PTTK na szlaku - Czantoria 2026

Ireneusz Ludwig Utworzono .

Czantoria 2026Jest, jest – nosiło nas całą zimę, ale wreszcie doczekaliśmy się pierwszej wycieczki po długiej, zimowej przerwie. Czantoria czeka dziś na nas, a my już od rana nie możemy się doczekać, żeby wresz­cie postawić na niej swoją stopę.

Ustroń Polana - parking przed wyciągiemNo dobra, „pierwsza” to może lekkie nadużycie – miesiąc temu była jeszcze Błatnia. Ale tamta wy­prawa była trochę jak niespodzianka z promocji: szybka, nieplanowana i jeszcze pachnąca zimą. Dziś jedzie­my już na pełnoprawną, pierwszą górską wycieczkę z rocznego planu. Jest nas sporo. Rano zbieramy się pod gminą, jeszcze trochę zaspani, ale już wyraźnie w trybie „góry albo nic”. Autobus nie każe na siebie dłu­go czekać – podjeżdża, a my, jak grupa dobrze zorganizowanych tury­stów (czyli każdy trochę w swoim tempie), zajmujemy miejsca.
Rusza. Powoli wyjeżdżamy z parkingu, jakby sam autobus też się zastanawiał, czy mu się chce. Skręcamy majestatycznie w prawo i żegnamy nasze miasteczko, które dopiero powoli budzi się do życia – w przeciwieństwie do nas, którzy już jesteśmy w trybie „szczyt zdobyć, choćby miał być ni­ski”.
Pierwsza wspinaczka - wejście na wyciągW Żędowicach kompletujemy skład na przystanku obok „s-ów” i ruszamy w stronę Ustronia. I wtedy zaczyna się przedstawienie. Kierowca z miną czło­wieka, który „tu chyba jeszcze nigdy nie byłem”, rozgląda się podejrzliwie, choć oczywiście nie wierzymy mu ani przez sekundę. To stary wyjadacz – człowiek, który prawdopodobnie zna więcej dróg w Europie niż niektórzy na własnym osiedlu. Gramy więc ra­zem z nim. Dla równowagi udajemy ekspertów od nawigacji. W Gliwicach padają komendy: „w lewo!”, „w pra­wo!”, „chyba tutaj… ale nie jestem pe­wien”. Atmosfera robi się jak w tanim symulatorze jazdy bez GPS.
W końcu oznajmiamy z powagą, że dalej to już naprawdę nie wiemy, gdzie jechać. Kierowca patrzy na nas, chwilę milczy… po czym nagle przypomina sobie, że jednak tę trasę już kiedyś robił. I wszystko jest pod kontrolą. My przyj­mujemy to z ulgą – i lekkim podejrzeniem, że od początku dokładnie tak to miało wyglądać.
Za Gliwicami wskakujemy na autostradę w stronę Ostrawy, a potem zjeżdżamy na Żory i wypa­trujemy Ustronia. Pogoda za oknem zdaje się nam wyraźnie kibicować. Słońce przyświeca coraz śmielej, zimowy chłód powoli odpuszcza, a my już wiemy, że będzie dobrze.
Zaraz wjeżdżamy na CzantorięSzefowa wyprawy dzieli nas na dwie grupy: górołazów i mieszczuchów. Dwie trasy, dwa tempa, jeden cel – żeby każdy wrócił z poczuciem, że „było warto”. Za­nim dojeżdżamy na miejsce, wszystko jest już ustalone, jak w dobrze zorganizowanej ekspedycji… albo przynajmniej tak nam się wydaje. Szukamy parkingu, na którym da się postawić busa, i szybko taki się znajduje – tuż pod wyciągiem. Cena może nie należy do tych „z zachwytu”, bo 35 zł robi swoje, ale lokalizacja jest tak wygod­na, że nie ma sensu się długo zastanawiać. Parkujemy.
I ruszamy.
Wiosenna pogoda jest jak na zamówie­nie. Łagodny wiatr niesie ze sobą zapach nadchodzącej wiosny, tej jeszcze niepew­nej, ale już wyraźnie obecnej. Powoli wchodzimy w tryb, w którym wszystko schodzi na drugi plan, a liczy się tylko jedno – że góry znów są przed nami. Jeszcze tylko bilety na wyciąg i już siadamy w czteroosobo­wych kanapach. Ruszamy w górę. Żyć, nie umierać.
I już prawie jesteśmyWyciąg sunie cicho między drzewami Beskidu. Las jest jeszcze spokojny po zimie, ale już budzi się do życia. Gałęzie niemal muska­ją przejeżdżające krzesełka, a na nich pojawiają się pierwsze, świeże liście – delikatne, jasne, jakby nie­śmiało sprawdzały, czy to już na pewno ich czas. Wokół zupełna ci­sza. Ciszę tę przerywa tylko ptasie ćwierkanie, miękkie i spokojne, jak­by i ono nie chciało zakłócić tego poranka. Wiatru nie ma wcale – zu­pełnie jakby ktoś go na chwilę wyłą­czył. A miało wiać, i to całkiem so­lidnie. Przez chwilę można odnieść wrażenie, że góry same zdecydowa­ły, że dziś będą łaskawe.
Wkrótce wyjeżdżamy na polanę. Przed nami otwiera się przestrzeń, a na jej końcu pojawia się górna stacja wyciągu – spokojna, znajoma, jak punkt startu kolejnego etapu. Szybko jesteśmy na górze. Niespełna dziesięć minut jazdy, a przecież na ostatniej wycieczce, idąc pieszo, ta sama droga zajmowała ponad godzinę i zostawiała w nogach zupełnie inne wspomnienia. Dziś wszystko jest lżejsze. Ale góry – jak zawsze – pozostają te same.
Jeszcze trochę i jesteśmy na szczycieKolejne czwórki powoli wysypują się z krzesełek i przestrzeń pod wyciągiem szybko wypełnia się gwarem rozmów, śmiechem i pierwszymi okrzykami zachwytu. To grupa Zawadzkie wje­chała na Czantorię. Odwracamy się jeszcze na chwilę za siebie – a tam rozciąga się przepiękna panorama Ustronia. Z prawej strony uśmiecha się Równica, a gdzieś za nią, nieco skryta, czai się Błatnia – nasz cel z poprzedniej wycieczki.
Niebo nad nami jest lekkie, poprzecinane de­likatną pajęczyną chmur, jakby ktoś rozciągnął ją bardzo ostrożnie, żeby nie zasłonić widoku. Spod drewnianych budek dochodzi zapach pie­czonej kiełbasy, ale my jeszcze nie o jedzeniu myślimy. Dopiero co tu wjechaliśmy – to prze­cież dopiero początek. Najpierw strawa dla oczu. Stajemy na chwilę, chłoniemy panoramę, pozwa­lamy, żeby przestrzeń zrobiła swoje. W głowie już układają się kolejne wycieczki, a w płucach osiada świeże, beskidzkie powietrze. Wiosna w górach ma w sobie coś, co trudno nazwać – jest lekka, ale wyraźna, jak obietnica czegoś dobre­go.
Na razie jesteśmy na stoku Czantorii, ale interesuje nas szczyt. Bo żaden rasowy górski turysta nie byłby sobą, gdyby nie stanął na tym najwyż­szym kamyku, najbardziej wystającym fragmen­cie góry – dopiero wtedy pojawia się to wewnętrzne przekonanie, że wszystko zostało zrobione jak należy. Sprawdzamy więc, czy wszyscy do­tarli, i ruszamy na podbój szczytu. Najwięk­sze podejście mamy już za sobą – teraz pro­wadzi nas łagodniejszy, spokojny szlak, który bardziej zaprasza niż wymaga.
Chwila odpoczynku na CzantoriiNa samym wierzchołku Czantorii znów kusi nas rozpalony grill ze skwierczącą kieł­basą. W jadłospisie gdzieś obok widnieje też grochówka, a na niewielkiej polanie do odpo­czynku zapraszają drewniane ławeczki i stoli­ki. Rozsiadamy się wygodnie, wystawiając twarze do słońca, które jak na zamówienie grzeje coraz śmielej. Na chwilę zatrzymuje­my tempo i czekamy, aż cała grupa dotrze na miejsce. Nieco na uboczu dostrzegamy czer­woną tabliczkę z białym orłem – granica pań­stwa. Wystarczy kilka kroków i już jesteśmy w Czechach, bez paszportów, bez kontroli, za to z górskim uśmiechem. Całość wieńczy solidna konstrukcja wieży widokowej. Bez większych wątpliwości – trzeba na nią wejść. To kolejna „dy­cha” mniej w kieszeni, ale widoki, które się zapowiadają, są tego warte. Nie trzeba nas długo nama­wiać. Wkrótce większość ekipy melduje się na platformie widokowej, gotowa chłonąć przestrzeń, która tego dnia wydaje się nie mieć końca.
Teraz pora na grupowe zdjęcie. To ostatni moment, w którym jesteśmy razem. Wkrótce grupa „miejska” ruszy do pobliskiego schroniska, a potem wróci na wyciąg, by zjechać do Ustronia zwie­dzać Wisłę, „górale” zaś ruszą czerwonym szlakiem na dalszy podbój szlaku.
PTTK Zawadzkie - Czantoria - 25 IV 2026Zdjęcia zrobione, można ruszać. Czerwony szlak prowadzi w dół, kamienistą, miejscami wyma­gającą ścieżką. Przed nami prawie dwie godziny marszu. W duchu cieszymy się, że nie przyszło nam tędy podchodzić. Trasa dość szybko łagodnieje, a my wchodzimy w rytm spokojnej wędrówki. W cieniu otaczających drzew kierujemy się w stronę Soszowa – tam czeka nas jedzenie. Sama ta myśl dodaje energii, bo z każdą kolejną godziną nasze żołądki coraz odważniej upominają się o swoje prawa. Przygraniczny szlak prowadzi nas dalej, a my, zbyt zachwyceni wiosenną świeżością lasu, momentami tracimy czujność i… szlak z oczu. Przewodnik szybko jednak orientuje się, że coś się nie zgadza. Grupa zatrzymuje się, zapada chwila skupienia i intensywnej „geo-nawigacji tereno­wej”. Po krótkiej korekcie wracamy na właściwą drogę. Dla pewności jeszcze raz liczymy, czy wszyscy są na miejscu. Są. Możemy iść dalej.
W połowie drogi do Soszowa napotykamy przytulną Przełęcz Beskidek. To tutaj krzyżują się czerwony i zielony szlak, a my robimy krótką przerwę – taką „na złapanie oddechu”, choć wszyscy wiemy, że trochę też „na zasłużenie”. Wycieczka rozsiada się w przydrożnej trawie z takim kunsz­tem, jakbyśmy testowali królewski wypoczynek w wersji premium. Świeże pędy robią za materace i poduszki, i w tej naturalnej „aranżacji wnętrz” jest nam tak wygodnie, że przez chwilę naprawdę mogłoby się wydawać, że nigdzie dalej nie trzeba iść.
Przerwa na Przełęczy BeskidekDzieciaki wyciągają z plecaków kanapki i z zapałem zabierają się do jedzenia. Wesołe rozmowy, śmiechy i rozluźnione twarze mówią wię­cej niż jakiekolwiek pytania – jest dobrze. I nawet jeśli nogi są już trochę zmęczone, a do celu jeszcze kawałek, to w tym mo­mencie nie ma to większego znaczenia. Najważniejsze, że daliśmy radę, że jeste­śmy tu razem i że ta wędrówka ma w so­bie dokładnie to, po co się w góry chodzi.
Przełęcze mają to do siebie, że do nich się schodzi, a potem trzeba już tylko iść w górę. I właśnie zaczynamy to zauważać. Szlak znów lekko się wznosi, ale po krót­kim odpoczynku jakby dostajemy nowy zapas energii. Ruszamy raźno, bez więk­szego marudzenia – jakby te kilka minut leżenia w trawie naprawdę zrobiło swoje. Podejście okazuje się krótkie, bo ścieżka szczęśliwie omija pobliską górę i prowa­dzi nas bokiem przez las. Kilka zakrętów, trochę cienia, i nagle między drzewami zaczynają maja­czyć zabudowania. Podchodzimy bliżej i zza ściany lasu wyłania się zielona polana z przepięknym widokiem na Jawornik. A na jej środku – schronisko. Jesteśmy szybciej, niż zakładaliśmy. Znowu mały sukces. Jeszcze dobrze nie dotarliśmy na miejsce, a panorama już przejmuje inicjatywę. Trud­no się powstrzymać – zdjęcia robią się same, a „obiad” na chwilę schodzi na dalszy plan. Najpierw trzeba nasycić oczy. Dopiero potem za­czynamy szukać czegoś bardziej kon­kretnego.
Tuż przed przerwą na obiadJako pierwsza na horyzoncie pojawia się Karczma Na Polanie. Zatrzymujemy się odruchowo, a po chwili powietrze zdradza wszystko – zapach kotletów nie pozostawia złudzeń. Jest. Trafiliśmy do­brze. Kotlet pachnie tak przekonująco, że nikt już nie sprawdza, co jest kilka­dziesiąt metrów dalej w schronisku. Skoro tutaj już jest tak dobrze, to po co ryzykować?
Szefowa wyprawy daje nam półtorej godziny czasu – na jedzenie, odpoczy­nek i zwykłe „bycie tu”. Decyzja zapa­da szybko i bez większych dyskusji: zo­stajemy, Wisła może poczekać. Zresztą – do Wisły zawsze można przyjechać kiedy indziej. A kotletów na tej polanie może już nie być.
Tak więc spędzamy najprzyjemniejsze dziewięćdziesiąt minut tego dnia przy Schronisku So­szów. I żeby nie było – część grupy zagląda do samego schroniska, a część wybiera się nawet na pobliski szczyt - Soszów Wielki. Niestety bez dokumentacji fotograficznej, więc już teraz pojawia się cicha obietnica, że trzeba będzie tu kiedyś wrócić. Podobno z wierzchołka widać nawet Tatry. Brzmi tak dobrze, że aż trudno uwierzyć. Wierzymy jednak na słowo, że w bambuko nas nie robią.
Schronisko SoszówSamo schronisko również robi świetne wrażenie. Stylo­we, dobrze wkomponowane w krajobraz, tworzy atmosferę, której nie da się łatwo opisać – trzeba ją po prostu poczuć. Przytulne obejście, ciepłe wnę­trza, wszystko to przywodzi na myśl miejsca takie, jak Samot­nia w Karkonoszach. Ten sam duch, ta sama górska magia.
Tu również moglibyśmy zo­stać jeszcze długo. A na pewno trzeba zrobić zdjęcie – na pa­miątkę. Rozwijamy naszą fla­gę. Niech wszyscy dookoła wiedzą, że Zawadzkie przyje­chało. Następnie ustawiamy do zdjęcia najmłodszych uczestni­ków wyprawy – niech uczą się od początku, jak nieść tę sym­bolikę dalej. Kto wie, może właśnie to oni za kilka lat będą kontynuować nasze pttk-owskie działa­nia, prowadząc kolejne grupy przez beskidzkie szlaki.
Młodzież PTTKNadchodzi pora wymarszu. Przed nami kolejne dwie go­dziny drogi, choć jeśli tempo utrzyma się jak dotąd, może uda się zejść trochę szybciej. Zanim ruszamy, znów liczymy skład. Raz, dwa, trzy… dwa­dzieścia siedem! Dwóch bra­kuje! W głowie natychmiast uruchamia się tryb alarmowy – plan Alfa, sytuacja nadzwy­czajna, wszystkie wewnętrzne systemy przechodzą w tryb „poszukiwanie zaginionych”. Zanim jednak emocje zdążą się rozkręcić, do grupy spo­kojnym krokiem podchodzi nasz zagorzały sympatyk z żoną – oboje uśmiechnięci, jakby nic się nie stało. I fak­tycznie… nie stało się nic. Po prostu policzyliśmy za szybko. Tryb Alfa gaśnie równie szybko, jak się pojawił, i ruszamy w dół.
Schodzimy do JawornikaNa trasie mijamy ludzi – tych samych, górskich, spokojnych, jakby wszyscy byli częścią jednej niepisanej wspólnoty szlaku. Uprzejmość pojawia się natural­nie, bez wysiłku. Po chwili i my wchodzimy w ten rytm – lek­kość, uśmiechy, krótkie „dzień dobry” rzucone w mijaniu. Scho­dzimy do Jawornika, łapiąc pierwsze tchnienie cywilizacji. Przebijamy się przez wieś, wy­chodzimy na główną drogę i skręcamy w prawo w stronę Wi­sły. Pojawia się nawet pomysł: a może nasz autobus mógłby pod­jechać tutaj? Akurat mija nas ja­kiś lokalny bus – wygląda na prywatny interes, kierowca coś macha, ale dla nas pachnie to zbyt dużą „komercją”. Prawdzi­wy góral chodzi dla przyjemno­ści, nie wygody – i tego się trzy­mamy. Kierowniczka wyprawy szybko ustala logistykę – nasz bus czeka prawie na początku Wisły, więc nie musi podjeżdżać. Wystarczy, że poczeka. Szybki telefon do kierowcy i sprawa załatwiona. Druga grupa, ta od zwiedzania Wisły, nie przejmie nam transportu – mamy rezerwację. Idziemy więc dalej asfaltową drogą (niestety), potem dołącza chodnik.
Przyjedzie ten autobus, czy nie?Musimy jeszcze obejść górkę po prawej stronie, a za nią – jak głosi mapa – zaczyna się Wisła. Tylko czy chodzi o tę pierwszą górkę, czy cały łańcuch? „Umówmy się, że cały” – pada propozycja. „A jak okaże się, że tylko pierwsza, to szybciej będziemy na miejscu.” Przyjmujemy kompromis i idziemy dalej. Po chwili okazuje się, że… jesteśmy w Wiśle. Hura. Znów się udało.
Jeszcze kilka minut marszu wzdłuż rzeki i meldujemy się na parkingu przy Aldi, gdzie w rogu czeka nasz bus. Jesteśmy na miej­scu. I bardzo dobrze, że właśnie przy Aldi – po takim dniu wielki sklep to niemal punkt regeneracyj­ny. Zostawiamy plecaki w autobu­sie i ruszamy do środka. Największym powodzeniem cieszą się… lody. A jakże. Należy się. Naj­młodsi uczestnicy wyprawy dostają je w nagrodę za przejście trasy. Reszta też nie protestuje – bo w górach obowiązuje jedna prosta zasada: kto przeszedł, ten je.
Nagroda dla młodych zdobywcówZasmakowawszy lodów, wsiadamy do pojazdu, a kierowca spokojnie wyprowadza naszą maszy­nę na drogę. Ruszamy po drugą grupę, która spędziła czas w Wiśle. W tym momencie jest już nam właściwie wszystko jedno, gdzie dokładnie miał być punkt zbiórki — najważniejsze, że autobus jest, działa i jedzie. Reszta to tylko szczegóły. Grupa „miastowa” ulokowała się w samym centrum, więc musimy przejechać na drugi koniec Wisły, zawrócić i dopiero wtedy zabrać ich z przystanku. Niestety, ruch na dro­dze robi się coraz większy. Wygląda na to, że trafiliśmy na jakąś lokalną im­prezę. Powoli więc „przeczłapujemy” przez miasto, docieramy do ronda, za­wracamy i w końcu meldujemy się na przystanku.
Grupa miastowa wsiada do autobu­su.
– Gdzie byliście? Co widzieliście? – padają pytania.
– Piotra Żyłę widzieliśmy! – odpowiada ktoś z dumą. – Jest tu dzisiaj, nawet „piątkę” z nim przy­biłem. Równy chłop, dokładnie taki jak w telewizji – zero udawania, super gość.
Liczymy, czy nikt się nie zgubiłNo i proszę – w górach nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Niespodzianki czają się na każdym kroku. Najważniejsze jednak, że wszyscy są zado­woleni. Powoli ruszamy w drogę powrotną. Korek na szczęście zaczyna się rozluźniać, a po kilku kilo­metrach znika całkowicie. Reszta trasy do Zawadz­kiego stoi przed nami otworem. Po drodze jeszcze krótki postój na Orlenie, kawa, herbata, ostatnie rozmowy. Pod Gliwicami pojawia się małe déjà vu — kierowca znów nie jest pewien drogi. Tym ra­zem musi odwieźć grupę do Żędowic. Do Strzelec wie jak jechać, do Berlina jutro też, ale Żędowice wymagają naszej pomocy.
– Teraz w prawo, potem prosto, potem w lewo…
I tak kilometr po kilometrze rozplątujemy trasę powrotną, aż w końcu, bez większych dramatów, docieramy do celu. Dziękujemy kierowcy za bez­pieczną jazdę, sobie nawzajem za świetne towarzy­stwo, a kierowniczka zaprasza już na kolejne wy­prawy. Rozchodzimy się do domów, zmęczeni, ale zadowoleni.
To kiedy następna eskapada?

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama