Pilsko 2025
Dziś jedziemy na Pilsko. Wszystko zapięte na ostatni guzik, wszyscy gotowi, prognozy zapowiadają się wyśmienicie, wnet pojawia się nasz busik i równo o szóstej rano ruszamy w trasę. Busik startuje dziś z Kolonowskiego i zabiera grupę stamtąd, w Zawadzkiem dosiadamy się i wyjeżdżamy. Jest jeszcze ciemno, to widoczna oznaka, że lato się kończy, jesień tuż za progiem i wkrótce obejmie przyrodę we władanie. My cieszymy się resztkami letnich promieni i mamy nadzieję wycisnąć je dziś do maksa. Z pogodą zresztą trafiamy w dziesiątkę. Tydzień upłynął pod znakiem chłodu i deszczu, ale akurat dzisiaj słońce postanawia rozświetlić dzień jak tylko może i wycieczka zapowiada się wyśmienicie. Na trasie obserwujemy coraz bardziej rozjaśniającą się noc, nad horyzontem pojawia się jasna poświata, gwiazdy stopniowo wtapiają się w jaśniejącą, niebieską tarczę i tak więc, z uśmiechami na twarzach, jedziemy zdobywać Pilsko.
Pilsko pojawiało się w rozmowach już wcześniej, może warto się tam wybrać, to świetne miejsce widokowe, starzy wyjadacze podpowiadali taki wypad, że to świetny pomysł, w sam raz na akcję znienacka. Nie było pewności, czy będą chętni, czy nazbieramy ludzi na autobus, ale w końcu stało się – zapada decyzja, jedziemy. Lista szybko się zapełnia, wkrótce nawet zaczyna brakować miejsc, pomysł więc wypalił. Dziś zbieramy jej efekty.
Nasz kierowca sprawnie wiezie nas w stronę Gliwic, mijamy Śląsk i kierujemy się na południe, w stronę Beskidu Żywieckiego. To ten, gdzie leży Babia Góra, ten sam, gdzie byliśmy wiosną, tylko trochę bardziej na południe. Słońce wznosi się coraz wyżej i żwawo przyświeca. Po niebie przemykają pojedyncze chmurki, a za oknem busika pojawiają się stopniowo raz po raz coraz większe górki. Mijamy Skrzyczne z jego charakterystyczną wieżą na szczycie, po lewej uśmiecha się do nas Jezioro Żywieckie, mijamy Żywiec i wnet dojeżdżamy do Korbielowa. Przemykamy dalej, aż do granicy ze Słowacją i zatrzymujemy się na Przełęczy Glinne. Wysiadamy z autobusu, rozglądamy się dokoła i ruszamy na podbój Pilska.
Gdzie to się idzie? Według mapy czerwonym i niebieskim szlakiem. Rozglądamy się dokoła, czerwony szlak jest, niebieskiego nie widać. Obok stare przejście graniczne, sprawdzamy dokładnie, niebieski szlak idzie nieco bokiem, powinien dołączyć nieco dalej. Liczymy ekipę, czy wszyscy są i jest dwudziestu ośmiu wspaniałych, gotowych na wyzwania, ruszamy na podbój. Szlak zaczyna się dość niewinnie, ale już na samym początku dowiadujemy się, skąd nazwa „Glinne” – otóż szlak zrobiony jest z gliny. Nie tylko szlak, ale cały teren głównie składa się z gliny, a że ostatnie dni były trochę mokre, na szlaku jest mnóstwo gliniastego błota. Ot, taka atrakcja. Idziemy więc w ciapie testując przemakalność butów raz po raz omijając błotne bajorka.
Nie zawsze się daje. Wkrótce przestajemy się tym przejmować. Omijamy błoto bardziej dla zasady, niż dla skutku i skupiamy się na szlaku. A ten… zaczyna się robić coraz bardziej stromy. Pokonujemy kolejne stopnie i szybko zapominamy o lekkim chłodzie, jaki było jeszcze czuć po wyjściu z autobusu. Górka zaczyna robić swoje i upomina się o należny szacunek. A szlak, szlak wyznaczony jest prosto pod górę, żadnych zakosów, żadnych serpentyn, jak to niektórzy mówią, prosto po linii najmniejszego oporu. W naszym przypadku ten najmniejszy opór oznacza akurat największy, bo mamy wprost pod górę, więc szybko rozgrzewamy się na tyle, że co niektóre kurtki i sweterki znikają w plecakach. Całe szczęście, że idziemy lasem, więc słoneczko nie przedziera się przez drzewa tak skutecznie, a te dają nam dodatkową ochłodę. Nie ma szans, byśmy dzisiaj zmarzli.
Trochę niepokoi nas brak niebieskiego szlaku. Na mapie jest, i na polskiej, i na czeskiej. Nie ma go tylko w lesie. Trochę zdezorientowani idziemy czerwonym i nie wiemy, czy został zlikwidowany, czy pojawi się dalej. Czerwony prowadzi do schroniska, a nie tam przecież chcemy dojść. Całe szczęście, że pojawia się w miejscu jego rozejścia. Tam gdzie czerwony skręca w prawo, pojawia się niebieski. Dobra, sprawa się wyjaśniła, teraz już wiemy, że idziemy dobrze. Szkoda tylko, że oznakowanie w terenie nie zgadza się z tym na mapach.
Żegnamy więc czerwone odejście do schroniska i teraz podążamy już za niebieskimi znaczkami. Droga wiedzie kolejnymi półkami z ostrymi podejściami. Nie ma czasu na wytchnienie. Za każdą półką znajdujemy lekkie wypłaszczenie, ale tuż za nim pojawia się kolejna półka, a w głębi, między czubkami drzew dostrzegamy malutkie sylwetki ludzi idących przed nami. Ileż tego jeszcze przed nami? Ktoś mówi, czterysta metrów, i z tymi czterystu metrami powtarzanymi jak mantra za każdym podejściem idziemy aż do samego końca.
Drzewa zaczynają się robić trochę mniejsze, a miejscami jakby chciała się już przebijać kosodrzewina, to niechybny znak, że nabieramy wysokości i jesteśmy coraz bliżej celu. Wnet wychodzimy na kolejną półkę i stajemy przed niemal pionową, dziesięciometrową ścianą, na dodatek ze ścieżką prowadzącą przez kolejną porcję mokrego, glinowatego błota. Tego chyba już za wiele. Tyle się już nawspinaliśmy, wystarczyło by już tego. Pora w końcu na jakąś nagrodę. Ktoś przypomina, to już prawie koniec, zostało… czterysta metrów. Dobra dobra, znamy te czterysta metrów. Ale naprawdę, tym razem, po tym podejściu nagroda już będzie. Zobaczycie. Trzeba się tylko wdrapać.
Więc się wdrapujemy. Stromizna tak duża, że musimy pomagać sobie rękoma łapiąc się traw, kamieni i wystających gałęzi. Na końcu wychodzimy wprost na połać kosodrzewiny, las się już tutaj kończy i wreszcie zaczynają się widoki. Pierwsi, którzy się wdrapali, zatrzymują się i zaglądają do tyłu, a tam… faktycznie, prawdziwa nagroda, Babia Góra jak na dłoni. Piękny widok na diabelski masyw. Wokół panorama na Beskidy, a z boku fantastyczny widok na Tatry. Na dodatek słoneczko przyświeca, pogoda wymarzona, widoczność niemal idealna, szybko zapominamy u trudach wspinaczki i wrażenia nie robi już nawet kolejne „czterysta metrów” do szczytu. Teraz z każdym już krokiem otwiera się przed nami coraz wspanialszy widok i od teraz nikt już nie ma prawa być niezadowolonym. Nikt zresztą nawet nie dopuszcza takiej myśli. Podchodzimy, teraz już dość płaskim podejściem do rozejścia szlaków i zatrzymujemy się na Pilsku – Granicy. Tutaj robimy krótką przerwę i czekamy, aż grupa rozciągnięta męczącą wspinaczką zejdzie się razem.
Do samego szczytu zostało jeszcze dziesięć minut. Idziemy w kosodrzewinie łagodnymi zawijasami i wnet meldujemy się na Pilsku. Wychodzimy na płaski szczyt, z którego rozpościera się niesamowity widok na wszystkie strony. Najbliżej maluje się śnieżkowaty szczyt Babiej Góry, jakby kopii niemal Śnieżki, dalej na prawo nad horyzontem wystaje ostry masyw Tatr, obok nich kolejne wysokie pasmo Małej Fatry, gdzieś w oddali pomiędzy nimi Velka Fatra i Niżne Tatry i doprawdy, trzeba dopiero wejść na Pilsko, żeby dowiedzieć się, jak wyglądają Tatry. A my przez cały czas jeździliśmy do Zakopanego. Dopiero teraz widać cały masyw najwyższych polsko-słowackich gór.
Na szczycie robimy pamiątkowe zdjęcia i powoli zabieramy się do zejścia. Wracamy na granicę, skąd schodzimy do schroniska na Hali Miziowej. Część grupy idzie szlakiem żółtym, ale część schodzi czarnym, po drodze zahaczając o Kopiec. Spotykamy się w schronisku, gdzie przystajemy na obiad i dłuższy odpoczynek. Wokół schroniska rozległy, zielony teren, wprost zachęcający do odpoczynku. Obok szemrze potok Kamienny, w którym niektórzy turyści moczą nogi. Można usiąść na ławeczce przy stoliku, można rozłożyć się na trawie, a jak komu nie podoba się na słoneczku, może wejść do środka i usiąść w restauracji.
Widoki ze schroniska, mimo że to już ponad dwieście metrów poniżej Pilska, są także niesamowite. W dole Korbielów, Krzyżowa, Jeleśnia. Zostajemy do jutra? A może w przyszłości dwudniowe wypady? Choć jest tu fajnie, musimy jednak na dół. Zostajemy przy schronisku ponad godzinę i w końcu trzeba ruszać. Szukamy żółtego szlaku, i nie jest to wcale takie oczywiste. Oznakowanie tutaj pozostawia dużo do życzenia. Najpierw nie było niebieskiego szlaku, na rozdrożach brakowało tabliczek i tutaj też żółtego szlaku domyślamy się tylko po trochę bardziej wydeptanej trawie i idących nieco dalej turystach. Faktycznie, nieco dalej znajdujemy żółty znaczek i idziemy teraz już do Korbielowa. Po drodze też omal nie zbaczamy ze szlaku, który w pewnym momencie skręca w prawo, ale oznakowanie jest tak nieoczywiste, że większość turystów idzie prosto. My prawie też. Za oznakowanie przyznajemy więc żółtą kartkę.
Z takimi przygodami schodzimy do Korbielowa i zatrzymujemy się na parkingu obok przystanku autobusowego. Wkrótce podjeżdża nasz autobus i choć zmęczeni, ale zadowoleni, wsiadamy i jedziemy do domu. Do Zawadzkiego dojeżdżamy już po ciemku, pierwsza grupa wysiada obok naszej siedziby przy gminie, następnych kierowca wysadza po drodze do Kolonowskiego i tak nasza wycieczka na Pilsko dobiega końca.
