Wiosna w Zimowej Krainie Bajek
To miał być kolejny zwykły, wiosenny wypad w góry. Przez całą zimę planowaliśmy prawdziwie zimowy wyjazd, by zobaczyć szczyty zasypane śniegiem i poczuć klimat dawnych lat. Jednak zima nie chciała pokazać swojego białego oblicza, więc w końcu odpuściliśmy – jazda w góry tylko po to, by zmarznąć, mijała się z celem.
Skoro tylko zima odeszła (a tydzień temu pożegnaliśmy ją w Koszwicach), postanowiliśmy powitać w górach wiosnę. Do naszego prezesa, który – jak wiadomo – ma znajomości w niebiosach, wystosowaliśmy stosowne zamówienie na pogodę. Przygotowaliśmy autobus, skompletowaliśmy ekipę i… czekamy na sobotę.
A tu nagle prognozy zapowiadają na weekend załamanie pogody. Temperatura ma spaść poniżej zera, zapowiadają opady deszczu, a miejscami nawet śniegu. W sobotę rano zbieramy się w punkcie zbiórki opatuleni po uszy. W tym zimowym rynsztunku, z przyklejonymi uśmiechami, robimy dobrą minę do złej gry – pocieszając się tym, że na razie nie pada.
Po chwili na plac wjeżdża nasz bus i zatrzymuje się tuż obok. Na przedniej szybie debiutujący w naszym gronie Nienacek – nasza nowa oddziałowa maskotka. W środku siedzi już kilka osób z Kolonowskiego – pozajmowali miejsca na samym tyle. My ładujemy się przed nimi i ruszamy w drogę. Na zewnątrz wszyscy niby uśmiechnięci, ale w środku czuć narastający niepokój. Co prawda jeszcze nie pada, ale w powietrzu wisi gęsta mgła. Słońca dziś nie będzie na pewno, a w Brennej ponoć od wczoraj leży śnieg.
Z niepewnością przemierzamy kolejne kilometry, łudząc się, że na miejscu pogoda okaże się choć ciut lepsza. Niestety, już za Strzelcami szyba autobusu robi się mokra. Zaczyna lać! Patrzymy jak urzeczeni w strugi wody rozmazywane miarowym ruchem wycieraczek i zastanawiamy się, czy ten wyjazd w ogóle miał sens. Ze zgrozą zauważamy, że deszcz po chwili zamienia się w gęstą, mokrą ciapkę. A więc śnieg też już mamy... I sypie coraz mocniej. Kto nas podkusił, żeby akurat dziś ruszać w góry?
Nic to, jedziemy dalej. Za Gliwicami skręcamy na Żory i na całe szczęście przestaje padać. Chmura zostaje za nami, a w nas kiełkuje nowa nadzieja, że może nie będzie tak źle. I faktycznie, jest jakby coraz lepiej, nawet asfalt robi się suchy, więc musieliśmy wjechać po prostu w burzową chmurę.
Niedaleko Brennej zatrzymujemy się na stacji benzynowej na krótką przerwę. Wysiadamy z autobusu, a teren wokół przyprószony śniegiem. W radio mówili jednak prawdę. Temperatura niewiele powyżej zera, ale cieszymy się, że jednak jest sucho. Wracamy do busa i pokonujemy ostatnie kilometry. Nasz kierowca Czesio sprawnie zawija do Górek Wielkich, gdzie czeka nas początek szlaku.
Wysiadamy, naciągamy na uszy czapki, szaliki, rękawiczki, co kto ma i wnet ruszamy w drogę. Czesio jedzie do Brennej czekać na naszą grupę, a my, jakby na przekór pogodzie idziemy przekonać ją, że się nie damy i jej pokażemy. Początek zapowiada się ciekawie. Mijamy schludne obejścia domostw wokół drogi i powoli pniemy się w górę. Przed nami wyłania się zalesiony masyw Zebrzydki, cały otulony mgłą. W koronach drzew wisi biały śnieg i choć nie wygląda groźnie, to z niedowierzaniem spoglądamy na przydrożne place, całe pokryte grubymi czapami świeżego śniegu. Droga, choć asfaltowa, szybko bieli się pod naszymi stopami i zaczyna robić się ciekawie. Dochodzimy do krawędzi lasu, gdzie kończy się zabudowa. Przez chwilę błądzimy, bo raz, że szlak przysypany śniegiem, to jeszcze słabo oznakowany. Wreszcie jednak odnajdujemy właściwą ścieżkę i wchodzimy w las. A tu… zima w pełni. Śnieg wszędzie dokoła, świerkowe gałęzie uginają się pod świeżą, śnieżną poduszką, a szlak przed nami zupełnie dziewiczy, ani jednego śladu.
Rozpoczynamy podejście. Czujemy się jak odkrywcy nieznanych lądów – od wczoraj nikt tędy nie przechodził. Musimy niemal zgadywać, którędy wiedzie szlak, polegając na intuicji wprawionych turystów, którzy z niejednego pieca chleb jedli. Wkrótce wyrasta przed nami stroma ściana. Kierowniczka wyprawy zapewniała wprawdzie, że trasa będzie łatwa, ale zapomniała dodać, że... sama jeszcze nigdy tutaj nie była.
Gdyby dopisała nam planowana aura – słońce i wiosenne ciepło – podejście nie stanowiłoby problemu. Jednak w tych warunkach, brnąc w świeżym, nieudeptanym śniegu, wspinaczka urasta do rangi wyzwania dla rasowych alpinistów. No i żeby chociaż ten śnieg nie był pod spodem tak zdradliwie gładki!
Czapki i szaliki wędrują z głów prosto do plecaków – nikomu nie jest już zimno. Z płucami przewietrzonymi rześkim, leśnym powietrzem, stajemy na pierwszym „szczycie” wyprawy. Zebrzydka – nie mamy pojęcia, skąd wzięła się jej nazwa – wita nas żółtą tabliczką przybitą do pobliskiego drzewa. To 577 metrów nad poziomem morza. Zaczynaliśmy nieco powyżej trzystu, jesteśmy więc ponad dwieście metrów wyżej i wszyscy wyraźnie to czujemy. Czekamy chwilę na resztę grupy, dajemy sobie czas na krótki oddech i ruszamy dalej.
Teraz ma być już tylko lepiej. Szlak zamienia się w łagodny trawers, a droga się wypłaszcza. Wreszcie mamy czas, by rozejrzeć się wokół i... zamieramy z zachwytu. Właśnie przekraczamy niewidzialną granicę rzeczywistości i wchodzimy prosto do Zimowej Krainy Bajek. Dookoła gęstnieje mleczna mgła, która otula drzewa i dodaje wszystkiemu tajemniczej, niemal mistycznej atmosfery. Miało być słońce, ale nasz Prezes najwyraźniej wynegocjował „na górze” coś zupełnie innego. Zaskoczył wszystkich, serwując nam ten niesamowity spektakl bieli i ciszy zamiast zwykłego marcowego słońca. Las spoczywa pod grubą pierzyną puchu, a my idziemy jak urzeczeni, chłonąc ten magiczny, nierealny świat.
Drzewa pod ciężkimi warstwami śniegu wyglądają jak strudzeni pielgrzymi szukający drogi. Pokryte białym całunem, jakby zamarły w oczekiwaniu na pojawienie się cudu. Las jest tak zachwycający, że brakuje słów, by oddać jego niesamowitą atmosferę. Smerfny las, który pamiętamy z dziecięcych bajek, był wprawdzie wspaniały, ale w starciu z naszym nie ma najmniejszych szans. Gdyby Smerfy mogły zamienić swoją krainę na tę naszą, zrobiłyby to bez wahania!
Co rusz nad drogą kłaniają się nam pochylone gałęzie, które najwyraźniej nie wytrzymały naporu białego ciężaru. Musimy przemykać między nimi, a te – poruszone – otrząsają z siebie świeży śnieg, który niczym mąka sypie się na szlak. Okazuje się, że pod spodem schowała się już nasza wiosna pod postacią puszystych bazi, przykrytych znienacka przez zupełnie niespodziewany powrót zimy. Dopiero gdy je trącamy, odkrywamy kryjące się pod śniegiem ich miękkie, srebrzyste futerko.
Nie sposób przejść obok, nie okazując zachwytu nad bajką, której właśnie stajemy się częścią. Stajemy więc co chwila, rozglądamy się, pstrykamy fotki i chłoniemy ten baśniowy klimat. Nie, zupełnie nie tego się spodziewaliśmy. Zupełnie nie tak ta wyprawa miała wyglądać! I choć do celu mamy jeszcze daleko, już wiemy, że jego ranga znienacka zeszła na dalszy plan. Główna atrakcja dzieje się właśnie teraz – to już nie jest zwykłe wyjście na Błatnią, to prawdziwa wyprawa do Zimowej Krainy Bajek. Nikt nie byłby w stanie takich atrakcji zaplanować i nikt nie zdołałby takiej wycieczki zaprojektować. To, co nas spotyka, wymyka się wszelkim scenariuszom – to czysta, nieplanowana magia szlaku.
Nawet wszechogarniająca mgła dopełnia klimatu. Gęste mleko ogranicza widoczność do kilkunastu metrów, ale to właśnie dzięki temu każde kolejne drzewo coraz bardziej tonie w bieli, stapia się z tłem i dodaje całości niepowtarzalnego smaku. Granica między ziemią a niebem zaciera się zupełnie, zostawiając nas w samym środku białej pustki, która zamiast przerażać – fascynuje.
Pokonujemy kolejne przesmyki pod uginającymi się gałęziami, przeciskamy się między bajecznymi formami i zaliczamy kolejne punkty szlaku: Liszkę, Łazek, Czupel. Mijamy dochodzący z prawej strony Szlak Myśliwski i wspinamy się na Mały Cisowy. Tam wychodzimy na białą polanę. Białą, rzecz jasna, od stóp aż po samo niebo – całą przykrytą grubą warstwą puchu.
Na szczęście tutaj szlak jest już nieco przetarty. Podążamy wydrążoną w śniegu rynną o prawie półmetrowej głębokości. To wręcz nieprawdopodobne, że ledwo tydzień temu, w pełnym słońcu, witaliśmy przecież wiosnę!
Pod Wielką Cisową wychodzimy na kolejną polanę. Jest znacznie większa, ale jej krańców i tak nie sposób dostrzec – wszystko ginie w mlecznej gęstwinie wszechogarniającej mgły. I nagle, jakby z zupełnie innej bajki, z tyłu wyłaniają się dwa dorodne rumaki. Dosiadający ich jeźdźcy pewnie prowadzą zwierzęta przez rozpościerającą się obok śnieżną łąkę.
Widok tych rumaków galopujących w głębokim śniegu zapiera dech w piersiach. Potężne sylwetki koni przebijają się przez biały puch, wyrzucając za siebie kaskady śnieżnego pyłu, by po chwili znów rozmyć się w bieli mgły. To trwa zaledwie moment, ale wrażenie jest nierealne – jakbyśmy na chwilę podglądali scenę z jakiejś dawnej legendy, która niespodziewanie ożyła na naszym szlaku.
Wnet mijamy krzyż poświęcony pamięci partyzantów AK, szczelnie otulony białą pierzyną. To znak, że Ranczo Błatnia jest już tuż-tuż. I rzeczywiście – po paru metrach z oparów mgły wyłaniają się pierwsze zabudowania. Czujemy nawet zapach obiadu! Udało się, dotarliśmy do celu. Czekamy na resztę grupy, szybka narada i zapada decyzja: najpierw zdobywamy szczyt Błatni, by zasiąść na słynnym tronie, a dopiero potem schodzimy na zasłużony posiłek.
Tak też robimy. Pięć minut marszu do schroniska, potem kolejne dziesięć i meldujemy się na punkcie widokowym. Widok jest... niesamowity. Dookoła wszystko tonie w białym mleku, a lodowaty wiatr zawiewa od spodu, więc musimy wierzyć na słowo, że panorama jest daleka. Zresztą mamy ją szczegółowo opisaną w wycieczkowej ulotce: Klimczok, Skrzyczne, masyw Trzech Kopców, Orłowa i mnóstwo innych szczytów. Patrzymy jak wryci w tę bajkową scenerię pobliskich drzew ugiętych pod zimową otuliną i – ufając mapie – podziwiamy to, czego nie widać. Tak, zdecydowanie warto było tu przyjść dla takich »widoków«!
Teraz jeszcze wspólne zdjęcie z naszą oddziałową flagą – a jakże! – i powoli schodzimy do schroniska. Szefowa wyprawy zarządza półtorej godziny przerwy: tyle czasu musi nam wystarczyć, by coś zjeść przed zejściem w dolinę. Mamy więc upragniony czas wolny.
Wchodzimy do środka, a tam – mimo dość nietypowej aury – panuje spory ruch. Do bufetu ustawia się kolejka, większość stolików jest już zajęta, ale najważniejsze, że w jadłospisie króluje kotlet. Ta wiadomość przeważa szalę – zostajemy! Na szczęście kilka miejsc szybko się zwalnia i wreszcie zasiadamy do obiadu. Wjeżdżają kotlety, ziemniaki, frytki i surówki, znajduje się też gorąca zupa, a do tego kufel piwa (za który, uwaga, obowiązuje dycha kaucji!). Rozsiadamy się wygodnie i czekamy na zamówione dania. Rozwieszamy do suszenia czapki, rękawice i płaszcze. Jak tu nagle zrobiło się przytulnie i ciepło... Zwłaszcza gdy z kuchni dobiegają te wszystkie obłędne zapachy.
Nie możemy zapomnieć o pieczątkach w książeczkach GOT – każda z nich przybliża nas do kolejnych odznak. Po obiedzie niektórzy kuszą się jeszcze na szarlotkę, po czym powoli szykujemy się do odwrotu. Wychodzimy przed schronisko i raz jeszcze ustawiamy się do pamiątkowej fotografii. Zdjęcie wychodzi lekko zamglone, ale nie zamierzamy poprawiać kontrastu w komputerze – niech zostanie tak, jak było naprawdę.
Uśmiechamy się do obiektywu i ruszamy w dół, tym razem prosto do Brennej. Brniemy w śniegu, który na drodze dojazdowej do schroniska został już „przemielony przez cywilizację”. Tu nie jest już tak bajkowo – biały puch zamienia się w śliską ciapę, ale dzieci mają z tego niesamowitą radochę; w końcu jest z górki i wesoło! Schodzimy coraz niżej, a z każdym metrem biała pokrywa robi się cieńsza. Gdy ostatecznie wychodzimy z lasu nad samą Brenną, warstwa śniegu wygląda już całkiem niepozornie.
Docieramy do głównej drogi i szybko odnajdujemy nasz autobus. Czesio zaparkował na darmowym placu, dzięki czemu znów zaoszczędziliśmy nieco oddziałowych funduszy. Zrzucamy plecaki i zyskujemy jeszcze godzinę dla siebie. W centrum znajdujemy przytulne kawiarnie, gdzie spędzamy ostatnie ciepłe chwile tego wyjazdu. O szóstej wieczorem spotykamy się na parkingu przy kościele i ruszamy w drogę powrotną.
Gdy tak siedzimy w ciepłym autobusie, patrząc na przesuwające się za oknem ciemności, każdy z nas zadaje sobie to samo pytanie: kto by się spodziewał takich atrakcji? Przecież to niemożliwe, żeby marzec sam z siebie zaserwował nam taką filmową scenerię. Szybko jednak przypominamy sobie o „dyplomatycznych” talentach szefa naszego oddziału. Czy to aby nie sprawka naszego Prezesa? Czy to nie on, swoim zwyczajem, po cichu wynegocjował z niebiosami ten nadprogramowy przydział śniegu i mgły, byle tylko nas zaskoczyć? Jeśli tak, to plan wykonał w dwustu procentach. Bo choć wycieczka wyszła zupełnie inaczej, niż miała, to nikt nie ma o to najmniejszych pretensji – takich cudów nie da się kupić w żadnym biurze podróży!
Po powrocie pozostaje nam tylko jeden drobny problem logistyczny: jak wytłumaczyć rodzinom w domu, że te zdjęcia w gęstym mleku i zaspach po kolana to naprawdę relacja z wycieczki pt. „Powitanie Wiosny”? Patrząc na nasze zamglone i ośnieżone oblicza, sąsiedzi pewnie pomyślą, że pomyliliśmy Beskidy z Antarktydą, a autokar z lodołamaczem.
Mamy tylko nadzieję, że przy następnej okazji nasz Prezes nie pomyli formularzy i zamiast „atrakcji ekstremalnych” zamówi po prostu trochę słońca. Choć znając życie i jego niebiańskie chody, pewnie znów dostaniemy coś, czego nie było w programie, a my – jak to my – i tak wrócimy zachwyceni. Do zobaczenia na szlaku, oby tym razem bez konieczności zabierania sanek na wiosenny spacer!
