Berlin - Zielona Góra - Lubiąż
Spis treści
Przed nami trzydniowy wyjazd do Berlina. Znów jedziemy na wycieczkę zagraniczną. Zbieramy się wczesnym rankiem pod Urzędem Gminy, gdzie po chwili spośród gałęzi bujnych parkowych drzew wyłania się nasz autobus – dziś jedziemy Setrą. Wielka kolubryna wtacza się dostojnie na przystanek i otwiera swoje podwoje. Przestronny bagażnik mieści nasze walizki z naddatkiem, niemal sami byśmy się w nim zmieścili, ale dla nas przygotowane jest miejsce do góry, w wygodnych fotelach. Autobus promieniuje ciepłem, kierowca dobrze wiedział, jak zadbać o nasze samopoczucie, z lubością poddajemy się jego terapii, jesienny chłód październikowego poranka zostawiamy na zewnątrz i rozgaszczamy się w nowym królestwie, w którym spędzimy najbliższe trzy dni.
Berlin. To brzmi dumnie. Jakby nie było stolica, poważna, poważnego europejskiego kraju. Jedna z największych europejskich aglomeracji, ale tego wszystkiego jeszcze się dowiemy. Wycieczkę zaczynamy od Zielonej Góry, gdzie czekają na nas dwa noclegi. Wyruszamy powoli, żegnając rodzinne Zawadzkie, w Kolonowskiem zabieramy ostatnich wycieczkowiczów i zmierzamy w stronę Opola. Pod Opolem monotonne pasmo lasów za oknami ustępuje miejsca łąkom. Otwiera się szeroka panorama, przesłonięta jednak nisko wiszącą mgłą, która jakby chciała wyprzeć przyciskające je od góry resztki nocnych chmur. Słoneczko już od góry gdzieś przyświeca, ale chmury nie ustępują i wiszą nad horyzontem broniąc dostępu do jasnego dnia. Za Opolem wjeżdżamy na autostradę i teraz czujemy się już jak w domu. Wreszcie można spokojnie dospać zarwany poranek. Wycieczka zapada w poranny letarg, a autobus sunie mijając coraz to kolejne słupki z kilometrami. Za Wrocławiem wypatrujemy Ślęży. Ona zawsze tu jest. Zawsze ją widać, jak pozdrawia śmigające autostradą auta, dziś jednak Ślęży nie ma. Wprawne oko dostrzega w końcu jej niewyraźny zarys, który ledwo odcina się od spowijających ją ciężkich chmur. Sama sprawia wrażenie, jakby była chmurą i tak naprawdę nie wiadomo, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy tylko jest owocem naszej wyobraźni. Chyba jednak jest naprawdę. Powoli zostaje w tyle i wnet niknie w szarudze ciągle walczącej porannej aury.
Za Legnicą skręcamy na drogę ekspresową nad morze. Kiedyś tędy jechać było masakrą, dziś jednak jedziemy dalej jak po autostradzie, na dodatek pozostałości nocnej szarugi dają za wygraną, a słoneczko wychyla się z uśmiechem rozświetlając nasz szlak. Od razu robi się weselej. Na przydrożnych tabliczkach pojawiają się strzałki z Zieloną Górą, niechybny znak, że jedziemy w dobrym kierunku.
