Szklarska Poręba - reminiscencje

Ireneusz Ludwig, Mirosława Kądziołka, Iwona Smieszkol Utworzono .

Spis treści

DW SudetyCieplice

Dziś jedziemy do Szklarskiej Poręby, na podbój Karkonoszy. Nieco przez nas zapomnianych, trochę w cieniu innych wypraw, ale wspaniałych i pięknych gór. Zwykle nasze szlaki w tym czasie prowadziły w Tatry, tym razem wracamy w krainę Ducha Gór i jego królestwo. Autobus, jak zwykle, podjeżdża pod parking przy gminie, czeka już tu sporo ludzi, wszak miejsca w autobusie zajęte będą wszystkie. Pakujemy torby i walizki i zajmujemy miejsca, sprawdzamy listę, kto jest, kogo nie ma i w końcu wyjeżdżamy. Zawadzkie jeszcze śpi, piątkowy poranek, rześkie powietrze, huta już zamknięta, do sklepów jeszcze czas, na ulicy tylko my i kilka przypadkowych aut. Wyjeżdżamy naszym kolosem na ulicę Opolską i skręcamy w stronę przystanku na PKP. Dziś wszyscy wsiedli przy gminie i pewnie nikogo tam nie będzie, ale i tak dla pewności zaglądamy – nie ma nikogo. Ponownie wyjeżdżamy na główną ulicę i teraz jedziemy już prosto na Kolonowskie, tutaj przy kościele zabieramy kolejną grupkę turystów, a skład kompletujemy we Fosowskiem, gdzie naszą grupę odprawić w trasę osobiście pofatygował się nasz prezes. Chcemy prezesa zabrać ze sobą, jedno miejsce jeszcze znajdziemy, ale ten dziękuje i obiecuje, że będzie nas wspierał z domu. Ruszamy więc w drogę.

Autobus na wycieczce PTKK jak zwykle  - wesołyNa początku mijamy znajome lasy, zakręty, pola, mijamy Ozimek, potem Opole, za Opolem wpadamy na autostradę, nasz kierowca Waldek ustawia nogę na sto na godzinę i możemy podziwiać krajobraz. Teraz już bardziej nieznany, nieczęsto zapuszczamy się tak daleko, kilometry śmigają jeden za drugim, słońce wznosi się nad horyzontem, a osobówki migają pod oknami busa i nikną z przodu za podążającym sznurkiem blaszanych pudełek. Gdzie ci wszyscy ludzie jadą? Do Szklarskiej Poręby? Po lewej stronie zaczyna się wyłaniać charakterystyczne wzniesienie z charakterystycznym szpikulcem na szczycie – właśnie mijamy Ślężę, królową Dolnego Śląska. To od niej wzięła się nazwa Śląska. Majestatyczna góra przygląda się nam ciekawie, a mijać będziemy ją długo, jeszcze daleko za Wrocławiem będzie ją z tyłu widać, jak coraz bardziej znika za tylną szybą. CieplicePod Wrocławiem autostrada trochę się zagęszcza, ale katastrofy nie ma. Później owiany złą sławą odcinek do Kostomłotów, gdzie zjeżdżamy na Strzegom i Bolków. W Bolkowie mieliśmy oglądać zamek, ale ostatecznie stanęło na Cieplicach, więc tylko go mijamy i podziwiamy przesuwającą się za oknem starą zamkową wieżę. Droga zupełnie nie przypomina siebie sprzed dziesięciu lat. Gruntownie odnowiona, zyskała nowy, świetny asfalt, przy okazji pobudowano na niej obwodnice i większość miejscowości, w których traciło się sporo czasu na wąskich i zatłoczonych uliczkach, teraz po prostu się omija. Zwłaszcza Strzegom i Bolków mocno na tym zyskał. My też. Przed Jelenią Górą zmieniona trasa zupełnie omija uciążliwy Maciejów, o którym teraz nawet nikt nie wie, że go mijamy.
Cieplice - Park ZdrojowyI tak wjeżdżamy do byłej stolicy województwa. Kierowca skręca z obwodnicy, jedziemy w stronę dworca PKP, mijamy tory, a potem przebijamy się na drogę prowadzącą do Cieplic. Najpierw wzdłuż gęstej zabudowy, potem coraz luźniejszej i w końcu po szerokiej dwupasmówce zmierzamy do słynnego jeleniogórskiego uzdrowiska. W Cieplicach trafiamy na duży parking, na którym znajdujemy miejsce także dla autobusów. Parking, co warto podkreślić, darmowy, ale pewnie tylko dlatego, że zbudowany ze środków unijnych i nie minęło jeszcze pięć lat, w ciągu których nie można na nim pobierać opłat. Tak czy inaczej tutaj się zatrzymujemy i wysiadamy. Po tylu godzinach jazdy to naprawdę ulga. A wokół jeszcze ogromny niemal bór w środku miasta. To Park Zdrojowy, jedna z jego części, porośnięty wiekowymi drzewami, wymarzone miejsce do spacerów i odpoczynku, upstrzony miejscami do siedzenia, fontannami, kawiarniami, barami. Jakby tego mało było, od południa uśmiechają się Karkonosze, a dzisiaj widać je bardzo dobrze. I już jest fajnie.
Grupa rusza w kierunku śródmieścia. Śródmieście wita nas rewelacyjnie wyremontowanym deptakiem i fantastycznie odnowioną zabudową. Czyste, schludne kamienice zapraszają do spaceru. Z boku uśmiecha się budynek Uniwersytetu Wrocławskiego – Filia Jelenia Góra, studenta tu trudno uświadczyć, ale są przecież wakacje. Wycieczka rozsypuje się po rynku i spaceruje po kawiarenkach, restauracjach. Po drugiej stronie znajdujemy kantor – no właśnie, mieliśmy wymienić parę koron, które przydadzą się po drugiej stronie granicy. Tuż obok podziwiamy sanatorium, a za nim trafiamy na kościół św. Jana Chrzciciela. Zaglądamy do środka, ale ten, jak większość kościołów, zawłaszczony przez księży i niestety nie wejdziemy do środka. „Otwórzcie drzwi Chrystusowi” – pamiętacie, kto tak nawoływał? Może Chrystus też chciałby wyjść do nas, pospacerować po cieplickim rynku i przejść się Parkiem Zdrojowym? Zerkamy tylko przez szybę w drzwiach i idziemy do Muzeum Przyrodniczego, które mieści się na tyłach kościelnego kompleksu.
Cieplice - Muzeum PrzyrodniczeW muzeum podziwiamy fantastyczną kolekcję wypchanych zwierząt, ale te zupełnie nie wyglądają na wypchane. Spreparowane tak profesjonalnie, że masz wrażenie, że stoisz oko w oko z prawdziwym jeleniem, tygrysem, orłem, niedźwiedziem. Czujesz niemal ich oddech na twarzy, gdy z bliska im się przyjrzeć. Miła pani na wystawie opowiada o sztuce drzeworytu, wspomina o Gutenbergu, jego wynalazku, który odmienił świat i wprowadził kulturę i naukę pod strzechy, a robi to tak dobrze, że nie trzeba czekać na początek, w każdym momencie można wejść w jej opowieść i popłynąć razem z nią. Możemy dotknąć starych kartek, dowiadujemy się o różnych rodzajach papieru, o tym, jak kościół nawet walczył z nim swego czasu upatrując w nim zagrożenie. Mijamy przepiękną kolekcję motyli, możemy nawet poddać się testowi wiedzy na komputerowym ekranie. Wypadamy całkiem nieźle, na kilkanaście pytań dwóch nie trafiamy. Za drugim razem już wszystkie odpowiedzi są dobre.Słuchamy o sztuce drzeworytu W następnej sali wita nas ogromy struś. Taki struś jest większy od człowieka. Bardzo większy. I choć wygląda trochę nieporadnie, to jego duży, trójkątny dziób budzi respekt. Potem trafiamy na jesiotra. Niby wiemy, co to jesiotr, ale dopiero tutaj uświadamiamy sobie, że on też jest ogromny. Jak człowiek długi. Nie jakiś tam wyrośnięty karp czy coś, to poważna ryba. Na dodatek wygląda bardzo groźnie. W następnych salach czeka nas egzotyka. Nosorożec, ponoć biały, ale trudno to dostrzec, bo dopiero co wyszedł z mokradeł cały oblepiony błotem, potem słoń, indyjski, na pewno indyjski, bo ma małe uszy, w trawie czai się ogromna anakonda, a w następnym oknie wita nas bóbr. Tak, poczciwy, stary bóbr, zupełnie taki sam, jak w naszym kanale hutniczym. My też mamy takiego, można go spotkać między Zawadzkiem a Żędowicami – ten cieplicki wygląda dokładnie tak samo, może to nawet i ten sam, przyjechał tutaj specjalnie, by nas obejrzeć.
Całe muzeum robi naprawdę fantastyczne wrażenie, chodzić tu można i oglądać godzinami i nie sposób wymienić wszystkich eksponatów, ale wszystkie pochodzą z najwyższej półki i bilet wstępu do muzeum jest naprawdę wart swej ceny. Nie dziwota więc, że w pewnym momencie spostrzegamy, że kończy nam się czas. Trochę przeholowaliśmy, a godzina minęła w pięć minut. Z żalem więc kierujemy się do wyjścia i pędzimy przez Park Zdrojowy do autobusu. Po drodze mijamy hotel, w którym dwa lata temu nocowaliśmy podczas wycieczki do Karpacza i meldujemy się na miejscu na ostatnią minutę. Udało się, zdążyliśmy.
Do takiej scenerii Hania śpiewa "Heidi"Ruszamy w dalszą drogę. Teraz już Szklarska Poręba. Wyjeżdżamy z Cieplic i z boku pojawia się panorama Karkonoszy. Od Śnieżki, przez Mały Szyszak, Śnieżne Kotły i Łabski Szczyt po Szrenicę, u podnóża wyrasta kilka mniejszych wzniesień, a wśród nich Chojnik z odbijającym się w słońcu zamkiem. W autobusie nastaje pełna ekscytacji atmosfera. Jesteśmy już prawie na miejscu. Nasze góry już do nas się uśmiechają. To po nich będziemy jutro wędrować. I jakby tego mało było, szefostwo wycieczki przygotowało kolejną niespodziankę – występ naszej Hani, która śpiewa do starej, szeroko znanej zwłaszcza starszemu pokoleniu piosenki „Heidi”. Wszyscy dostają kartki z tekstem, a piosenka, która mówi o górach, o tym, jak pięknie wśród nich żyć, otrzymuje do oryginalnego, niemieckiego tekstu, nasze własne, PTTK-owskie tłumaczenie, w których nawiązuje do Karkonoszy i Szrenicy. Hania śpiewa na przemian z oryginałem, autobus wtóruje, jak kto może i tak wjeżdżamy do Szklarskiej Poręby.
W drodze na Wodospad SzklarkiTutaj okazję do wykazania się ma nasz kierowca. Dotąd autobus jechał sam, teraz trzeba go pokierować przez wąskie, kręte ulice, uliczki i trafić do hotelu. Przy okazji go jeszcze znaleźć. Przejeżdżamy przez centrum, wbijamy się w krętą serpentynę wiodącą do Świeradowa, potem zjeżdżamy w lokalną uliczkę i w końcu trafiamy na całkiem już wąziutką dróżkę, która według nawigacji, ma prowadzić do hotelu. Jak nasz autobus zmieścił się w nią, do dziś nie wiemy, jeśli to nie jest tu, to pewnie już stąd nie wyjedziemy, ale jednak po kilku krzewach niemal wchodzących na drogę za jednym z nich wyłania się budynek wyglądający jak hotel. Jest, udało się. DW Sudety, tabliczka na ścianie mówi, że dotarliśmy na miejsce. Kierowca dał radę, zmieścił naszą ogromną bestię i dowiózł do celu. Wielkie brawa dla kierowcy.
Parking przy Wodospadzie SzklarkiKwaterujemy się w pokojach, schodzimy na obiad. To jedyny obiad, który mamy zamówiony. Jutro będziemy chodzić po górach i jeść w trasie. Na stołówce w nieco socjalistycznym jeszcze stylu na stoły wjeżdża krupnik, a po nim kurczak w postaci pieczeni. Całkiem smaczny. Miał być kurczak, taka poszła fama, ale zarówno pieczeń, jako i krupnik były całkiem, całkiem. Zwłaszcza zupa zyskała sporo wyrazów uznania.
Po obiedzie jedziemy na Wodospad Szklarki. Mogliśmy od razu, mijaliśmy go przecież po drodze, ale w dzień jest tam zawsze dużo ludzi, a teraz, wieczorem, powinno być luźno. Na dodatek parking będzie pusty i budka z biletami zamknięta. Tak też jest. Na parkingu zaledwie kilka osobówek, stragany pozamykane i tylko parę ludzi na krzyż. Przechodzimy obok kasy KPN, zaoszczędziliśmy tym na wstęp i zmierzamy ku wodospadowi. Podejście wiedzie lasem wzdłuż Szklarki, obramowanej kilkunastometrowymi skałami porośniętymi mchem, trawą, a nawet drzewami. Jak te drzewa tam wyrosły, nie wiadomo. Przy ścieżce tabliczka edukacyjna, a mniejszych skał dotknąć można ręką. Od rzeki dochodzi szum i grzmot fal rozbryzgujących się na kamieniach, wspinamy się pod górę, przechodzimy przez most i wreszcie, na samym końcu, wyłania się wodospad.
Wodospad Szklarki w pełnej krasieI w zasadzie tutaj można by zakończyć. Nie ma słów, które potrafią opisać to miejsce. Jest tak cudowne, tak przepiękne, że na jego widok nogi same się zatrzymują, a oko ogarnia magię niesamowitego kotła. Wodospadu nie widać do samego końca. Ciągle idzie się wzdłuż brzegów Szklarki i dopiero na samym końcu, przy ostatnim kroku, wodospad wyłania się znienacka, w całości, bez zapowiedzi, bez jakichkolwiek oznak, że tu jest. A jest niesamowity. Jego trójkątna sylwetka z tworzącym się u dołu korkociągiem jest niepowtarzalna. Grupa skał u ujścia wodospadu tworzy świetną scenerię na najbardziej rodzinne zdjęcia. To jedno z najpiękniejszych miejsc w Karkonoszach, a z pewnością najbardziej „szklarskie” w całej Szklarskiej Porębie.
Stajemy pod wodospadem, który mamy niemal na wyłączność. Pomysł, by przyjechać tutaj wieczorem, był strzałem w dziesiątkę. Jesteśmy tylko my nie licząc paru osób. Możemy spokojnie ustawić się do rodzinnego zdjęcia. Nikomu nie przeszkadzamy. Nikomu nie zawadzamy, nie musimy się spieszyć, nikt za nami nie czeka na swoją kolej. Jest jak za „downiej pierwiej”. Tylko my i góry. Tylko my i wodospad. Ustawiamy się do zdjęcia. Wyciągamy flagę. Poprawiamy kadr i uwieczniamy moment. To będzie prawdziwa pamiątka. Po grupowym ujęciu pora na indywidualny zachwyt i kontemplację wodospadu. Grupa rozchodzi się, rozgląda dokoła, wchodzimy na górę, stamtąd można obejrzeć początek wodospadu i jego szerokie rozlewisko przed kataraktą. Woda w wodospadzie czyściutka, jak szkło, jak kryształ, nie bez powodu wzięła się nazwa Szklarki. Szkoda tylko, że schronisko zamknięte, nie będzie pieczątki.
PTTK Zawadzkie na Wodospadzie SzklarkiPrzy wodospadzie dzielimy się na dwie grupy. Jedna wsiada do autobusu i wraca do hotelu, a druga idzie pieszo. Idziemy wzdłuż Kamiennej. To do niej spływa Szklarka tuż za wodospadem. Rzeka oddziela Karkonosze od Izerów i to właściwie dopiero teraz jesteśmy w Karkonoszach. Zielony szlak wiedzie obok rzeki i powiela jej meandry. Wartki, choć dość ubogi w wodę nurt okala snującą się za nim drogę z Piechowic do Szklarskiej Poręby. Mijamy grupy skał, jedna z nich sterczy wysoko w bok tworząc coś w rodzaju naturalnego dachu. Przesmykujemy się pod nim, a nad nami ogrom potężnych skał. Jakoś nie czujemy strachu, żeby miały się zawalić, a opierają się na… nie wiadomo czym. O powietrze chyba się opierają. Dalej dochodzimy do Muzeum Ziemi Juna i tutaj szukamy jaskini. Trochę nam schodzi, zanim do niej trafiamy, ale udało się, jest jaskinia. Czerwona Jama, tak się nazywa. Trochę obok szlaku, trzeba z niego zejść i dlatego mało kto o niej wie. My już wiemy. Sprawdzamy, czy nie ma w środku misia (nie ma) i ruszamy dalej. Grupka trochę się rozciąga i wędrujemy świerkowym lasem do Szklarskiej. Grzesiu zamyka grupę, gdy wreszcie po paru minutach, nagle pyta: „nie wiecie, gdzie jest moja żona?” I zaczyna się konsternacja. Nie ma jej. Ale przecież poszła przodem, ktoś mówi, rozglądamy się dokoła, kto ją ostatnio widział? W ruch idzie telefon. Gdzie jesteś? Stoję i czekam na was. A gdzie? Obok asfaltu. Ale jakiego, gdzie? Na skrzyżowaniu. Na którym? No tutaj? Zupełnie jak w nawigacji: kieruj się na południowy wschód, a ty nawet nie wiesz gdzie jesteś, a gdzie dopiero wschód. A poszłaś przodem, czy stoisz w miejscu? No, czekam ciągle na was. Więc jesteś z tyłu, to idź, my tutaj na ciebie czekamy.
Czerwona JamaZatrzymujemy się więc i czekamy, a po chwili z tyłu faktycznie pojawia się Sonia. Jest. Udało się. Zguba odnaleziona. Sonia się odnalazła, a Grzesiu szczęśliwy. Jesteśmy znowu wszyscy. Teraz już bardzo się pilnujemy, nikt nie odstaje, nikt nie ryzykuje i tak wchodzimy do miasta. Musimy przejść przez całe centrum i w końcu lądujemy w DW Sudety. Pierwszy dzień wycieczki dobiega końca.

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama