Z wizytą u Pradziada

Ireneusz Ludwig Utworzono .

Wycieczka PTTK na PradziadPradziad – to najwyższy szczyt o wysokości 1491 m n.p.m. w paśmie Wysokiego Jesionika, w północno-wschodnich Czechach. Jest najwyższym szczytem Jesioników, Śląska Cieszyńskiego, Górnego Śląska i Moraw, piątym pod względem wysokości w całych Czechach, a zarazem najwyższym szczytem Sudetów Wschodnich.

Na szlaku na PradziadTyle Wikipedia. Dla nas jednak Pradziad to przede wszystkim cel dzisiejszej wyprawy. Rok temu się nie udało, więc dziś podejmujemy drugą próbę. Wtedy szlaki wokół Pradziada były jeszcze zniszczone przez niedawną powódź. Dziś są już przejezdne, więc znów próbujemy swoich sił.
Wyruszamy wczesnym rankiem. Już o szóstej pakujemy się do autobusu i ruszamy w stronę czeskiej granicy. Droga ucieka nam szybko – mijamy Krapkowice, Prudnik i Głuchołazy, by po chwili pożegnać Polskę i powitać czeskie krajobrazy. Podróż mija tak sprawnie, że ani się obejrzymy, a już meldujemy się w Karlovej Studziance – urokliwym, uzdrowiskowym miasteczku wtulonym w stopy Jesioników. To właśnie stąd rozpoczynamy nasz pieszy podbój Pradziada. Nasz kierowca podwozi nas na niewielki parking tuż za miejscowością, dzięki czemu zyskujemy cenny czas i nieco skracamy podejście. Przed nami szczyt, który rok temu zmusił nas do odwrotu. Tym razem nie ma mowy o kompromisach – zamierzamy doprowadzić tę wyprawę do końca.
Kanion Bílá OpavySzlak wiedzie wzdłuż potoku Bílá Opava, którego melodyjny szum nieustannie towarzyszy nam w drodze. Woda wartko przemyka między głazami – raz niknie w gęstej zieleni, by za chwilę znów błysnąć tuż obok ścieżki. Gdy szlak rozgałęzia się na dwie odnogi, bez wahania wybieramy tę oznaczoną żółtymi znakami. Chcemy z bliska zobaczyć malowniczy przełom potoku, który przeciska się przez coraz węższy, skalny wąwóz. Zapowiada się ekscytujący, choć z pewnością bardziej wymagający odcinek wędrówki.
I rzeczywiście – natura nie zawodzi. Strumień prezentuje się niesamowicie. Przemyka wśród drzew, tocząc swoje wody przez niezliczone kaskady i skalne załomy. Woda z hukiem spada z kolejnych stopni, pieni się wściekle między kamieniami i pędzi dalej, zupełnie nie zważając na przeszkody, jakie stawia przed nią surowy, górski teren.
My również musimy lawirować wśród skał, wspinać się po kamiennych stopniach i uważać na śliskie, wystające korzenie. Miejscami szlak zamienia się w labirynt drewnianych podestów i kładek, które chwilami bardziej przypominają strome drabinki niż klasyczną górską ścieżkę. Każdy kolejny zakręt nagradza nas jednak nową, spektakularną odsłoną potoku. Niezwykły klimat tego miejsca z nawiązką wynagradza każdy włożony wysiłek. Szybko zapominamy o zmęczeniu i z dziecięcą wręcz ciekawością rwiemy do przodu, by odkryć kolejne tajemnice Białej Opavy. Niektóre zakątki zmuszają nas jednak do zatrzymania. Nie sposób przejść obojętnie obok huczącej kaskady czy skalnego gardła, w którym spieniony żywioł z impetem przeciska się między głazami. W takich momentach natychmiast idą w ruch telefony, a kolekcja pamiątkowych zdjęć w mgnieniu oka się powiększa.
Bílá OpavaNa szlaku tworzy się niewielki zator. Grupa niemal zastyga w bezruchu, a kolejni dochodzący turyści również zwalniają kroku. Trudno się dziwić – każdy pragnie choć na chwilę zatrzymać ten niezwykły kadr. Chcemy uwiecznić surowe piękno, które Bílá Opava przez tysiąclecia cierpliwie rzeźbiła w górskich skałach.
Im dalej, tym robi się ciekawiej. Gdy docieramy niemal do końca wąwozu, stajemy skonsternowani i zaczynamy się zastanawiać, którędy właściwie prowadzi droga. Przed nami wyrasta lita ściana skał, po bokach straszą strome zbocza, a przejścia zwyczajnie nie widać. Wtedy kątem oka dostrzegamy coś, co wcześniej nam umknęło – ukrytą sprytnie z boku, pionową drewnianą konstrukcję. Jeszcze wyżej majaczą sylwetki ludzi. Zagadka rozwiązana: to właśnie tamtędy biegnie szlak.
Nie pozostaje nam nic innego, jak ruszyć ich śladem. Przed nami wyrasta strome podejście, które niemal przykleja się do ściany lasu. Drewniane stopnie pną się ostro w górę, wijąc się pomiędzy skałami i potężnymi korzeniami. Z każdym oddechem wąwóz zostaje coraz niżej, a my mozolnie zdobywamy wysokość. Jeszcze jeden zakręt, jeszcze kilka stopni i nagle krajobraz gwałtownie się otwiera. Ściany skalnego korytarza zostają w tyle, a szlak ostatecznie wyprowadza nas z ciasnego objęcia wąwozu.
Schronisko BarborkaW ten sposób docieramy do szlaku, na którym zaczynaliśmy naszą wędrówkę. Na drzewach ponownie rozbłyskują niebieskie znaki, a ścieżka wyraźnie łagodnieje, jakby góra pozwalała nam wreszcie złapać upragniony oddech. Zatrzymujemy się, by zebrać całą grupę, skrupulatnie się liczymy i ruszamy dalej. Wysokości powoli, lecz nieustannie przybywa. Z obu stron otula nas gęsty, żywozielony las, a ścieżka niestrudzenie prowadzi nas coraz wyżej. Panuje tu sielankowy spokój, choć zmęczenie w nogach przypomina, że cel wciąż kryje się gdzieś wysoko nad naszymi głowami. Jeszcze kilka zakrętów i wychodzimy wreszcie na polanę przy Barborce – klimatycznym schronisku przycupniętym tuż pod Pradziadem. Samego wierzchołka wciąż stąd nie widać, jakby góra chciała do końca zachować swoją tajemnicę. Robimy więc krótki postój, by odetchnąć i nabrać sił przed ostatecznym podejściem.
Widok na PradziadOstatni odcinek wspinaczki na Pradziada wita nas asfaltowym traktem. Trasa nieco przypomina drogę do Morskiego Oka, jest jednak od niej krótsza i bez wątpienia o wiele bardziej atrakcyjna widokowo. Najpierw wydostajemy się z objęć lasu i wkraczamy w królestwo kosodrzewiny. Z każdym krokiem drzewa karłowacieją, aż wreszcie ustępują miejsca otwartej przestrzeni, odsłaniając coraz rozleglejsze panoramy. Jako pierwsza na horyzoncie pojawia się charakterystyczna sylwetka słynnej wieży telewizyjnej, górującej nad Pradziadem na wysokość niemal 150 metrów. To właśnie dzięki niej szczyt zyskał swój niezwykły znak rozpoznawczy, a wierzchołek samej konstrukcji jest najwyżej położonym punktem w całych Czechach. Początkowo dostrzegamy jedynie jej czubek, wyłaniający się zza grzbietu. Z każdym metrem budowla staje się jednak wyraźniejsza, aż w końcu spod niej wyłania się sam Pradziad. Cel naszej wędrówki staje przed nami w całej okazałości. Ten widok działa jak zastrzyk nowej energii – zmęczenie natychmiast mija, a krok staje się żwawszy. Okrążamy wierzchołek szerokim, spiralnie wijącym się szlakiem i wreszcie meldujemy się na szczycie.
Zadowoleni z osiągniętego celu i dumni ze zdobycia szczytu napawamy się pięknem otoczenia. Rozciągają się stąd niesamowite widoki we wszystkie strony, a trud włożony w podejście wynagradza nam teraz każdy metr pokonanej drogi. Góry ciągną się po horyzont, kolejne pasma nakładają się na siebie, tworząc niezwykłą, górską mozaikę.
W trasie na szczytWisienką na torcie okazuje się wjazd windą na samą górę wieży, skąd panorama zapiera dech w piersiach. Z tej perspektywy wszystko wokół wydaje się nagle miniaturowe i odległe. Szlaki, którymi przed chwilą maszerowaliśmy, górskie schroniska, bezkresne lasy i kolejne grzbiety rozpływają się w gigantycznej przestrzeni. Stoimy przez chwilę w milczeniu, wpatrzeni w horyzont, i chyba każdy z nas czuje to samo – dla takich widoków warto było podjąć każdy trud. Moglibyśmy chłonąć ten obraz godzinami, ale czas nieubłaganie goni – nawet podczas wycieczek, na których zegarki powinny mieć przecież wolne. Pora schodzić na ziemię. Przed opuszczeniem szczytu gromadzimy się jeszcze wokół potężnej, drewnianej figury Pradziada. Legendarny strażnik gór cierpliwie czeka tu na każdą kolejną ekipę zdobywców.
Pradziad staje w samym środku i wśród naszej gromady wygląda niemal jak jeden z nas – tylko trochę bardziej nieruchomy i zdecydowanie mniej zmęczony po wspinaczce. Nie możemy oczywiście przepuścić takiej okazji: robimy wspólną, pamiątkową fotografię, rzucamy ostatnie spojrzenia na rozległą panoramę i powoli zabieramy się do zejścia.
PTTK Zawadzkie na PradziadzieZejście z Pradziada jest równie malownicze jak wejście. Rozległy horyzont powoli znika za koroną kosodrzewiny, która najpierw pojawia się nieśmiało pojedynczymi kępkami, by po chwili coraz śmielej rozgościć się wokół nas. Wkrótce wkraczamy w jej zielone królestwo i drepczemy ku kolejnemu celowi – schronisku Ovčárna, które wprawne oko mogło wypatrzyć już podczas pobytu na wierzchołku. Teraz pozostaje tylko do niego dotrzeć. Liczymy przy tym na coś więcej niż chwilę odpoczynku – od rana nie mieliśmy bowiem porządnego obiadu, więc perspektywa ciepłego posiłku zaczyna działać na nas niemal równie mobilizująco jak sam widok szlaku.
Gdzieś na czeskim szlaku...Meldujemy się w schronisku na raty, ale w komplecie i bez szwanku. Na miejscu miłe zaskoczenie: tutejsza jadłodajnia jest na tyle przestronna, że pomieści całą naszą ekipę, a zapasy jedzenia wyglądają na niewyczerpane. Decyzja mogła być tylko jedna – zostajemy. Prawdziwym wybawieniem okazuje się jednak nasz kierowca, który wtoczył autobus pod sam schroniskowy próg. Dzięki temu nie musimy schodzić o własnych siłach, co ratuje nam skórę – trasa mocno się przeciągnęła i zaczęliśmy już walczyć z czasem. Z pełnym prawem do odpoczynku przejmujemy kolejkę do bufetu. Przy okazji fundujemy sobie lekcję czeskiego survivalu. Menu oferuje opcje wyłącznie po czesku i angielsku, co rodzi zabawny paradoks: podobieństwo języków zawodzi, a angielski nie pomaga rozszyfrować lokalnych specjałów. Na szczęście stara, dobra metoda „po polsku, ale wolniej” zdaje egzamin. Obsługa łapie w mig, o co chodzi, i po chwili zamawiamy wymarzone potrawy.
Młodzież PTTK na czeskim szlakuPosileni wychodzimy przed schronisko, gdzie na przestronnym parkingu czeka już nasz autobus. Grupa niespiesznie się kompletuje, a my powoli oswajamy się z myślą o powrocie. W pierwotnych planach mieliśmy jeszcze spacer po Karlovej Studziance, jednak nieubłagany czas zweryfikował te zamierzenia. Szkoda, ale to świetny pretekst, by kiedyś tu wrócić i na spokojnie odkryć uroki tej malowniczej miejscowości. Dziś musi nam wystarczyć podziwianie jej zza szyb autobusu – a trzeba przyznać, że robi ogromne wrażenie. Przejeżdżając przez jej samo serce, pełne zabytkowej, drewnianej architektury, powoli kierujemy się myślami ku domowi. Obieramy kurs na Zlate Hory. Chwilę później przekraczamy czesko-polską granicę, mijamy Głuchołazy oraz te wszystkie urokliwe zakątki, które witały nas o poranku, i ostatecznie zmierzamy w stronę domu.
Wycieczka kończy się na parkingu pod urzędem gminy, a uśmiechnięte twarze wysypujące się z autobusu mówią same za siebie. Wspólne wędrowanie, zapach górskiego powietrza i smaki czeskiej kuchni zostaną z nami na dłużej niż ból w mięśniach. Zmęczeni, ale naładowani pozytywną energią, żegnamy się machaniem rąk i uściskami. Wróciliśmy do codzienności, ale z mocnym postanowieniem, że Karlovą Studziankę i tamtejsze szlaki przyjdzie nam jeszcze kiedyś zdobyć.

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama