Iwona Smieszkol Utworzono .

Spis treści

DW SudetyCieplice

Dziś jedziemy do Szklarskiej Poręby, na podbój Karkonoszy. Nieco przez nas zapomnianych, trochę w cieniu innych wypraw, ale wspaniałych i pięknych gór. Zwykle nasze szlaki w tym czasie prowadziły w Tatry, tym razem wracamy w krainę Ducha Gór i jego królestwo. Autobus, jak zwykle, podjeżdża pod parking przy gminie, czeka już tu sporo ludzi, wszak miejsca w autobusie zajęte będą wszystkie. Pakujemy torby i walizki i zajmujemy miejsca, sprawdzamy listę, kto jest, kogo nie ma i w końcu wyjeżdżamy. Zawadzkie jeszcze śpi, piątkowy poranek, rześkie powietrze, huta już zamknięta, do sklepów jeszcze czas, na ulicy tylko my i kilka przypadkowych aut. Wyjeżdżamy naszym kolosem na ulicę Opolską i skręcamy w stronę przystanku na PKP. Dziś wszyscy wsiedli przy gminie i pewnie nikogo tam nie będzie, ale i tak dla pewności zaglądamy – nie ma nikogo. Ponownie wyjeżdżamy na główną ulicę i teraz jedziemy już prosto na Kolonowskie, tutaj przy kościele zabieramy kolejną grupkę turystów, a skład kompletujemy we Fosowskiem, gdzie naszą grupę odprawić w trasę osobiście pofatygował się nasz prezes. Chcemy prezesa zabrać ze sobą, jedno miejsce jeszcze znajdziemy, ale ten dziękuje i obiecuje, że będzie nas wspierał z domu. Ruszamy więc w drogę.

Autobus na wycieczce PTKK jak zwykle  - wesołyNa początku mijamy znajome lasy, zakręty, pola, mijamy Ozimek, potem Opole, za Opolem wpadamy na autostradę, nasz kierowca Waldek ustawia nogę na sto na godzinę i możemy podziwiać krajobraz. Teraz już bardziej nieznany, nieczęsto zapuszczamy się tak daleko, kilometry śmigają jeden za drugim, słońce wznosi się nad horyzontem, a osobówki migają pod oknami busa i nikną z przodu za podążającym sznurkiem blaszanych pudełek. Gdzie ci wszyscy ludzie jadą? Do Szklarskiej Poręby? Po lewej stronie zaczyna się wyłaniać charakterystyczne wzniesienie z charakterystycznym szpikulcem na szczycie – właśnie mijamy Ślężę, królową Dolnego Śląska. To od niej wzięła się nazwa Śląska. Majestatyczna góra przygląda się nam ciekawie, a mijać będziemy ją długo, jeszcze daleko za Wrocławiem będzie ją z tyłu widać, jak coraz bardziej znika za tylną szybą. CieplicePod Wrocławiem autostrada trochę się zagęszcza, ale katastrofy nie ma. Później owiany złą sławą odcinek do Kostomłotów, gdzie zjeżdżamy na Strzegom i Bolków. W Bolkowie mieliśmy oglądać zamek, ale ostatecznie stanęło na Cieplicach, więc tylko go mijamy i podziwiamy przesuwającą się za oknem starą zamkową wieżę. Droga zupełnie nie przypomina siebie sprzed dziesięciu lat. Gruntownie odnowiona, zyskała nowy, świetny asfalt, przy okazji pobudowano na niej obwodnice i większość miejscowości, w których traciło się sporo czasu na wąskich i zatłoczonych uliczkach, teraz po prostu się omija. Zwłaszcza Strzegom i Bolków mocno na tym zyskał. My też. Przed Jelenią Górą zmieniona trasa zupełnie omija uciążliwy Maciejów, o którym teraz nawet nikt nie wie, że go mijamy.
Cieplice - Park ZdrojowyI tak wjeżdżamy do byłej stolicy województwa. Kierowca skręca z obwodnicy, jedziemy w stronę dworca PKP, mijamy tory, a potem przebijamy się na drogę prowadzącą do Cieplic. Najpierw wzdłuż gęstej zabudowy, potem coraz luźniejszej i w końcu po szerokiej dwupasmówce zmierzamy do słynnego jeleniogórskiego uzdrowiska. W Cieplicach trafiamy na duży parking, na którym znajdujemy miejsce także dla autobusów. Parking, co warto podkreślić, darmowy, ale pewnie tylko dlatego, że zbudowany ze środków unijnych i nie minęło jeszcze pięć lat, w ciągu których nie można na nim pobierać opłat. Tak czy inaczej tutaj się zatrzymujemy i wysiadamy. Po tylu godzinach jazdy to naprawdę ulga. A wokół jeszcze ogromny niemal bór w środku miasta. To Park Zdrojowy, jedna z jego części, porośnięty wiekowymi drzewami, wymarzone miejsce do spacerów i odpoczynku, upstrzony miejscami do siedzenia, fontannami, kawiarniami, barami. Jakby tego mało było, od południa uśmiechają się Karkonosze, a dzisiaj widać je bardzo dobrze. I już jest fajnie.
Grupa rusza w kierunku śródmieścia. Śródmieście wita nas rewelacyjnie wyremontowanym deptakiem i fantastycznie odnowioną zabudową. Czyste, schludne kamienice zapraszają do spaceru. Z boku uśmiecha się budynek Uniwersytetu Wrocławskiego – Filia Jelenia Góra, studenta tu trudno uświadczyć, ale są przecież wakacje. Wycieczka rozsypuje się po rynku i spaceruje po kawiarenkach, restauracjach. Po drugiej stronie znajdujemy kantor – no właśnie, mieliśmy wymienić parę koron, które przydadzą się po drugiej stronie granicy. Tuż obok podziwiamy sanatorium, a za nim trafiamy na kościół św. Jana Chrzciciela. Zaglądamy do środka, ale ten, jak większość kościołów, zawłaszczony przez księży i niestety nie wejdziemy do środka. „Otwórzcie drzwi Chrystusowi” – pamiętacie, kto tak nawoływał? Może Chrystus też chciałby wyjść do nas, pospacerować po cieplickim rynku i przejść się Parkiem Zdrojowym? Zerkamy tylko przez szybę w drzwiach i idziemy do Muzeum Przyrodniczego, które mieści się na tyłach kościelnego kompleksu.
Cieplice - Muzeum PrzyrodniczeW muzeum podziwiamy fantastyczną kolekcję wypchanych zwierząt, ale te zupełnie nie wyglądają na wypchane. Spreparowane tak profesjonalnie, że masz wrażenie, że stoisz oko w oko z prawdziwym jeleniem, tygrysem, orłem, niedźwiedziem. Czujesz niemal ich oddech na twarzy, gdy z bliska im się przyjrzeć. Miła pani na wystawie opowiada o sztuce drzeworytu, wspomina o Gutenbergu, jego wynalazku, który odmienił świat i wprowadził kulturę i naukę pod strzechy, a robi to tak dobrze, że nie trzeba czekać na początek, w każdym momencie można wejść w jej opowieść i popłynąć razem z nią. Możemy dotknąć starych kartek, dowiadujemy się o różnych rodzajach papieru, o tym, jak kościół nawet walczył z nim swego czasu upatrując w nim zagrożenie. Mijamy przepiękną kolekcję motyli, możemy nawet poddać się testowi wiedzy na komputerowym ekranie. Wypadamy całkiem nieźle, na kilkanaście pytań dwóch nie trafiamy. Za drugim razem już wszystkie odpowiedzi są dobre.Słuchamy o sztuce drzeworytu W następnej sali wita nas ogromy struś. Taki struś jest większy od człowieka. Bardzo większy. I choć wygląda trochę nieporadnie, to jego duży, trójkątny dziób budzi respekt. Potem trafiamy na jesiotra. Niby wiemy, co to jesiotr, ale dopiero tutaj uświadamiamy sobie, że on też jest ogromny. Jak człowiek długi. Nie jakiś tam wyrośnięty karp czy coś, to poważna ryba. Na dodatek wygląda bardzo groźnie. W następnych salach czeka nas egzotyka. Nosorożec, ponoć biały, ale trudno to dostrzec, bo dopiero co wyszedł z mokradeł cały oblepiony błotem, potem słoń, indyjski, na pewno indyjski, bo ma małe uszy, w trawie czai się ogromna anakonda, a w następnym oknie wita nas bóbr. Tak, poczciwy, stary bóbr, zupełnie taki sam, jak w naszym kanale hutniczym. My też mamy takiego, można go spotkać między Zawadzkiem a Żędowicami – ten cieplicki wygląda dokładnie tak samo, może to nawet i ten sam, przyjechał tutaj specjalnie, by nas obejrzeć.
Całe muzeum robi naprawdę fantastyczne wrażenie, chodzić tu można i oglądać godzinami i nie sposób wymienić wszystkich eksponatów, ale wszystkie pochodzą z najwyższej półki i bilet wstępu do muzeum jest naprawdę wart swej ceny. Nie dziwota więc, że w pewnym momencie spostrzegamy, że kończy nam się czas. Trochę przeholowaliśmy, a godzina minęła w pięć minut. Z żalem więc kierujemy się do wyjścia i pędzimy przez Park Zdrojowy do autobusu. Po drodze mijamy hotel, w którym dwa lata temu nocowaliśmy podczas wycieczki do Karpacza i meldujemy się na miejscu na ostatnią minutę. Udało się, zdążyliśmy.
Do takiej scenerii Hania śpiewa "Heidi"Ruszamy w dalszą drogę. Teraz już Szklarska Poręba. Wyjeżdżamy z Cieplic i z boku pojawia się panorama Karkonoszy. Od Śnieżki, przez Mały Szyszak, Śnieżne Kotły i Łabski Szczyt po Szrenicę, u podnóża wyrasta kilka mniejszych wzniesień, a wśród nich Chojnik z odbijającym się w słońcu zamkiem. W autobusie nastaje pełna ekscytacji atmosfera. Jesteśmy już prawie na miejscu. Nasze góry już do nas się uśmiechają. To po nich będziemy jutro wędrować. I jakby tego mało było, szefostwo wycieczki przygotowało kolejną niespodziankę – występ naszej Hani, która śpiewa do starej, szeroko znanej zwłaszcza starszemu pokoleniu piosenki „Heidi”. Wszyscy dostają kartki z tekstem, a piosenka, która mówi o górach, o tym, jak pięknie wśród nich żyć, otrzymuje do oryginalnego, niemieckiego tekstu, nasze własne, PTTK-owskie tłumaczenie, w których nawiązuje do Karkonoszy i Szrenicy. Hania śpiewa na przemian z oryginałem, autobus wtóruje, jak kto może i tak wjeżdżamy do Szklarskiej Poręby.
W drodze na Wodospad SzklarkiTutaj okazję do wykazania się ma nasz kierowca. Dotąd autobus jechał sam, teraz trzeba go pokierować przez wąskie, kręte ulice, uliczki i trafić do hotelu. Przy okazji go jeszcze znaleźć. Przejeżdżamy przez centrum, wbijamy się w krętą serpentynę wiodącą do Świeradowa, potem zjeżdżamy w lokalną uliczkę i w końcu trafiamy na całkiem już wąziutką dróżkę, która według nawigacji, ma prowadzić do hotelu. Jak nasz autobus zmieścił się w nią, do dziś nie wiemy, jeśli to nie jest tu, to pewnie już stąd nie wyjedziemy, ale jednak po kilku krzewach niemal wchodzących na drogę za jednym z nich wyłania się budynek wyglądający jak hotel. Jest, udało się. DW Sudety, tabliczka na ścianie mówi, że dotarliśmy na miejsce. Kierowca dał radę, zmieścił naszą ogromną bestię i dowiózł do celu. Wielkie brawa dla kierowcy.
Parking przy Wodospadzie SzklarkiKwaterujemy się w pokojach, schodzimy na obiad. To jedyny obiad, który mamy zamówiony. Jutro będziemy chodzić po górach i jeść w trasie. Na stołówce w nieco socjalistycznym jeszcze stylu na stoły wjeżdża krupnik, a po nim kurczak w postaci pieczeni. Całkiem smaczny. Miał być kurczak, taka poszła fama, ale zarówno pieczeń, jako i krupnik były całkiem, całkiem. Zwłaszcza zupa zyskała sporo wyrazów uznania.
Po obiedzie jedziemy na Wodospad Szklarki. Mogliśmy od razu, mijaliśmy go przecież po drodze, ale w dzień jest tam zawsze dużo ludzi, a teraz, wieczorem, powinno być luźno. Na dodatek parking będzie pusty i budka z biletami zamknięta. Tak też jest. Na parkingu zaledwie kilka osobówek, stragany pozamykane i tylko parę ludzi na krzyż. Przechodzimy obok kasy KPN, zaoszczędziliśmy tym na wstęp i zmierzamy ku wodospadowi. Podejście wiedzie lasem wzdłuż Szklarki, obramowanej kilkunastometrowymi skałami porośniętymi mchem, trawą, a nawet drzewami. Jak te drzewa tam wyrosły, nie wiadomo. Przy ścieżce tabliczka edukacyjna, a mniejszych skał dotknąć można ręką. Od rzeki dochodzi szum i grzmot fal rozbryzgujących się na kamieniach, wspinamy się pod górę, przechodzimy przez most i wreszcie, na samym końcu, wyłania się wodospad.
Wodospad Szklarki w pełnej krasieI w zasadzie tutaj można by zakończyć. Nie ma słów, które potrafią opisać to miejsce. Jest tak cudowne, tak przepiękne, że na jego widok nogi same się zatrzymują, a oko ogarnia magię niesamowitego kotła. Wodospadu nie widać do samego końca. Ciągle idzie się wzdłuż brzegów Szklarki i dopiero na samym końcu, przy ostatnim kroku, wodospad wyłania się znienacka, w całości, bez zapowiedzi, bez jakichkolwiek oznak, że tu jest. A jest niesamowity. Jego trójkątna sylwetka z tworzącym się u dołu korkociągiem jest niepowtarzalna. Grupa skał u ujścia wodospadu tworzy świetną scenerię na najbardziej rodzinne zdjęcia. To jedno z najpiękniejszych miejsc w Karkonoszach, a z pewnością najbardziej „szklarskie” w całej Szklarskiej Porębie.
Stajemy pod wodospadem, który mamy niemal na wyłączność. Pomysł, by przyjechać tutaj wieczorem, był strzałem w dziesiątkę. Jesteśmy tylko my nie licząc paru osób. Możemy spokojnie ustawić się do rodzinnego zdjęcia. Nikomu nie przeszkadzamy. Nikomu nie zawadzamy, nie musimy się spieszyć, nikt za nami nie czeka na swoją kolej. Jest jak za „downiej pierwiej”. Tylko my i góry. Tylko my i wodospad. Ustawiamy się do zdjęcia. Wyciągamy flagę. Poprawiamy kadr i uwieczniamy moment. To będzie prawdziwa pamiątka. Po grupowym ujęciu pora na indywidualny zachwyt i kontemplację wodospadu. Grupa rozchodzi się, rozgląda dokoła, wchodzimy na górę, stamtąd można obejrzeć początek wodospadu i jego szerokie rozlewisko przed kataraktą. Woda w wodospadzie czyściutka, jak szkło, jak kryształ, nie bez powodu wzięła się nazwa Szklarki. Szkoda tylko, że schronisko zamknięte, nie będzie pieczątki.
PTTK Zawadzkie na Wodospadzie SzklarkiPrzy wodospadzie dzielimy się na dwie grupy. Jedna wsiada do autobusu i wraca do hotelu, a druga idzie pieszo. Idziemy wzdłuż Kamiennej. To do niej spływa Szklarka tuż za wodospadem. Rzeka oddziela Karkonosze od Izerów i to właściwie dopiero teraz jesteśmy w Karkonoszach. Zielony szlak wiedzie obok rzeki i powiela jej meandry. Wartki, choć dość ubogi w wodę nurt okala snującą się za nim drogę z Piechowic do Szklarskiej Poręby. Mijamy grupy skał, jedna z nich sterczy wysoko w bok tworząc coś w rodzaju naturalnego dachu. Przesmykujemy się pod nim, a nad nami ogrom potężnych skał. Jakoś nie czujemy strachu, żeby miały się zawalić, a opierają się na… nie wiadomo czym. O powietrze chyba się opierają. Dalej dochodzimy do Muzeum Ziemi Juna i tutaj szukamy jaskini. Trochę nam schodzi, zanim do niej trafiamy, ale udało się, jest jaskinia. Czerwona Jama, tak się nazywa. Trochę obok szlaku, trzeba z niego zejść i dlatego mało kto o niej wie. My już wiemy. Sprawdzamy, czy nie ma w środku misia (nie ma) i ruszamy dalej. Grupka trochę się rozciąga i wędrujemy świerkowym lasem do Szklarskiej. Grzesiu zamyka grupę, gdy wreszcie po paru minutach, nagle pyta: „nie wiecie, gdzie jest moja żona?” I zaczyna się konsternacja. Nie ma jej. Ale przecież poszła przodem, ktoś mówi, rozglądamy się dokoła, kto ją ostatnio widział? W ruch idzie telefon. Gdzie jesteś? Stoję i czekam na was. A gdzie? Obok asfaltu. Ale jakiego, gdzie? Na skrzyżowaniu. Na którym? No tutaj? Zupełnie jak w nawigacji: kieruj się na południowy wschód, a ty nawet nie wiesz gdzie jesteś, a gdzie dopiero wschód. A poszłaś przodem, czy stoisz w miejscu? No, czekam ciągle na was. Więc jesteś z tyłu, to idź, my tutaj na ciebie czekamy.
Czerwona JamaZatrzymujemy się więc i czekamy, a po chwili z tyłu faktycznie pojawia się Sonia. Jest. Udało się. Zguba odnaleziona. Sonia się odnalazła, a Grzesiu szczęśliwy. Jesteśmy znowu wszyscy. Teraz już bardzo się pilnujemy, nikt nie odstaje, nikt nie ryzykuje i tak wchodzimy do miasta. Musimy przejść przez całe centrum i w końcu lądujemy w DW Sudety. Pierwszy dzień wycieczki dobiega końca.


Szklarska Poręba i Leśna Huta

PTTK Zawadzkie na Wysokim KamieniuNastępnego dnia zbieramy się pod hotelem. Przed nami dzień pełen wyzwań. Najdłuższa droga prowadzi na Śnieżne Kotły. Wiedzie przez Wodospad Kamieńczyka i Szrenicę, jak nic wrócimy dopiero wieczorem. Druga grupa wybiera się na Wysoki Kamień, blisko położony szczyt po izerskiej stronie Szklarskiej Poręby, z którego rozpościera się wspaniały widok na Karkonosze i Kotlinę Jeleniogórską. Grupa wybiera się czerwonym szlakiem. Nie jest przesadnie długi ani trudny, ale dość stromy. Grupa wdrapuje się mozolnie metr za metrem. Gdzieś po drodze przebija granicę 1000 metrów wysokości, ale na szlaku nie ma tabliczki, więc dokładnie nie wiadomo, w którym to następuje miejscu. Szlak w końcu się wypłaszcza, po chwili łączy z żółtym z Zakrętu Śmierci, a znad czubków drzew wyłania się wieża widokowa i schronisko na Wysokim Kamieniu. Czeka nas jeszcze jedno ostre podejście i dochodzimy do celu. Na Wysokim Kamieniu można zjeść smaczny kołocz z jagodami, wypić piwo i odpocząć. Niedawno oddana do użytku wieża widokowa, do złudzenia przypominająca wieżę szachową oferuje rozległy widok we wszystkie strony. Jakby ktoś chciał się nauczyć geografii Karkonoszy, to stąd widać wszystkie szczyty, od Szrenicy począwszy, a na Śnieżce skończywszy. Jeden feler wieży to taki, że stoi w miejscu, z którego naturalnie rozpościerał się wspaniały, bajkowy widok. Mogła stać obok. Nasza grupa podziwia krajobraz, a pogodę mamy do tego wyśmienitą. Po chwili odpoczynku idziemy dalej w stronę nieczynnej kopalni kwarcu, mijamy po drodze parę fantazyjnych grup skalnych i wreszcie schodzimy do Szklarskiej Poręby.
PTTK Zawadzkie na tarasie widokowym przy PKP Szklarska PorębaNa sobotę mamy także zamówionego przewodnika, który ma nam pokazać Szklarską Porębę. Zjawia się tuż po śniadaniu i prowadzi nas na stację PKP. Ta kilka lat temu przeszła gruntowny remont i dziś świeci przykładem, jak takie obiekty wyglądać powinny. Położona w górnej części Szklarskiej Poręby oferuje wspaniały widok na położoną pod nią miejscowość i zamykający od tyłu masyw Szrenicy. Dla turystów przyjeżdżających tu pociągiem nie ma lepszego przywitania. Ze stacji schodzimy w stronę centrum, gdzie zatrzymujemy się przy Karczmarzu, grupie skałek położonych w samym środku miasta. Tutaj też wchodzimy na wybudowany na nich taras widokowy, gdzie znów możemy podziwiać zbocza Szrenicy. Szrenica w Szklarskiej Porębie jest tym samym, czym Giewont w Zakopanem. To góra niemal na wyłączność dokooptowana do Szklarskiej Poręby i stanowi jej symbol rozpoznawczy.
Leśna HutaZ Karczmarza schodzimy na PKS, po czym kierujemy się w stronę Leśnej Huty. Okolice Szklarskiej Poręby słyną z licznych hut szkła. Okolice od dawna związane były ze szklarstwem ze względu na bogate złoża kwarcu i dużej ilości drzewa potrzebnego do wytopu szkła. Pierwsza huta powstała w dzisiejszej Szklarskiej Porębie Dolnej, nad Szklarskim Potokiem w połowie XIV wieku. Dziś czasy świetności hut szkła mamy już za sobą. Jedną z nielicznych, które przetrwały, jest Leśna Huta, mały zakład prowadzony przez Henryka Łubkowskiego, który zakład prowadzi wraz z rodziną. W hucie na oczach widzów wykonuje ręcznie formowane szkła barwione w masie. Można tu obserwować wytop różnych form szklanych od ozdób po wazony i naczynia. Hutnicy używają przy tym dawnych narzędzi i form kuglerskich, co przydaje produkowanym tutaj przedmiotom dodatkowego waloru rzemieślniczej perfekcji.
Gabi w roli szklarskiego sztukmistrzaW takiej właśnie hucie podziwiamy sztukę i kunszt pracujących tutaj rzemieślników. Na naszych oczach powstają bajeczne, kolorowe kształty, wydaje się, jakby we śnie, wystarczy tylko pomyśleć, a zaraz wyobrażenie przekształca się w żywy twór, bajka staje się rzeczywistością. Gabrysia dopytuje się o szczegóły i w końcu zostaje zaproszona do procesu produkcyjnego. Staje obok mistrza, bierze narzędzia do ręki i pod czujnym jego okiem zabiera się do pracy. Z początku bezkształtna kulka szkła nie przypomina niczego, ale po paru zręcznych ruchach zaczyna nabierać kształtów. Nie wiadomo jeszcze jakich, ale na pewno do czegoś zmierza. Obserwujemy z uwagą, wstrzymujemy oddech, kibicujemy po cichu i wreszcie spod rąk Gabi wyłania się wspaniały, szklany kwiat. Jeszcze kilka ruchów i dzieło sztuki gotowe. Mistrz wkłada je do pieca, by się wychłodziło, a Gabi w nagrodę dostaje taki sam na pamiątkę z wczorajszej produkcji. Jakby co, to mamy w naszym gronie fachowego szklarza artystę.
Wodospad KamieńczykaZ huty szkła przechodzimy w stronę Muzeum Ziemi „Juna”, gdzie możemy oglądać bogactwa tutejszej ziemi i nie tylko. Minerały, szlachetne kamienie, diamenty to tylko niektóre z wystawionych na ekspozycjach. Napatrzywszy się na świecidełka wychodzimy na zewnątrz, gdzie czeka nasz autobus i jedziemy pod Wodospad Kamieńczyka. Do wodospadu musimy podejść piechotą i pokonać przy okazji spore podejście. Całe szczęście, że zostało ono gruntownie wyremontowane i przebudowane. Zamiast chaotycznie rozsypanych kamieni, częściowo wypłukanych przez spływającą tu po opadach wodę, możemy teraz iść eleganckim, gładkim traktem. Wkrótce dochodzimy do wodospadu. Podziwiać go można z góry i z dołu. Z dołu schodzi się do niego w głęboki i wąski wąwóz. Do zejścia prowadzą strome, metalowe schody, a za wstęp trzeba zapłacić. W zamian dostajemy kaski ochronne, by nie dostać niczym w głowę. Zdarzały się tu już wypadki, nawet śmiertelne, że z góry spadały strącone przez podziwiających wodospad na górnym tarasie turystów kamienie wprost na turystów w wąwozie. Sceneria wąwozu jest niesamowita i niepowtarzalna. Ściany wąwozu wznoszą się pionowo na kilkanaście metrów w górę, pod nogami huczy spływająca woda, a samo przejście możliwe jest tylko dzięki zamontowanym tu metalowym podestom. Podesty te wykonane są z kratownicy, więc widać wszystko pod nimi, a to dodaje atrakcji i ekspozycji, jeśli ktoś nie jest oswojony z wysokościami, to czeka go tutaj niezłe przeżycie.
Dochodzimy do końca wąwozu, gdzie pojawia się sam wodospad. Rozbryzgująca woda owiewa nas mokrą mżawką, a my podziwiamy potrójną kaskadę spadającej z góry wody. To najwyższy wodospad w polskiej części Karkonoszy, ma 27 metrów wysokości. Robimy pamiątkowe zdjęcie, po czym wychodzimy z powrotem. Idziemy na górny taras, gdzie oglądamy to samo, ale z drugiej perspektywy. Tutaj wodospad nie wydaje się już taki duży, dna wąwozu nie widać, ale i tak robi wrażenie. W pobliskim schronisku przybijamy pieczątki do książeczek i powoli schodzimy do autobusu.


Śnieżne Kotły i Szrenica

Kolejna grupa na Wodospadzie KamieńczykaTrzecia grupa turystów wychodzi w trasę zaraz po śniadaniu. Zmierzamy w stronę Wodospadu Kamieńczyka. Mijamy po drodze Krucze Skały, gdzie na chwilę się zatrzymujemy. Później mijamy dziś już ruiny Huty Szkła Julia i wchodzimy w las. Odtąd to on będzie naszym towarzyszem prawie przez cały dzień. Dochodzimy do Rozdroża pod Kamieńczykiem, skąd rozpoczynamy wspinaczkę na wodospad. Podobnie, jak poprzednia grupa, schodzimy do wąwozu i podziwiamy wodospad od dołu. Mamy szczęście, bo kolejki do zejścia nie ma, a bywają dni, że trzeba czekać nawet godzinę, by zejść na dół. Nam się dzisiaj udało. Nasączeni orzeźwiającą mocą spadającej wody zbieramy się na górnym tarasie i przygotowujemy do wejścia na Szrenicę. Głównie mentalnego.Schronisko Kamieńczyk Niektórzy będą tu wspinać się pierwszy raz i kompletnie nie mają pojęcia, czego się spodziewać. Starzy bywalcy uspokajają, że wszyscy dadzą radę, czasu mamy sporo, a Karkonosze to góry niemal rodzinne, jakby specjalnie dla tego stworzone. Spoglądamy jeszcze w drugą stronę, a tam, na przeciwległej krawędzi doliny Szklarskiej Poręby sterczy wieża widokowa na Wysokim Kamieniu. Wkrótce zawita na niej druga grupa naszej wycieczki. Jeszcze ich tam nie ma, oni dopiero wychodzą, ale machamy im już na zapas, jak dojdą, może zobaczą. Jeszcze pieczątki do książeczek, zbieramy się, liczymy i… droga w górę.
Na Hali SzrenickiejNa samym początku trafiamy na budkę KPN. Musimy kupić bilety. Jedenaście złotych od osoby, ale widać, że szlaki wyremontowane, nasze pieniądze nie trafiają w próżnię. Zaczynamy wspinaczkę. Droga szeroka, wyłożona kamieniami, wije się wśród lasów to w lewo, to w prawo. Co chwilę wyłania się kolejny zakręt, a to powoduje, że długie podejście wydaje się ciekawsze. Zza zakrętu wyjeżdża jakieś auto. To służby KPN zjeżdżają ze schroniska. Skoro autem tu można wjechać, to my piechotą dopiero damy radę. Grupa się rozciąga, mozolnie zdobywamy kolejne metry. Las dokoła robi się jakby trochę niższy, drzewa już nie takie wysokie, a to niechybnie oznacza, że jesteśmy coraz wyżej.
Wychodzimy na kawałek prostej, z góry wypadają promienie słoneczne, a po prawej stronie wyłania się malutkie miejsce z ławeczkami i stolikami. Bez wahania skręcamy i nabieramy sił do dalszej wędrówki. Reszta grupy z dołu też dochodzi. Jesteśmy na wysokości 1000 metrów, ale tutaj tabliczki też nie ma. Szkoda.
Każdt prawdziwy turysta musi tutaj mieć zdjęcieIdziemy dalej. Kamienne wyłożenie trasy ustępuje wkrótce miejsca trylince, szlak staje się niemal gładki i wreszcie oczom naszym ukazuje się widok schroniska na Hali Szrenickiej. Tego widoku mi brakowało, słyszymy gdzieś z boku i od razu wstępują w nas nowe siły. Jeszcze chwila i wychodzimy z lasu, a z tyłu ukazuje się wspaniały widok na Szklarską Porębę i Góry Izerskie. Wysoki Kamień już taki jakiś mały się zrobił, a my po chwili przystajemy przy schronisku. Od teraz możemy powiedzieć, że jesteśmy już w górach. Dokoła przepiękne widoki. Linia lasu kończy się mniej więcej na wysokości schroniska, patrzymy w górę, a tam już kosodrzewina i gdzieś pomiędzy jej gałęziami pokazuje się dach schroniska na Szrenicy. Jeszcze trochę drogi przed nami. Zbieramy siły i ruszamy w dalszą drogę. Okrążamy schronisko i pniemy się dalej w górę. Wysokości przybywa z każdym krokiem. Wkrótce dochodzimy do Granicznej Łąki. Tu rozchodzi się czerwony szlak z wejściem na Szrenicę, a na jego środku stoi graniczny słupek. Jesteśmy przy czeskiej granicy. Mówimy wszystkim, że jest tu taka tradycja, że każdy porządny turysta musi na tym słupku mieć zrobione zdjęcie, wszyscy więc po kolei wskakują na słupek i robimy serię zdjęć. W tle budynek schroniska, będzie fajna pamiątka. Po zakończeniu sesji zdjęciowej wchodzimy już na samą Szrenicę. 1362 m wysokości, to pierwszy nasz poważny szczyt wyprawy w Karkonosze. Na szczycie mieści się schronisko, ale my najpierw idziemy na taras widokowy, na samym wierzchołku, by móc z czystym sercem powiedzieć, że Szrenicę zdobyliśmy.
Jesteśmy na SzrenicyPo dojściu na sam szczyt przed oczami otwiera się zamknięty dotychczas widok na Kotlinę Jeleniogórską i pasmo Karkonoszy. Z prawej strony podziwiać możemy czeski krajobraz, z przodu maluje się Szrenicki Kocioł, a za nim zbocza Łabskiego Szczytu, zza którego wyłania się dawne schronisko na Śnieżnych Kotłach, dzisiejsza stacja przekaźnikowa. Na lewo rozciąga się ogromna dolina, w środku której widać Jelenią Górę, nieco bliżej dostrzec można Chojnik, a dalej Piechowice, Szklarską Porębę, zaś po lewej wszystko zamykają Góry Izerskie z Wysokim Kamieniem. Przy dobrej pogodzie widać stąd Sky Tower we Wrocławiu, dziś jednak horyzont jest zamglony i Wrocławia nie widać.
Zastygamy na szczycie Szrenicy, podziwiamy widoki, pogoda nam dopisała. Z przykrością zauważamy, że na szczytowej grupie skał postawiono antenę telewizyjną i ogrodzono barierkami. Przy okazji zamknięto dojście do pamiątkowej tablicy w skale, przy której można było sobie zrobić zdjęcie na Szrenicy. Ktoś zawłaszczył naszą górę?
TwarożnikNiezrażeni trudnościami i tak robimy pamiątkowe zdjęcie, zaglądamy jeszcze do schroniska, ale tam ciemno i pełno ludzi, więc zbieramy się w dalszą drogę. A tej jeszcze sporo przed nami. Najpierw przebijamy się przez pasmo kosodrzewin na zboczu Szrenicy, gdzie dochodzimy do czerwonego szlaku, który wiedzie nas już prosto na Śnieżne Kotły. Po drodze mijamy Twarożnik, grupkę skalną wyraźnie sterczącą obok szlaku. Można na nią wejść, ale przy samej górze trzeba przekroczyć dość sporą szczelinę i nie każdy jest psychicznie gotowy na takie wyzwanie. Widzimy jednak, że na górze ktoś stoi, więc da się tam wejść. Próbę podejmuje Grzesiu. Stawia jedną nogę, potem drugą, cofa się, próbuje jeszcze raz i toczy walkę z samym sobą. Mówimy mu, ratuj honor grupy. Po dłuższej chwili wreszcie wygrywa i pokonuje wyzwanie – staje na szczycie z rękami uniesionymi w geście zwycięstwa. Honor grupy został uratowany, Twarożnik zdobyty.
Łabski SzczytIdziemy dalej szerokim płaskowyżem. Po prawej stronie rozciąga się widok na czeską stronę Karonoszy. Na jego końcu wyłania się Kotel i Harrachowy Kamen. Obie góry mają ponad 1400 metrów, a my kierujemy się ku Czeskiej Budce, gdzie mijamy Małgosię, która wybrała się samodzielnie zielonym szlakiem na Śnieżne Stawki, Śmielec i Wielki Szyszak, a teraz wraca górą. Spotykamy się na szlaku, robimy zdjęcie i rozchodzimy. Wkrótce docieramy do Łabskiego Szczytu, pod którym zatrzymujemy się na krótką pauzę. Ma on bardzo wdzięczną czeską nazwę, Violik. Mierzy 1472 m n.p.m i jest jak na razie najwyższym szczytem naszej dzisiejszej trasy. Stąd do Śnieżnych Kotłów jest już bardzo blisko. Zamek, dawne, duże schronisko widać już bardzo dobrze, jest jak na wyciągnięcie ręki. Jego czerwony dach i charakterystyczna wieża tworzy niepowtarzalny kształt nieodparcie przywołujący na myśl zamek, stąd sporo ludzi tak go nazywa. Dziś mieści się w nim ośrodek radiowo-telewizyjny. Dawniej było to piękne schronisko stojące na krawędzi urwiska Śnieżnych Kotłów. Po wojnie spłonęło, po czym przerobiono je na stację przekaźnikową i tak jest do dziś.
Śnieżne KotłyPodchodzimy do niego, a w powietrzu czuć napięcie. Emocje rosną, dochodzimy do celu naszej wędrówki. Wkrótce stajemy nad krawędzią i oczom naszym ukazuje się ogromny kocioł, pełen skalnych urwisk, pionowa ściana, popękane skały i daleko w dole pozostałości po masywie, który dawno temu oderwał się od reszty i zjechał w dół tworząc ów kocioł. Kotły są dwa, my oglądamy tutaj jeden, większy. Drugi, mniejszy można obejrzeć z dołu. Wielki Śnieżny Kocioł ma głębokość ok. 250 metrów, a wysokość ścian sięga 150 metrów. Ściany pocięte są siedmioma żlebami, u wylotu których narosły stożki usypiskowe. Dno kotła leży na wysokości 1245 m n.p.m. Na dnie kotła znajdują się trzy okresowo wysychające jeziorka polodowcowe o nazwie Śnieżne Stawki. Doskonale je widzimy. Wyglądają z góry, jak małe kałuże. Obok nich ciągnie się pofalowana biała nitka, po której spacerują mrówki. To właśnie zielony szlak i wędrujący po nim turyści.
PTTK Zawadzkie na "Zamku" na Śnieżnych KotłachŚnieżny Kocioł obramowany jest szlakiem turystycznym z łańcuchami i barierkami przy kilku widokowych tarasach. Obchodzimy je wszystkie, a widok na każdym następnym jest coraz bardziej niesamowity. Oglądamy ogrom skalnego urwiska, spoglądamy w dół, dostrzegamy coraz to nowe miejsca, z których obsypują się skały, można je poznać po jaśniejszej barwie i świeżych „okruchach” rozsypanych poniżej. Na ostatnim tarasie można zrobić fajne zdjęcie na tle kotłów i zamku z tyłu. Patrzymy na wiekowe granie, na popękane skały i zastanawiamy się, jak one stoją jedne na drugich i się nie zawalą. Stoją jednak nieprzerwanie i nie straszne im deszcze, wichury. Trwają nieporuszone i niewzruszone.
Śnieżne Kotły - Czarcia AmbonaJesteśmy tu już prawie godzinę. Tak szybko tu mija czas. Dopiero co przyszliśmy, a pora ruszać już dalej. Spotykamy się przy Czarciej Ambonie, jeszcze pamiątkowe zdjęcie i ruszamy w drogę powrotną. Tym razem skręcamy żółtym szlakiem na Schronisko pod Łabskim Szczytem. Droga wiedzie ukośnym trawersem w dół, mijamy Łabski Szczyt tym razem z jego drugiej strony, za nim ukazuje się sylwetka Szrenicy, ale zupełnie inna, jakaś mała, malutka, a przecież pamiętamy ją jako ogromną górę, gdy wchodziliśmy na nią z Hali Szrenickiej. Mijamy rumowisko skalne, a po prawej stronie pojawia się zielony dach schroniska. Z boku rozciąga się rozległy widok na Szklarską Porębę i Jelenią Górę, jak przystanąć, to widać też Chojnik i tak schodząc i podziwiając widoki dochodzimy do Schroniska pod Łabskim Szczytem. To świetny punkt wypadowy w Karkonoskie wyprawy. Schodzi się tutaj aż sześć szlaków turystycznych i każdy z nich jest niepowtarzalny. My dzisiaj zamierzamy tutaj jedynie zjeść bigos, z którego schronisko jest znane, ale niestety nie ma go dzisiaj w menu, a poza tym przy większości pozycji dopisano już „brak”. Ludzi tutaj też dużo, więc tylko trochę odpoczywamy i schodzimy do Szklarskiej Poręby. Trasa wiedzie żółtym szlakiem, prostym, ale stromym i dość długim. Dochodzimy do rozwidlenia pod Starą Drogą, gdzie wpadamy w karkołomny odcinek kamiennej ścieżki, wymagającej dość sporej uwagi i ekwilibrystyki nożnej. Po pokonaniu tego odcinka wychodzimy na łatwą już drogę i wnet wychodzimy z lasu na skraju Szklarskiej Poręby. Musimy jeszcze przejść całe miasteczko. Po drodze zatrzymujemy się w Habanero, gdzie serwują świetną pizzę i gyrosa, dziś to będzie nasz obiad. Po posiłku wracamy do schroniska i tak drugi dzień naszej wyprawy dobiega końca.


Mumlavsky Vodopad, Harrachov, Vosecka Bouda

Wodospad MumlawyKolejny dzień rozpoczynamy od wspólnego śniadania, po czym zbieramy się przy autobusie. Dziś wyruszamy do Harrachova. To niewielkie, kilkutysięczne miasteczko położone tuż za czeską granicą, kilka kilometrów od Szklarskiej Poręby. Nasz kierowca ma już wprawę w wjeżdżaniu i wyjeżdżaniu z hotelu, a sprawa wcale nie jest taka prosta, jak by się mogło wydawać. Zamiast prosto zjechać na drogę, trzeba objechać osiedle dokoła, bo inaczej… zresztą, kto był, ten wie. Wykręcamy więc po wąskich uliczkach, to pod górę, to w dół, w lewo, w prawo, aż wyjeżdżamy na główną ulicę i jedziemy ku granicy. Mijamy Hutę Julia, po czym wjeżdżamy w las, w którym czeka nas seria serpentyn i stromy podjazd. Droga jednak krajowa, więc utrzymana w dobrym stanie i wspinamy się ku Jakuszycom. Z przodu siedzi przewodnik Jan i opowiada, aż miło słuchać.Centrum narciarskie w Harrachovie Wkrótce przejeżdżamy granicę i Jan automatycznie przełącza się na czeski. W tym języku 30% słów jest takich samych, jak w polskim, 30% jest podobnych, ale które znaczą co innego i 40% takich, których nikt nie rozumie. Wydaje się, że głównie słuchamy tych ostatnich. Po chwili konsternacji wracamy jednak do języka polskiego i wszystko wraca do normy. Z Jakuszyc zjeżdżamy do Harrachova. Harrachov to piękne miasteczko rozciągające się wzdłuż jednej ulicy, choć nie tak prostej, jak w Zawadzkiem, bo skojarzenie nasuwa się samo, położone niespełna 4 km od polskiej granicy. Pięknie położone u stóp Czarciej Góry. Na jej stokach ulokowano kompleks skoczni narciarskich: K 40, K 70, K 90. Największe: K 120 i mamucią zbudowano w latach 1978-1983. Właśnie na nich święcili triumfy - Frantisek Vaculik, Roman Koudelka, Adam Małysz czy Matti Hautamaeki , który ustanowił rekord obiektu 214,5m.
Harrachov - Muzeum SzkłaZnajduje się tutaj także szkoła skoczków narciarskich Pavla Ploca, znanego czeskiego skoczka. Oprócz tego znajduje się tutaj 7 km narciarskich tras zjazdowych. Miejscowość znana jest także z huty szkła oraz muzeum. Huta pracuje do dziś i to właśnie ją między innymi będziemy zwiedzać.
Na razie jednak jedziemy wzdłuż Harrachova na drugi jego koniec, skąd wyruszamy na Mumlawsky Vodopad. To niezbyt wielki wodospad, o wysokości niecałe 10 metrów, ale inny od wszystkich. Rozlewa się szerokim spadem po kamiennym korycie, tworząc na spodzie dwa duże i głębokie kotły eworsyjne. Sama rzeczka jest równie ciekawa i malownicza. Na dnie zalegają duże, jednolite skały tworzące jakby naturalną posadzę, po której przelewa się woda. Można spokojnie po niej spacerować bez obawy, że poranimy nogi. Uważać tylko trzeba na głębokie zagłębienia, które co raz się w niej pojawiają. Całość wygląda, jakby ktoś wylał ogromną beczkę płynnego betonu i zapomniał wyrównać. Podchodzimy pod wodospad, przewodnik Jan zatrzymuje grupę i podziwiamy to cudo natury. Poniżej wodospadu wiedzie kładka, z której doskonale go widać.
Mamucia skocznia w HarrachoviePo obejrzeniu wodospadu grupa się rozdziela. Pan Jan zabiera turystów „miastowych” do Harrachova, by pokazać im, co tam jest ciekawego. Wycieczka rusza lasem do miasta wzdłuż Mumlavy. Tam przechodzimy pod kompleks skoczni narciarskich. Jest ich osiem. Miasteczko jest ładne, a w oczy rzuca się jedna, duża różnica w porównaniu do miejscowości po polskiej stronie. U nas królują, a przynajmniej zaczynają królować duże kompleksy wypoczynkowe, gigantyczne hotele, resorty, które wypierają rodzimą, górską zabudowę. Widać to doskonale w Szklarskiej Porębie i Karpaczu. W Harrachovie, jak i w innych czeskich miejscowościach do dziś przeważa tradycyjna zabudowa, pojedyncze domki i małe ośrodki, co tworzy bardziej rodzinną atmosferę. Spacerujemy wśród takich domków, pod skocznią oglądamy kompleks wypoczynkowy, aż w końcu przechodzimy do muzeum i huty szkła. Jest to jedna z nielicznych hut, która jest czynna do dziś. Mamy okazję na żywo obejrzeć, jak wygląda proces produkcji szkła. Obok znajduje się muzeum, w którym możemy zapoznać się z wyrobami miejscowej huty.
Wyroby Harrachovskiej hutyPrzewodnik opowiada o czasach świetności czeskich skoczków narciarskich, które niestety obecnie już są historią. Silne wiatry, błędy konstrukcyjne, kwaśne deszcze, które niszczyły okoliczne lasy spowodowały zamknięcie największych skoczni. Obecne władze kładą większy nacisk na rozwój tras narciarskich, rowerowych, kortów tenisowych, boisk, które są wykorzystywane nie tylko przez turystów ale i przez szkoły w ramach lekcji wychowania fizycznego. W szkole podstawowej dzieci mają po 7 godzin w-f!!! Kładzie się duży nacisk na wychowanie zdrowych, sprawnych młodych ludzi.
Nasza grupa po przejściu u podnóży skoczni kieruje się do centrum miasteczka, gdzie ogląda ciekawą kapliczkę świętej Elżbiety z ołtarzem z weneckiego szkła i niewielką dzwonnicą ze szklanym 11 kg dzwonem. Drewniane serce bije rzadko, tylko przy pochówku mistrzów szklarskich z pobliskiej huty szkła.
Huta szkła Novosad & Syn jest wyjątkowym miejscem, w którym poznajemy szklarskie rzemiosło na własne oczy. W tej najstarszej w Czechach hucie działającej od 1712 roku oglądamy dawne metody produkcji szklanych przedmiotów. Na jednej zmianie załoga wykonuje np. 300 pięknych kieliszków. W ponad stuletniej szlifierni na jednej turbinie wodnej dzięki pasowi transmisyjnemu pracuje kilka maszyn. Wzory wykorzystywane przez grawerów mają ponad sto lat.
W części muzealnej zachwycają nas żyrandole, karafki, patery, wazy i kielichy. Kryształy, szklane bibeloty nadal są ponadczasowym wyznacznikiem zamożności i elegancji, znajdują nabywców z wielu krajów świata.
Zwiedzanie kończymy w restauracji serwującej znakomite własne piwo - lager Frantisek, ciemne piwo Certak i kilka czeskich przysmaków. Na terenie huty i browaru można skorzystać z „kąpieli piwnych” w ramach tutejszego spa - niestety zabrakło na to czasu…
Harrachow ma jeszcze kilka innych atrakcji, które warto zobaczyć w czasie kolejnych wypraw. Są to: Muzeum Górnictwa i Sztolnia, Edukacyjna Ścieżka Pszczela, Leśna Kolejka, Harrachowska Kolejka Grawitacyjna, ścieżki lub wyciąg na Diabelską Górę. Maleńkie, mające około 1400 mieszkańców miasteczko, łączy bogactwo przyrody, kultury i historii, warto było je odwiedzić.
Druga grupa spod Wodospadu Mumlawy rusza swoim szlakiem w kierunku Voseckiej Boudy. Idziemy pod prąd Mumlawy i ze zdumieniem odkrywamy, że obejrzany przed chwilą wodospad to zaledwie jeden z kilku powyżej. Co prawda największy, ale idąc w górę rzeki co chwilę spotykamy kolejne stopnie wodne, a dno rzeki cały czas „wylane” jest granitowym betonem. Co kilka metrów pokazują się ciekawe i zachęcające tarasy, na które wchodzimy patrząc, jak woda opływa je z boku. Na jednym z nich grupa postanawia zaśpiewać kierownikowi trasy „Sto lat”, ale ten akurat nie chce podejść i zostaje na drodze. Nie daje się wciągnąć, uparty jak osioł i w końcu wszyscy podchodzą pod pobliskie drzewa i spośród nich zaczynają intonować urodzinową piosenkę. Na koniec Hania wręcza bukiet świeżo zerwanych kwiatków.
MumlawaDroga wiedzie w górę rzeki, przypomina wejście na Morskie Oko, też asfaltowa, też długa, ale są dwie zasadnicze różnice: po pierwsze, nie ma ludzi, a po drugie, nie ma koni. Ludzi owszem, czasem się mija, ale tylko czasem, na Morskim Oku są tłumy, przez które przyroda schodzi na drugi plan. Tutaj przyroda jest na piedestale, a jej dominacji dopełnia szumiąca z boku Mumlawa.
Krakonosova SnidanePo jakichś pięciu kilometrach dochodzimy do rozdroża, na którym stoi sympatyczna budka Krakonosova Snidane. Można tu usiąść, wypić piwo, zjeść ciastko, można też przybić pieczątkę do książeczki, a to wszystko wśród szumiących wokół drzew i kwiatów. Tak też robimy. Siadamy zachęceni jedną wolną ławeczką. Stąd do Voseckiej Boudy jest już niecałe 2 kilometry, ale droga zaczyna się piąć pod górę. Maszerując nucimy nasz wycieczkowy szlagier, Heidi. Nie wychodzi chyba zbyt dobrze, więc szybko pasujemy. Asfalt wnet się kończy. Jesteśmy coraz wyżej. Trasą tą jeździ dużo rowerów, co rusz nas mijają, raz w górę, raz w dół. Drzewa ponownie robią się coraz mniejsze, wkrótce wychodzimy na polanę, na końcu której widać dach schroniska. Vosecka Bouda. Jesteśmy na miejscu. Wchodzimy do środka, tam sporo ludzi, ale dwa stoliki akurat się zwalniają, w sam raz dla nas. Zajmujemy miejsca i zaglądamy do karty dań. Obiecane mieliśmy tu czeskie knedliki na słodko, ze śmietaną i jagodami – specjalność tutejszego schroniska. Takie też zamawiamy, choć niektórzy decydują się na knedliki z gulaszem. Zasiadamy do stołu i zabieramy się do, jakby nie było, obiadu.
W Voseckiej BoudzieW schronisku panuje przyjazna, niemal rodzinna atmosfera. Przypomina raczej duży dom z dużym salonem. Czujesz się tutaj, jak u siebie w domu. Można płacić w złotówkach. To wygodne rozwiązanie dla tych, którzy nie wymienili koron. Obsługa miła, a przede wszystkim nie ma tłumów, tak wszechobecnych w schroniskach po polskiej stronie. Jak Czesi to robią, do dziś nie wie nikt, ale robią to świetnie. Dopiero tutaj można spokojnie odpocząć. Nikt nie brzęczy nad głową, nikt się nie przepycha do kolejki, nikt nie potyka o położony plecak.
PTTK Zawadzkie przy Voseckiej BoudzieW Voseckiej Boudzie schodzi nam coś koło godziny. Wzmocnieni knedlikami wychodzimy na dwór i ruszamy w stronę granicy. Droga pnie się dość ostro do góry, teraz idziemy w kosodrzewinie. Po chwili się wypłaszcza i po prawej stronie pokazuje się Twarożnik. Znamy już go, wczoraj tam byliśmy, wszyscy poznają, jesteśmy wszak od wczoraj wytrawnymi karkonoskimi turystami i sporo już wiemy. Kilka kroków dalej po lewej wyłania się Szrenica. Też poznajemy. To my tu jesteśmy? Naprawdę? Tak, tutaj! Ale żeby to docenić, wczoraj musieliśmy przejść główny szlak sudecki.
Dochodzimy do granicy. Też poznajemy, jeszcze nasze ślady ze wczoraj do końca nie wywietrzały. Skręcamy na Mokrą Przełęcz, a tu kolejna niespodzianka – spotykamy grupę, która wjechała na Szrenicę wyciągiem. Wszystko poszło tak sprawnie, że na górze niektórzy zdecydowali się przejść aż na Śnieżne Kotły. Wśród nich kierownik całej wycieczki. I właśnie wracają. Świat nie jest jednak tak duży, jak mogłoby się wydawać. Uwieczniamy nasze spotkanie na fotografii i rozchodzimy się. Kierownik ze swoją ekipą zmierza na Szrenicę, gdzie łapie ostatni wyciąg i zjeżdża do Szklarskiej Poręby. Wyobrażacie sobie? Ostatni zjazd ze Szrenicy jest o czwartej po południu. W pełni sezonu turystycznego. My zaś skręcamy w lewo i zielonym szlakiem schodzimy do Schroniska pod Łabskim Szczytem. Tego samego, co wczoraj. Nie udało się ominąć tego miejsca, ale przecież schodzi się tutaj aż 6 szlaków, więc nie da się go ominąć. Już wiemy, że będzie tu mnóstwo ludzi, wiemy, że będzie długa kolejka, więc nawet nic nie kupujemy, tylko siadamy na ławce przed wejściem, regenerujemy siły i zabieramy się do zejścia.
Spotkanie na Mokrej PrzełęczyDziś schodzimy niebieskim szlakiem. Wiedzie on od razu przez las i jest zupełnie inny od wczorajszego. Po zejściu zgodnie stwierdzamy, że idzie się nim lepiej, niż żółtym. Po drodze zatrzymujemy się przy strumyku na granicy Parku Narodowego i moczymy stopy w zimnej wodzie. Najpierw trochę nieśmiało, ale stopniowo przyłączają się inni aż wreszcie zajmujemy cały strumyk. Zimna woda, naprawdę zimna, lodowata niemal bardzo szybko poprawia krążenie i nogi stają się jak nowe. Mamy nowe siły do dalszej wędrówki. Schodzimy sprawnie dalej i w końcu wypadamy w Szklarskiej Porębie. Znów mamy do przejścia całe miasto, ale dziś już wiemy, gdzie co i jak. Wieczorem meldujemy się w hotelu i tak końca dobiega dzień trzeci.


Muzeum Hauptmanna, Chojnik

Jesteśmy na ChojnikuOstatni dzień naszej wycieczki właśnie się rozpoczyna. Dziś wracamy do domu. Zanim to jednak nastąpi, czeka nas kilka atrakcji. Zaraz po śniadaniu wykwaterowywujemy się z hotelu, ładujemy walizki do autobusu, a kierowca znaną nam już okrężną trasą zjeżdża do miasta. Mijamy po raz ostatni znajome już uliczki, restauracje i jedziemy do Jagniątkowa. W Piechowicach skręcamy w oddaną niedawno do użytku obwodnicę i po paru minutach meldujemy się w Sobieszowie.
Tutaj zostawiamy grupę, która wybiera się na Chojnik. Czwarty, ostatni dzień naszej górskiej przecież wycieczki nie mógł obyć się bez wędrówki pod górę. Tym razem góra była mniejsza, a na jej szczycie nie było tabliczki z nazwą szczytu tylko... zamek, a raczej jego ruiny, ale zachowane w bardzo dobrym stanie. Zamek Chojnik spłonął od uderzenia pioruna w 1675 roku i nigdy nie został w pełni odbudowany. Zachowały się jednak mury obronne, a także wieża widokowa, z której rozpościera się panorama Karkonoszy i Kotliny Jeleniogórskiej. Na dziedzińcu są ławeczki, gdzie można usiąść wysłuchać historii i legend związanych z zamkiem. Czekaliśmy na opowieść o Kunegundzie, ale czas nas gonił i nie udało nam się dowiedzieć, dlaczego podobno do dziś straszy w tym miejscu.
Na wieży Zamku ChojnikReszta grupy jedzie do Jagniątkowa wąską i krętą drogą. Parkujemy na sporym parkingu tuż pod samą posiadłością Hauptmanna i wysiadamy. Po drugiej stronie mieści się jego muzeum. Placówka zajmuje willę niemieckiego pisarza i laureata nagrody Nobla w 1912 r. Masywny, podobny do zamku dom, będący architektonicznie mieszanką historyzmu i neorenesansu, został zbudowany w latach 1900–1901 według projektu berlińskiego architekta Hansa Grisebacha.
Posadowiona na granitowej skale siedziba, zwana Łąkowym Kamieniem (Wiesenstein), otoczona jest parkiem o powierzchni ok. 1,6 ha i powstała w zamyśle jako willa widokowa, z której rozpościera się panorama Karkonoszy. Pisarz zamieszkiwał tu od roku 1901 aż do swej śmierci w roku 1946. Rezydencja stanowiła dla pisarza i jego rodziny schronienie między dłuższymi pobytami na wyspie Hiddensee i we Włoszech. Nazywana przez niego „zamkiem sprzeciwu i obrony” była dla niego miejscem ucieczki przed towarzyskim wirem Berlina i publicznym zainteresowaniem. Określał ją także „odbudową mojej duszy”, twierdząc, że kto wchodził w tę „świątynię duszy”, otrzymywał wgląd we wnętrze jego twórczej osobowości.
Przez prawie pół wieku willa Łąkowy Kamień była także centrum życia kulturalnego i towarzyskiego dla wielu twórców, pisarzy, intelektualistów, artystów z kręgów karkonoskich i berlińskich, a także miejscem słynącym z cennych zbiorów sztuki.
Muzeum Hauptmanna w JagniątkowiePo śmierci pisarza pojawiło się wiele koncepcji wykorzystania budynku. Ostatecznie utworzono tu Ośrodek Wczasów Dziecięcych „Warszawianka”, który do roku 1997 przyjmował dzieci i młodzież na pobyty feryjne i zielone szkoły. Tuż po przełomie w 1989 r., w myśl wspólnego oświadczenia Kanclerza Niemiec Helmuta Kohla oraz Premiera RP Tadeusza Mazowieckiego, postanowiono o utworzeniu w tym miejscu muzeum poświęconego nobliście. Po komunalizacji willa została, dzięki wsparciu Rządu Federalnego RFN i Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, poddana gruntownym zabiegom remontowym i restauracyjnym i ostatecznie zmieniła swoje przeznaczenie. W dniu 1 września 2001 r. podczas uroczystości z udziałem Premierów Polski i Saksonii oficjalnie otwarto Dom Gerharta Hauptmanna jako instytucję kultury Miasta Jelenia Góra. Zamiar nadania placówce prestiżu muzeum udało się zrealizować dopiero po 4 latach i od 1 maja 2005 r. instytucja ta działa jako Muzeum Miejskie Dom Gerharta Hauptmanna.
Panorama Jeleniej Góry z wieży widokowejW muzeum spędzamy ponad godzinę. Oglądamy gabinet pisarza, dawną bibliotekę, salę kominkową, dawną jadalnię oraz przede wszystkim hol w całości zdobiony polichromią wykonaną w 1922 r., zwany ze względu na tematykę malowideł „Halą Rajską”. To właśnie ta polichromia robi na zwiedzających największe wrażenie, zwłaszcza przybywających tutaj pierwszy raz.
Po zwiedzeniu muzeum zjeżdżamy autobusem do Sobieszowa, zabieramy grupę z Chojnika i jedziemy do Jeleniej Góry. Tutaj tracimy pół godziny na znalezienie parkingu, który jest oznaczony na mapie i prowadzą do niego znaki na drodze, ale sto metrów przed nim się urywają, na dodatek prowadzą ze złej strony. Po kilku kółeczkach podjeżdżamy jednak z właściwiej strony i odnajdujemy parking w ostatniej chwili, schowany w zarośniętej łące. Skręcamy, mamy cały parking dla siebie, ani jednego auta (widocznie nikomu oprócz nas nie udało się go znaleźć). Bijemy brawa kierowcy jemu przypisując zasługę znalezienia parkingu i ruszamy na rynek. Rynek jest bliziutko, 10 minut piechotą, ale że jesteśmy trochę spóźnieni, nie mamy czasu na zwiedzanie, tylko od razu szukamy obiadu. Wyjątek stanowi Iwona, która postanowiła wejść na wieżę widokową niedaleko ratusza i to kosztem pustego żołądka do końca wyprawy, ale czegóż się nie robi dla turystyki. Dzięki temu my jesteśmy najedzeni, a widoki z wieży i tak obejrzeliśmy na zdjęciach Iwony. Może musielibyśmy Iwonie zrewanżować się obiadem?
O wpół do czwartej meldujemy się przy autobusie i tym razem żegnamy się z górami już na dobre. Karkonosze nikną za tylną szybą, po drodze mijamy jeszcze Ślężę i wieczorem dojeżdżamy do Zawadzkiego. Cali i zdrowi, wzbogaceni o nowe przeżycia i doświadczenia, uśmiechnięci i zadowoleni. Na następną wycieczkę też pojedziemy.

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama