Wałbrzych - Szczawno Zdrój
Dziś jedziemy do Wałbrzycha. Wałbrzych znany jest z kopalni, fabryki porcelany i z tego, że kiedyś był miastem wojewódzkim. Można przez niego jechać do Szklarskiej Poręby. I że w pobliżu są góry. Tuż obok leży Szczawno Zdrój, dotyka niemal Wałbrzycha, tak bardzo, że wałbrzyszanie chcieliby nawet, by stało się kolejną dzielnicą Wałbrzycha. Mieszkańcy Szczawna mają jednak inne zdanie w tej sprawie, a poza tym Szczawno jest Zdrój i obie miejscowości żyją odrębnie, obok siebie, i każda ma swoją tożsamość. W Szczawnie na przykład urodził się Gerhart Hauptmann, śląski noblista, którego muzeum mogliśmy niedawno zwiedzać w Jagniątkowie w Karkonoszach. Dziś mamy okazję obejrzeć miejsce, gdzie zaczęła się jego przygoda z literaturą.
Autobus na parkingu już czeka, na gminnym zegarze dobija godzina siódma i równo z dzwonkiem ruszamy w trasę. Jak zwykle zawijamy na PKP, gdzie tym razem czeka kierownik wyprawy; sprawdzamy listę obecności i jedziemy na Kolonowskie, gdzie kompletujemy skład.
Grafik mamy dziś mocno napięty, w Wałbrzychu musimy być na dziesiątą, czasu więc jest na styk. Nie zatrzymujemy się po drodze na kawę, tylko pędzimy wprost do kopalni. Autostrada jest dość pusta, nawigacja wskazuje, że będziemy zaledwie parę minut przed czasem. Szczęśliwie na drodze nic się nie dzieje i wkrótce wjeżdżamy do Wałbrzycha. I żeby to tylko raz. Na znakach raz pokazuje się Wałbrzych, potem Szczawno, potem znów Wałbrzych i tak na zmianę. Obie miejscowości są położone tak blisko siebie, że niemal się przeplatają i nawet na jednej ulicy bez skręcania i zawracania można kilkakrotnie do Wałbrzycha wjechać i z niego wyjechać.
W końcu jednak za oknem pojawia się wielki szyb – wygląda na to, że kopalniany. Szukamy miejsca, gdzie można zaparkować autobus i takie znajdujemy, w samej kopalni. Wjeżdżamy, kierowca otwiera drzwi i zmierzamy w kierunku kasy. Tutaj kierownik kupuje bilety, wycieczka dzieli się na dwie grupy, każda z nich dostaje przewodnika i rozpoczynamy zwiedzanie. W jednej z grup opowiadacz okazuje się być byłym pracownikiem kopalni, który pracował w niej od lat 50-tych ubiegłego wieku aż do samego końca. Zna kopalnię jak własną kieszeń, nie stanowi ona dla niego żadnej tajemnicy, wie wszystko, nawet rzeczy, których nie ma na żadnych planach i mapach. Oprowadza nas i z zapałem opowiada, jak wyglądała praca na kopalni. W jego opowieści wyraźnie można wyczuć nutkę nostalgii za utraconym rajem – kopalnia w jego historii to miejsce łączące pokolenia, przekazujące dziedzictwo z ojca na syna, a każdym słowie jego opowieści wybrzmiewa niewypowiedziana pretensja – dlaczego to się skończyło?
Bo i w rzeczy samej, kopalnia dziś już nie funkcjonuje. Wydobycie węgla stało się nieopłacalne i coraz bardziej w świadomości społecznej wybrzmiewa nuta troski o środowisko, poza tym praca na kopalni – to banał – ale jest trudna, mogliśmy to obejrzeć na wystawie zdjęć pokazujących, w jakich warunkach górnicy pracowali. Wydaje się, że pokolenie początku XXI wieku ofertę takiej pracy przyjęłoby co najmniej z uśmiechem zażenowania: „no co ty, ty tak naprawdę?” W jakimś sensie to i dobrze, że kopalnie odchodzą do lamusa – praca w nich to naprawę nieludzkie wyzwanie, a warunki, jakie w niej panują, w niejednym innym zakładzie, i to nawet dużo lżejsze, pewnie byłyby zakwestionowane na zgodność z BHP, tymczasem tutaj są normą i nikt ich nie podważa. Więc raczej to i dobrze, że nie „oferuje” się ludziom takiej pracy.
A sama kopalnia, choć nieczynna, zdobyła środki unijne na odrestaurowanie i przekształcenie w muzeum. To muzeum właśnie dziś zwiedzamy. Oglądamy głównie infrastrukturę kopalni mieszczącą się na powierzchni, zaglądamy do dyspozytorni, maszynowni, szatni, suszarni i innych pomieszczeń służących pracownikom kopalni. Oglądamy sprzęt, którym posługiwali się górnicy, w kolekcji czekają na nas stare lampy górnicze, maski i aparaty tlenowe, sprzęt do wykrywania metanu i dwutlenku węgla, podziwiamy mundury górnicze, a pan przewodnik opowiada, czym się różnią mundury zwykłych górników od ich przełożonych, inżynierów, dyrektorów.
Tak oto w końcu schodzimy do podziemi. Wreszcie – teraz obejrzymy kopalnię. Okazuje się jednak, że owa „kopalnia” to tylko jeden chodnik położony zaledwie kilkanaście metrów pod ziemią, do którego nawet nie trzeba zjeżdżać, tylko schodzimy krętymi schodami. Chodnik ten oświetlony elektrycznym światłem wiedzie na wprost, a wzdłuż niego ustawiona jest kolekcja wszystkiego, co związane było z pracą pod ziemią: kilofy, łopaty, wózki, materiały wybuchowe, wózki, liny, tory i wiele innych. Mimo, że to tylko kilka metrów pod ziemią, panuje tu chłód i wilgoć. Ze stropu co rusz coś kapie, podłoga mokra, ściany wilgotne, a z zewsząd wdziera się niewidzialna fala zimna – dobrze, że mamy swetry i kapoty.
Po wyjściu na powierzchnię żegnamy się z naszym przewodnikiem i przy okazji dowiadujemy się, że ma już 88 lat! Jesteśmy pod wrażeniem.
Kolejny punkt naszej wycieczki to Muzeum Porcelany. Wsiadamy do autobusu, a kierowca wiezie nas do centrum. Tutaj wbijamy się na parking, który jak się później okazało, jest dla samochodów osobowych, ale nie było żadnego znaku, że tu dla autobusów nie ma miejsca. Wjeżdżamy więc i dopiero na parkingu okazuje się, to tylko dla osobówek. Znajdujemy jednak trochę wolnego miejsca i kierowca postanawia, że tu zostaje; najwyżej przestawi autobus, jakby ktoś chciał wyjechać. Wysiadamy więc i idzie w stronę do muzeum. To niedaleko, zaledwie dwie przecznice dalej.
W porcelanowym muzeum dostajemy słuchawki i każdy może sam podziwiać porcelanowe kolekcje. Słuchawki tak sprytne, że same, wyczuwają, gdzie kto jest i wszędzie podpowiadają, gdzie wejść, gdzie się obrócić, na co spojrzeć i opowiadają, co widać dokoła. Każdy może iść własnym tempem, grupa więc szybko się rozciąga i dzięki temu nie ma tłumu ani ścisku. A podziwiać jest co. Wystawione eksponaty to prawdziwe dzieła sztuki, przy niektórych od samego patrzenia nogi robią się miękkie, strach przejść obok nich, żeby się nie stłukły.
Po bezpiecznym przejściu muzeum przechodzimy do pobliskiego Kościoła św. Zbawiciela. Jest to kościół ewangelicki, jedyny z kilkunastu, jaki ostał się po wypędzeniu rodzimej ludności z Wałbrzycha po II wojnie światowej, służy niewielkiej gromadzie ewangelików do dziś. Słuchawki także i tutaj „oprowadzają” nas, wskazując na miejsca i elementy godne szczególnej uwagi. Wystrój kościoła jest nader skromny, by nie powiedzieć, ascetyczny, ale to cecha charakterystyczna większości kościołów ewangelickich, w których duży nacisk kładzie się na modlitwę i rozmowę z Bogiem, a zwłaszcza na śpiew. Całe wnętrze tonie w bieli i tylko gdzieniegdzie skromne zdobienia architektonicznie podkreślone są delikatną złotą linią. W oczy rzuca się tablica na ścianie z wsuwanymi w nią tabliczkami z numerami pieśni do śpiewania, nieodłączny atrybut wielu ewangelickich kościołów.
Słuchawki zapraszają nas na emporę – właśnie poznaliśmy nowe słowo: empora to wewnętrzny balkon okalający całą nawę – wchodzimy na nią po drewnianych schodach i tutaj obejmujemy całe wnętrze kościoła, a sprawia ono naprawdę poważne wrażenie. Z tyłu nieśmiało wychylają się piszczałki białych, a jakże, organów i tylko brakuje, by ktoś z nich wydobył anielskie dźwięki modlitwy.
Po wyjściu z kościoła zbieramy się ponownie przy muzeum, oddajemy słuchawki, a przed wejściem czeka już na nas przewodnik. Resztę Wałbrzycha obejrzymy z nim. Resztę, to może dużo powiedziane, bo żeby obejrzeć cały Wałbrzych, to może by i ze dwa dni zeszło, a my mamy ledwo dwie godziny, siłą rzeczy obejrzymy tylko to, co najważniejsze.
Zaczynamy więc od rynku. To tam kierujemy pierwsze kroki. Rynek sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Wystrojony mnóstwem kwiatów i doniczkowych drzewek na środku wita nas elegancką fontanną. Przystajemy, a pan przewodnik zaczyna: „Proszę Państwa, jesteśmy na rynku. Proszę popatrzeć, czego tu brakuje” – odpowiadamy: „trawy”, bo rzeczywiście, na całym rynku nie uświadczysz ani skrawka trawnika. Wybetonowany, wykostkowany od początku do końca idealnie wpisuje się w fatalną modę betonowania w miastach wszystkiego, co się tylko da. No tak, kręci głową przewodnik, ale nie o to mu chodziło. „Popatrzcie, to jest rynek, czego tu nie ma?” I wreszcie łapiemy jego myśl – nie ma tu – ratusza. Jego miejsce zajmuje fontanna. Ratusz kiedyś tu co prawda był, ale jego losy tak się potoczyły, że nie doczekał dzisiejszych czasów. Czy więc w Wałbrzychu ratusza nie ma? Owszem, jest, ale nie na rynku, tylko nieco obok, na placu, który na owe potrzeby nazwano Placem Magistrackim. Idziemy więc dalej. I rzeczywiście, jest bardzo bliziutko, pięć minut piechotą. Plac trochę nawet może i większy od rynku, bardziej za to otwarty, a na jednej jego ścianie stoi potężny i, trzeba przyznać, bardzo ładny budynek magistratu. Plac przed nim też wykostkowany, ale nie tak mocno, jak rynek, na środku kolejna figlarna fontanna. Na tle ratusza robimy pamiątkowe zdjęcie, to zdecydowanie najbardziej wizytowe miejsce Wałbrzycha, po czy ruszamy do autobusu.
Nasz przewodnik nadziwić się nie umie, jak myśmy na ten parking wjechali, przecież to parking dla osobówek i autobusem wjechać się tu nie da, wszyscy o tym wiedzą. My jednak nie wiedzieliśmy, i nasz kierowca wjechał. Da się. Teraz będzie musiał pokazać, że da się także z niego wyjechać, co też i wkrótce uczynił.
Jedziemy teraz do Szczawna. Powtarza się historia z granicznym przekładańcem i w końcu wjeżdżamy do Szczawna. Gdyby nie znak i wyraźna wskazówka od naszego przewodnika, bylibyśmy nadal przekonani, że jesteśmy w Wałbrzychu. Wkrótce zatrzymujemy się na przystanku autobusowym, szybko wyskakujemy na chodnik i nasz autobus odjeżdża na pobliski parking. My zaś idziemy na Plac Zdrojowy. Po drodze mijamy kilka restauracji, a pan przewodnik mówi, w których jest tanio, a w których trochę drożej. Informacja się przyda, bo nadchodzi pora obiadu i wnet sami restauracji będziemy szukać. Najpierw jednak idziemy obejrzeć Park Zdrojowy. Po drodze mijamy były Dom Turysty, wizytówkę PTTK-u z dawnych lat. Stoi, nawet nie jest bardzo zaniedbany i dowiadujemy się, że jest szansa, że zostanie tutaj uruchomione jakieś muzeum. Trzymamy więc kciuki, bo szkoda by było, aby taki budynek podzielił los wielu innych i uległ zniszczeniu.
Na pięknym, zdrojowym deptaku spotykamy pana Henryka Wieniawskiego, sławnego polskiego kompozytora i skrzypka. Właściwie to nie jego spotykamy, tylko jego pomnik, ale można przystanąć obok niego i poczuć, jakby stało się koło niego samego. Choć Wieniawski w Szczawnie ani się nie urodził, ani nie zmarł, to związany jest z tym miejscem przez swoje częste pobyty w tutejszym uzdrowisku, gdzie dawał koncerty i spędzał wakacje.
Tutaj, właśnie, obok jego pomnika, wyznaczone zostało nasze miejsce zbiórki. Zanim rozejdziemy się w poszukiwaniu obiadu, skręcamy jeszcze na wieżę widokową położoną na pobliskiej skarpie porośniętej potężnymi drzewami. Po wejściu między drzewa od razu czujemy inny klimat. Powietrze jest rześkie i czyste, po upale (w słońcu prawie trzydzieści stopni) ani śladu i od razu człowiek czuje się lepiej. I pomyśleć, że tak samo mogło być na rynku. Niedaleko wieży odnajdujemy leśny amfiteatr, po czym schodzimy z powrotem, gdzie zatrzymujemy się obok domu, w którym urodził się Gerhart Hauptmann, niemiecki Noblista w dziedzinie literatury w 1912 r. Zaledwie miesiąc temu byliśmy w miejscu, gdzie zmarł, a teraz odwiedzamy miejsce, gdzie się urodził, trochę w innej kolejności, niż on, ale chyba nie będzie nam tego wypominał.
Czas nas trochę zaczyna już gonić, więc rozchodzimy się teraz po Szczawnie i idziemy coś zjeść. Mamy godzinę czasu. Wycieczka nasza rozsypuje się po okolicznych knajpkach, niektórzy wracają do restauracji, „gdzie jest taniej”, inni próbują szczęścia na miejscu. Okazuje się, że to „taniej” robi różnicę zaledwie pięć złotych, ale koniec końców po godzinie zbieramy się koło Wieniawskiego. Stąd nasz przewodnik prowadzi nas na parking, gdzie z daleka dostrzegamy już nasz autobus. Żegnamy się, wsiadamy i ruszamy do Zawadzkiego.
Podczas trasy powrotnej przejeżdżamy obok Ślęży, objeżdżamy ją wręcz dokoła, przed Wrocławiem wpadamy na autostradę i jedziemy na Opole. W Opolu, i to też warte jest odnotowania, napotykamy na obwodnicy kombajn, który blokuje nas przez pół Opola aż do Lędzin i dopiero potem możemy go wyprzedzić. Kierowca traci przez to kilka minut cennego czasu w tachografie, ale dojeżdżamy szczęśliwie do Zawadzkiego. Wycieczkę kończymy pod Urzędem Gminy. Wysiadamy uśmiechnięci – do następnego razu.
