Wiosna w Zimowej Krainie Bajek

Ireneusz Ludwig Utworzono .

Brenna - BłatniaTo miał być kolejny zwykły, wiosenny wypad w góry. Przez całą zimę planowaliśmy prawdziwie zimowy wyjazd, by zobaczyć szczyty zasypane śniegiem i poczuć klimat dawnych lat. Jednak zima nie chciała pokazać swojego białego oblicza, więc w końcu odpuściliśmy – jazda w góry tylko po to, by zmarz­nąć, mijała się z celem.


Nienacek - debiut naszej oddziałowej maskotkiSkoro tylko zima odeszła (a ty­dzień temu pożegnaliśmy ją w Kosz­wicach), postanowiliśmy powitać w górach wiosnę. Do naszego prezesa, który – jak wiadomo – ma znajomo­ści w niebiosach, wystosowaliśmy stosowne zamówienie na pogodę. Przygotowaliśmy autobus, skomple­towaliśmy ekipę i… czekamy na so­botę.
A tu nagle prognozy zapowiadają na weekend załamanie pogody. Tem­peratura ma spaść poniżej zera, za­powiadają opady deszczu, a miejsca­mi nawet śniegu. W sobotę rano zbieramy się w punkcie zbiórki opatuleni po uszy. W tym zimowym rynsztunku, z przyklejonymi uśmiechami, robimy dobrą minę do złej gry – pocieszając się tym, że na razie nie pada.
Górki Wielkie - początek szlakuPo chwili na plac wjeżdża nasz bus i zatrzymuje się tuż obok. Na przedniej szybie debiutujący w na­szym gronie Nienacek – nasza nowa oddziałowa maskotka. W środku siedzi już kilka osób z Kolonow­skiego – pozajmowali miejsca na sa­mym tyle. My ładujemy się przed nimi i ruszamy w drogę. Na ze­wnątrz wszyscy niby uśmiechnięci, ale w środku czuć narastający niepo­kój. Co prawda jeszcze nie pada, ale w powietrzu wisi gęsta mgła. Słońca dziś nie będzie na pewno, a w Bren­nej ponoć od wczoraj leży śnieg.
Z niepewnością przemierzamy kolejne kilometry, łudząc się, że na miejscu pogoda okaże się choć ciut lepsza. Niestety, już za Strzelcami szyba autobusu robi się mokra. Zaczyna lać! Patrzymy jak urzeczeni w strugi wody rozmazywane miarowym ruchem wycieraczek i zastanawiamy się, czy ten wyjazd w ogóle miał sens. Ze zgrozą zauważamy, że deszcz po chwili zamienia się w gęstą, mokrą ciapkę. A więc śnieg też już mamy... I sypie coraz mocniej. Kto nas podkusił, żeby akurat dziś ruszać w góry?
Nic to, jedziemy dalej. Za Gliwicami skręcamy na Żory i na całe szczęście przestaje padać. Chmura zostaje za nami, a w nas kiełkuje nowa nadzieja, że może nie będzie tak źle. I faktycznie, jest jakby coraz lepiej, nawet asfalt robi się suchy, więc musieliśmy wjechać po prostu w burzową chmurę.
Ruszamy w trasęNiedaleko Brennej zatrzymujemy się na stacji benzynowej na krótką przerwę. Wysiadamy z au­tobusu, a teren wokół przyprószo­ny śniegiem. W radio mówili jed­nak prawdę. Temperatura niewiele powyżej zera, ale cieszymy się, że jednak jest sucho. Wracamy do busa i pokonujemy ostatnie kilo­metry. Nasz kierowca Czesio sprawnie zawija do Górek Wiel­kich, gdzie czeka nas początek szlaku.
W górach aura "zaskakuje" nas śniegiemWysiadamy, naciągamy na uszy czapki, szaliki, rękawiczki, co kto ma i wnet ruszamy w dro­gę. Czesio jedzie do Brennej cze­kać na naszą grupę, a my, jakby na przekór pogodzie idziemy przekonać ją, że się nie damy i jej pokażemy. Początek zapowiada się ciekawie. Mijamy schludne obejścia domostw wokół drogi i powoli pniemy się w górę. Przed nami wyłania się zalesiony masyw Zebrzydki, cały otulony mgłą. W koronach drzew wisi biały śnieg i choć nie wygląda groźnie, to z niedowierzaniem spoglądamy na przydrożne place, całe pokryte grubymi czapami świeżego śnie­gu. Droga, choć asfaltowa, szybko bieli się pod naszymi stopami i za­czyna robić się ciekawie. Docho­dzimy do krawędzi lasu, gdzie kończy się zabudowa. Przez chwi­lę błądzimy, bo raz, że szlak przy­sypany śniegiem, to jeszcze słabo oznakowany. Wreszcie jednak od­najdujemy właściwą ścieżkę i wchodzimy w las. A tu… zima w pełni. Śnieg wszędzie dokoła, świerkowe gałęzie uginają się pod świeżą, śnieżną poduszką, a szlak przed nami zupełnie dziewiczy, ani jednego śladu.
Rozpoczynamy podejście. Czu­jemy się jak odkrywcy nieznanych lądów – od wczoraj nikt tędy nie przechodził. Musimy niemal zgadywać, którędy wiedzie szlak, polegając na intuicji wprawionych turystów, którzy z niejednego pieca chleb jedli. Wkrótce wyrasta przed nami stroma ściana. Kie­rowniczka wyprawy zapewniała wprawdzie, że trasa będzie łatwa, ale zapomniała dodać, że... sama jeszcze nigdy tutaj nie była.
Bajkowy SzlakGdyby dopisała nam planowa­na aura – słońce i wiosenne ciepło – podejście nie stanowiłoby pro­blemu. Jednak w tych warunkach, brnąc w świeżym, nieudeptanym śniegu, wspinaczka urasta do ran­gi wyzwania dla rasowych alpini­stów. No i żeby chociaż ten śnieg nie był pod spodem tak zdradliwie gładki!
Czapki i szaliki wędrują z głów prosto do plecaków – nikomu nie jest już zimno. Z płucami prze­wietrzonymi rześkim, leśnym po­wietrzem, stajemy na pierwszym „szczycie” wyprawy. Zebrzydka – nie mamy pojęcia, skąd wzięła się jej nazwa – wita nas żółtą tablicz­ką przybitą do pobliskiego drze­wa. To 577 metrów nad pozio­mem morza. Zaczynaliśmy nieco powyżej trzystu, jesteśmy więc ponad dwieście metrów wyżej i wszyscy wyraźnie to czujemy. Czekamy chwilę na resztę grupy, dajemy sobie czas na krótki oddech i ruszamy dalej.
Zimowa Kraina BajekTeraz ma być już tylko lepiej. Szlak zamienia się w łagodny tra­wers, a droga się wypłaszcza. Wreszcie mamy czas, by rozejrzeć się wokół i... zamieramy z zachwy­tu. Właśnie przekraczamy niewi­dzialną granicę rzeczywistości i wchodzimy prosto do Zimowej Krainy Bajek. Dookoła gęstnieje mleczna mgła, która otula drzewa i dodaje wszystkiemu tajemniczej, niemal mistycznej atmosfery. Mia­ło być słońce, ale nasz Prezes naj­wyraźniej wynegocjował „na gó­rze” coś zupełnie innego. Zasko­czył wszystkich, serwując nam ten niesamowity spektakl bieli i ciszy zamiast zwykłego marcowego słońca. Las spoczywa pod grubą pierzyną puchu, a my idziemy jak urzeczeni, chłonąc ten magiczny, nierealny świat.
Drzewa pod ciężkimi warstwami śniegu wyglądają jak strudzeni pielgrzymi szukający drogi. Po­kryte białym całunem, jakby zamarły w oczekiwaniu na pojawienie się cudu. Las jest tak zachwyca­jący, że brakuje słów, by oddać jego niesamowitą atmosferę. Smerfny las, który pamiętamy z dzie­cięcych bajek, był wprawdzie wspaniały, ale w starciu z naszym nie ma najmniejszych szans. Gdy­by Smerfy mogły zamienić swoją krainę na tę naszą, zrobiłyby to bez wahania!
Wiosna w BeskidachCo rusz nad drogą kłaniają się nam pochylone gałęzie, które naj­wyraźniej nie wytrzymały naporu białego ciężaru. Musimy przemy­kać między nimi, a te – poruszo­ne – otrząsają z siebie świeży śnieg, który niczym mąka sypie się na szlak. Okazuje się, że pod spodem schowała się już nasza wiosna pod postacią puszystych bazi, przykrytych znienacka przez zupełnie niespodziewany powrót zimy. Dopiero gdy je trącamy, odkrywamy kryjące się pod śnie­giem ich miękkie, srebrzyste fu­terko.
Nie sposób przejść obok, nie okazując zachwytu nad bajką, której właśnie stajemy się czę­ścią. Stajemy więc co chwila, rozglądamy się, pstrykamy fotki i chłoniemy ten baśniowy klimat. Nie, zupełnie nie tego się spo­dziewaliśmy. Zupełnie nie tak ta wyprawa miała wyglą­dać! I choć do celu mamy jeszcze daleko, już wiemy, że jego ranga znienacka zeszła na dalszy plan. Główna atrakcja dzieje się właśnie teraz – to już nie jest zwykłe wyjście na Błatnią, to prawdziwa wyprawa do Zimowej Krainy Bajek. Nikt nie byłby w stanie takich atrakcji za­planować i nikt nie zdołałby takiej wycieczki zaprojekto­wać. To, co nas spotyka, wymyka się wszelkim scenariu­szom – to czysta, nieplanowana magia szlaku.
Zimowa Kraina BajekNawet wszechogarniająca mgła dopełnia klimatu. Gę­ste mleko ogranicza widoczność do kilkunastu metrów, ale to właśnie dzięki temu każde kolejne drzewo coraz bardziej tonie w bieli, stapia się z tłem i dodaje całości niepowtarzalnego smaku. Granica między ziemią a nie­bem zaciera się zupełnie, zostawiając nas w samym środ­ku białej pustki, która zamiast przerażać – fascynuje.
Pokonujemy kolejne przesmyki pod uginającymi się gałęziami, przeciskamy się między bajecznymi formami i zaliczamy kolejne punkty szlaku: Liszkę, Łazek, Czu­pel. Mijamy dochodzący z prawej strony Szlak Myśliw­ski i wspinamy się na Mały Cisowy. Tam wychodzimy na białą polanę. Białą, rzecz jasna, od stóp aż po samo niebo – całą przykrytą grubą warstwą puchu.
Na szczęście tutaj szlak jest już nieco przetarty. Podążamy wydrążoną w śniegu rynną o prawie półmetrowej głębokości. To wręcz nieprawdopodobne, że ledwo tydzień temu, w pełnym słońcu, witaliśmy przecież wiosnę!
Zimowe rumakiPod Wielką Cisową wychodzi­my na kolejną polanę. Jest znacz­nie większa, ale jej krańców i tak nie sposób dostrzec – wszystko ginie w mlecznej gęstwinie wszechogarniającej mgły. I nagle, jakby z zupełnie innej bajki, z tyłu wyłaniają się dwa dorodne rumaki. Dosiadający ich jeźdźcy pewnie prowadzą zwierzęta przez rozpościerającą się obok śnieżną łąkę.
Widok tych rumaków galopu­jących w głębokim śniegu zapiera dech w piersiach. Potężne sylwet­ki koni przebijają się przez biały puch, wyrzucając za siebie kaska­dy śnieżnego pyłu, by po chwili znów rozmyć się w bieli mgły. To trwa zaledwie moment, ale wrażenie jest nierealne – jakbyśmy na chwilę podglądali scenę z jakiejś dawnej legendy, która niespodziewanie ożyła na naszym szlaku.
Te uśmiechy mówią same za siebieWnet mijamy krzyż poświęcony pa­mięci partyzantów AK, szczelnie otulony białą pierzyną. To znak, że Ranczo Błat­nia jest już tuż-tuż. I rzeczywiście – po paru metrach z oparów mgły wyłaniają się pierwsze zabudowania. Czujemy na­wet zapach obiadu! Udało się, dotarliśmy do celu. Czekamy na resztę grupy, szyb­ka narada i zapada decyzja: najpierw zdobywamy szczyt Błatni, by zasiąść na słynnym tronie, a dopiero potem scho­dzimy na zasłużony posiłek.
Tak też robimy. Pięć minut marszu do schroniska, potem kolejne dziesięć i mel­dujemy się na punkcie widokowym. Wi­dok jest... niesamowity. Dookoła wszyst­ko tonie w białym mleku, a lodowaty wiatr zawiewa od spodu, więc musimy wierzyć na słowo, że panorama jest daleka. Zresztą mamy ją szczegółowo opisaną w wycieczkowej ulotce: Klimczok, Skrzyczne, masyw Trzech Kopców, Orłowa i mnóstwo innych szczytów. Patrzy­my jak wryci w tę bajkową scenerię pobliskich drzew ugiętych pod zimową otuliną i – ufając mapie – podziwiamy to, czego nie widać. Tak, zdecydowanie warto było tu przyjść dla takich »widoków«!
Nienacek w Schronisku BłatniaTeraz jeszcze wspólne zdjęcie z naszą oddziałową flagą – a jakże! – i powoli schodzimy do schroniska. Szefowa wyprawy zarządza półtorej godziny przerwy: tyle czasu musi nam wystar­czyć, by coś zjeść przed zejściem w dolinę. Mamy więc upragniony czas wolny.
Wchodzimy do środka, a tam – mimo dość nie­typowej aury – panuje spory ruch. Do bufetu usta­wia się kolejka, większość stolików jest już zajęta, ale najważniejsze, że w jadłospisie króluje kotlet. Ta wiadomość przeważa szalę – zostajemy! Na szczęście kilka miejsc szybko się zwalnia i wresz­cie zasiadamy do obiadu. Wjeżdżają kotlety, ziemniaki, frytki i surówki, znajduje się też gorąca zupa, a do tego kufel piwa (za który, uwaga, obo­wiązuje dycha kaucji!). Rozsiadamy się wygodnie i czekamy na zamówione dania. Rozwieszamy do suszenia czapki, rękawice i płaszcze. Jak tu nagle zrobiło się przytulnie i ciepło... Zwłaszcza gdy z kuchni dobiegają te wszystkie obłędne zapachy.
PTTK Zawadzkie - Schronisko BłatniaNie możemy zapomnieć o pieczątkach w książeczkach GOT – każda z nich przybliża nas do kolejnych odznak. Po obiedzie niektórzy kuszą się jeszcze na szarlotkę, po czym powoli szykujemy się do odwrotu. Wychodzimy przed schronisko i raz jeszcze ustawiamy się do pamiątkowej fotografii. Zdjęcie wychodzi lekko zamglone, ale nie zamierzamy poprawiać kontrastu w komputerze – niech zostanie tak, jak było naprawdę.
Dzieci też miały frajdęUśmiechamy się do obiektywu i ruszamy w dół, tym razem prosto do Brennej. Brniemy w śniegu, który na drodze dojazdowej do schroniska zo­stał już „przemielony przez cywiliza­cję”. Tu nie jest już tak bajkowo – biały puch zamienia się w śliską cia­pę, ale dzieci mają z tego niesamowi­tą radochę; w końcu jest z górki i we­soło! Schodzimy coraz niżej, a z każ­dym metrem biała pokrywa robi się cieńsza. Gdy ostatecznie wychodzi­my z lasu nad samą Brenną, warstwa śniegu wygląda już całkiem niepozor­nie.
Docieramy do głównej drogi i szybko odnajdujemy nasz autobus. Czesio zaparkował na darmowym placu, dzięki czemu znów zaoszczę­dziliśmy nieco oddziałowych funduszy. Zrzucamy plecaki i zyskujemy jeszcze godzinę dla siebie. W centrum znajdujemy przytulne kawiarnie, gdzie spędzamy ostatnie ciepłe chwile tego wyjazdu. O szóstej wieczorem spotykamy się na parkingu przy kościele i ruszamy w drogę powrotną.
BrennaGdy tak siedzimy w ciepłym autobusie, patrząc na przesuwają­ce się za oknem ciemności, każ­dy z nas zadaje sobie to samo py­tanie: kto by się spodziewał ta­kich atrakcji? Przecież to nie­możliwe, żeby marzec sam z sie­bie zaserwował nam taką filmo­wą scenerię. Szybko jednak przy­pominamy sobie o „dyploma­tycznych” talentach szefa nasze­go oddziału. Czy to aby nie sprawka naszego Prezesa? Czy to nie on, swoim zwyczajem, po ci­chu wynegocjował z niebiosami ten nadprogramowy przydział śniegu i mgły, byle tylko nas za­skoczyć? Jeśli tak, to plan wykonał w dwustu procentach. Bo choć wycieczka wyszła zupełnie ina­czej, niż miała, to nikt nie ma o to najmniejszych pretensji – takich cudów nie da się kupić w żad­nym biurze podróży!
Po powrocie pozostaje nam tylko jeden drobny problem logistyczny: jak wytłumaczyć rodzinom w domu, że te zdjęcia w gęstym mleku i zaspach po kolana to naprawdę relacja z wycieczki pt. „Po­witanie Wiosny”? Patrząc na nasze zamglone i ośnieżone oblicza, sąsiedzi pewnie pomyślą, że po­myliliśmy Beskidy z Antarktydą, a auto­kar z lodołamaczem.
Po tak wymagającej trasie należało sięMamy tylko nadzieję, że przy następ­nej okazji nasz Prezes nie pomyli for­mularzy i zamiast „atrakcji ekstremal­nych” zamówi po prostu trochę słońca. Choć znając życie i jego niebiańskie chody, pewnie znów dostaniemy coś, czego nie było w programie, a my – jak to my – i tak wrócimy zachwyceni. Do zobaczenia na szlaku, oby tym razem bez konieczności zabierania sanek na wiosenny spacer!

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama