Berlin - Zielona Góra - Lubiąż - Zielona Góra
Spis treści
Zielona Góra
W Zielonej Górze kierowca szybko odnajduje hotel Qubus, na który od teraz wszyscy mówią „Kubuś” i tak na trzy dni stajemy się zielonogórskimi tubylcami. Po chwili do grupy dołącza pani przewodnik, która będzie nas oprowadzać po swoim mieście.
Zaczynamy od pobliskiej palmiarni. Leży tuż obok naszego hotelu, wystarczy przejść przez ulicę i jesteśmy na miejscu. To jedno z kilku zielonogórskich wzniesień i prawdopodobnie od niego miasto wzięło swoją nazwę. Na dodatek zbocza porośnięte ma winoroślą i jest całe zielone. Przed palmiarnią fontanna z fantazyjnym modelem Ziemi obracającej się w wodzie. Wchodzimy do środka i czujemy dejavu z Zawadzkiego – cieplutko jak w naszym autobusie. Ale to jeszcze nic, do góry, a palmiarnia jest piętrowa i ma kilka tarasów, jest coraz cieplej. Krok po kroku kurtki i płaszcze zjeżdżają z ramion, guziki same się odpinają, czy to tropik? Im wyżej, tym cieplej, czujemy się jak w egzotycznych krajach. Na ostatnim piętrze ciepło można aż dotknąć, wyraźnie opływa twarz, muska ciało niewidzialną dłonią. Nic dziwnego, jest tu ponad czterdzieści stopni – takiego upału nie ma u nas nawet latem. Nie dziwota więc, że jak szybko wchodzimy na najwyższy taras, tak samo szybko z niego uciekamy, każdy metr w dół to kilka stopni różnicy, różnica a ta... robi różnicę.
W palmiarni można wypić kawę, zjeść loda, spędzić miło czas, na dole jest restauracja, można posiedzieć, wspaniałe miejsce do relaksu. Nasza dzisiejsza przygoda prowadzi nas jednak dalej. Schodzimy zboczem winnicy do centrum. Podchodzimy pod konkatedrę, to nowe słowo, którego nauczyliśmy się tutaj, a oznacza drugi najważniejszy kościół po katedrze.
Katedra znajduje się w Gorzowie Wlkp., więc tutaj jest tylko konkatedra, za to może się poszczycić mianem najstarszego budynku w Zielonej Górze. Datowana na XIII wiek, ufundowana została przez księcia Konrada I Głogowskiego. Katedra przechodziła burzliwe dzieje w czasie swej historii, dziś może się pochwalić barokowym chórem oraz renesansową kutą kratą przy wejściu do Kaplicy Oliwnej. Główny ołtarz jest tryptykiem przedstawiającym tajemnice różańca, a przy południowej stronie katedry stoi figura św. Jana Nepomucena – najstarszego pomnika w mieście.
Niedaleko konkatedry znajduje się Wieża Głodowa, którą teraz idziemy obejrzeć. Do środka nie wchodzimy, kiedyś znajdowało się tam więzienie, na uwagę zasługuje fakt, że też jest jednym z najstarszych zabytków miasta.
Stąd niedaleko już na rynek. Tylko kilka wąskich uliczek, parę urokliwych kamienic i wychodzimy na skromny, acz przytulny plac. Jako pierwszy w oczy rzuca się ratusz z monumentalną wieżą. Ratusz jak ratusz, wieża na nim jest jednak niepowtarzalna. Nie widać może od razu, ale jej kopuła jest przesunięta, miast centralnie zwężać się do samego szczytu, uparcie trzyma się jednej ściany, za to z drugiej nadrabia niesymetrię coraz większymi uskokami. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, coś tu ewidentnie poszło nie tak, a projekt architektoniczny podczas jego urzeczywistniania został mocno zakropiony słynnym, zielonogórskim winem.
Przemierzamy więc zielonogórski rynek okrążając ratusz, wokół spoziera sporo miłych restauracji i kawiarenek, dziś jednak pozamykanych. Latem musi tu być wspaniale. Rynek, jak większość rynków, wykostkowany do granic możliwości i choć czysty i schludny, nie zostawia ni centymetra miejsca dla zieleni. Całe szczęście, że z góry otula go korona kilku rozłożystych drzew, które jakimś cudem uratowały się przed wycinką i dziś dodają temu miejscu nie tyle urody i atmosfery, co ochłody w upalne, letnie dni.
Z rynku niedaleko jest do kościoła Matki Boskiej. To jeden z najstarszych kościołów w Zielonej Górze, zbudowany w latach 1746-1748. Zaczynamy odnosić wrażenie, że w Zielonej Górze wszystko jest najstarsze. Od początku istnienia aż do roku 1945 służył protestantom, a jego ewangelickie korzenie widoczne są aż nadto wyraźnie do dziś. Świątynia ma prosty, halowy układ bez wyraźnego podziału na prezbiterium, typowy dla protestanckiego podejścia, w którym akcent kładziono na słowo Boże, a nie ołtarz. Wnętrze jest jasne, uporządkowane i pozbawione nadmiaru dekoracji, co podkreśla skromność i funkcjonalność miejsca modlitwy. Charakterystycznym elementem jest ambona umieszczona centralnie, symbolizująca znaczenie kazania w liturgii ewangelickiej. Z zewnątrz budowla wyróżnia się białą fasadą z ciemnymi, drewnianymi belkami w stylu muru pruskiego, co nadaje jej lekkości i prostoty. Połączenie jasnych ścian i geometrycznego układu belek podkreśla umiarkowanie, porządek i racjonalny charakter protestanckiej architektury.
Po II wojnie zbór ewangelicki przejęli katolicy, a sam kościół w 1946 r. został poświęcony jako świątynia katolicka. Przed każdą poranną Mszą odbywa się tu ceremonia odsłony obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, a zasłonięcie ma miejsce wieczorem po odśpiewaniu apelu jasnogórskiego.
Zielona Góra od 2010 roku posiada swojego patrona. Jest nim św. Urban. Wtedy też zrodziła się idea budowy jego pomnika. Takowy postawiono przed wejściem do kościoła w 2018 roku. Pomnik wykonany jest z brązu, jego wysokość wynosi 2,2 metra. Przedstawia papieża św. Urbana I o dobrotliwej twarzy w szatach pontyfikalnych i w tiarze. W prawej dłoni trzyma krzyż papieski, a lewą częstuje przechodniów kiścią winogron.
Zatrzymujemy się przy pomniku, gdzie urzeczywistniamy pierwsze grupowe zdjęcie podczas naszej trzydniowej wycieczki, a następnie ruszamy odwiedzić jedną z najfajniejszych atrakcji Zielonej Góry – Bachusa.
Bachus to rzymski bożek wina, urodzaju i rozpusty, który przylgnął do Zielonej Góry, jak gęsi do Gąsiorowic. Jego liczne figurki rozproszone są po całym mieście. Wszystkie Bachusiki swoim wyglądem nawiązują do winiarskich tradycji miasta. Ich charakterystyczne cechy to beczki, kielichy, kiście winogron, a także pokrycie głowy elementami winnej latorośli. Jest ich tutaj ponad siedemdziesiąt i można sobie urządzić niezłą zabawę szukając ich wszystkich. Kilku na naszej drodze już spotkaliśmy, teraz jednak gromadzimy się przy Bachusie „właściwym”, którego poznać można chociażby po jego okazałości – pomnik ma ponad 2 metry wysokości i usadowiony jest na wysokim, dwustopniowym cokole.
Nasza wycieczka pozuje sobie do zdjęć na tle Bachusa, a że akurat zielonogórskie bachusiki są niezwykle sympatyczne, szybko stają się naszymi przyjaciółmi. Zaczynamy zwracać na nie uwagę i od teraz widzimy już wszystkie na naszej drodze. Nie sposób nie wspomnieć gąsek w Gąsiorowicach – ta sama idea, ta sama zabawa, ta sama frajda.
Bachusiki prowadzą nas do Muzeum Ziemi Lubuskiej, gdzie zwiedzamy Muzeum Wina, Muzeum Dawnych Tortur i ekspozycję Dziedzictwo i Współczesność. Największe wrażenie sprawia chyba sala tortur, gdzie na kilka chwil można wtopić się w mroki średniowiecza i jego przygnębiający dorobek. Żelazna dziewica, koło łamania, stołek czarownic, gruszka do ust lub odbytu, kołyska Judasza, zgniatacze palców, głowy – to tylko niektóre ze średniowiecznych narzędzi tortur. Idziemy mroczną piwnicą i możemy ich dotknąć własną ręką. Ekspozycja wywołuje niepokój i przygnębienie, skłaniając do refleksji nad okrucieństwem człowieka i ciemnymi stronami historii. Surowa atmosfera i realistyczne eksponaty mogą powodować uczucie lęku, wstrętu, ale też i zadumy, uświadamiając, jak cienka bywa granica między cywilizacją a barbarzyństwem.
W sali dziedzictwa mocno odcina się na tle innych eksponatów swoją wymową kamienna płyta wmurowana w jedną ze ścian miejscowej szkoły podstawowej po drugiej wojnie światowej. Podczas remontu okazało się, że była ona nagrobkiem zagrabionym z jednego z cmentarzy, który obrócono na drugą stronę i wykuto na nim nowy napis, oryginalny wmurowując do ściany. I siłą rzeczy wracamy myślą do sali tortur i zastanawiamy się, gdzie jest ta granica pomiędzy cywilizacją a barbarzyństwem, skoro średniowiecze już się skończyło, i to ponoć bardzo dawno temu.
W Muzeum Wina oglądamy dawne narzędzia używane do produkcji wina, kolekcję butelek, kieliszków i kielichów, beczki, rozgniatacze i wiele innych eksponatów.
Kolejny punkt naszej wyprawy to Zatonie – dziś dzielnica Zielonej Góry, ale położona kilkanaście kilometrów od niej i oddzielona rozległymi połaciami lasów. Jedziemy tam autobusem i zatrzymujemy się przy pałacowym parku. W parku znajdujemy zespół pałacowy, z którego najokazalej prezentuje się pałac wzniesiony w latach 1685-89 jako piętrowy budynek nakryty dachem czterospadowym z wystawkami. W 1842 roku przebudowany w stylu klasycystycznym, z czym wiąże się nazwisko K.F. Schinkla. Jest to dwupiętrowa, murowana z cegły podpiwniczona budowla założona na planie prostokąta. Z frontu wejście prowadziło przez zachowany do dziś portyk z czterema kolumnami doryckimi. Przy elewacji tylnej zachował się podobny portyk. Resztki detalu architektonicznego, zdobiącego elewacje pałacu, reprezentują gzymsy i prostokątne obramienia okienne. Nad gzymsem koronującym widnieje attyka zwieńczona w środku kartuszem herbowym z umieszczonym na niej herbem Talleyrandów. W 1945 r. został spalony przez wojska radzieckie i do dziś pozostaje w stanie ruiny, częściowo zrewitalizowanej.
Obok pałacu mieści się ruina oranżerii z XVIII w., częściowo odremontowana, w której mieści się kawiarnia. Obszerny park zajmuje ponad 50 ha, na którym rośnie wiele gatunków drzew, niektóre z nich o charakterze pomnikowym. Idziemy tym parkiem mijając po drodze malutkie stawki, niektóre okraszone na środku wyspą, na którą można się dostać fantazyjnym mostkiem. Park romantyczny, z niespodziankami, niedopowiedzeniami, i każdy może sobie sam dopowiedzieć brakującą część historii.
Obfity i pracowity dzień dobiega powoli końca. Zwiedziliśmy sporo ciekawych miejsc, dowiedzieliśmy się wielu nowych rzeczy, teraz pora wracać do hotelu, gdzie czeka na nas obiad. Po takim dniu należy się. Wracamy do Zielonej Góry, kierowca parkuje autobus przed hotelem, żegnamy panią przewodnik i idziemy na zasłużony posiłek. Musimy nabrać sił na następny dzień. Jutro czeka nas Berlin.
