Lubiąż i Trzebnica - reminiscencje

Ireneusz Ludwig Utworzono .

PTTK Zawadzkie - wycieczka Lubiąż, TrzebnicaKlasztor pocysterski w Lubiążu to największe opactwo cysterskie na świecie i jedno z najbardziej imponujących założeń klasztornych w Europie. A co najlepsze – znajduje się zaledwie rzut kamieniem od naszego Zawadzkiego. Nic więc dziwnego, że wycieczka do Lubiąża od dawna chodziła nam po głowie. Dziś wreszcie przestała być planem i stała się rzeczywistością.

W drodze do LubiążaTen monumentalny budynek, opisywany w przewodnikach przez pryzmat liczb, rekordów i imponujących statystyk, rzeczywiście zdumiewa. Trzykrotnie większa kubatura niż Zamku Królewskiego na Wawelu, ponad dwustumetrowa barokowa fasada, przeszło sześćset okien, dwa i pół hektara dachów – to tylko niektóre z liczb, które mają opisać jego niezwykłość. Tyle że pozostają jedynie liczbami. Nie znaczą nic wobec ogromu bezpośredniego spotkania z tym miejscem. Dopiero stojąc u jego stóp, człowiek odczuwa, że skala tego miejsca wymyka się rozumowi. W jednej chwili milknie ciekawość, a pozostaje tylko cichy zachwyt i pokora wobec dzieła, które zdaje się przekraczać ludzką miarę.
Nikt – dosłownie nikt – kto nie stanął pod jego fasadą, nie zrozumie fenomenu Lubiąża. Tego miejsca nie da się opowiedzieć. Nie oddadzą go ani słowa, ani fotografie, ani nawet najbardziej dopracowany film. Nie pomogą setki stron książek ani najpiękniejsze kadry. Dopiero stojąc u jego stóp, człowiek instynktownie zwalnia, zadziera głowę i przez dłuższą chwilę tylko patrzy. Wtedy dociera do niego, że są miejsca, których nie poznaje się wzrokiem, lecz doświadcza całym sobą.
Lubią - dziedzinice przyklasztornyTaki jest cel naszej dzisiejszej wyprawy. Ruszamy na podbój historii, a ponieważ w Jemielnicy mamy „własny” klasztor pocysterski, jedziemy tam trochę jak do swoich.
Miejscem zbiórki jest plac pod Urzędem Miasta. Autobus wypełnia się po brzegi – wycieczka cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Szybkie sprawdzenie listy obecności, upewnienie się, że nikt nie został w tyle, i ruszamy w drogę. Poranne słońce łagodnie zagląda przez tylne szyby, jakby wiedziało coś więcej niż my; jakby skrywało tajemnicę, którą dopiero przyjdzie nam dzisiaj odkryć.
Zostawiamy za sobą swojskie, dobrze znane krajobrazy naszych wiosek. Mijamy Opole, które pozdrawia nas z perspektywy obwodnicy, i płynnie wjeżdżamy na autostradę w kierunku Wrocławia. Trasa nie należy do skomplikowanych – najpierw prosto na stolicę Dolnego Śląska, potem lekkie odbicie w prawo i meldujemy się u celu. Przed nami Lubiąż.
Tradycją naszych wypraw stały się już jednak drogowe przygody. Zaczyna się tuż za Wrocławiem, gdzie skręcamy jakby nie w tę stronę, co trzeba. Czujna część wycieczkowej ekipy od razu zaczyna z uwagą śledzić mapę. Po kilkunastu kilometrach kluczenia lokalnymi asfalcikami wypadamy z powrotem na autostradę, by po chwili znów z niej zjechać – tym razem już w dobrym kierunku.
Pech jednak chce, że wpadamy prosto w pętlę lokalnych objazdów. Na dodatek złośliwa nawigacja wyprowadza nas prosto w szczere pole. Aż dziw, że nasz kierowca – prawdziwy mistrz manewrowania swoim drogowym smokiem – z podziwu godną cierpliwością i precyzją zawraca na tej wąskiej przestrzeni. Ruszamy z powrotem. Po kilkunastu minutach lawirowania udaje nam się w końcu wyjechać na właściwy trakt. Ostatecznie, bogatsi o te niespodziewane emocje, docieramy do Lubiąża.

Lubiąż


Potężna bryła opactwa wyłania się nagle po lewej stronie, choć z tej perspektywy nie zdradza jeszcze swojej pełnej potęgi. Po chwili niknie za ścianą lasu, by za kolejnym zakrętem ukazać się nam ponownie – tym razem już w całej, oszałamiającej okazałości. Skręcamy na pobliski parking i niespiesznie wysypujemy się na zieloną przestrzeń otaczającą klasztor.
Główna fasada opactwa w LubiążuW tym momencie nawet ci, którzy uważali się za przygotowanych na architektoniczne cuda, zamierają w bezruchu. Przed nami wyrasta prawdziwy gigant. No tak, każdy z nas wiedział, że to ogromny kompleks, ale rzeczywistość całkowicie przerasta oczekiwania. W głowie kołacze się tylko jedno pytanie: Co to właściwie jest? Pałac? Twierdza? Czy monumentalny pomnik dawnej potęgi?
Podchodzimy pod samą fasadę i niemal nikniemy w jej przytłaczającym ogromie. Wiekowe mury zdają się wystrzeliwać prosto do nieba, a ich barokowe zdobienia zapierają dech w piersiach. Przesuwamy się wzdłuż tej monumentalnej ściany z wysoko zadartymi głowami.
Lekkość i finezja architektonicznych detali wprawiają w prawdziwe zdumienie. Ich misterna tkanka niemal natychmiast prowokuje pytanie: komu starczyło cierpliwości i kunsztu, by utkać tak misterne ornamenty na tak gigantycznej połaci muru? Ostatecznie wszystkie te rzeźbienia i gzymsy zlewają się w naszych oczach, wtapiając się w jedną wielką architektoniczną symfonię.
Dochodzimy do końca tej nieogarnionej ściany i gdy wydaje się nam, że poznaliśmy już pełną skalę tej budowli, zza narożnika uderza kolejny architektoniczny fenomen. Przed naszymi oczami wyrasta następna fasada – jeszcze potężniejsza, jeszcze dłuższa, której odległy kraniec niknie gdzieś na horyzoncie. Ta pierwsza, choć monumentalna, okazała się zaledwie skromnym preludium do tego, co czekało na nas tutaj.
We wnętrzach cysterskich włościMijamy kilka potężnych bram, w głębi majaczą strzeliste wieże kościoła, a wokół rozpościera się bezmiar, który trudno objąć wzrokiem. Przyklejony do fasady zielony dziedziniec, porośnięty wiekowymi drzewami, dodaje całości niezwykle nastrojowego, wręcz mistycznego charakteru.
Jeszcze dobrze nie ochłonęliśmy z pierwszego wrażenia, a tymczasem nadszedł już czas na odkrywanie tajemnic wnętrza. Bilety kupione, a miła pani przewodnik czeka w gotowości, by zabrać nas w podróż w czasie. I tak oto zaczyna się prawdziwa przygoda.
Przekraczając próg, natychmiast możemy poczuć się jak dawni mnisi, przemierzający niezliczone, chłodne korytarze, kręte schody i mroczne zakamarki opactwa. Wystarczy zaledwie kilka zakrętów, by całkowicie stracić orientację w tym kamiennym labiryncie. Budowla od środka poraża swoją skalą równie mocno, jak z zewnątrz. Choć trasa turystyczna obejmuje zaledwie ułamek całego kompleksu, to i tak ten udostępniony fragment wydaje się nieskończenie wielki.
Gmach, choć w większości wciąż czeka na zagospodarowanie, znajduje się w zaskakująco dobrym stanie. Większość pomieszczeń ocalała z dziejowych pożog – są po prostu od lat nieużywane, puste i zastygłe w czasie. Dach nad całym kompleksem jest w pełni szczelny, dzięki czemu skutecznie chroni te historyczne mury przed destrukcyjnym wpływem aury.
Sala KsiążęcaZresztą ślady dawnej świetności widać tu na każdym kroku. Ocalałe fragmenty sztukaterii, barwne freski, monumentalne malowidła i wyblakłe inskrypcje nieustannie przypominają o burzliwych dziejach tego miejsca, snując opowieść o dawnych wiekach chwały.
Mijamy kilka zakamarków i lądujemy znienacka w Sali Książęcej – najbardziej efektownej części kompleksu, odrestaurowanej w stu procentach i śmiało mogącej służyć za wizytówkę całego opactwa.
Gdy przekraczamy jej próg, w grupie unosi się cichy jęk zachwytu. Pomieszczenie dosłownie onieśmiela swoim dwukondygnacyjnym ogromem i wręcz bizantyjskim przepychem. Ściany pokrywa wielobarwny, błyszczący sztuczny marmur Albert Provisore, od którego odbijają się promienie słońca. Nad naszymi głowami rozpościera się monumentalny, olejny plafon autorstwa Christiana Bentuma – jedno z największych dzieł malarskich w Europie, mierzące blisko 300 metrów kwadratowych!
Sala KsiążęcaWokół nas, na tle zdobnych portali, prężą się potężne, ponadnaturalnej wielkości rzeźby dłuta Franza Mangoldta. Po jednej stronie stoją dumni cesarze z dynastii Habsburgów, po drugiej – dynamiczne, pełne ekspresji figury mitologiczne i alegoryczne. Każdy detal, od złoceń po misterne gzymsy, krzyczy tu o dawnej potędze i bogactwie zakonu. Człowiek czuje się w tym miejscu maleńki, a zarazem oszołomiony pięknem śląskiego baroku.
Przepych i barokowa wspaniałość tego miejsca już teraz, na samym początku zwiedzania, przekonują nawet największych sceptyków – dla takiego widoku naprawdę warto było ruszyć się z domu! A przecież to niezwykłe miejsce leży tak blisko Zawadzkiego.
Przyglądamy się sali z nieskrywanym podziwem. Staramy się uchwycić wzrokiem każdy architektoniczny szczegół, choć jest ich tu tak wiele, że ludzkie oko nie nadąża z rejestrowaniem tej fali piękna. Nic dziwnego, że w ruch natychmiast idą telefony i aparaty – każdy z nas chce zatrzymać w kadrze choć cząstkę tego niesamowitego blasku.
PTTK Zawadzkie - Lubiąż - Sala KsiążęcaI właśnie tutaj, w samym sercu barokowego rzemiosła, postanawiamy uwiecznić naszą wspólną wyprawę. Rozwijamy flagę i z dumą prężymy się do pamiątkowego, grupowego zdjęcia. Tak, dla tej jednej, wyjątkowej chwili naprawdę warto było tutaj przyjechać.
Po chwili pani przewodnik prowadzi nas w dół i wychodzimy na wewnętrzny dziedziniec. Przemykamy przez zielony skwer i wchodzimy wprost w surowe progi kościoła – centralnego punktu dawnego opactwa.
Prezbiterium kościoła w opactwieW tym momencie z wrażenia dosłownie zapiera nam dech. Świątynia jest kolosalna. Wzniesiona według surowych, cysterskich reguł, niezwykle długa i oparta na planie krzyża, przemawia do nas niesamowitą, głuchą pustką. To miejsce, które już dawno zapomniało o swoim pierwotnym, sakralnym przeznaczeniu. Widzimy przed sobą gołe, odarte z tynków ściany i monumentalne sklepienie. Na samym przedzie, w głębi surowego prezbiterium, majaczy kamienny, lekko uszkodzony ołtarz. Z całą pewnością dawniej to miejsce tętniło głębokim kultem bożym, dziś jednak pozostała w nim jedynie przejmująca, kamienna cisza.
Przed oczami mimowolnie przelatują nam obrazy z naszego jemielnickiego kościoła. I owszem – architektoniczne podobieństwa widać na każdym kroku, jednak tutaj, w lubiąskiej świątyni, brakuje obecności czegoś absolutnie szczególnego. W każdym innym kościele człowiek odruchowo zdejmuje czapkę z głowy, a ręka sama unosi się, by nakreślić znak krzyża. A tutaj… jakby to sacrum gdzieś uleciało. Choć drzemie tu potężny potencjał i czuć ogromny ciężar historii, a w powietrzu wciąż jeszcze unoszą się niewidzialne echa dawnych, świętych rytuałów, to panuje tu specyficzny klimat. Przypomina to nieco wyprawę w głąb azteckiej dżungli, gdzie dzika przyroda powoli, lecz nieubłaganie odzyskuje teren, pochłaniając ślady dawnej, potężnej cywilizacji.
Kościół cysterski w LubiążuPrzecież to miejsce swoim rozmachem mogłoby śmiało konkurować z najważniejszymi ośrodkami religijnymi w Europie, niejedną słynną świątynię kładąc na łopatki. Tymczasem ono po prostu zastygło w bezruchu. Najbardziej fascynujące jest jednak to, że Lubiąż wcale nie jest ruiną. Odnosi się wrażenie, że wystarczyłoby jedynie wpuścić tu sprawną ekipę remontową – zupełnie jak do zwykłego, opuszczonego domu – by w mgnieniu oka przemienić te surowe mury w tętniące życiem serce kultury i turystyki.
Takie zresztą wrażenie sprawia nie tylko świątynia. Tak wygląda cały klasztor. On po prostu czeka na wielkie odrestaurowanie. Choć przez jego mury na przestrzeni wieków przewijało się wiele wojennych zawieruch, grabieży i niszczycielskich armii – od najazdów husytów, przez szwedzki potop, aż po stacjonujące tu po II wojnie światowej wojska radzieckie – to budowla jakimś cudem ocalała i znajduje się dziś w całkiem zadowalającym stanie.
Kaplica w kompleksie cysterskimOd 1989 roku tym gigantycznym kompleksem opiekuje się Fundacja Lubiąż. To właśnie dzięki jej determinacji udało się dokonać rzeczy z pozoru niemożliwej – zabezpieczono i w całości wymieniono gigantyczny, liczący blisko 2,5 hektara dach, ratując obiekt przed niechybną katastrofą budowlaną. Fundacja krok po kroku przywraca dawny blask pojedynczym salom (czego najlepszym dowodem jest zachwycająca Sala Książęca) i nieustannie szuka potężnych funduszy, by ten śląski Escorial, ponad dwukrotnie większy od wawelskiego zamku, mógł w pełni obudzić się ze swojego wieloletniego letargu.
Dalsze kroki wiodą nas ku korytarzom dawnych mnichów. Mijamy ich dawne cele, umieszczone karnym rzędem jedna za drugą, do których dostępu bronią ciężkie, siermiężne drzwi. Pani przewodnik opowiada, że na jednego zakonnika przypadało aż 25 metrów kwadratowych powierzchni. Siłą rzeczy natychmiast odnosimy to do naszych współczesnych standardów mieszkaniowych. Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, szybko dowiadujemy się o ciemniejszej stronie tego lokum. Temperatura zimą wynosiła tutaj zaledwie kilka stopni powyżej zera, a ogrzanie tak monumentalnych, kamiennych wnętrz stanowiło dla cystersów niemałą inżynieryjną zagwozdkę.
BibliotekaMimo to, mijając kolejne drzwi, z pewną nostalgią i gęsią skórką próbujemy wyobrazić sobie codzienne życie zakonne. Przede wszystkim uderza nas jedna, fundamentalna myśl: my już za godzinę wyrwiemy się stąd na zewnątrz, do ciepłego i pełnego bodźców świata, podczas gdy oni spędzali w tej surowej ciszy całe swoje życie.
W ten sposób krok za krokiem dochodzimy do biblioteki. Położona na drugim końcu opactwa (w końcu jakoś przebrnęliśmy przez cały zespół, choć konia z rzędem temu, kto potrafiłby bezbłędnie wrócić tą samą drogą), stanowi kolejny architektoniczny majstersztyk.
Gdy przekraczamy próg tej monumentalnej, dwupoziomowej sali, znowu uderza nas geniusz barokowych mistrzów. Światło słoneczne, wpadające przez wysokie, smukłe okna, pięknie rozświetla całą przestrzeń. Mamy ogromne szczęście, bo przez ostatnie trzy dekady to niezwykłe wnętrze było szczelnie zamknięte i ukryte za lasem rusztowań – dopiero niedawno, po 30 latach benedyktyńskiej wręcz pracy konserwatorów, biblioteka klasztorna została w pełni odsłonięta i udostępniona turystom.
BibliotekaChoć dziś nie ma tu już dawnych regałów i bezcennych, zbieranych przez stulecia ksiąg, to pusta przestrzeń wcale nie rozczarowuje. Wprost przeciwnie – pozwala w pełnej krasie podziwiać zapierające dech w piersiach, iluzjonistyczne malowidła pokrywające całe sklepienie. Te barwne freski, stworzone przez wybitnego holenderskiego mistrza Christian Bentuma, sprawiają wrażenie trójwymiarowych i optycznie otwierają sufit wprost ku niebu. Stojąc tam w ciszy, otoczeni tą galerią sztuki, czujemy niesamowity, niemal filmowy klimat dawnego centrum śląskiej nauki i wiedzy.
Jedną z najbardziej niesamowitych cech tutejszej biblioteki jest jej oryginalna, modrzewiowa podłoga, która swoją intensywną, żywiczną woń roztacza już od samego progu.
Ten głęboki, ciepły zapach starego drewna, wosku i upływającego czasu wręcz oszałamia zmysły. Sprawia, że całe to monumentalne wnętrze – mimo braku dawnych mebli i tysięcy woluminów – natychmiast wydaje się przytulniejsze, żywe i przepełnione duchem historii. Każde stąpnięcie po tych wiekowych, skrzypiących deskach uwalnia kolejną nutę tego niezwykłego aromatu, pozwalając nam chłonąć to miejsce nie tylko oczami, ale i wszystkimi zmysłami.
JadalniaTuż pod biblioteką znajduje się kolejna sala – Refektarz Letni, służący dawniej mnichom jako jadalnia w cieplejsze miesiące roku. Gdy tylko przekraczamy jej próg, znowu stajemy twarzą w twarz z barokowym geniuszem.
Pomieszczenie to uchodzi za jeden z najbardziej spektakularnych popisów dawnych mistrzów. Uwagę natychmiast przykuwa gigantyczny sufit ozdobiony owalnym plafonem o powierzchni ponad 200 metrów kwadratowych, na którym pędzel Michaela Willmanna uwiecznił scenę biblijnego nakarmienia pięciu tysięcy ludzi. Niesamowite wrażenie sprawia posadzka, błyszcząca niczym tafla czystego lodu. Wykonana z eleganckiego, polerowanego włoskiego marmuru, odbija w swojej lustrzanej powierzchni pastelowe kolory ścian oraz monumentalny fresk rozpościerający się na suficie.
JadalniaTa nowiutka, idealnie gładka podłoga potęguje wrażenie luksusu i sprawia, że Refektarz Letni przypomina bardziej lśniącą salę balową niż surową, zakonną jadalnię. Gdy stoimy na jej środku, patrząc na grę świateł wpadających przez okna, mamy wrażenie, jakbyśmy stąpali po odwróconym niebie, na którym namalowano biblijne historie. Każdy krok w tym miejscu wydaje się przez to niezwykle lekki, a blask bijący od ziemi idealnie współgra z mistyczną wręcz akustyką tej sali.
Prawdziwą magią tego miejsca okazuje się jednak coś niewidocznego dla oczu – niezwykła, niemal mistyczna akustyka. Pani przewodnik z uśmiechem prezentuje nam to niezwykłe zjawisko: szept wypowiedziany cicho w jednym z narożników wędruje idealnie wzdłuż sklepień i niesie się przez wieki, by bezbłędnie wybrzmieć na drugim końcu sali. Wszyscy zafascynowani sprawdzamy ten akustyczny cud, czując na własnej skórze, że cystersi potrafili idealnie połączyć architektoniczne piękno z czystą fizyką.
W ten to nieco kulinarny sposób, z głowami pełnymi wrażeń, kończymy naszą wędrówkę po zakamarkach opactwa. Pani przewodnik sprawnie odprowadza nas do drzwi wyjściowych, zupełnie pewna, że na tym prostym odcinku nikt z nas już nie zabłądzi.
Kończymy zwiedzanie opactwaTeraz nadchodzi czas na upragnione chwile dla siebie. Część z nas rusza na niespieszny spacer wokół monumentalnych murów, inni zaglądają do pobliskiego sklepiku z pamiątkami, a jeszcze inni po prostu stoją w milczeniu, próbując napatrzeć się na to gigantyczne arcydzieło ludzkiej architektury. I choć pierwsze emocje zdążyły już nieco opaść, ogrom tej budowli wciąż wydaje się nie do ogarnięcia. Skala Lubiąża nieustannie kotłuje się w naszych umysłach i wymyka zmysłom, pozostawiając nas w głębokim zachwycie nad tym, co przed chwilą zobaczyliśmy.


Trzebnica


Kamienną pustkę Lubiąża zostawiamy za sobą. Przed nami kolejna atrakcja wycieczki – Trzebnica i jej słynna Bazylika św. Jadwigi. Mowa oczywiście o Jadwidze Śląskiej, tej „naszej”, a nie królowej z Krakowa. Jako mieszkańcy tych stron mamy z nią przecież szczególną więź – to właśnie ona patronuje kościołowi w pobliskich Łagiewnikach Małych. Dzięki temu na trasie naszej wyprawy po raz kolejny odnajdujemy bliskie sercu, swojskie klimaty.
PTTK Zawadzkie pod Bazyliką w TrzebnicyNasz kierowca tym razem już całkowicie bezbłędnie trafia do celu. Sprawnie nawiguje uliczkami Trzebnicy i ostatecznie parkuje swojego drogowego smoka tuż przed samą bramą sanktuarium.
– Teraz wyjdźcie i idźcie zwiedzać bazylikę, a ja w tym czasie poszukam jakiegoś bezpiecznego miejsca dla autobusu – rzuca z uśmiechem zza kierownicy, machając nam na ręką.
Wysiadamy na przykościelnym dziedzińcu i z nieskrywaną ciekawością zaglądamy w podwoje bazyliki. Wkrótce dołącza do nas miejscowy proboszcz, który z ciepłym uśmiechem zaprasza do środka.
Bazylika św. JadwigiŚwiątynia, choć u zarania swoich dziejów wzniesiona w stylu romańskim, dziś na pierwszy rzut oka najbardziej przypomina monumentalną budowlę barokową. Gruntowna przebudowa w duchu epoki niemal całkowicie skryła pod blaskiem złoceń i dekoracji jej pierwotne, surowe dziedzictwo. Ksiądz proboszcz z pasją snuje opowieść o burzliwych dziejach tego miejsca. Słuchamy z zaciekawieniem, że to jeden z pierwszych kościołów na ziemiach polskich wzniesionych z wypalanej cegły. W czasach, gdy wokół budowano niemal wyłącznie z surowego kamienia, trzebnicka bazylika stała się pod tym względem chlubnym i niezwykle nowoczesnym przyczółkiem architektonicznej awangardy.
Większość z nas kojarzy bazylikę w Trzebnicy niemal wyłącznie ze św. Jadwigą, tymczasem świątynia ta pełni jednocześnie funkcję wielkiego mauzoleum narodowego. To właśnie tutaj, w ciszy tych wiekowych murów, spoczywa aż dwudziestu dwóch książąt z dynastii Piastów Śląskich. Wśród nich znajduje się sam fundator tego miejsca i mąż świętej patronki – Henryk I Brodaty.
Przepych i bogactwo dekoracji świątyni robią na nas oszałamiające wrażenie. Gdziekolwiek się nie obrócić, wzrok napotyka architektoniczne perełki, kunsztowne złocenia i misterne rzeźby. Monumentalny ołtarz główny wręcz tonie w objęciach potężnych, przybocznych figur – tutejszy barokowy teatr form jest tak intensywny, że momentami ociera się o artystyczną przesadę. Atmosfera bezgranicznego uwielbienia i oddania po prostu bije z każdego centymetra tej przestrzeni.
Kaplica św. Jana ChrzcicielaSzukając jednak chwili oddechu, przechodzimy do lewej nawy bocznej, gdzie kryje się surowa kaplica św. Jana Chrzciciela. To niesamowite miejsce, które jako jedno z nielicznych oparło się barokowej fali i w pełni zachowało swój pierwotny, kamienny nastrój. Ksiądz proboszcz pokazuje nam jej największą tajemnicę – to właśnie na środku tej kaplicy znajduje się skromny, symboliczny grobowiec św. Jadwigi. To tutaj spoczęło jej ciało tuż po śmierci, zanim kilkadziesiąt lat później uroczyście przeniesiono relikwie do nowo wybudowanej kaplicy po przeciwnej stronie prezbiterium. Stojąc w tej surowej ciszy, dotykamy samych początków tutejszego kultu.
Przechodzimy obok dawnego grobowca w bocznej kaplicy, niemal dotykając dłońmi chłodnego kamienia i chłonąc ten niezwykły powiew historii. Następnie kierujemy się na prawą stronę prezbiterium, gdzie wkraczamy w progi monumentalnej Kaplicy św. Jadwigi. Ta przestrzeń, dobudowana kilkadziesiąt lat po śmierci księżnej w czystym stylu gotyckim, uderza nas swoim zupełnie innym nastrojem i wyraźnie odcina się od zbarokizowanej nawy głównej. Jej strzeliste okna i charakterystyczne, ostre łuki sklepień są niczym podpis dawnych, średniowiecznych budowniczych.
Grobowiec św. JadwigiI to właśnie tutaj, na samym środku, stajemy przed monumentalnym, wykonanym z czarnego i różowego marmuru sarkofagiem naszej śląskiej patronki. Przez całe stulecia powtarzano legendy o tym, gdzie dokładnie spoczywają jej kości. Wielu sądziło, że ukryto je głęboko pod ziemią. Wszystko wyjaśniło się zupełnie niespodziewanie w marcu 2020 roku. Podczas rutynowych prac konserwatorskich, gdy badano pęknięcia marmuru, konserwatorzy natrafili w górnej części grobowca na zamurowaną skrytkę. Po odsunięciu starej płyty z piaskowca ich oczom ukazała się przepiękna, nienaruszona od 256 lat srebrna szkatuła z autentycznymi relikwiami św. Jadwigi! Trzymając aparat i patrząc na to miejsce, czujemy ciarki na plecach – stoimy przecież twarzą w twarz z tajemnicą, która ujrzała światło dzienne zaledwie kilka lat temu.
Na koniec naszej wędrówki po świątyni ksiądz proboszcz zabiera nas w miejsce niezwykłe – zaprasza nas do podziemnej krypty św. Bartłomieja, ukrytej bezpośrednio pod głównym ołtarzem.
Relikwie św. JadwigiGdy schodzimy po kamiennych stopniach w dół, otacza nas chłód i absolutna cisza, a nad naszymi głowami wyrastają potężne, romańskie sklepienia wsparte na masywnych kolumnach. To właśnie tutaj, w tym surowym podziemiu, czas cofa się o ponad osiemset lat – stoimy w najstarszej, nienaruszonej części całej bazyliki. Ksiądz proboszcz przy słabym świetle lamp opowiada nam, że te grube mury pamiętają jeszcze osobistą modlitwę samej św. Jadwigi i jej męża. Dziś w tym mistycznym półmroku bije prawdziwe, kamienne serce trzebnickiego sanktuarium, a surowość tego miejsca stanowi niesamowity, głęboki kontrast dla blasku złoceń, które przed chwilą podziwialiśmy na górze.
Ksiądz proboszcz dziękuje nam za uwagę, my odwdzięczamy się gorącymi podziękowaniami za tę wspaniałą, pełną pasji opowieść. Nasza wiedza wzbogaciła się o kolejne fascynujące fakty i historyczne sekrety, a teraz nadchodzi wreszcie pora na upragniony czas dla siebie.
W oczekiwaniu na obiadRuszamy na indywidualne podboje Trzebnicy. Kierowniczka wycieczki ogłasza donośnym głosem:
- Mamy czas do szesnastej! O czwartej spotykamy się na rynku w Tawernie, tam czeka już na nas wspólny obiad.
Ruszamy więc grupami na pieszą eksplorację urokliwych zakątków miasta. O umówionej godzinie wszyscy meldujemy się na trzebnickim rynku i z ulgą zasiadamy przy przygotowanych stolikach. Po chwili na talerzach lądują rumiane, pyszne kotlety schabowe – bez wątpienia najbardziej tradycyjne, polskie jadło pod słońcem. Z ogromnym apetytem czyścimy talerze do ostatniego okruszka, wszak większość z nas od samego rana miała w ustach jedynie poranną kawę. Najedzeni do syta, z poczuciem uczciwie wypełnionego podróżniczego planu, powoli rozglądamy się za naszym drogowym smokiem. Pora wracać do domu.
Pora do domuAutobus odnajdujemy niedaleko bazyliki. Nasz kierowca już na nas czeka z otwartymi drzwiami; sprawnie zajmujemy swoje stałe miejsca i ruszamy w drogę powrotną. Tym razem odcinek do Wrocławia okazuje się zaskakująco prosty i krótki. Bez żadnych niespodziewanych przygód czy złośliwości nawigacji wpadamy na autostradę i obieramy bezpieczny kurs na Zawadzkie. Gdy na dobre zapada wieczór, meldujemy się na tym samym parkingu, z którego rano pełni ekscytacji wyruszaliśmy w nieznane. Zmęczeni, ale przepełnieni pozytywną energią, powoli rozchodzimy się do swoich domów.

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama