Berlin - Zielona Góra - Lubiąż

Ireneusz Ludwig Utworzono .

Spis treści

Berlin - Brandenburegr TorPrzed nami trzydniowy wyjazd do Berlina. Znów jedziemy na wycieczkę zagraniczną. Zbieramy się wczesnym rankiem pod Urzędem Gminy, gdzie po chwili spośród gałęzi bujnych parkowych drzew wyłania się nasz autobus – dziś jedziemy Setrą. Wielka kolubryna wtacza się dostojnie na przystanek i otwiera swoje podwoje. Przestronny bagażnik mieści nasze walizki z naddatkiem, niemal sami byśmy się w nim zmieścili, ale dla nas przygotowane jest miejsce do góry, w wygodnych fotelach. Autobus promieniuje ciepłem, kierowca dobrze wiedział, jak zadbać o nasze samopoczucie, z lubością poddajemy się jego terapii, jesienny chłód październikowego poranka zostawiamy na zewnątrz i rozgaszczamy się w nowym królestwie, w którym spędzimy najbliższe trzy dni.


Droga ekspresowa na Zieloną GóręBerlin. To brzmi dumnie. Jakby nie było stolica, poważna, poważnego europejskiego kraju. Jedna z największych europejskich aglomeracji, ale tego wszystkiego jeszcze się dowiemy. Wycieczkę zaczynamy od Zielonej Góry, gdzie czekają na nas dwa noclegi. Wyruszamy powoli, żegnając rodzinne Zawadzkie, w Kolonowskiem zabieramy ostatnich wycieczkowiczów i zmierzamy w stronę Opola. Pod Opolem monotonne pasmo lasów za oknami ustępuje miejsca łąkom. Otwiera się szeroka panorama, przesłonięta jednak nisko wiszącą mgłą, która jakby chciała wyprzeć przyciskające je od góry resztki nocnych chmur. Słoneczko już od góry gdzieś przyświeca, ale chmury nie ustępują i wiszą nad horyzontem broniąc dostępu do jasnego dnia. Za Opolem wjeżdżamy na autostradę i teraz czujemy się już jak w domu. Wreszcie można spokojnie dospać zarwany poranek. Wycieczka zapada w poranny letarg, a autobus sunie mijając coraz to kolejne słupki z kilometrami. Za Wrocławiem wypatrujemy Ślęży. Ona zawsze tu jest. Zawsze ją widać, jak pozdrawia śmigające autostradą auta, dziś jednak Ślęży nie ma. Wprawne oko dostrzega w końcu jej niewyraźny zarys, który ledwo odcina się od spowijających ją ciężkich chmur. Sama sprawia wrażenie, jakby była chmurą i tak naprawdę nie wiadomo, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy tylko jest owocem naszej wyobraźni. Chyba jednak jest naprawdę. Powoli zostaje w tyle i wnet niknie w szarudze ciągle walczącej porannej aury.
Za Legnicą skręcamy na drogę ekspresową nad morze. Kiedyś tędy jechać było masakrą, dziś jednak jedziemy dalej jak po autostradzie, na dodatek pozostałości nocnej szarugi dają za wygraną, a słoneczko wychyla się z uśmiechem rozświetlając nasz szlak. Od razu robi się weselej. Na przydrożnych tabliczkach pojawiają się strzałki z Zieloną Górą, niechybny znak, że jedziemy w dobrym kierunku.


Zielona Góra

W Zielonej Górze kierowca szybko odnajduje hotel Qubus, na który od teraz wszyscy mówią „Kubuś” i tak na trzy dni stajemy się zielonogórskimi tubylcami. Po chwili do grupy dołącza pani przewodnik, która będzie nas oprowadzać po swoim mieście.
Zielona Góra - PalmiarniaZaczynamy od pobliskiej palmiarni. Leży tuż obok naszego hotelu, wystarczy przejść przez ulicę i jesteśmy na miejscu. To jedno z kilku zielonogórskich wzniesień i prawdopodobnie od niego miasto wzięło swoją nazwę. Na dodatek zbocza porośnięte ma winoroślą i jest całe zielone. Przed palmiarnią fontanna z fantazyjnym modelem Ziemi obracającej się w wodzie. Wchodzimy do środka i czujemy dejavu z Zawadzkiego – cieplutko jak w naszym autobusie. Ale to jeszcze nic, do góry, a palmiarnia jest piętrowa i ma kilka tarasów, jest coraz cieplej. Krok po kroku kurtki i płaszcze zjeżdżają z ramion, guziki same się odpinają, czy to tropik? Im wyżej, tym cieplej, czujemy się jak w egzotycznych krajach. Na ostatnim piętrze ciepło można aż dotknąć, wyraźnie opływa twarz, muska ciało niewidzialną dłonią. Nic dziwnego, jest tu ponad czterdzieści stopni – takiego upału nie ma u nas nawet latem. Nie dziwota więc, że jak szybko wchodzimy na najwyższy taras, tak samo szybko z niego uciekamy, każdy metr w dół to kilka stopni różnicy, różnica a ta... robi różnicę.
Zielonogórski BachuśW palmiarni można wypić kawę, zjeść loda, spędzić miło czas, na dole jest restauracja, można posiedzieć, wspaniałe miejsce do relaksu. Nasza dzisiejsza przygoda prowadzi nas jednak dalej. Schodzimy zboczem winnicy do centrum. Podchodzimy pod konkatedrę, to nowe słowo, którego nauczyliśmy się tutaj, a oznacza drugi najważniejszy kościół po katedrze.
Konkatedra w Zielonej GórzeKatedra znajduje się w Gorzowie Wlkp., więc tutaj jest tylko konkatedra, za to może się poszczycić mianem najstarszego budynku w Zielonej Górze. Datowana na XIII wiek, ufundowana została przez księcia Konrada I Głogowskiego. Katedra przechodziła burzliwe dzieje w czasie swej historii, dziś może się pochwalić barokowym chórem oraz renesansową kutą kratą przy wejściu do Kaplicy Oliwnej. Główny ołtarz jest tryptykiem przedstawiającym tajemnice różańca, a przy południowej stronie katedry stoi figura św. Jana Nepomucena – najstarszego pomnika w mieście.
Niedaleko konkatedry znajduje się Wieża Głodowa, którą teraz idziemy obejrzeć. Do środka nie wchodzimy, kiedyś znajdowało się tam więzienie, na uwagę zasługuje fakt, że też jest jednym z najstarszych zabytków miasta.
Ratuszowa krzywa wieżaStąd niedaleko już na rynek. Tylko kilka wąskich uliczek, parę urokliwych kamienic i wychodzimy na skromny, acz przytulny plac. Jako pierwszy w oczy rzuca się ratusz z monumentalną wieżą. Ratusz jak ratusz, wieża na nim jest jednak niepowtarzalna. Nie widać może od razu, ale jej kopuła jest przesunięta, miast centralnie zwężać się do samego szczytu, uparcie trzyma się jednej ściany, za to z drugiej nadrabia niesymetrię coraz większymi uskokami. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, coś tu ewidentnie poszło nie tak, a projekt architektoniczny podczas jego urzeczywistniania został mocno zakropiony słynnym, zielonogórskim winem.
Przemierzamy więc zielonogórski rynek okrążając ratusz, wokół spoziera sporo miłych restauracji i kawiarenek, dziś jednak pozamykanych. Latem musi tu być wspaniale. Rynek, jak większość rynków, wykostkowany do granic możliwości i choć czysty i schludny, nie zostawia ni centymetra miejsca dla zieleni. Całe szczęście, że z góry otula go korona kilku rozłożystych drzew, które jakimś cudem uratowały się przed wycinką i dziś dodają temu miejscu nie tyle urody i atmosfery, co ochłody w upalne, letnie dni.
Pani Edyta opowiada o zabytkach Zielonej GóryZ rynku niedaleko jest do kościoła Matki Boskiej. To jeden z najstarszych kościołów w Zielonej Górze, zbudowany w latach 1746-1748. Zaczynamy odnosić wrażenie, że w Zielonej Górze wszystko jest najstarsze. Od początku istnienia aż do roku 1945 służył protestantom, a jego ewangelickie korzenie widoczne są aż nadto wyraźnie do dziś. Świątynia ma prosty, halowy układ bez wyraźnego podziału na prezbiterium, typowy dla protestanckiego podejścia, w którym akcent kładziono na słowo Boże, a nie ołtarz. Wnętrze jest jasne, uporządkowane i pozbawione nadmiaru dekoracji, co podkreśla skromność i funkcjonalność miejsca modlitwy. Charakterystycznym elementem jest ambona umieszczona centralnie, symbolizująca znaczenie kazania w liturgii ewangelickiej. Z zewnątrz budowla wyróżnia się białą fasadą z ciemnymi, drewnianymi belkami w stylu muru pruskiego, co nadaje jej lekkości i prostoty. Połączenie jasnych ścian i geometrycznego układu belek podkreśla umiarkowanie, porządek i racjonalny charakter protestanckiej architektury.
Św. Urban na tle FilharmoniPo II wojnie zbór ewangelicki przejęli katolicy, a sam kościół w 1946 r. został poświęcony jako świątynia katolicka. Przed każdą poranną Mszą odbywa się tu ceremonia odsłony obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, a zasłonięcie ma miejsce wieczorem po odśpiewaniu apelu jasnogórskiego.
Zielona Góra od 2010 roku posiada swojego patrona. Jest nim św. Urban. Wtedy też zrodziła się idea budowy jego pomnika. Takowy postawiono przed wejściem do kościoła w 2018 roku. Pomnik wykonany jest z brązu, jego wysokość wynosi 2,2 metra. Przedstawia papieża św. Urbana I o dobrotliwej twarzy w szatach pontyfikalnych i w tiarze. W prawej dłoni trzyma krzyż papieski, a lewą częstuje przechodniów kiścią winogron.
PTTK Zawadzkie przy pomniku św. Urbana w Zielonej GórzeZatrzymujemy się przy pomniku, gdzie urzeczywistniamy pierwsze grupowe zdjęcie podczas naszej trzydniowej wycieczki, a następnie ruszamy odwiedzić jedną z najfajniejszych atrakcji Zielonej Góry – Bachusa.
Bachus to rzymski bożek wina, urodzaju i rozpusty, który przylgnął do Zielonej Góry, jak gęsi do Gąsiorowic. Jego liczne figurki rozproszone są po całym mieście. Wszystkie Bachusiki swoim wyglądem nawiązują do winiarskich tradycji miasta. Ich charakterystyczne cechy to beczki, kielichy, kiście winogron, a także pokrycie głowy elementami winnej latorośli. Jest ich tutaj ponad siedemdziesiąt i można sobie urządzić niezłą zabawę szukając ich wszystkich. Kilku na naszej drodze już spotkaliśmy, teraz jednak gromadzimy się przy Bachusie „właściwym”, którego poznać można chociażby po jego okazałości – pomnik ma ponad 2 metry wysokości i usadowiony jest na wysokim, dwustopniowym cokole.
Bachus - bożek winaNasza wycieczka pozuje sobie do zdjęć na tle Bachusa, a że akurat zielonogórskie bachusiki są niezwykle sympatyczne, szybko stają się naszymi przyjaciółmi. Zaczynamy zwracać na nie uwagę i od teraz widzimy już wszystkie na naszej drodze. Nie sposób nie wspomnieć gąsek w Gąsiorowicach – ta sama idea, ta sama zabawa, ta sama frajda.
W drodze do Muzeum WinaBachusiki prowadzą nas do Muzeum Ziemi Lubuskiej, gdzie zwiedzamy Muzeum Wina, Muzeum Dawnych Tortur i ekspozycję Dziedzictwo i Współczesność. Największe wrażenie sprawia chyba sala tortur, gdzie na kilka chwil można wtopić się w mroki średniowiecza i jego przygnębiający dorobek. Żelazna dziewica, koło łamania, stołek czarownic, gruszka do ust lub odbytu, kołyska Judasza, zgniatacze palców, głowy – to tylko niektóre ze średniowiecznych narzędzi tortur. Idziemy mroczną piwnicą i możemy ich dotknąć własną ręką. Ekspozycja wywołuje niepokój i przygnębienie, skłaniając do refleksji nad okrucieństwem człowieka i ciemnymi stronami historii. Surowa atmosfera i realistyczne eksponaty mogą powodować uczucie lęku, wstrętu, ale też i zadumy, uświadamiając, jak cienka bywa granica między cywilizacją a barbarzyństwem.
MuzeumW sali dziedzictwa mocno odcina się na tle innych eksponatów swoją wymową kamienna płyta wmurowana w jedną ze ścian miejscowej szkoły podstawowej po drugiej wojnie światowej. Podczas remontu okazało się, że była ona nagrobkiem zagrabionym z jednego z cmentarzy, który obrócono na drugą stronę i wykuto na nim nowy napis, oryginalny wmurowując do ściany. I siłą rzeczy wracamy myślą do sali tortur i zastanawiamy się, gdzie jest ta granica pomiędzy cywilizacją a barbarzyństwem, skoro średniowiecze już się skończyło, i to ponoć bardzo dawno temu.
W Muzeum Wina oglądamy dawne narzędzia używane do produkcji wina, kolekcję butelek, kieliszków i kielichów, beczki, rozgniatacze i wiele innych eksponatów.
Pałac ZatonieKolejny punkt naszej wyprawy to Zatonie – dziś dzielnica Zielonej Góry, ale położona kilkanaście kilometrów od niej i oddzielona rozległymi połaciami lasów. Jedziemy tam autobusem i zatrzymujemy się przy pałacowym parku. W parku znajdujemy zespół pałacowy, z którego najokazalej prezentuje się pałac wzniesiony w latach 1685-89 jako piętrowy budynek nakryty dachem czterospadowym z wystawkami. W 1842 roku przebudowany w stylu klasycystycznym, z czym wiąże się nazwisko K.F. Schinkla. Jest to dwupiętrowa, murowana z cegły podpiwniczona budowla założona na planie prostokąta. Z frontu wejście prowadziło przez zachowany do dziś portyk z czterema kolumnami doryckimi. Przy elewacji tylnej zachował się podobny portyk. Resztki detalu architektonicznego, zdobiącego elewacje pałacu, reprezentują gzymsy i prostokątne obramienia okienne. Nad gzymsem koronującym widnieje attyka zwieńczona w środku kartuszem herbowym z umieszczonym na niej herbem Talleyrandów. W 1945 r. został spalony przez wojska radzieckie i do dziś pozostaje w stanie ruiny, częściowo zrewitalizowanej.
Wnętrze pałacu w ZatoniuObok pałacu mieści się ruina oranżerii z XVIII w., częściowo odremontowana, w której mieści się kawiarnia. Obszerny park zajmuje ponad 50 ha, na którym rośnie wiele gatunków drzew, niektóre z nich o charakterze pomnikowym. Idziemy tym parkiem mijając po drodze malutkie stawki, niektóre okraszone na środku wyspą, na którą można się dostać fantazyjnym mostkiem. Park romantyczny, z niespodziankami, niedopowiedzeniami, i każdy może sobie sam dopowiedzieć brakującą część historii.
Obfity i pracowity dzień dobiega powoli końca. Zwiedziliśmy sporo ciekawych miejsc, dowiedzieliśmy się wielu nowych rzeczy, teraz pora wracać do hotelu, gdzie czeka na nas obiad. Po takim dniu należy się. Wracamy do Zielonej Góry, kierowca parkuje autobus przed hotelem, żegnamy panią przewodnik i idziemy na zasłużony posiłek. Musimy nabrać sił na następny dzień. Jutro czeka nas Berlin.


Berlin

Do Berlina wyjeżdżamy wczesnym porankiem. Do grona dołącza nowy przewodnik, który będzie nas oprowadzał po stolicy Niemiec. Dojazd do Berlina zajmuje nam dwie godziny. Po drodze mijamy Krosno Odrzańskie, Cybinkę, a później od Frankfurtu pędzimy do samego Berlina już autostradą.
Karl-Marx-AlleeZwiedzanie zaczynamy za szybami autobusu. Pan przewodnik siedzi na przednim siedzeniu tuż obok kierowcy i mówi mu „teraz w lewo”, „teraz w prawo”, a biedny kierowca kombinuje, jak zmieścić nasz potężny bus w coraz węższe i bardziej kręte berlińskie drogi. Im bliżej centrum, tym większą ekwilibrystyką musi się wykazać, ale staje na wysokości zadania, za co na koniec, po powrocie do Zielonej Góry, zostaje nagrodzony gromkimi brawami. Z takim kierowcą można jechać wszędzie.
Wjeżdżamy więc na Karl-Marx-Alee, odpowiedź socjalistycznej części Berlina na uchodzącą za symbol Berlina aleję Unter den Linden. Ta sztucznie zaszczepiona architektura mimo politycznych powinnowactw zachwyca swoim ogromem i prostotą. Jadąc tą trasą, od razu czuć ogrom – szeroka ulica rozciąga się przed oczami jak scenografia z innego świata. Masywne budynki w stylu socrealistycznym stoją w idealnej symetrii, z pilastrami, ornamentami i detalami, które wyglądają jakby były żywcem wyjęte z planu filmowego. Każdy krok po tej alei przypomina przechadzkę po wystawie: wszystko jest uporządkowane, przemyślane, a jednak nieco sztuczne.
Kolor cegły, ciepły beż elewacji i monumentalne latarnie uliczne nadają miejscu pewnej surowej elegancji, ale też dystansu. Trudno uwierzyć, że to prawdziwe miasto – ulica wydaje się narzuconą wizją, sceną, na której życie mieszkańców jest tylko epizodem. Choć przestrzeń przytłacza, jej idealne proporcje fascynują: symetria, rytm fasad, rozmach skali – wszystko mówi o idei, o planie, o wizji, której celem nie była integracja z miastem, lecz demonstracja potęgi i porządku.
Berlin - KatedraKarl-Marx-Allee w Berlinie to miejsce niezwykłe: piękne w swojej monumentalności, ale jednocześnie obce, jakby odklejone od codziennego życia miasta. Spacer tu to jak wędrówka przez czas i ideologię, gdzie każdy krok przypomina, że architektura potrafi zachwycać i intrygować, nawet gdy jest świadomie sztuczna.
W takiej też atmosferze skręcamy na Karl-Liebknecht-Strasse i mijamy słynną wieżę telewizyjną. Być w Berlinie i nie zobaczyć jej to jak zbrodnia na turystyce. Kilka przecznic dalej i zatrzymujemy się obok berlińskiej katedry. Wysiadając z autobusu jesteśmy przytłoczeni jej wielkością i ogromem. Choć dopiero co oglądaliśmy potężne kolosy stylu socrealistycznego, to ten ogrom przytłacza inaczej. Tutaj monumentalność staje się bardziej intymna – fasady katedry, choć ogromne, otaczają przestrzeń placu, tworząc poczucie skupienia, a nie rozciągniętej sceny. W przeciwieństwie do sztucznej symetrii Karl-Marx-Allee, tu wrażenie potęgi wynika z detalu, kopuł i ornamentów, które wciągają spojrzenie i sprawiają, że człowiek czuje się częścią monumentalnej, ale żywej przestrzeni.
Zamek w BerliniePo przeciwnej stronie spoglądają na nas mury zamku w Berlinie. Czyściutkie i nowiutkie – zamek postawiony jest od nowa, od zera. Po drugiej wojnie został uznany przez NRD-owskie władze za symbol „pruskiego imperializmu” i wyburzony, a na jego fundamentach w latach 70-tych ubiegłego wieku postawiono Pałac Republiki. Po zjednoczeniu Niemiec losy ponownie się odwróciły o 180 stopni i najpierw zburzono NRD-owską budowlę, a później przystąpiono do odbudowy pierwotnej substancji zamku. Odbudowę zakończono w 2020 r., nie dziwi więc wszechobecna świeżość. Obecnie w zamku mieści się muzeum sztuki oraz hotel.
Wystawa zamkowaZ zamku ruszamy na aleję „Pod Lipami”. Przed nami wyłania się Fryderyk II Wielki, który na ogromnym koniu przypomina o swoim wkładzie w historię Prus. To właśnie za jego rządów Prusy stały się jednym z najpotężniejszych państw w Europie. Fryderyk wygląda, jakby chciał wjechać na Uniwerystet Humboldta mieszczący się tuż obok.
Na skrzyżowaniach musimy poczekać na zielone światło, ale jest ono jakieś inne. Stojąc przy przejściu dla pieszych, nagle uśmiecha się do nas mały, czerwony lub zielony ludzik – Ampelmännchen, pozostałość po NRD. W kilka sekund wnosi do ulicy ciepło i humor, kontrastując z monumentalnym tłem Berlina; choć drobny, przypomina, że miasto potrafi być też zabawne, przyjazne i… trochę nostalgiczne.
Unter den LindenNieco dalej wchodzimy na wystawę Iconic. Tutaj z miejsca wkraczamy do świata klasyki motoryzacji i designu. Po obu stronach sal błyszczą starannie wyselekcjonowane auta – od kultowego VW Beetle, przez eleganckie Porsche 911, aż po ekstrawaganckie Lamborghini Countach – każdy egzemplarz opowiada swoją historię. Między pojazdami ustawiono różne gadżety, sprzęty i elementy codziennego życia z minionych dekad, które pozwalają poczuć ducha każdej epoki. Całość uzupełniają ekrany multimedialne i instalacje interaktywne, dzięki którym można zobaczyć, jak technologia i kultura kształtowały nasze społeczeństwo. Spacerując między ekspozycjami, czuje się zarówno nostalgię za przeszłością, jak i fascynację nowoczesnością – to prawdziwa podróż w czasie przez świat motoryzacji i designu Berlina.
Wystawa ICONICTeraz zbliżamy się już do najsłynniejszej bramy na świecie – Brandenburger Tor. Zanim jednak jej dotkniemy, schodzimy do pobliskiej stacji metra. Stacja metra Brandenburger Tor to nie tylko punkt komunikacyjny, ale także przestrzeń, która opowiada historię Berlina. Na jednej ze ścian znajdują się fotografie dokumentujące kluczowe momenty związane z Brandenburską Bramą. Wśród nich wyróżniają się:
• Upadek Muru Berlińskiego (9 listopada 1989 r.) – tłumy ludzi zgromadzone przy Bramie, symbolizujące zjednoczenie Niemiec.
• Przemówienie prezydenta USA Ronalda Reagana (12 czerwca 1987 r.) – jego słynne wezwanie „Mr. Gorbachev, tear down this wall!” stało się jednym z najważniejszych momentów zimnej wojny.
• Tłumy ludzi w 1990 roku – zjednoczenie Niemiec i radość z upadku podziału.
Historia Brandenburger Tor w obrazachTe fotografie nie tylko przypominają o przeszłości, ale także wprowadzają refleksję nad przemianami, jakie zaszły w mieście. Spacerując wzdłuż ściany, można poczuć się częścią tej historii, łącząc codzienną podróż z pamięcią o ważnych wydarzeniach.
Wychodząc z metra trafiamy wprost na dzielnicę ambasadorską. W tej najbardziej prestiżowej części Berlina znajduje się kilka ambasad, a wśród nich ambasady Stanów Zjednoczonych, Francji, Rosji i Wielkiej Brytanii. W tym doborowym towarzystwie miejsce znalazła także i nasza, polska ambasada, z której powiewa duża, biało-czerwona flaga. W samym centrum Berlina. Tuż obok Bramy Brandenburskiej. Od razu czujemy się dowartościowani.
Berlin - Brandenburger TorTak podniesieni na duchu podchodzimy do bramy. Trudno nie pomyśleć tutaj o sylwestrowej atmosferze na ZDF – wyobrażamy sobie tłumy ludzi, muzykę i kolorowe światła rozświetlające nocne niebo. W wyobraźni pojawia się także wojskowa czapka Janka z „Czterech pancernych”, którą zostawił tu w kultowej scenie filmu. Powożąca rydwanem bogini zwycięstwa, Nike, z wysokości Brandenburger Tor zdaje się kierować nasze kroki i nadawać rytm całej wycieczce. Jej dumny wzrok i uniesiony wieniec laurowy sprawiają, że każdy krok pod Bramą staje się bardziej uroczysty, a spacer po Unter den Linden nabiera charakteru triumfalnego marszu przez historię Berlina.
Przekraczamy tę historię i wchodzimy do drugiej części Berlina, niegdyś niedostępnej i zamkniętej. Dziś oba światy wyglądają tak samo, muru dzielącego niegdyś miasto szukać tu ze świecą w ręku, jeszcze raz okazuje się, że nie można historii budować na podziałach. Dawne bariery zniknęły, ustępując miejsca ulicom tętniącym ruchem, kawiarniom i sklepom – wszystko to pokazuje, że Berlin zjednoczony potrafi zachować pamięć o swojej historii, nie pozwalając jej przesłonić przyszłości. Spacerując po tych dzielnicach, odczuwa się, że miasto nie tylko przetrwało podziały, ale też nauczyło się z nich czerpać siłę, łącząc różne światy w jedną, dynamiczną całość, w której historia staje się tłem dla życia, a nie jego więzieniem.
Pomnik ofiar HolocaustuDalsza część naszej trasy wiedzie ku Pomnikowi Holocaustu. Składa się on z 2711 betonowych bloków ustawionych w regularnych rzędach na dużym, prostokątnym terenie. Bloki mają różną wysokość – od niskich, sięgających zaledwie kolan, po wysokie, przewyższające człowieka – i są ułożone tak, że tworzą labirynt wąskich alejek. Idąc między blokami, podłoże faluje lekko pod stopami i różnice wysokości bloków sprawiają, że pojawia się poczucie dezorientacji i izolacji – to celowy zabieg, który ma przybliżyć choć w części emocje związane z pamięcią o tragedii. Minimalistyczna forma kontrastuje z intensywnością przeżyć, jakie wywołuje kontakt z historią Holocaustu. Pomnik nie daje gotowych odpowiedzi – zmusza do zatrzymania się, spojrzenia w głąb i osobistej refleksji. Jest miejscem, które łączy pamięć, przestrzeń i emocje, tworząc doświadczenie wstrząsające, a jednocześnie głęboko potrzebne dla zrozumienia historii Berlina i Europy.
Nam w tym spojrzeniu coraz bardziej przeszkadza padający deszcz, ale może właśnie nie, może taka pogoda jeszcze bardziej uwydatnia ogrom tragedii, przecież tamci ludzie też nie mieli wyboru?
Berlin - Unter den LindenWreszcie dochodzimy do Mall of Berlin – centrum handlowo – pamiątkowego, i tutaj dostajemy przerwę. Prawie dwie godziny dla siebie. Trzeba coś zjeść, kupić jakąś pamiątkę z Berlina, czy wreszcie na spokojnie obejrzeć, jak wygląda życie w centrum największej metropolii w Niemczech. A jest ona ogromna. Mieszka tu ponad 3,5 mln ludzi. To więcej, niż w aglomeracji śląskiej, która liczy „tylko” 2,5 mln mieszkańców. Mieszkańcy Berlina często mówią o sobie przede wszystkim jako o Berlińczykach, a dopiero w drugiej kolejności jako o Niemcach. To poczucie lokalnej tożsamości wynika z burzliwej historii miasta – podziały, okupacje, mur berliński i proces zjednoczenia pozostawiły trwały ślad w świadomości mieszkańców. Berlin to miasto wyjątkowe, wielokulturowe i kosmopolityczne, gdzie lokalna przynależność i codzienny rytm życia w stolicy nadają silniejsze poczucie wspólnoty niż odległa, narodowa tożsamość. Ludzie identyfikują się z konkretnymi dzielnicami, tradycją miejską i unikalnym charakterem stolicy, co często przewyższa więź z resztą kraju.
SiegessäuleDwie godziny szybko mijają, wracamy na przystanek, wnet podjeżdża nasz autobus i teraz Berlin zwiedzamy znów przez szyby. Przejeżdżamy w centrum obok Bundesratu, po czym kierujemy się na ogromny Tiergarten. To ogromny, centralny park w Berlinie, który pełni rolę „zielonych płuc” miasta. Zajmuje około 210 hektarów i znajduje się w samym sercu Berlina. Powstał w XVI wieku jako królewski teren łowiecki, a dziś jest miejscem rekreacji, spacerów, biegania, jazdy na rowerze i pikników. W Tiergarten znajdują się liczne aleje, stawy, mostki i pomniki, w tym błyszcząca w słońcu złota Siegessäule – Kolumna Zwycięstwa. Park łączy zieloną przestrzeń z historycznym i kulturalnym dziedzictwem Berlina, oferując mieszkańcom i turystom zarówno spokój, jak i możliwość kontaktu z historią i sztuką w otoczeniu przyrody.
Przejeżdżamy obok Reichstagu, imponującego budynku parlamentu niemieckiego, znanego przede wszystkim z charakterystycznej szklanej kopuły, która pozwala podziwiać panoramę miasta i ma symbolizować przejrzystość władzy. To właśnie tutaj swoją płomienną mowę wygłosił Józef Wajda w obronie języka polskiego w czasie swojej kadencji do pruskiego parlamentu w latach 1908-1912, dziś spoczywający na cmentarzu w Kielczy. Szkoda, że nie możemy tu podejść, zobaczyć z bliska, ale nie da się wszystkiego w Berlinie obejrzeć w jeden dzień. Czy to znaczy, że trzeba będzie tu znów przyjechać?
Kościół PamięciNa razie jedziemy na Zoologischer Garten, gdzie znów wysiadamy i idziemy w kierunku Kościoła Pamięci. Od razu widać, że różni się od wszystkiego wokół – zniszczona, częściowo zachowana wieża kontrastuje z nowoczesnymi budynkami i tętniącymi życiem ulicami Berlina. Ruiny stojące pośród miasta pełnią rolę niemego świadectwa okrucieństw wojny – monumentalny fragment dawnych murów i popękane witraże przypominają, jak wiele zniszczeń przyniosły naloty bombowe, jednocześnie tworząc miejsce pamięci i refleksji w samym centrum tętniącej życiem stolicy.
Nowy Kościół Pamięci Cesarza WilhelmaTuż obok ruin starego kościoła wznosi się nowy budynek, nowoczesna kaplica o prostych, eleganckich kształtach, która kontrastuje ze zniszczoną wieżą. Najbardziej przyciągają uwagę niebieskie witraże, które wypełniają wnętrze delikatnym, niemal mistycznym światłem, tworząc atmosferę spokoju i refleksji.
Wchodzimy do wnętrza nowego kościoła i nagle rozbrzmiewa dźwięk organów – na chwilę myślimy, że trafiliśmy na koncert. Jednak po pewnym czasie intensywny ton staje się tak ostry, że niemal boli, aż w końcu odkrywamy, że to nie występ, lecz strojenie instrumentu. Ten moment dodaje wycieczce nieoczekiwanego kolorytu i przywołuje skojarzenie z naszymi „wycieczkami znienacka”.
PTTK Zawadzkie - Berlin - Europa CenterNa koniec podchodzimy do wnętrza Europa – Center i od razu wzrok przyciąga wysoki na kilkanaście metrów zegar wodny – szklana konstrukcja, w której woda powoli spływa z jednego naczynia do drugiego, odmierzając czas. To niezwykły mechanizm czasu zbudowany z przezroczystych cylindrów wypełnionych wodą, który ma aż 13 metrów wysokości. Działa dzięki zasadzie naczyń połączonych – woda spływa z góry do kolejnych zbiorników, odliczając w ten sposób godziny i minuty. Całość jest kolorowo podświetlona, dzięki czemu zegar przyciąga wzrok zarówno w dzień, jak i po zmroku. Rozkładamy tutaj naszą oddziałową flagę i ustawiamy się do kolejnego, wspólnego zdjęcia, wzbudzając przy okazji nieco poruszenia i dezorientacji wśród przechodzących w pobliżu ludzi. Na całe szczęście, do paniki jednak nie dochodzi i mamy wspaniałą pamiątkę z tego miejsca.
Stary Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma  Można by tak całymi godzinami i dniami jeździć po Berlinie i podziwiać jego zabytki, ale my musimy już do domu, Zielona Góra czeka, a w „Kubusiu” obiad, wracamy więc na parking, pakujemy się do autobusu i ruszamy w drogę powrotną. Na granicy niespodzianka – załapujemy się na kontrolę graniczną. Przez lata zdążyliśmy przywyknąć już do otwartych granic traktując je jako coś oczywistego i normalnego, zdążyliśmy już zapomnieć, jak wyglądają, a „Europa bez granic” stała się rzeczywistością, ale brutalna prawda przypomniała nam, że wolność nie jest dana raz na zawsze – trzeba o nią dbać, strzec jej i pamiętać, jak łatwo można ją stracić. Całe szczęście, że dziś kontrola poszła bardzo sprawnie, strażnicy obejrzeli tylko nasze dowody, ale przecież nie tak to miało wyglądać, chyba to znak, że coś z tej swobody i beztroski zaczynamy powoli tracić. Nawet drobna procedura przypomina, że wolność, którą uważamy za oczywistą, wciąż jest delikatna i wrażliwa na zmiany.
Po polskiej stronie natrafiamy na wypadek i wracamy do Zielonej Góry trasą okrężną, przez Świebodzin, ale za to możemy obejrzeć największy pomnik Jezusa w Polsce, na dodatek już nocą, w glorii świateł. Widać go z daleka, góruje nad okolicą rzucając wyzwanie światu. Ma 50 metrów wysokości. I co z tego? Nasz komin i tak jest dwa razy większy.


Lubiąż

Ostatni dzień wycieczki rozpoczyna się leniwie. Wstajemy z łóżek w poczuciu dobrze „odbytej” wycieczki, Zielona Góra zwiedzona, Berlin zdobyty, nikt nie przegrał, wszyscy wygrali. Rozsypujemy się indywidualnie w mniejszych i większych grupkach i smakujemy Zielonej Góry na własną rękę. Niedzielny poranek w Zielonej Górze wita ciszą i spokojem, jakby całe miasto odpoczywało po tygodniu pełnym wrażeń. Po intensywnej wycieczce do Berlina spacer po tutejszych uliczkach wydaje się powrotem do innego rytmu – wolniejszego, bardziej swojskiego. Powietrze pachnie winoroślą i świeżo zaparzoną kawą z pobliskich kawiarenek, a pierwsze promienie słońca miękko oświetlają kamienice i wzgórza wokół starówki. Miasto jeszcze śpi, ale w tej ciszy czuć jego delikatne ciepło – znajome, spokojne, zupełnie inne niż głośny, monumentalny Berlin. To moment oddechu, czas na poukładanie wrażeń, zanim znów wciągnie codzienność. Odwiedzamy ponownie palmiarnię, a potem… potem nadchodzi zwrot akcji.
Zielona Góra - tuż przed odjazdemRobi nam się godzina wolnego czasu ekstra, więc ktoś rzuca pomysł, że może by tak wyjechać wcześniej i zwiedzić jeszcze coś po drodze. Mirosława podchwytuje myśl i proponuje Lubiąż. Tam jest pocysterski klasztor, warty zwiedzenia, i może nawet otwarty. Podczas gdy towarzystwo wycieczkowe raczy się kawą w hotelu, szefostwo wycieczki łapie za telefony – w ruch idą mapy, wyszukiwarki i strony z godzinami otwarcia. Mirosława wie doskonale, co kryje klasztor w Lubiążu – ogromne barokowe gmachy, historia zaklęta w murach i wnętrza, które zapierają dech – ale nie wiemy, czy dziś się tam dostaniemy. Czy jest otwarte? Czy to w ogóle po drodze? Czy da się tam wjechać autobusem? W powietrzu miesza się niepewność z ciekawością, a każda kolejna informacja przybliża decyzję – ruszamy czy nie? Jak to często bywa w podróży, plan rodzi się z przypadku, a najlepsze pomysły z odrobiny improwizacji. Kierowca wreszcie mówi, że da radę, można jechać. Klasztor co prawda będzie zamknięty, ale już sam widok z zewnątrz ma być wart drogi: monumentalna, barokowa fasada rozciągająca się setkami metrów, z wieżami górującymi nad doliną Odry. Nawet jeśli nie uda się zajrzeć do środka, oglądanie klasztoru z zewnątrz obiecuje niezwykłe wrażenia.
Klasztor w LubiążuNo więc jedziemy. Zostawiamy w Zielonej Górze miłe wspomnienia i ruszamy w poszukiwaniu dalszych przygód. Po drodze przebijamy się przez kilka deszczowych chmur, spomiędzy których uśmiecha się do nas chylące się powoli ku zachodowi słoneczko. W pewnym momencie na firmamencie rozciąga się kolorowa tęcza jakby chciała nas pozdrowić. Przed Legnicą zjeżdżamy z ekspresówki i lokalnymi już trasami zmierzamy do Lubiąża. Wreszcie za jednym z zakrętów, gdy zostawiamy prowadzący nas las z tyłu, wyłania się ogromna budowla. Czy to to? Wygląda na ogromne. Położone kilkadziesiąt metrów od drogi, otoczone łąkami, z tyłu pochylają się ogromne drzewa, a przy drodze niewielki parking. Autobus zatrzymuje się i zjeżdża. Lubiąż - klasztorWysiadamy i z niedowierzaniem spoglądamy w kierunku budowli i – nagle zapiera nam dech. Ogromne mury ciągną się w nieskończoność, skrzydła budynku rozciągają się daleko wzdłuż drogi, a potężne wieże górują nad krajobrazem niczym strażnicy historii. Trudno objąć wzrokiem całą jego wielkość, a każdy detal fasady – okna, zdobienia, łuki – wydaje się maleńki wobec rozmiarów całego kompleksu. W grupie rozlega się cichy szept zachwytu, ktoś nieśmiało chwyta za telefon, inni stoją w milczeniu, próbując wchłonąć to, co widzą. Nawet z tej odległości rozmiar klasztoru wywołuje uczucie zdumienia i niedowierzania – jakby nagle wszystko, co znaliśmy do tej pory, stało się mniejsze i mniej istotne wobec tej przestrzeni. Wczorajszy Berlin przy tym wydaje się niemal znikomy, jego szerokie ulice i budynki bledną w porównaniu z tym, co rozpościera się przed naszymi oczami. To moment, który łączy podziw, respekt i radość, że możemy stanąć tu razem i patrzeć na coś tak wyjątkowego.
Nasza grupa na tle kolosa z LubiążaJuż nikt nie ma wątpliwości, że przyjazd tutaj był dobrą decyzją. Podchodzimy pod olbrzymie mury i ciągle nie możemy uwierzyć, że coś takiego znajduje się tak blisko naszych domów. Przecież to zaledwie 200 kilometrów. A my przejechaliśmy pół świata, zajrzeliśmy do Berlina i w głowie zaczyna kiełkować wątpliwość, czy ten cały Berlin był w ogóle potrzebny?
Lubiąż - klasztorIdziemy wzdłuż trzykondygnacyjnej fasady, która zdaje się nie mieć końca i podziwiamy jej barokowe detale. Przy ścianie ustawione rusztowanie, cały klasztor jest odnawiany i całe szczęście, bo nie wolno pozwolić, aby taki obiekt popadł w ruinę. Przecież to jest większe niż Wawel!
Spacer wokół klasztoruDochodzimy do końca fasady, przed nami wyłania się kolejna, jeszcze większa! Jej końca nawet nie widać. W dali sterczą końcówki dwóch wież, jeszcze nie wiemy, jakich, trzeba podejść bliżej, żeby zobaczyć, ale wnet tracimy z pola widzenia początek fasady. Klasztor jest tak ogromny, że przerasta możliwości człowieka do jego ogarnięcia i zbudowania spójnego obrazu. Nie da się, po prostu się nie da. Przytłacza w każdym calu. Nie da się nawet zrobić porządnego zdjęcia naszej wycieczki, bo albo my nikniemy w kadrze całego klasztoru, albo jego ogrom sprawia, że on sam nie mieści się w jednym ujęciu. Każdy, kto próbuje ustawić się z aparatem, szybko odkrywa, że skalę i rozmach budowli można uchwycić tylko w rzeczywistości, a nie na fotografii – dlatego najlepiej po prostu stać i patrzeć, chłonąc każdy detal na własne oczy.
Karczma CysterskaStojąc przed klasztorem w Lubiążu, trudno oderwać wzrok od jego rozległych murów – każde skrzydło, każda wieża zdaje się opowiadać własną historię. Choć ogromny w skali, budynek nie przytłacza, bo jego ogrom przeplata się z niezwykłą precyzją detali: ornamenty, rzeźby, misternie zdobione okna i łuki przyciągają wzrok i pozwalają odkrywać coś nowego przy każdym spojrzeniu.
Cisza wokół potęguje wrażenie – widać, że miejsce było świadkiem setek lat życia zakonnego, ceremonii i codziennych trosk mnichów. Każda fasada, choć rozciągnięta na setki metrów, ma w sobie bogactwo detali i finezję, która zmusza do zatrzymania się i wnikliwego oglądania. Nawet bez wejścia do środka można poczuć ducha historii, który wypełnia te przestrzenie, i zrozumieć, dlaczego klasztor Lubiąż uchodzi za jedno z najważniejszych dzieł architektury barokowej w Polsce.
Chwila przerwy w Karczmie CysterskiejObchodzimy klasztor dokoła. Po drugiej stronie odkrywamy dziką plantację chmielu, a sam klasztor ma już cztery kondygnacje. Wydaje się jeszcze potężniejszy. Zza murów obronnych częściowo dostrzec można dziedziniec wewnętrzny i czubki jego zabudowy. Dwie wieże, które obserwowaliśmy wcześniej, okazują się być początkiem kościoła, którego szczyt nawy widzimy z tej strony. Miejsce jest niesamowite. I to wcale nie jest tak, że my jesteśmy ze wsi i mało świata widzieliśmy i wszystko nam się wydaje duże. Ten klasztor jest naprawdę wielki. I ilekroć się to podkreśli, tylekroć to jego wielkości nie będzie oddawało. W rzeczy samej, klasztor ten jest jednym z największych zabytków tej klasy w Europie, jest największym opactwem cysterskim na świecie i drugim co wielkości obiektem sakralnym na świecie! Wystarczy? Ma kubaturę trzykrotnie większą od Zamku Królewskiego na Wawelu, powierzchnia dachów zajmuje 2,5 hektara, długość fasady wynosi 223 metry i jest to najdłuższa fasada barokowa w Europie! W krypcie pod gotycką bazyliką znajdują się nagrobki Piastów Śl. (m. in. Bolesława Wysokiego) oraz mumie opatów cysterskich i zakonników. Do dziś w dobrym stanie zachowało się 98 mumii.
Grupa PTTK Zawadzkie pod klasztorem w LubiążuNie dane nam było obejrzeć wnętrza opactwa. Do zwiedzania udostępnionych jest kilka sal, a jak sprawdzaliśmy w internecie, jest w nich co oglądać. Koniecznie musimy tu przyjechać jeszcze raz, ale już omijając Berlin.
W pobliżu opactwa funkcjonuje restauracja cysterska, na którą przerobiono jedną ze stodół. Można w niej zjeść obiad, wypić piwo, pokosztować się deserem. Nasza wycieczka skwapliwie korzysta z okazji.
Lubiąż w blasku popołudniowego słońcaSpacerując po terenie wokół klasztoru w Lubiążu, chłoniemy nie tylko sam budynek, ale i rozległy park oraz otoczenie, w którym harmonijnie wpisują się pozostałe budynki cysterskie. Aleje w parku wiją się między starymi drzewami, tworząc przyjemny cień i wprowadzając spokojny rytm spaceru. Każdy budynek – gospodarczy, mieszkalny czy użytkowy – ma swój charakter, a ich układ pokazuje przemyślaną organizację klasztoru jako samowystarczalnej społeczności. W tym spokojnym otoczeniu łatwo poczuć pełnię miejsca – rozległość głównego klasztoru łagodzona jest zielenią, drobnymi detalami architektonicznymi i ciszą, która sprzyja refleksji. Każdy krok odsłania nowe perspektywy, a mieszanka przyrody, architektury i historii sprawia, że spacer staje się prawdziwym doświadczeniem, gdzie każdy zakątek wydaje się mieć swoją opowieść.
Lubiąż - wieże kościoła klasztornegoSpacerując dalej, natrafiamy na stare, zamurowane wejście, które od lat pozostaje zamknięte. Trudno powiedzieć, do czego dokładnie służyło – może prowadziło do dawnych cel mnichów, może do magazynów czy prywatnych komnat opata albo nieoficjalnych odwiedzin. Zamurowane, lekko omszałe, przyciąga wzrok i budzi wyobraźnię, zachęcając do domysłów o życiu, które toczyło się za tym murem wiele stuleci temu. Nawet w tej ciszy i spokoju można poczuć echo dawnych kroków i codziennych rytuałów, które kiedyś wypełniały klasztorne korytarze.
Gdyby nie harmonogram jazdy naszego kierowcy, moglibyśmy tu zostać nawet do jutra, tak fantastycznym okazał się klasztor w Lubiążu, niestety musimy się zbierać. Kierowniczka wycieczki zbiera grupę, liczymy w autobusie, czy wszyscy są i jedziemy, teraz już do Zawadzkiego. Na dobrą sprawę, przestało być oczywiste, czy nasza wycieczka była naprawdę do Berlina. Owszem, byliśmy w nim, zwiedziliśmy go, ale niespodziewany przystanek w Lubiążu poruszył fundament. Berlin jest ogromny, ale Lubiąż w jakiejś mierze bije go na głowę.
Po zakończeniu wycieczki przeprowadziliśmy ankietę, co zrobiło na nas największe wrażenie. Klasztor w Lubiążu wygrał w cuglach, zdecydowanie bijąc na głowę pozostałe atrakcje.

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama