Igliczna i Czarna Góra – finał sezonu
Zakończenie sezonu górskiego – Międzygórze, Czarna Góra i Igliczna
Dziś wyruszamy do Międzygórza – to symboliczne zakończenie naszego sezonu turystyki górskiej, sezonu wyjątkowo bogatego w wyprawy i wrażenia. Wędrówkowy finał wieńczymy wejściem na Igliczną i Czarną Górę.
Międzygórze to niewielka, malownicza wieś położona w obrębie Masywu Śnieżnika, licząca niewiele ponad pięciuset mieszkańców. Słynie z licznych drewnianych oraz kamienno-drewnianych budynków w stylu szwajcarskim. Po wojnie powstało tu wiele ośrodków wczasowych – najbardziej znane z nich to „Czarodziejka”, „Gigant”, „Hanka”, „Krokus”, „Mimoza”, „Opolanka” i „Słowik”. Ta charakterystyczna, tyrolska zabudowa wciąż nadaje miejscowości niepowtarzalny urok, choć część dawnych pensjonatów niestety popada w zapomnienie i ruinę.
Spacer po Międzygórzu to jak podróż w czasie – pełna nostalgii, ale i cichej nadziei na lepsze jutro. Kilka budynków odzyskało już dawny blask, znów tętniąc życiem. Mimo to w powietrzu wciąż czuć niewykorzystany potencjał – jakby coś jeszcze nie zagrało tak, jak powinno.
W drogę ruszamy wczesnym rankiem. Spod Urzędu Gminy wyjeżdżamy punktualnie o siódmej, a w Fosowskiem dopełniamy skład wycieczki i kierujemy się w stronę Kłodzka. Największą niewiadomą pozostaje pogoda. Prognozy są niepewne – większość zapowiada deszcz, lecz wśród internetowych przepowiedni pojawiają się też te bardziej optymistyczne, obiecujące przynajmniej chwile bez opadów.
Wyruszamy więc z nadzieją i ze słońcem, które delikatnie przyświeca nam od tyłu. Im bliżej Kotliny Kłodzkiej, tym wyraźniej rysują się na horyzoncie sudeckie wzgórza i góry. Nad nimi wiszą ciężkie, ołowiane chmury, miejscami skrywając szczyty. Czasem jednak wiatr rozgania szarą zasłonę, odsłaniając zalesione wierzchołki, a gdzieniegdzie nawet rozświetlone promieniami słońca zbocza.
Na Czarną Górę przez mgłę i wiatr
Po kilku godzinach jazdy docieramy wreszcie do Przełęczy Puchaczówka. Tutaj wysiadają dwie grupy turystów – trzecia jedzie dalej, prosto do Międzygórza. My natomiast postanawiamy dojść tam pieszo. Ambitniejsza część naszej ekipy rusza zielonym szlakiem na Czarną Górę. Ścieżka od początku wiedzie stromo w górę, a przed nami około trzysta metrów podejścia. Już po chwili zanurzamy się w gęsty las i krok po kroku zdobywamy kolejne metry wysokości.
Pogoda zdaje się z nami igrać. Wkrótce wokół pojawia się mleczna mgła, która gęstnieje z każdym metrem. Wygląda na to, że weszliśmy w sam środek chmury. Jeszcze przed chwilą wierzchołek Czarnej Góry majaczył nad nami, teraz jednak zniknął, ukryty pod białą czapą. Nic to – dzielnie idziemy dalej.
Nagle z oddali, gdzieś ze zbocza, dobiega nas świst wiatru. Brzmi tak osobliwie, że aż trudno go porównać z czymkolwiek. Chwilami zdaje się, jakby pośród świerków krążyły czarownice, startujące właśnie na swoich miotłach. Nie widać ich – giną w zieleni drzew – ale przeraźliwy łoskot i świst odrzutowych mioteł sprawiają, że atmosfera staje się niemal magiczna.
To przeżycie naprawdę nie daje się opisać słowami. Ileż razy w książkach próbowano oddać dźwięk wiatru świszczącego wśród gałęzi? Każdy zna te literackie opisy, każdy myśli, że potrafi sobie to wyobrazić. A jednak – dopiero tutaj, pośród gwiżdżących świerków Czarnej Góry, odkrywamy, że wszystkie te próby były tylko nieśmiałą namiastką rzeczywistości. Trzeba stanąć w samym sercu wiatru, by zrozumieć, czym naprawdę jest jego śpiew.
Czarownice zostawiamy wkrótce za sobą i kontynuujemy wspinaczkę na Czarną Górę. Korzystając z krótkiego okienka pogodowego, podziwiamy wyłaniające się z mgły widoki. Wkrótce nadchodzi kolejna fala zawiei – z nieba spływają pierwsze płatki śniegu tej zimy, zimy, która jeszcze właściwie nie nadeszła. Z drzew spadają przymarznięte kawałki lodu, ale na szczęście nie pada deszcz.
Szlak w końcu się wypłaszcza i dochodzimy do wierzchołka. Widoczność ograniczona jest do kilkunastu metrów – widać jedynie zbiorowisko kamiennych głazów, żadnej tabliczki nie dostrzegamy, ale wyżej i tak wejść się nie da. Jesteśmy na szczycie – Czarna Góra, 1203 m n.p.m.
Zbieramy się do wspólnego zdjęcia. Opatuleni po uszy, ledwo widoczni wśród wiatru, patrzymy w obiektyw z dumą – każdy z nas uśmiecha się do pamiątkowej fotografii, mimo że zewsząd gwiżdże i szarpie nas wiatr.
Teraz zaczynamy zejście w stronę Jaworowej Kopy. Początek trasy robi wrażenie – szlak stromo opada po kamiennym zboczu. Widać, że nasza góra wcale nie była taka łatwa – po prostu podeszliśmy od strony mniej wymagającej. Wkrótce wchodzimy w przepiękny las.
Zatrzymujemy się na krótką chwilę przy rozdrożu, gdzie rozchodzą się zielony i czerwony szlak. Pomiędzy bajkowymi świerkami, porośniętymi mchem, ma się wrażenie, że wypełzają smerfy. Słychać nawet radosny głos Klakiera i wesoły śpiew niebieskich ludzików, jakby las sam opowiadał nam swoją bajkę.
Ku Iglicznej i „Marii Śnieżnej”
Idziemy dalej zielonym szlakiem, teraz już w stronę Iglicznej. Po drodze łączymy się z niebieskim szlakiem, którym poszła druga grupa naszej wycieczki. Ta obeszła Czarną Górę bokiem i najwyraźniej była tu przed nami. Zatrzymujemy się tylko na krótką chwilę i ruszamy dalej.
Wkrótce docieramy do miejsca, gdzie szlak… nagle się kończy. Właściwie nie kończy się całkiem – w dole widać kolejny niebieski znaczek, ale dzieli go od nas kamienista skarpa, po której trudno się przedostać. Zupełnie jakby autor szlaku zgubił wątek i powiedział: „radźcie sobie sami”. Chwilę oceniamy sytuację, opracowujemy warianty zejścia i stawiamy czoła przyrodzie. Nie ułatwiają nam zadania mokre liście, walające się po mokrych kamieniach, ale wyjścia nie ma. Każdy wybiera własną drogę – jeden idzie bardziej w lewo, drugi obchodzi z drugiej strony – i wkrótce wszyscy meldujemy się na dole cali i zdrowi.
Schodzimy dalej, aż dochodzimy do schroniska na Iglicznej. Jesteśmy na końcu naszej trasy. Grupa z Międzygórza właśnie rusza w drogę powrotną, a ekipa z niebieskiego szlaku zdążyła już zejść. My jeszcze mamy czas, żeby rozejrzeć się wokół. A jest co oglądać. Obok schroniska wznosi się sanktuarium „Maria Śnieżna”, z ciekawą i długą historią. Powstało w pobliżu miejsca, gdzie pierwotnie stała ludowa figurka Marii z Dzieciątkiem, ustawiona pod rozłożystymi konarami buka. Figurkę przywiózł w 1750 roku z pielgrzymki do Mariazell w Austrii ówczesny wójt Wilkanowa. Była kopią tamtejszej Madonny. Piętnaście lat później okolice nawiedziła potężna wichura, która przewróciła nawet drzewo, pod którym stała figurka, ale sama figurka pozostała nienaruszona. Miejscowa ludność uznała to za znak od Boga i przeniosła ją w bezpieczne miejsce, a w 1776 roku wzniesiono dla niej nową, drewnianą kaplicę. W latach 70. XVIII w. kaplica przestała mieścić rosnącą liczbę wiernych, którzy przybywali tu, słysząc o cudownych uzdrowieniach, i w 1782 roku zbudowano nowy, murowany kościół. Dwa lata później dobudowano wieżę, a w miejscu starej kaplicy postawiono plebanię.
Wodospad Wilczki i powrót do Międzygórza
Obok sanktuarium znajduje się schronisko, w którym można napić się ciepłej kawy lub herbaty. Chętnie korzystamy z tej okazji, a po krótkim odpoczynku ruszamy w dół, w stronę Wodospadu Wilczki.
Trasa prowadzi malowniczym szlakiem, okraszonym złotą paletą liści szykujących się do listopadowego „listopadania”. Z oddali zaczyna dobiegać szum kotłującej się wody – niechybny znak, że wodospad jest już blisko. Ścieżka skręca w prawo, ku stromej skarpie, na szczęście wyłożonej kamiennymi schodami. Schodzimy nimi ostrożnie w dół, aż wreszcie naszym oczom ukazuje się on – wspaniały, majestatyczny Wodospad Wilczki.
Dawniej zwany Wodogrzmotami Żeromskiego, jest drugim co do wysokości wodospadem w polskich Sudetach, zaraz po Wodospadzie Kamieńczyka w Szklarskiej Porębie. Ma 22 metry wysokości, a za jego progiem ciągnie się malowniczy wąwóz o długości około 20 metrów i głębokości 15. To jedna z największych atrakcji na trasie naszej wycieczki. Schodzimy pod barierki na tarasie widokowym, zatrzymujemy się na chwilę i uwieczniamy ten moment na pamiątkowych zdjęciach – będzie co wspominać.
Z wodospadu do Międzygórza pozostaje już tylko kilka kroków. Wkrótce wychodzimy na łono cywilizacji i kierujemy się w stronę „Alpejskiego Dworu”, gdzie czeka na nas zasłużony obiad. Choć do celu nie jest daleko, droga wiedzie pod górę – bardziej stromo, niż się spodziewaliśmy. Zmęczenie daje o sobie znać, ale wizja gorących kotletów skutecznie dodaje nam sił. Jeszcze chwila, jeszcze kilka kroków – i meldujemy się w restauracji, szczęśliwi, że zakończyliśmy ten wyjątkowy dzień w górach.
Gościnny „Alpejski Dwór”
Pensjonat „Alpejski Dwór” wita nas przestronną salą z efektownym kominkiem pośrodku. Ciepły płomień tańczy w ogniu, rozlewając po sali przytulne światło i ciepło, które spływa na nasze zmęczone ciała niczym miód po łyżce. Zastawione stoły czekają na naszą gościnę, a ich widok przypomina, że dziś naprawdę daliśmy z siebie wszystko – nawet ci, którzy jeszcze przed chwilą twierdzili, że nie są głodni, nagle odkrywają, jak bardzo potrafi burczeć w brzuchu po całym dniu w górach.
Na kanapie pod oknem wyleguje się emerytowany kot, niezmącony naszym przybyciem. Z miną konesera przyjmuje głaski od tych, którym wciąż mało ciepła. My zaś zasiadamy do stołów i z niecierpliwością czekamy na obiad. Nie trzeba długo czekać – już po chwili na stoły wjeżdżają zasłużone kotlety. Choć „kotlety” to w tym przypadku zbyt skromne słowo. Bywaliśmy już w niejednej jadłodajni i próbowaliśmy wielu menu, ale takich ogromnych, złocistych potworów jak tutaj jeszcze nigdzie nie widzieliśmy. Każdy z nich wielkości całego talerza, aromatyczny, chrupiący i… niepokojąco szybko znikający. Normalnie taka porcja wystarczyłaby na trzy dni, a tutaj – pochłaniamy ją z apetytem, jakbyśmy nie jedli od tygodnia.
Na uwagę zasługuje niezwykle sympatyczna obsługa. Panie podające posiłki są przemiłe i uśmiechnięte, a właścicielka pensjonatu – prawdziwa dusza tego miejsca – od razu zjednuje sobie wszystkich. Jest bezpośrednia, serdeczna i uważna. Co chwilę dopytuje, czy niczego nam nie brakuje, czy smakuje, czy może dolać soku albo przynieść jeszcze surówki. Z każdym potrafi zamienić kilka słów, a w chwilach porywu spontanicznie ściska się z nami, jakby znała nas od lat. W jej obecności trudno czuć się jak gość – raczej jak część wielkiej, górskiej rodziny.
Zakończenie w rodzinnej atmosferze
W takiej też, rodzinnej atmosferze kończymy obiad i wychodzimy na taras, by zrobić wspólne, pamiątkowe zdjęcie. Teraz pozostaje już tylko zejść na parking, gdzie czeka nasz autobus. Cóż – pora wracać do domu.
Wycieczkę kończymy w wybornych humorach, mimo że pogoda tym razem robiła, co mogła, by nas zniechęcić. Ostatecznie jednak ustalamy, że nie tyle przeszkadzała, co po prostu… nie pomagała. Wyprawa była doskonałą okazją do odświeżenia naszych relacji, a jeszcze bardziej cieszy fakt, że w naszym gronie pojawiły się całe rodziny z dziećmi.
To budujące, że do naszej turystycznej społeczności przekonują się nowi ludzie, wnosząc ze sobą świeżą energię i entuzjazm. W tej wycieczce uczestniczyło aż dziesięcioro dzieci – przyszłych adeptów PTTK, małych odkrywców górskich ścieżek, którzy z pewnością niejedno jeszcze zdobędą. Patrząc na nich, z uśmiechem myślimy, że przyszłość naszych wędrówek jest w dobrych rękach.
Pożegnanie sezonu
Sezon górski dobiegł końca, a my wracamy do domu z sercami pełnymi wrażeń, wspomnień i radości ze wspólnie spędzonego czasu. Choć pogoda tym razem nie zawsze była łaskawa, każda chwila wśród gór, lasów i wodospadów przypomniała nam, dlaczego kochamy te wędrówki. Teraz pozostaje tylko odliczać dni do kolejnej wyprawy – do kolejnych szlaków, widoków i spotkań, które znów wypełnią nasze plecaki przygodą i uśmiechem.
To jak, kiedy następna wycieczka?

Komentarze