Nienacek w Kochcicach i Pawełkach
Kolejny wyjazd znienacka zapowiada się całkiem znienacka, rzucając nas prosto w ramiona przygody. Dzisiejszy szlak wiedzie ku Kochcicom, gdzie magnetycznym pióropuszem kusi świeżo powstałe Muzeum Gorzelnictwa.
Przez ostatnie dwa tygodnie głuchy telefon nie pozwolił nam przebić się przez mur milczenia tamtejszej recepcji – jedziemy więc w całkowitą ciemność, nie wiedząc, czy zastaniemy otwarte podwoje. W najgorszym razie przyjdzie nam nasycić wzrok surowym pięknem zabytkowych murów z zewnątrz.
W planach królują także rododendrony, których sekretna plantacja ukryła się głęboko w leśnej gęstwinie niedaleko Pawełek. Po drodze zamierzamy chłonąć sielski klimat mijanych wiosek i – kto wie – dać się zaskoczyć temu, na co jeszcze rzuci nas los.
Póki co, punktem zbornym staje się parking pod Biedronką. Niebo, choć zachmurzone, milczy, nie roniąc ani kropli, co poczytujemy za najlepszy znak. Nie pada. To najważniejsze. To kluczowe, bo gdy nasze koła pójdą w ruch, żadna siła na ziemi nie zdoła nas zatrzymać. Na zegarkach wybija magiczna „dziewiąta” i ruszamy przed siebie. Początek trasy bierze nas w objęcia Liszczoka, więc niespiesznie przecinamy senne ulice naszego miasteczka. Za rondem odbijamy w remontowaną arterię wiodącą na Olesno. Dziś panuje tu zaskakujący spokój – nieliczne samochody, zmuszone do lawirowania między barierami, mijają nas z niemal nabożną powagą i ślimaczym tempem.
Tuż za Liszczokiem uciekamy w zbawczy cień lasu, ostatecznie żegnając się z warkotem silników. W ciszy i pełnym skupieniu dobijamy do Kopiny, gdzie zarządzamy krótki postój. To tutaj przetną się nasze szlaki i połączymy siły z resztą grupy, która wyruszyła na podbój dzisiejszego dnia z Kolonowskiego.
Na szczęście las nie każe nam długo czekać – minuty mijają leniwie, gdy nagle zza zakrętu wyłania się brakujące ogniwo naszej ekipy. W ułamku sekundy peleton pęcznieje, a my wreszcie tworzymy jedną, zwartą całość. Powietrze przecina jeszcze kilka ostatnich, rzuconych w locie żartów, dopinamy ekwipunek, rzucamy okiem, czy stalowe rumaki są zapięte na ostatni guzik, po czym wskakujemy na siodełka i bezpardonowo wgryzamy się w zdradliwy piach leśnej drogi.
Na całe szczęście ta sypka pułapka okazuje się jedynie krótkim epizodem. Piaszczyste podłoże szybko kapituluje przed solidną, ubitą leśną ścieżką, która gładko niesie nas aż do pierwszych, nieśmiało majaczących zabudowań Koszwic. Wioska wita nas królewskim, gładkim jak stół asfaltowym traktem. Wzdłuż drogi przesuwają się zadbane zagrody, a my niespiesznie zbliżamy się do serca miejscowości. Mijamy budynek OSP Koszwice, skąd wyjeżdżamy na główną arterię i bierzemy azymut na Pawonków.
Tuż za zakrętem, tuż przy cichej leśniczówce, zarządzamy jednak niespodziewany postój. Powody są dwa, a każdy z nich równie ważny. Po pierwsze – sentymentalny. Irek z błyskiem w oku zaczyna snuć opowieść, że to właśnie tutaj mieszkał kiedyś jego onkel od omy (czy jakoś tak). Wspomina, jak całą rodziną deptali te ścieżki, zmierzając na huczne urodziny. Dla niego te stare mury to żywa tkanka rodzinnej historii. Po drugie – to miejsce to prawdziwy portal do przeszłości. W okresie międzywojennym to właśnie tędy przebiegała kapryśna linia granicy polsko-niemieckiej. Przez niespełna dwadzieścia lat ten skrawek lasu tętnił zupełnie innym życiem, bezwzględnie dzieląc śląską ziemię na pół, a niemym świadkiem tamtych dni był stojący tuż obok, złowrogi szlaban graniczny.
Sentymenty lądują jednak na boku, bo droga nie lubi bezruchu. Wracamy na siodełka, rzucając na odchodne półżartem, że oto właśnie uroczyście wkraczamy na terytorium Polski. Na szczęście, odkąd granice roztopiły się w unijnym tyglu, paszporty mogą spokojnie odpoczywać w szufladach – wystarczy zwykły dowód osobisty. W tym symbolicznym geście kryje się słodko-gorzka nuta triumfu i subtelna ironia losu nad mnożonymi przez dekady mrocznymi podziałami historii.
Mijają kolejne metry, koła miarowo połykają przestrzeń. Tuż przed Pawonkowem przecinamy nitkę torów kolejowych i trzeba przyznać, że los nam sprzyja – zaledwie chwilę po tym, jak opuszczamy przejazd, czerwone światła zaczynają nerwowo pulsować, a szlabany opadają z hukiem. Sekundy dzielą nas od momentu, w którym z zawrotną prędkością przemknie tędy nowoczesne Pendolino. My jednak nie zamierzamy marnować czasu na bezczynne czekanie, zwłaszcza że tuż przed nami wyrasta ostra, stroma górka. To ona staje się natychmiastowym wyzwaniem dla naszych mięśni. Walcząc dzielnie z grawitacją i wymagającym podjazdem, ostatecznie zdobywamy szczyt i lądujemy w samym sercu Pawonkowa. Jeszcze tylko kilka dynamicznych obrotów pedałów i meldujemy się na kameralnym parkingu tuż przed lokalną świątynią.
Naszą uwagę natychmiast przykuwa dumny znak „zakaz parkowania”. Przepisy przepisami, ale rzeczywistość rządzi się swoimi prawami – w centralnym punkcie zakazanej strefy dostrzegamy zaparkowany samochód, a za jego kierownicą siedzi miejscowy proboszcz (bo któżby inny!). Szybko rzucamy między sobą dowcipem, że skoro sam farorz ignoruje rygor, to i dla nas znajdzie się tu bezpieczna przystań. Posyłamy duchownemu szerokie uśmiechy, na co ten odpowiada szczerym śmiechem, z rozbawieniem wskazując palcem na tabliczkę pod znakiem. Bystre oko natychmiast dostrzega drobny dopisek: „Nie dotyczy proboszcza”. I wszystko staje się jasne! W pakiecie otrzymujemy od gospodarza osobistą, ustną „dyspensę” na postój naszych maszyn, dzięki czemu wszystko odbywa się w pełnym majestacie prawa. Proboszcz z uśmiechem żegna się z nami, ruszając w pośpiechu z posługą do chorego, a my – korzystając z wolnej chwili – rozchodzimy się po kościelnym dziedzińcu, by przez uchylone drzwi rzucić okiem w chłodne, majestatyczne wnętrze świątyni.
Kościół z zewnątrz sprawia wrażenie dość dużego, w środku jednak jest dużo skromniejszy. Surowy, późnoklasycystyczny styl narzuca wnętrzu ton spokojnej, niemal ascetycznej powagi, która natychmiast wycisza po trudach podjazdu. Nasz wzrok wędruje prosto ku ołtarzowi głównemu, gdzie w centralnym miejscu pyszni się XIX-wieczny obraz patronki parafii – św. Katarzyny, namalowany jeszcze w 1806 roku przez znanego niemieckiego mistrza, Karola Fryderyka Helda.
Wnętrze kryje w sobie kilka niezwykle oryginalnych, rzemieślniczych perełek, które pamiętają czasy budowy tej świątyni. Uwagę przykuwa zwłaszcza nietypowa, misternie odlana żeliwna ambona – rzadki widok w śląskich kościołach – oraz bogato zdobiona, drewniana chrzcielnica. Gdy zadzieramy głowy do góry, nad naszymi sylwetkami rozciąga się płaski sufit pokryty subtelnymi, wiekowymi freskami. Panujący tu chłód i gra świateł wpadających przez wysokie okna tworzą niesamowity, kameralny klimat. Przez chwilę chłoniemy tę historyczną ciszę, świadomi, że te ściany skrywają opowieści sięgające początków XIX wieku.
Teraz czeka nas logistyczne wyzwanie – musimy przebić się przez ruchliwą drogę krajową łączącą Opole z Częstochową. Samochodowy sznur ciągnie się bez końca, ale na szczęście los zsyła nam skrzyżowanie z bezpiecznym przejściem dla pieszych. Sprawnie i bez szwanku meldujemy się po drugiej stronie, gdzie czeka nas prawdziwa rowerowa nagroda: nowoczesna droga rowerowa, ciągnąca się od Lublińca niemal do samego Dobrodzienia. Nie jest to żadna tania prowizorka, z jakimi zbyt często przychodzi nam się mierzyć na szlakach – żaden wymalowany naprędce biały pasek na dziurawym chodniku. To pełnoprawna, gładka jak stół asfaltowa autostrada dla cyklistów, odsunięta o kilka metrów od głównej drogi, odgrodzona od niej szerokim pasem soczystej zieleni, a nawet głębokim rowem. Na takim szlaku człowiek czuje się naprawdę bezpiecznie i właśnie tak powinien wyglądać standard każdej rowerowej inwestycji.
No dobrze, nie zdążyliśmy się jeszcze na dobre nacieszyć tym inżynieryjnym cudem, gdy nawigacja bezlitośnie nakazuje nam zjechać w bok. Odbijamy w stronę mniejszych dróg, by połykać przestrzeń i odkrywać kolejne wioski naszych śląskich ziem. Przed nami wyrasta kolejna górka, za którą czai się nagroda – fantastyczny, długi zjazd prowadzący prosto do Łagiewnik Wielkich. Wiatr smaga twarze, a pedały mogą wreszcie odpocząć. Nie musimy robić nic, rowery same niosą nas w dół, nabierając zawrotnej prędkości.
Z pełnym impetem wpadamy w zabudowania i przecinamy sielskie centrum wsi. Dopiero niespodziewane rozwidlenie dróg zmusza do gwałtownego naciśnięcia hamulców wysforowanych na czoło pionierów, którzy stracili pewność, którędy dalej wiedzie szlak. To idealny moment, by rozproszony peleton zbił się w ciasną grupę, a my, byśmy mogli złapać oddech. Nasz główny topograf natychmiast uruchamia GPS-a i po kilku sekundach napięcia wszystko staje się jasne. Satelity nie kłamią: tu skręcamy w lewo. Za zakrętem ma wyrosnąć kolejny kościół, który grzechem byłoby ominąć. Obejrzymy go z bliska, objedziemy dookoła i tuż za nim odbijemy w prawo.
Tak więc docieramy do kolejnej atrakcji rajdu – przed naszymi oczami pojawia się Kościół św. Jana Chrzciciela w Łagiewnikach Wielkich. Choć tutejsza parafia ma bardzo stare korzenie, sama świątynia to stosunkowo młoda budowla z lat 1968–1969. Jej modernistyczna, prosta bryła kryje w sobie niezwykle poruszającą historię. Przez wieki stał tu bowiem zabytkowy, drewniany kościółek, który w 1961 roku doszczętnie strawił tragiczny pożar.
Gdy po kilku latach walki z komunistycznymi urzędami mieszkańcy wreszcie wywalczyli zgodę na nowy dom boży, władze postawiły twardy warunek: projekt musiał być skromny i przypominać dom. Wszystko po to, by w razie potrzeby państwo mogło łatwo przekształcić budynek w obiekt mieszkalny. Na przekór tym planom mieszkańcy zjednoczyli siły i własnymi rękami wznieśli tę jasną, przestronną świątynię.
Zwalniamy tempo, by z bliska przyjrzeć się tej niesamowitej pamiątce ludzkiej determinacji, po czym – zgodnie z planem naszego topografa – objeżdżamy kościelny plac i skręcamy w prawo, gotowi na kolejne kilometry przygody.
Przecinamy kolejną nitkę asfaltu, która prowadzi już w zupełnie nieznane nam rejony. W tym symbolicznym momencie ostatecznie opuszczamy bezpieczne ramy naszych stałych tras – od teraz każdy kolejny metr ścieżki staje się czystą, świeżą przygodą i zupełnie nowym doznaniem. Wjeżdżamy w malowniczą przestrzeń, gdzie królują soczyste łąki i falujące pola. Po lewej stronie powoli niknie w oddali wstęga jakiejś lokalnej arterii, a nas bezustannie niesie przed siebie gładki, asfaltowy dywanik. Między kolejnymi głębszymi oddechami ze zdumieniem wymieniamy spojrzenia, łapiąc się na tej samej myśli: „To tak blisko domu, a jeszcze nigdy tu nie byłem!”. Przez te kilka chwil czujemy się jak pierwsi pionierzy, przed którymi otwiera się zupełnie nowy, nieodkryty świat.
Krajobraz faluje niczym zielone morze – łąki słaniają się ku nam, opadając łagodnie w dół, by za moment znów piąć się leniwie w górę. Po drodze mijamy gęsty leśny zagajnik, który ostrym rogiem niemal wrzyna się w krawędź asfaltu. Drzewa zdają się przywierać do samej drogi, jakby zazdrośnie pilnowały szlaku i nie chciały uronić ani sekundy z tego, co się na nim dzieje. Czeka nas jeszcze tylko kilka ciasnych, dynamicznych zawijasów w lewo i w prawo, po których – o ile nasi nawigatorzy czegoś nie pokaszanili – powinniśmy wylądować prosto w Glinicy.
Nie pokaszanili! Zaledwie parę minut później polny korytarz gwałtownie się otwiera, a my meldujemy się w kolejnej wiosce, która z dumą potwierdza na tablicy swoje imię: Glinica. Zwalniamy tempo i zatrzymujemy się tuż przed szeroką, ruchliwą trasą. Po tych wszystkich leśnych zakrętach sami już tracimy orientację, skąd dokąd ona wiedzie i dlaczego przecina nasz szlak akurat w tym punkcie. Nad kierownicami natychmiast wyrasta las rąk z telefonami – chwila szybkiej konsultacji przy cyfrowych mapach i z nieskrywaną ulgą stwierdzamy, że plan działa bez zarzutu. Jesteśmy idealnie na trasie. Azymut bez zmian, kierunek: jak najbardziej właściwy.
Naciskamy na pedały, miarowo połykając kolejne kilometry. Chłoniemy otaczającą nas przestrzeń całym sobą, gdy nagle na horyzoncie wyrasta kolejna nitka kolejowa. Pociągu akurat brak, ale dwutorowa, poważna linia budzi respekt. To właśnie gdzieś tutaj, według naszych przeczuć, szlak powinien odbić w prawo. Zwalniamy bieg, wypatrując bocznej ścieżki i ostatecznie zatrzymujemy się na poboczu. Zza płotu pobliskiej zagrody natychmiast wychyla się zaciekawiona, niezwykle sympatyczna tubylczyni.
– Czegoś szukacie? Dokąd to was niesie? – pyta z ciepłym, swojskim uśmiechem.
– Do Pawełek zmierzamy! – odpowiadamy chórem. – Tędy przez las zajedziemy?
– A wiecie co... – zaczyna kobieta, autentycznie przejęta naszym losem. – Dojedziecie, ale tam w lesie droga marna i rzuci was na wyboje. Lepiej jedźcie prosto, asfaltem, a dopiero dalej skręćcie w prawo. Tak będzie wygodniej.
– A kościółek? Gdzie tam kościółek stoi? – dopytujemy.
– Będzie przy samej drodze, po prawej stronie. A na te wasze rododendrony to musicie potem jechać dalej prosto, głęboko w las – instruuje z taką swobodą, jakby opowiadała o własnym podwórku. Od razu widać, że zna te ścieżki, pola i zagajniki jak własną kieszeń, a w jej głosie nie ma nuty wątpliwości.
Grzechem byłoby nie skorzystać z tak rzetelnej rady. Ruszamy posłusznie prosto, trzymając się komfortowego asfaltowego dywanu. Dopiero po jakimś czasie odbijamy w prawo, przecinając gęsty, wilgotny i cudownie pachnący żywicą las, z którego z pełnym impetem wypadamy prosto w gościnne progi Pawełek.
A więc jesteśmy u celu! Pawełki. Słynne rododendrony. Tyle zakodowaliśmy w głowach przed startem. Nagle Iwona rzuca hasło o tutejszym kościółku. W dwóch świątyniach dzisiejszego dnia już zrobiliśmy rekonesans – no dobrze, niech będzie i trzecia do kolekcji! Przemykamy obok kolejnych zadbanych gospodarstw. Na jednym z przydrożnych słupów wita nas monumentalne bocianie gniazdo z dwójką dostojnych lokatorów, którzy z góry, z nabożną powagą, taksują wzrokiem nasz peleton. Tuż za ich powietrzną rezydencją dostrzegamy urokliwą, ciemnobrązową drewnianą budowlę. To musi być to miejsce.
Gdy zsiadamy z naszych stalowych rumaków, rzut oka na otoczenie utwierdza nas w przekonaniu, że trafiliśmy na prawdziwą perełkę. Wokół rozciąga się wspaniałe, pedantycznie wypielęgnowane, zielone obejście, w którego centrum pyszni się modrzewiowy kościółek św. Huberta. Drewniane ściany nawet z daleka pachną czystością i szlachetną żywicą. Podchodzimy bliżej, ale klamka ani drgnie – drzwi są zamknięte na cztery spusty. Na szczęście niedaleko drogi dostrzegamy miejscowego gospodarza, krzątającego się z zapałem przy traktorze. Iwona, jako nasz nieoficjalny ambasador, natychmiast rusza zasięgnąć języka. Po chwili wraca z meldunkiem: ten pan kluczy wprawdzie nie ma, ale doskonale wie, w czyich rękach spoczywają. Mało tego – ma bezpośredni numer do klucznika!
– Poczekajcie chwilę, zaraz do niego zadzwonię. Może wam otworzy – rzuca życzliwie traktorzysta. Po krótkiej rozmowie kiwa do nas głową: – Otworzy, otworzy! Właśnie gdzieś na moment wyjechał, ale wnet wróci, poczekajcie parę minut na dziedzińcu.
I w rzeczy samej, zaledwie chwilę później na przykościelny plac, z impetem godnym kolarza torowego, wjeżdża rower. Na siodełku siedzi uśmiechnięty gospodarz w roboczym ubraniu, trzymający w dłoni potężny, starodawny klucz.
– A witam, witam szanowną wycieczkę! Już wam otwieram podwoje. Z daleka to przyjechaliście? – zagaja wesoło, przekręcając zamek.
I właśnie tak, bez zbędnej biurokracji i z otwartym sercem, załatwia się sprawy na śląskiej wsi.
Wnętrze świątyni natychmiast uderza nas niesamowitym zapachem świeżego drewna, uwalniając unikalny, surowy klimat. Ten skromny, urządzony w konstrukcji zrębowej kościółek pod wezwaniem Matki Boskiej Fatimskiej skrywa w sobie historię, która idealnie pokazuje niesamowity spryt tutejszych mieszkańców. Choć dziś służy lokalnej społeczności, powstał w 1928 roku na pobliskim leśnym uroczysku Brzoza jako prywatna kaplica myśliwska hrabiego Ludwika von Ballestrema – i wtedy nosił wezwanie św. Huberta.
Gdy po wojnie budowla opustoszała, mieszkańcy Pawełek postanowili sprowadzić ją do siebie. Ponieważ komunistyczne władze za nic nie zgodziłyby się na powstanie nowej świątyni, ludzie uciekli się do genialnego fortelu: oficjalnie odkupili budynek od państwa pod pretekstem wykorzystania go jako... zwykłego drewna na opał! Państwowi urzędnicy dali się nabrać. Bele zamiast do pieca trafiły jednak w 1956 roku na prywatną posesję w Pawełkach, gdzie mieszkańcy własnymi rękami złożyli konstrukcję na nowo.
Świeżość, którą poczuliśmy zaraz po przekroczeniu progu, nie była jednak złudzeniem. Kilka lat temu kościółek przeszedł gruntowną rekonstrukcję – został rozebrany belka po belce i ze względu na fatalny stan techniczny wzniesiony praktycznie od nowa. Dawni mistrzowie ciesielstwa tchnęli w stuletnie plany zupełnie nowe życie, dzięki czemu modrzewiowe ściany pachną dziś nowością, zachowując jednocześnie swoją unikalną duszę. Z podziwem rozglądamy się po tym schludnym wnętrzu, w którym wciąż czuć ducha tamtej niezwykłej determinacji.
Wnętrze świątyni zachwyca ciepłym, kameralnym minimalizmem, w którym główną rolę gra surowe piękno nowo ociosanych modrzewiowych belek. Prawdziwym sercem tego surowego wystroju jest jednak niesamowity, potężny żyrandol misternie wykonany z jelenich i łosich rogów, który zawisł pod samym sufitem, stanowiąc wyraźny ukłon w stronę dawnej, myśliwskiej historii tego obiektu. Nad skromnym ołtarzem dominuje otoczony nabożną czcią obraz Matki Boskiej Fatimskiej, a całości dopełniają proste, drewniane ławy oraz wpadające przez wysokie okna naturalne światło.
Tuż obok kościółka zawijamy na chwilę pod budynek pobliskiego szkolnego schroniska młodzieżowego i w tym samym ułamku sekundy uderza w nas kolejna fala wspomnień. Tym razem to Iwona staje się naszym przewodnikiem po przeszłości, z błyskiem w oku opowiadając, jak za dawnych lat przyjeżdżała tutaj na letnie kolonie. Wyobrażacie to sobie? Z Lubecka! Z Lubecka, które od Pawełek dzieli zaledwie rzut beretem, niespełna kilka kilometrów drogi przez las! Tak się wtedy, w tamtych niesamowitych czasach, podróżowało na wakacje życia. O tym, jak fantastyczna i pełna magii musiała to być przygoda, najlepiej świadczy fakt, że dzisiaj, po tylu dekadach, Iwona mówi o tym z takim rozrzewnieniem i tak autentycznym przejęciem, jakby dopiero wczoraj spakowała swój kolonialny plecak i wróciła z turnusu. To był dopiero świat! Świat, w którym wielka przygoda nie potrzebowała dalekich podróży, a pisała się tuż za miedzą.
Wbijamy pamiątkowe pieczątki do naszych książeczek rowerowych i czmychamy w stronę rododendronów. Instrukcja sympatycznej tubylczyni: „Dalej, prosto w las!” wciąż dźwięczy nam w uszach, więc posłusznie oddajemy się pod komendę leśnego traktu. Pawełki powoli zostają za naszymi plecami, a my na dobre wjeżdżamy w gęstwinę zapowiedzianej kniei. Niewiele brakuje, a w ferworze jazdy przeoczylibyśmy kluczowy zjazd, na szczęście czujne oko naszych niezastąpionych nawigatorów pozwala nam w porę skorygować tor. Skręcamy w boczną leśną drogę. Podniecenie w grupie rośnie z każdym metrem – w końcu nikt z nas do końca nie wie, czego się u celu spodziewać.
Mijamy kolejnych turystów, którzy na piechotę wybrali się do tego samego leśnego sanktuarium przyrody. Pokonujemy kolejne zakręty, gdy nagle ściana drzew rozstępuje się, odsłaniając urokliwy, śródleśny staw. Drewniane tabliczki zawieszone na pniach jednoznacznie wskazują kierunek: w lewo. Skręcamy bez wahania. Jeszcze tylko parę mocniejszych obrotów pedałów, jeszcze jeden łagodny zjazd i… nagle naszym oczom ukazuje się gigantyczna, fioletowa chmura kwiatów, kłębiąca się hipnotyzująco wśród starych drzew.
To tutaj! Jesteśmy na miejscu. Rododendrony w samym sercu dzikiego lasu. Mnóstwo, nieprzebrane mnóstwo potężnych krzewów! Ta niezwykła plantacja dumnie góruje nad leśnym poszyciem, tworząc swój własny, baśniowy mikroklimat. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy ich tyle w jednym miejscu, a przecież nawet pojedynczy różanecznik potrafi oszołomić swoim pięknem. Tutaj królują ich dziesiątki, setki, tysiące – pną się odważnie w górę, tworząc zwartą, niepowtarzalną ścianę zieleni i fioletu. Co najważniejsze: trafiliśmy w sam środek spektaklu, bo rośliny właśnie eksplodowały pełnią kwitnienia. Ich ogromne pąki dumnie pokrywają gęstwinę mięsistych liści, kłębiąc się i falując we wszystkich kierunkach. Atmosfera jest doprawdy jak z bajki. Człowiek stoi jak urzeczony, niebędąc w stanie pojąć, jakie cuda natura potrafi stworzyć tak ot, po prostu, z dala od ludzkich ogrodów.
Parkujemy nasze wehikuły i z dosłownie opadniętą ze zdumienia szczęką podziwiamy to cudo. A więc o to w tym wszystkim chodziło! A my, naiwni, myśleliśmy dotąd, że jedziemy obejrzeć zwykłe, ot, ogrodowe rododendrony. Zdziwieni? To mało powiedziane! Nikt, kto nie zobaczył tego spektaklu na własne oczy, nie jest w stanie pojąć jego skali – żaden, nawet najbardziej poetycki opis, żadne perfekcyjne zdjęcie czy film chociażby w ćwierci nie oddadzą tego, co tutaj, pośród drzew, wyprawia matka natura.
Takie zjawisko trzeba po prostu przeżyć osobiście. Dopiero stojąc w sercu tej głuszy, człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego co roku wiosną ludzie tak tłumnie i nabożnie pielgrzymują do Pawełek. Dopóki tu nie trafisz, możesz śmiało powtarzać, że niejednego różanecznika w życiu widziałeś. Przecież wspaniałe, potężne okazy rosną na dziedzińcu naszego zameczku w Kątach – podziwiałeś je niezliczoną ilość razy. Dzisiaj jednak wiesz, że to wszystko była ułuda. Dopóki nie ujrzałeś tej bezkresnej, fioletowej eksplozji rododendronów w środku dzikiego lasu, nie widziałeś ich tak naprawdę wcale.
Ta ukryta w leśnych ostępach plantacja to w rzeczywistości ponad stuletni, unikalny zabytek przyrody i jedyne takie stanowisko w Polsce. Wszystko zaczęło się na początku XX wieku, w 1906 roku, kiedy to wspomniany już hrabia Ludwik von Ballestrem sprowadził z Ameryki Północnej sadzonki różanecznika katabijskiego (Rhododendron catawbiense). Egzotyczne krzewy posadzono na bagnistym terenie śródleśnego uroczyska, tuż obok potoku, tworząc romantyczny ogród spacerowy dla żony hrabiowskiej, hrabiny Joanny.
Rośliny znalazły tu idealny dla siebie mikroklimat – kwaśną, wilgotną glebę oraz zbawienny cień starych sosen i dębów – dzięki czemu doskonale zdziczały i rozrosły się do gigantycznych rozmiarów. Dziś te stuletnie krzewy osiągają nawet kilka metrów wysokości, zajmując obszar niemal pół hektara i tworząc gęstwinę, która na przełomie maja i czerwca zamienia się w tętniący życiem, fioletowo-różowy tunel. Co ciekawe, aby chronić to niesamowite dziedzictwo, w latach 60. XX wieku utworzono tu oficjalny pomnik przyrody, a tuż obok stanęła drewniana wieża widokowa, pozwalająca podziwiać to morze kwiatów z lotu ptaka.
I gdy tak właśnie, z zapartym tchem, podziwiamy to cudo przyrody, zza sosnowych gałęzi zaczyna spływać pierwsze ostrzeżenie. Na nasze twarze opadają pojedyncze, chłodne krople. Prognozy pogody były bezlitosne – popołudniem miało nadejść załamanie i wygląda na to, że front właśnie nas dogonił. Na szczęście żaden z nas nie narodził się z cukru, a w sakwach kryje się sprawdzony oręż. Błyskawicznie wskakujemy w peleryny przeciwdeszczowe i ruszamy leśnym traktem w stronę Kochcic, gdzie majaczy cel naszej podróży – słynna gorzelnia.
Po drodze bór funduje nam niespodziewany „odcinek specjalny”. Leśna ścieżka zamienia się w usiane korzeniami i piachem wyzwanie, które każdy z nas pokonuje we własnym, unikalnym stylu – zazwyczaj prowadząc rower na piechotę. Z czasem jednak natura idzie nam na rękę. Droga wyraźnie się wygładza, ale wraz z nią wzmaga się rzęsisty płacz nieba. Na razie przed najgorszym impetem chroni nas potężny, zielony baldachim z koron drzew. Wkrótce jednak opuszczamy bezpieczną knieję i wypadamy na otwarte łąki przed Szklarnią. Tutaj kurtyna opada – zostajemy sam na sam z żywiołem.
Niebiosa jakby właśnie teraz postanowiły wypłakać się za wszystkie czasy. Deszcz smaga nas ze zdwojoną siłą, ale na horyzoncie, tuż nad linią falujących łąk, wyłania się zbawienna sylwetka wieży kościoła w Kochcicach. Wiemy, że tam czeka na nas bezpieczne schronienie, jednak najpierw musimy wydrzeć pogodzie jeszcze kilka trudnych kilometrów. Nie zważając na wzmagającą się ścianę wody, ciśniemy mocno w pedały i gnamy przed siebie, wypatrując kościelnej wieży niczym utraconego raju i czekając na nią jak na prawdziwe zbawienie.
Z pełnym impetem wpadamy na skrzyżowanie tuż pod kościelną wieżą, lecz zamiast szukać ratunku w bezpiecznych podwojach świątyni, Iwona z determinacją godną lidera peletonu odbija ostro w prawo.
– Jedziemy dalej, nie zatrzymujemy się! – krzyczy w locie przez ramię. – To już całkiem niedaleko, gdzieś tutaj, zaraz będziemy na miejscu!
W ułamku sekundy nasz peleton rozsypuje się w mak. Iwona, niesiona falą adrenaliny, błyskawicznie niknie nam z oczu gdzieś na przedzie, a my pędzimy za nią co sił w nogach, próbując jednocześnie uciec przed bezlitosną ulewą. Docieramy do gwałtownego rozwidlenia dróg. Działając pod wpływem czystego instynktu, wybieramy lewą odnogę i po chwili wjeżdżamy w bramy monumentalnego, zabytkowego parku, w którego sercu pyszni się wspaniały pałac Ballestremów. To też kiedyś musimy przyjechać obejrzeć na spokojnie. Wiemy, że gdzieś za jego majestatyczną bryłą ukrywa się nasz upragniony cel.
Rzeczywiście – docieramy na miejsce. My owszem, ale po Iwonie nie ma ani śladu! Zdezorientowani zatrzymujemy się na zalegających wodą alejkach i zaczynamy gorączkową konsultację z cyfrową mapą. Jeszcze tylko kilka metrów, zakręt za rogiem... Podjeżdżamy bliżej i jest! Przed naszymi oczami wyrasta potężna sylwetka gorzelni.
Dokładnie w tym samym momencie ciszę rozdziera dzwonek telefonu. To Iwona.
– Gdzie was poniosło? Gdzie jesteście? – pyta lekko zdyszany głos w słuchawce.
– No jak to gdzie? Przy gorzelni! – odpowiadamy, wycierając deszcz z twarzy.
– Niemożliwe, ja też stoję pod samą gorzelnią i nigdzie was nie widzę!
– Jesteśmy przy gorzelni, ale od strony parku, widzimy już nawet wieżę! Tyle tylko, że nie da się stąd przejść dalej, bo drogę zagradza nam potężna brama. I, oczywiście, jest zamknięta na głucho.
Klasyka gatunku. Wytrwale i na przekór ulewie dotarliśmy do upragnionego celu, ale w tym całym pośpiechu nikt nie przewidział, że parkowy mur odetnie nas od wejścia. Nie ma wyjścia – musimy skapitulować przed architekturą, objechać cały rozległy park dookoła i wykręcić dodatkowe, honorowe kółko w strugach deszczu. Dopiero po tym manewrze wreszcie meldujemy się na właściwym dziedzińcu. Okazuje się, że Iwona musiała już kiedyś deptać te ścieżki – jako jedyna bezbłędnie trafiła od razu pod właściwe drzwi.
Opieramy rowery o zabytkową ścianę i z lekkim niepokojem naciskamy klamkę. Drzwi ustępują – jest otwarte! Udało się, ślepy los okazał się dla nas łaskawy. Mało tego, wnętrze wita nas wszystkim tym, o czym marzyliśmy przez ostatnie kilometry: nie pada tu ani kropla, jest cudownie sucho i błogo ciepło. Z nieskrywaną ulgą zdejmujemy ociekające wodą peleryny, a sympatyczna pani z obsługi ze zrozumieniem wskazuje na wieszaki.
Powoli wracamy do naszego stałego, niespiesznego rytmu. Z dumą wyciągamy z sakwy naszego Nienacka i uroczyście stawiamy go na ladzie – niech też rozejrzy się po kątach i zobaczy, w jakie niezwykłe rejony zagnała nas dzisiejsza przygoda. Kupujemy bilety i zaledwie kilka chwil później oficjalnie rozpoczynamy zwiedzanie.
Lekcja historii bierze swój początek w kameralnej sali kinowej. Rozgaszczamy się w fotelach i chłoniemy filmowy dokument o dziejach tego niezwykłego, industrialnego miejsca. Narracja okazuje się zaskakująco apetyczna, bo na ekranie co rusz przewijają się regionalne kulinaria – pada nawet kultowe hasło o tradycyjnych śląskich kluskach. Na ten dźwięk w naszych żołądkach natychmiast odzywa się głośne echo. Do wszystkich dociera brutalna prawda: pora na małe co nieco minęła już dobre kilkanaście minut temu. Zapisujemy ten palący fakt w pamięci podręcznej i z lekkim burczeniem w brzuchach ruszamy na podbój kolejnych muzealnych ekspozycji.
To nowoczesne muzeum multimedialne – oficjalnie znane jako projekt „Żółty Folwark – Gorzelnia” – to prawdziwy majstersztyk rewitalizacji. Stuletni budynek dawnego folwarku, wzniesiony na początku XX wieku przez hrabiego Ludwika von Ballestrema, po latach popadania w ruinę zyskał zupełnie nowe, spektakularne oblicze. Surowe piękno starych, ceglanych murów zostało mistrzowsko połączone z nowoczesną technologią, choć samej gorzoły nigdzie tu nie znaleźliśmy. Owszem, tradycja bije z każdego zakątka, ale jedynym śladem dawnej produkcji alkoholowej są rzędy finezyjnych, historycznych kieliszków dumnie prężących się w muzealnych gablotach. Szkło pozostało puste, więc musieliśmy zadowolić się karmieniem oczu.
Ekspozycja w genialny sposób przenika się na dwóch płaszczyznach – z jednej strony odkrywa przed nami burzliwe dzieje rodu Ballestremów oraz dawny obraz życia na śląskim folwarku, z drugiej zaś w najdrobniejszych detalach odtwarza skomplikowane procesy technologiczne dawnego gorzelnictwa. Tradycyjne eksponaty rolnicze ustępują tu miejsca interaktywnym stanowiskom, wielkim ekranom dotykowym i projekcjom, dzięki czemu historia staje się namacalna. Największą atrakcją, która dosłownie i w przenośni wieńczy całe zwiedzanie, jest jednak wbudowana w konstrukcję wieża widokowa – zabudowana szkłem konstrukcja pozwala z lotu ptaka podziwiać imponującą panoramę całego odnowionego kompleksu gospodarczego oraz sąsiadującego z nim parku.
Wieżę zostawiamy na sam koniec, jako wisienkę na muzealnym torcie. Według oficjalnych zapewnień na szczyt wiedzie ponad 150 stopni, choć nasza dociekliwa ekipa skrupulatnie naliczyła ich tylko 147 – bez względu jednak na te kilka brakujących stopni, widok z góry bezapelacyjnie warty jest każdego kroku. Z bezpiecznego, osłoniętego przed deszczem tarasu rozciąga się kapitalna panorama na cały folwark. Dziś, w strugach opadającej ulewy, robi on doprawdy hipnotyzujące wrażenie. To fascynujący architektoniczny dualizm: z jednej strony surowe, nadgryzione zębem czasu ruiny dawnych zabudowań, a z drugiej te, które za sprawą rewitalizacji dumnie dźwigają się z niebytu. Ta niezwykła mieszanka przeszłości i nowoczesności trzyma w napięciu.
Stojąc wysoko nad ziemią, niczym generałowie przed bitwą, zaczynamy planować dalszy przebieg naszej przygody. Wokół stołu krążą dwa hasła: Lubliniec czy Lubecko? W pamięci podręcznej wciąż pulsuje nam palący komunikat o porze obiadowej. Lubliniec to pewny grunt – tam bez problemu znajdziemy kulinarny ratunek. Lubecko natomiast kusi tylko jedną, za to sprawdzoną i kultową knajpą. Ryzyko jest jednak spore: jeśli zastaniemy zamknięte drzwi, mamy absolutnie pozamiatane, bo w okolicy nie uświadczysz niczego innego. I właśnie w takich chwilach posiadanie Iwony w zespole okazuje się bezcennym skarbem. Iwona bez zbędnych debat łapie za telefon i w mgnieniu oka nawiązuje łączność z Lubeckiem. Szybki, żołnierski meldunek: Restauracja? Otwarte? Zjemy obiad? Tak? Rezerwacja na sześć osób. Rolady na stół. Będziemy za pół godziny!
I sprawa załatwiona. Los naszej dzisiejszej wyprawy został ostatecznie i nieodwołalnie przypieczętowany. Do filmowych klusek z sali kinowej dokładamy tradycyjne śląskie rolady i w ten sposób z radością wypełniamy obowiązek wobec regionalnej kultury. W obliczu tak pysznej wizji nawet schodzenie w dół po stu czterdziestu siedmiu stopniach idzie nam o wiele sprawniej. W brzuchach burczy, ale w sercach od razu robi się raźniej. Gdy przekraczamy próg muzeum, los zsyła nam kolejny prezent – niebo wreszcie zamyka śluzy i przestaje padać. Szybkie, obowiązkowe wspólne zdjęcie na tle zabytkowych murów i ruszamy na podbój Lubecka.
Zanim jednak tam dotrzemy, musimy zmierzyć się z drogowym fenomenem – charakterystycznym skrzyżowaniem, którego ludzki umysł nie jest w stanie obojąć zdroworozsądkową logiką. Wygląda ono tak, jakby jakiś szalony drogowiec ze zwykłej krzyżówki dwóch dróg postanowił stworzyć geometryczne arcydzieło z pogranicza puzzli i origami. I trzeba mu oddać, że plan zrealizował z nawiązką. Skrzyżowanie jest tak nieprawdopodobnie pokręcone, że aby przejechać je prosto, trzeba wykonać serię niespodziewanych zwrotów, a jazda „na intuicję” gwarantuje natychmiastowe zgubienie szlaku. Tutaj po prostu trzeba mieć wiedzę tajemną. Roli przewodnika przez ten drogowy labirynt podejmuje się Piotrek. Wystawiamy go na czoło peletonu niczym tarczę i ruszamy za nim w nieznane. Okazuje się, że nasz pilot nie daje plamy – układamy te asfaltowe puzzle bezbłędnie i chwilę później z ulgą lądujemy tuż przed tabliczką z napisem „Lubecko”. Przed nami już tylko ostatnie wyzwanie: ostry, palący uda podjazd pod Lubecką Górkę. Jeszcze dwa mocne depnięcia w pedały, szybki skręt w lewo i… meldujemy się u celu.
W restauracji już od progu oszałamia nas zapach pieczonych rolad, a stół czeka na nas królewsko nakryty. Dokładnie na sześć osób. Z namaszczeniem wnikamy w przytulne wnętrze lokalu i zacierając ręce, szykujemy się do prawdziwej śląskiej uczty. Zasłużyliśmy na nią jak mało kto!
O szóstej wieczorem ma zacząć się tutaj huczna impreza – lokalna osiemnastka.– Zostajemy? – rzuca ktoś żartem, bo w perspektywie kuszą nas jeszcze dwa całe dni weekendowego wolnego.
Obsługa uwija się jak w ukropie, dekorując salę i rozstawiając balony, a my tymczasem w błogim spokoju pałaszujemy nasz upragniony obiad. Wszystko smakuje po prostu wyśmienicie – prawdziwe niebo w gębie, żyć nie umierać! Między kolejnymi kęsami z wdzięcznością wspominamy ordynariusza naszej diecezji. Jak to dobrze, że biskup na dzisiejszy piątek udzielił wiernym oficjalnej dyspensy od pokutnych wyrzeczeń! Chyba jakimś szóstym zmysłem czuł, co się święci na naszym szlaku i jak bardzo będziemy potrzebować kalorycznego wsparcia w postaci porządnego śląskiego obiadu.
Niestety, sielanka nie może trwać wiecznie. Po obiedzie zbieramy siły i ruszamy w dalszą drogę, ale gdy tylko przekraczamy próg restauracji, rzeczywistość uderza w nas chłodem – na dworze znów bezlitośnie pada. Z nadzieją odpalamy w telefonach radary pogodowe i sprawdzamy prognozy. Okazuje się, że do pełnego szczęścia brakuje nam zaledwie pół godziny. Dokładnie za trzydzieści minut front ma odejść, a zza chmur wyjrzeć upragnione słońce. Siedzenie na krawężniku w deszczu nie brzmi jednak jak plan doskonały.
I w tym właśnie krytycznym momencie z genialnym ratunkiem po raz kolejny przychodzi Iwona.
– Przecież ja stąd pochodzę! Moja rodzinna chałupa jest tuż za rogiem, jedziemy do mnie! – rzuca z uśmiechem.
Na taką propozycję nie trzeba nas dwa razy namawiać. Chwilę później lądujemy w kolejnym, niezwykle ważnym punkcie na mapie dzisiejszych sentymentalnych wspomnień. Zrzucamy wilgotne kurtki, zamykamy deszcz za drzwiami i z nieskrywaną ulgą rozgaszczamy się w przytulnych, gościnnych progach. Przy gorącej, parującej kawie oraz słodkim poczęstunku czas natychmiast zwalnia bieg, a my z uśmiechami na twarzach czekamy, aż kapryśna aura wreszcie łaskawie da nam zielone światło do dalszej jazdy.
Wreszcie przychodzi czas, by ruszyć w drogę powrotną. Gdy wyprowadzamy maszyny na zewnątrz, z ulgą stwierdzamy, że kapryśna aura dotrzymała słowa – z góry nie spada już ani jedna kropla, a od zachodu zza rozstępujących się chmur zaczyna uśmiechać się ciepłe słońce. Wracamy na siodełka i dajemy pęd sennym dotąd kołom. Mijamy Draliny, po czym z pełnym impetem wpadamy na znaną nam już, komfortową ścieżkę rowerową, która płynnie niesie nas z powrotem do Pawonkowa. Tuż przed samą miejscowością natura postanawia zafundować nam ostatni dzisiaj, zapierający dech w piersiach spektakl. Popołudniowe słońce podświetla horyzont, tworząc z kłębiących się chmur tak monumentalną, ostrą kompozycję, że nad śląskimi polami wyrasta iluzja potężnego pasma Tatr… Tatr w samorodnym wydaniu pawonkowskim!
Z uśmiechami na twarzach mijamy znajomą już sylwetkę kościoła i z pełną prędkością gnamy w dół z pawonkowskiej górki. Chwilę później koła znów przecinają niewidzialną, historyczną linię dawnych podziałów – zostawiamy Polskę za plecami i wjeżdżamy na terytorium przedwojennych „Niemiec”. Wyskakujemy w Koszwicach, skąd z zegarmistrzowską precyzją zaczynamy odtwarzać nasz poranny szlak, tyle że w odwrotnej kolejności. Leśne ostępy, które rano witały nas wilgotnym chłodem, teraz żegnają nas promieniami zachodzącego słońca. Na sam koniec, w ramach zasłużonej dogrywki, zbaczamy na moment z głównej ścieżki, by nadrobić poranne zaległości i nasycić wzrok urokliwym, sielskim stawem na Liszczoku. Ostatnie obroty pedałów i z triumfem meldujemy się przy zielonym rondzie w Zawadzkiem.
To właśnie tutaj nasza zgrana dzisiaj ekipa zaczyna powoli się rozdzielać. Najpierw, z serdecznym machaniem rąk, na swoją trasę odbija mocna grupa z Kolonowskiego. Kawałek dalej w boczną uliczkę skręcają mieszkańcy Nowego Osiedla, chwilę później znikają pierwsi cykliści z Zawadzkiego, aż wreszcie ostatnie, najbardziej wytrwałe posiłki docierają do samych Żędowic. Zsiadamy z rowerów, koła ostatecznie zatrzymują swój bieg. Dotarliśmy do celu, zamykając za sobą drzwi kolejnej, niesamowitej przygody.
Nasz Nienacek, otarty z ostatnich kropli deszczu, zajmuje honorowe miejsce na półce – dumny, że jako nasza wierna maskotka przetrwał te wszystkie ulewy i osobiście odkrył z nami sekrety śląskich borów. I już nie może doczekać się następnej przygody.
