Sandomierz i jego tajemnice
Do Sandomierza jedzie się zupełnie inaczej. Ani na Strzelce, ani na Opole, ani na Lubliniec. Wyjeżdżamy na Gliwice. I już to jest nowością. Mamy okazję pooglądać Żędowice, potem Kielczę, a rzadko kiedy nasza wycieczka jedzie właśnie tędy. Na dodatek w Kieleczce skręcamy na Tworóg, a to już zaczyna być ciekawe. Co to za trasa? Którędy kierowca zamierza nas przewieźć do Sandomierza? Może przez Tarnowskie Góry? Ominiemy zatłoczony Śląsk? Nie, w Tworogu jedziemy dalej wąską, choć schludną drogą na Brusiek. Tutaj to mało kto już był. Jest więc co oglądać. Co niektórzy postanowili odespać wcześnie przerwaną noc, bo wyjeżdżaliśmy przecież o szóstej rano, a w sobotę o tej porze to najczęściej odsypia się tydzień wstawania do roboty, więc ta część wycieczki nawet nie wie, że mijamy Kalety, ale pozostali mają co oglądać. Z Kalet jedziemy na Woźniki, potem Koziegłowy, tuż za którymi rozciąga się przemile nazywająca się wieś Koziegłówki, potem Kroczyce, Jędrzejów i tak wjeżdżamy do województwa świętokrzyskiego. Prawie wjeżdżamy do Kielc, ale obwodnica pozwala ominąć to duże miasto. Wkrótce po lewej stronie zaczyna się wyłaniać pasmo Gór Świętokrzyskich. Z daleka widać iglicę na Łysej Górze i kawałek kościelnej wieży. Przesuwają się powoli wzdłuż horyzontu i wnet znikają daleko w tyle. Zupełnie jak na autostradzie do Wrocławia, gdzie wzdłuż okien sunie wtedy masywna Ślęża.
Łysa Góra zostaje z tyłu, a na drodze pojawiają się znaki na Sandomierz. Znak, że jedziemy dobrze. Wkrótce i do samego Sandomierza wjeżdżamy. Mijamy zjazd do naszego hotelu, ale znak jest zasłonięty, wysuwa się zza krzaków dopiero na samym końcu, nie zdążyliśmy go w porę zauważyć. Zawracamy na najbliższym skrzyżowaniu i podjeżdżamy z drugiej strony. Wjazd jest dość wąski i ostry. Osobówką nie byłoby problemu, ale potężnym autobusem nie będzie tak prosto. Na dodatek nie wiadomo, czy jest tu parking, więc kierowca wysiada i idzie sprawdzić. Jest. Po chwili wraca, ale nie ma szans, żeby wjechać z tej strony. Jedziemy więc znów na najbliższe skrzyżowanie i jeszcze raz zawracamy. Podjeżdżamy pod bramę trzeci raz i teraz już się udaje. Wreszcie jesteśmy na miejscu. Autobus zaparkowany, możemy wysiadać.
Hotel, Dom Turysty PTTK, prezentuje się całkiem schludnie. Odnowiona elewacja, czyste i zadbane obejście, wygląda na lepszy, niż opowiadał podczas trasy kierownik wycieczki. Nie będzie nam jednak dane przekonać się, czy tak faktycznie jest już teraz, bo po chwili pojawia się pan przewodnik, który będzie oprowadzał nas po Sandomierzu.
Ubrany w czerwoną, charakterystyczną koszulkę wita się z nami i zaprasza na spacer. Zaczynamy od Bramy Opatowskiej, jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc Sandomierza. Brama umiejscowiona w ciągu starych murów obronnych broniła kiedyś dostępu do miasta. Na noc zamykana zapewniała mieszkańcom bezpieczeństwo. Przed bramą na murku siedzi miejscowy grajek i na akordeonie wygrywa „Poszła Karolina”. Nie wierzymy własnym uszom. Czy my naprawdę jesteśmy w Sandomierzu? Na pewno nie w Gogolinie? Zaczynamy nucić w takt melodii i trochę czujemy się tubylcami.
Spod bramy wchodzimy do środka i oglądamy sandomierskie zabytki. Jest ich sporo, na pewno nie damy rady obejrzeć wszystkich. Na rynku uwagę przyciąga restauracja Ojca Mateusza. Znana za sprawą jednego z seriali filmowych. My przechodzimy obok, mijamy starą armatę i ustawiamy się przed wejściem do podziemnej trasy turystycznej. Trasa ta powstała w czasie prowadzenia prac górniczych zabezpieczających Stare Miasto przez połączenie dawnych piwnic i podziemnych składów kupieckich. Położona na głębokości do 12 metrów ma prawie 500 metrów długości i do takiej „piwnicy” właśnie wchodzimy. Wymurowana w większości czerwoną cegłą wiedzie przez szereg komór. Po wojnie nasiliły się tutaj awarie i zapadliska, opracowano specjalny program dla jego uratowania, a do prac sprowadzono nawet górników z Bytomia, obeznanych ze sztuką budowy podziemnych korytarzy i ich zabezpieczania. Końcowy kawałek labiryntu dla upamiętnienia bytomskich fachowców został odtworzony na wzór kopalnianych chodników – przez moment poczuliśmy się, jak w domu.
W jednej z komór natrafiamy na magazyn beczek z winem z tutejszych winnic. Niestety, wszystkie puste – mówi przewodnik – spóźniliśmy się. Po prawie godzinie spędzonej pod ziemią wychodzimy na powierzchnię, tuż obok ratusza i natrafiamy na młodą parę wsiadającą właśnie do ekskluzywnego auta. Jest okazja ją zatrzymać, ale niestety nie mamy sznurka, a poza tym nie wiemy, czy sandomierskie wesela znają ten zwyczaj. Ruszamy więc w stronę sandomierskiego zamku. Przecinamy rynek, a kilka przecznic dalej zatrzymujemy się pod katedrą. Pan przewodnik mówi, że to najpiękniejszy kościół w całej Polsce, ale że czas nas goni, mijamy go obok i idziemy dalej. Wkrótce meldujemy się na zamku, a właściwie na tym, co po nim pozostało. A pozostało jedno skrzydło, które uratowało się przed zburzeniem w czasie wycofywania się wojsk szwedzkich i Karola Gustawa podczas potopu szwedzkiego. Dwa pozostałe skrzydła zostały wysadzone, to jedno się ostało i dziś udostępnione jest do zwiedzania. Umiejscowiono tutaj muzeum, w którym zgromadzono wiele ciekawych eksponatów. W burzliwej historii zamku pełnił on różne funkcje. Po III rozbiorze umiejscowiono tutaj sąd i więzienie. Więzienny charakter fasady zamku widoczny jest do dziś.
Po zwiedzeniu zamku pniemy się dalej w kierunku najstarszego kościoła w Sandomierzu, którego historia sięga XIII wieku. Jest to kościół św. Jakuba, zbudowany w 1236 r. Do niego też nie wchodzimy, bo czeka nas kolejna atrakcja – Wąwóz Królowej Jadwigi. Jest to półkilometrowy wąwóz lessowy wypłukany przez wodę. Jego ściany wznoszą się do wysokości ponad 10 metrów. Według legendy częstym gościem wąwozu była królowa Jadwiga, stąd i jego nazwa. Schodzimy w dół i podziwiamy rosnące po bokach drzewa, głównie liściaste lipy, klony i wiązy. Jak nigdzie indziej mamy okazję obejrzeć ich korzenie, które niczym dzidy powbijane rozpaczliwie w podłoże sterczą w powietrzu jakby zdziwione, że ktoś usunął spośród nich glebę. Dobrze, że nie pada, bo byłaby niezła ślizgawka. Tylko wyobrażamy sobie, jak wyglądałoby lessowe podłoże podczas deszczu.
Po zejściu z wąwozu wychodzimy wprost na Wisłę. Było ją widać także z okien zamku i z tarasu widokowego przed nim i od razu przypominają nam się powtarzane w radiu komunikaty o rekordowych stanach wody. Jedenaście centymetrów, dziesięć i rzeczywiście, wody w Wiśle nie ma prawie wcale. Szerokie koryto odsłonięte jest większej części, piaszczyste dno szczerzy zęby swą golizną, a Królowa Polskich Rzek wygląda na mocno zmęczoną zmianami klimatu. Nie ulega wątpliwości, że to efekt postępującego globalnego ocieplenia. Wisła po prostu nie przypomina samej siebie. Jak tak dalej pójdzie, miano największej rzeki w Polsce przejmie chyba Odra, która, jak dotąd, radzi sobie z deficytem wody o wiele lepiej i choć jej stan też jest niższy niż zwykle, to jednak Odra nadal jest poważną, dostojną rzeką.
Nasz czas z przewodnikiem dobiega powoli końca. Wracamy na rynek, gdzie kończymy wspólne zwiedzanie pod restauracją, w której zamówiony mamy obiad. Mamy teraz czas, aby wrócić do Domu Wycieczkowego i w końcu przekonać się, jakie kryje standardy w środku. Drogę już znamy, więc po paru minutach meldujemy się w hotelu i instalujemy w pokojach. Czasu akurat tyle, żeby lekko się ogarnąć i wrócić na obiad. Dom Wycieczkowy Turysta pod egidą PTTK-u prezentuje się całkiem przyzwoicie. Wchodzimy do środa i tu też nie ma czego się wstydzić. Czysto, schludnie, miła obsługa, w pokoju wszystko, co potrzebne. Niejeden hotel takiego standardu mógłby zazdrościć. Nie tracimy więc czasu, szybkie odświeżenie i maszerujemy z powrotem na rynek na obiad. Równo o piątej na stół wjeżdża krupnik, ale całkiem dobry, a najlepsza chyba w nim kiełbasa. Palce lizać, aż szkoda jej do zupy. Po krupniku dostajemy pieczeń z kartoflami. Pół godziny zabiera nam opróżnienie talerzy i teraz mamy czas wolny.
Rozchodzimy się po rynku, resztę czasu spędzamy indywidualnie, w większych i mniejszych grupkach, teraz czasu mamy pod dostatkiem i nie trzeba się nigdzie spieszyć. Późnym wieczorem wracamy do hotelu i w końcu udajemy się na zasłużony odpoczynek.
Następny dzień rozpoczynamy od śniadania serwowanego w hotelowej jadalni. Miłe, przytulne pomieszczenie sprawia, że jedzenie jest jeszcze lepsze, niż jest. Smakuje wybornie. Zwłaszcza ciepłe parówki. Dzień rozpoczyna się fantastycznie.
Po śniadaniu pakujemy toboły, znosimy je do autobusu i powoli ruszamy do Baranowa Sandomierskiego. Jest tam zamek, jedziemy go obejrzeć. Po drodze mijamy ogromne sztuczne jezioro utworzone na jednym z pokopalnianych wyrobisk siarki i wnet parkujemy przy wystających zza ogromnych drzew pobliskiego parku szpicach zamkowych wież. Wchodzimy na teren zamkowy, a ten otoczony jest kompleksem ogromnych drzew i ogrodów kwiatowych ukraszonych gdzieniegdzie fontannami. Sam zamek jest późnorenesansową budowlą zwaną także Małym Wawelem ze względu na podobieństwa do swego większego brata w Krakowie. Zbudowany został w latach 1591-1606 przez ród magnacki Leszczyńskich. Przez lata swojej historii przechodził wiele dziejów i zmieniał właścicieli. Najtrudniejsze chwile przechodził jednak w XX wieku, który w sposób tragiczny odbił piętno na stanie technicznym budynku. Nie dbali o niego ani hitlerowcy, ani tym bardziej Sowieci. Po zakończeniu działań wojennych budynek zamieniono na stajnie i magazyn GS-u. Przechowywano w nim zboża i nawozy sztuczne. Dopiero w latach sześćdziesiątych zamek został odnowiony i odrestaurowany. Szczęśliwie zamkiem zaopiekował się Siarkopol, i dzisiaj zamek możemy oglądać i podziwiać.
Przed wejściem do zamku wita nas pani przewodnik i – tu mała niespodzianka – jest nią kuzynka naszej koleżanki z wycieczki. Zanim więc zaczyna się zwiedzanie, mamy małą chwilę na rodzinne wspomnienia i sentymenty, nie obywa się bez ukradkiem wycieranych łez, a potem… potem następuje eksplozja opowieści o historii zamku, o jego atrakcjach, eksponatach, perypetiach dziejowych. Dowiadujemy się o „Czarnych Chmurach”, które tutaj były kręcone, dowiadujemy się o tłumach statystów i aktorów, którzy przebrani w filmowe kostiumy zdominowały miejscową ludność zamieniając Baranów na czas kręcenia filmu w autentyczną miejscowość ze średniowiecza. Dowiadujemy się o królach, którzy tutaj przebywali albo i nie, o rodach szlacheckich, które bywały właścicielami zamku, o szczęśliwie uratowanych przed zniszczeniem oryginalnych elementach architektury, o podobieństwie zamku do Wawelu, ale to akurat rzucało się w oczy samo. Wrażenie zrobiły kręte schody wiodące na piętro, które nawet mają specjalną na tę okazję nazwę, ale informacji wypływających z ust naszej przewodniczki był taki ogrom, że nie sposób ich wszystkich zapamiętać. Przypomina się nasza majowa wyprawa do muzeum w Lisowicach, gdzie pani Ania z podobnym zapałem opowiadała o dinozaurach.
Zwiedzamy więc po kolei wszystkie komnaty, najbardziej w pamięci chyba utkwiła biała Galeria Tylmanowska, a zwłaszcza przepięknie rzeźbione ramy wiszących w niej obrazów. Zaglądamy do części hotelowej, bo w zamku można zamówić sobie także pokój – nawet nie pytamy o cennik. Na koniec zaglądamy do zamkowej kaplicy i tu też otrzymujemy fascynujący wykład na temat jej historii i tego, co się w niej znajduje. W kaplicy tej kończy się przygoda z panią przewodnik, dziękujemy jej za oprowadzenie po zamku, a potem schodzimy jeszcze do podziemi, gdzie znajduje się imponująca wystawa oręża i wyrobów porcelanowych.
Uff, ależ tego było. Wychodzimy na zewnątrz i idziemy obejrzeć zamkowe ogrody. Są naprawdę fajne. Powoli zbliża się pora obiadu, zbieramy się więc przy Restauracji Magnackiej, która umieszczona jest, a jakże, w zamku i czekamy na posiłek. Przy niedzielnym popołudniu dostajemy równie niedzielny obiad – najpierw smaczny rosół, a po nim kotlety – rolad tu chyba nie znają. Przyrządzone jednak wszystko wyśmienicie, w mig znika z talerzy i poprawia nasze humory. Po obiedzie czeka nas kawowy poczęstunek, po czym powoli zbieramy się do wyjazdu.
Teraz pędzimy w stronę Buska Zdrój, chcemy tam obejrzeć Park Zdrojowy i pokosztować zdrojowej wody. W Busku jednak nie da się wjechać autobusem, wszędzie zakazy 3,5 tony. Kluczymy więc po Busku szukając drogi i w końcu udaje nam się podjechać pod sam park, ale tu pojawia się kolejny problem, bo nie ma nigdzie nie tyle parkingu, co nawet miejsca, w którym można się na chwilę zatrzymać, żeby wyjść z autobusu. Na dodatek akurat dzisiaj w Busku zrobili sobie dożynki, więc ludzi, straganów i wszystkiego jest po prostu multum. Z trudem przejeżdżamy obok parku i już prawie jesteśmy pogodzeni z opcją, że chyba sobie ten park odpuścimy, aż wreszcie, niemal w ostatniej chwili, znajdujemy parking. Dla autobusów. I cały pusty. Kierowca natychmiast parkuje, a my wysypujemy się na chodnik i wracamy w kierunku parku. Znajdujemy sanatorium, wchodzimy do środka i znajdujemy w nim zdrojowe wody: siarczkową, czystą i jodkowo-bromkową. Co do siarki, nie mamy wątpliwości, bo jedzie nią w całym budynku, aż w nosie kręci. Z podejrzliwością patrzymy na „czystą”, co autor miał na myśli tak ją opisując, tylko ta bromkowa jakoś nie przemawia do wyobraźni. Niektórzy decydują się skosztować, ale jakoś tak z pewną taką nieśmiałością. Pozostali patrzą i… nie próbują.
Wychodzimy więc na zewnątrz i napawamy się parkiem. Ten ukraszony gęstym niemal lasem ogromnych drzew zaprasza do spacerów. Na parkowych uliczkach uśmiechają się kolorowe kwiaty, pod drzewami spacerują wrony i kawki, a po gałęziach skaczą wiewiórki. Po drodze kupujemy lody, na głównym deptaku robimy pamiątkowe zdjęcie i powoli wracamy do autobusu.
Kierowca już czeka, wkrótce grupa się kompletuje, siadamy na miejsca, szofer wbija w nawigację „Zawadzkie” i jedziemy do domu. Wyjeżdżając z Buska zostajemy jeszcze okraszeni wspaniałą panoramą Tatr, które ukazały się na horyzoncie po lewej stronie. Tak, tak, te spiczaste dziubki majaczące tuż na granicy chmur to najwyższe nasze góry. Jeden z nich to Łomnica, ale nie dochodzimy, który dokładnie. Czas już do domu, na dziś wystarczy, jutro wrócimy tam znów.
