Przygoda z Toszkiem
Prawdziwa sztuka to nie poddać się na samym starcie – w tym pierwszym, kluczowym momencie, który decyduje o losach każdej wyprawy. Dziś rano aura nas nie rozpieszcza. Z ołowianego nieba sączy się monotonny kapuśniaczek, a gęste chmury szczelnie zasnuły horyzont, niosąc kapryśne i niepewne prognozy.
Stoimy przed odwiecznym dylematem wędrowców: ruszać na przekór losowi czy ulec rezygnacji?
Na tym jednak polega nasza niezłomność, że byle kaprys natury nie jest w stanie zawrócić nas z obranej drogi. Gdy na horyzoncie majaczy nadjeżdżająca ekipa z Kolonowskiego, klamka zapada. Kości zostały rzucone – rajd odbędzie się zgodnie z planem.
I jest to strzał w dziesiątkę! Życie dopisuje do naszej eskapady scenariusz, jakiego sami byśmy nie wymyślili, rzucając nas w wir nieprzewidzianych przygód. Ostatecznie uchodzimy z tego starcia obronną ręką i niemal suchą stopą, choć plonujące nad nami niebo parę razy urządza sobie doprawdy dzikie harce. W Toszku droga krzyżuje nasze ścieżki z ziomalami z Zawadzkiego, a los stawia przed nami nowego, charyzmatycznego przewodnika, który otwiera przed nami tajemnice Toszka i okolic. Później, w akcie nagłego zwrotu akcji, szukamy schronienia przed gniewem burzy i tańczącymi piorunami pod gościnnymi ramionami kapliczki w Goju. Za te trudy spotyka nas zasłużona nagroda – do domów wracamy już w triumfalnych, pełnych słońca promieniach.
Ale po kolei. Najpierw – co stanowi już nasz lokalny rytuał – zbieramy się pod Biedronką. Nasz mały kosmos stopniowo się zagęszcza: grupa kompletuje się, dołączają leśne posiłki z Kolonowskiego oraz Żędowic. Gdy rajdowa wspólnota wreszcie osiąga pełną gotowość, ruszamy w nieznane. Z nieba na razie nie spada ani kropla. To zbawienny znak, bo mitologiczny wręcz początek drogi zawsze waży najwięcej. Jak już machina ruszy, żadna siła nie jest w stanie zatrzymać tego pędu.
Porzucamy tętniące życiem centrum na rzecz cichych obrzeży, by po chwili bezpowrotnie wtopić się w majestatyczną, leśną gęstwinę. Bambyn – tak nazywa się ten odizolowany od świata zakątek. Przemierzamy to zielone sanktuarium na wskroś, niczym dawni odkrywcy, by nagle wypaść na otwartą przestrzeń bujnych łąk. Mijamy kolejne zagajniki, zostawiamy w tyle szemrzące Źródełko i twardo brniemy przed siebie. Na pierwszym wzgórzu, które wyrasta przed nami niczym strażnik szlaku, niebo zaczyna ronić pierwsze łzy. Przystajemy na mgnienie oka, zarzucamy na ramiona peleryny niczym podróżne opończe i nie zwalniamy kroku. Leśny dukt, niczym nić Ariadny, wiedzie nas bezbłędnie naprzód. Budzące się do życia, jaskrawe drzewa czule otulają drogę i muskają nasze twarze wilgotnymi liśćmi. Jeszcze kilka wijących się zakrętów – w prawo, w lewo – i trakt niespodziewanie przechodzi w gładki asfalt. To symboliczna granica światów, znak, że wjeżdżamy do sąsiedniego województwa. Zatrzymujemy się w miejscu przesiąkniętym historią – przy Polanie Śmierci, Śląskim Katyniu na Hubertusie. W tym pełnym powagi i melancholii zakątku robimy naszą pierwszą, zasłużoną pauzę.
Chwila odpoczynku w tym miejscu ma jednak zupełnie inny wymiar. Polana na Hubertusie – ów Śląski Katyń – uderza nas przejmującą, nienaturalną ciszą, która snuje się między drzewami niczym cień przeszłości. Stojąc pod potężnym, drewnianym Krzyżem Katyńskim, dotykamy historii tragicznej i bolesnej; to tutaj w 1946 roku komunistyczna pułapka brutalnie przerwała życie młodych partyzantów z oddziału „Bartka”. Zieleń lasu, która dotąd tak radośnie nas otulała, nagle staje się niema i pełna powagi, jakby wciąż strzegła tajemnicy tamtych tragicznych dni. Ta leśna nekropolia zmusza do refleksji, a chłodny powiew wiatru przypomina, że podróż rowerem to nie tylko kilometry w nogach, ale też pamięć o miejscach, przez które wiedzie szlak.
Przesiąknięci nie tyle tragiczną historią tego miejsca, ile rześką, niemal namacalną wilgocią wiosennego poranka, dosiadamy naszych mechanicznych rumaków i ruszamy ku kolejnemu rozdziałowi naszej odysei. Droga, niczym rozwinięta wstęga, wiedzie prosto ku Dąbrówce. Jej zabudowania, początkowo ukryte w mglistym całunie i niewyraźnie majaczące za krawędzią lasu, z każdym obrotem kół wyłaniają się z niebytu, stając się ostrzejsze i bliższe.
Mijane po drodze łąki, na przekór kaprysom aury, uśmiechają się szeroko, a wszechogarniająca, wręcz eksplodująca zewsząd soczysta zieleń działa jak balsamiczny nektar – wlewa w nasze serca niezłomną wiarę i budzi uśpioną świeżość ducha. Na poboczu, niczym melancholijny strażnik tych mokradeł, dostojnie i z pełną powagą człapie czarno-biały bocian. Jest tak bez reszty zatopiony w swoim odwiecznym, żabim rytuale, że nawet na mgnienie oka nie zaszczyca spojrzeniem naszej mknącej, barwnej kolumny.
Nagle po prawej stronie miga nam przydrożny drogowskaz z dumnym napisem „Dąbrówka”. To znak, że cel tego etapu został osiągnięty. Wkraczamy w przestrzeń wioski i niemal natychmiast zatrzymujemy się na kameralny popas przy przystanku, tuż w cieniu wieży kościoła, na samym sercu dąbrowieckiego rynku.
Zaglądamy do pobliskiego sklepu i niczym wygłodniali wędrowcy wykupujemy ostatnie drożdżówki – niestety, los nie jest łaskawy i nie starcza dla wszystkich. Na rozkładzie jazdy studiujemy tajemne pismo: Autobus do Toszka, za pięć minut. Może ulec pokusie i porzucić trud? „Nie da rady, w soboty nie kursuje!” – przytomnie zauważa ktoś z grupy. Fatum decyduje za nas, więc szybko porzucamy ten szalony pomysł. Wyczekujemy cierpliwie, aż płaczące niebo wreszcie wyschnie, a kapuśniaczek niemal całkowicie zaniknie. Zaglądamy jeszcze na mgnienie oka w chłodną ciszę kościelnych murów i ruszamy w dalszą, nieznaną drogę.
Zostawiamy Dąbrówkę za sobą i znów wkraczamy pod władanie potężnych drzew, które zamykają nad naszymi głowami swoje prastare konary, tworząc żywy, gotycki wręcz tunel. Mkniemy przed siebie, a po chwili wyrasta przed nami stromy podjazd, niczym monumentalne wyzwanie, bajecznie spięty regularnymi rzędami stojących na straży drzew. Ich liściaste korony splatają się wysoko nad asfaltem, tworząc magiczne, zielone wrota do innego królestwa.
Grupa natychmiast zaczyna się rozciągać – to naturalna, bezwzględna cecha wszystkich „odcinków specjalnych”, gdzie każdy musi stoczyć własną walkę z grawitacją. Nikt jednak nie marudzi, nikt nie skarży się na los, bo wiemy, że na szczycie i tak na wszystkich czeka nagroda. Wdrapujemy się powoli na to mityczne wzgórze i już po chwili pierwsi zwiadowcy meldują się na wierzchołku.
To chwila na triumf, złapanie oddechu i zregenerowanie sił. Co rusz kolejni rowerzyści, niczym cienie, wyłaniają się zza wzniesienia i stopniowo dołączają do odradzającego się peletonu. Stoimy uwięzieni niczym w szmaragdowej klatce – choć zdobyliśmy szczyt, wokół nie widać ziemskiego padołu. Drogę z każdej strony szczelnie otula potężna, zielona rubież. Jesteśmy odizolowani od rzeczywistości, bezpieczni, zanurzeni w zupełnie innym, baśniowym świecie.
Przed nami rozpościera się teraz łagodny zjazd do Sarnowa. Po trudach wcześniejszej, morderczej wspinaczki odcinek ten wydaje się zasłużoną nagrodą od kapryśnego losu. Zjeżdżamy więc gładko do kolejnej wioski na naszej trasie, by siłą rozpędu wjechać na następne wzniesienie. Tym razem jest ono znacznie skromniejsze, a co ważniejsze – to właśnie zza jego krawędzi niespodziewanie wyłania się monumentalna sylwetka wieży toszeckiego zamku! Ten dumny, strażniczy bastion z minionej epoki sam w sobie dodaje nam skrzydeł i wlewa w nasze żyły nowe, ożywcze siły. Jesteśmy już prawie u bram przeznaczenia. Stąd, niczym zdeterminowani pielgrzymi, dotarlibyśmy do celu nawet na piechotę.
Nasza barwna kolumna zatrzymuje się na ostatnią, krótką przerwę techniczną – to jak chwila modlitwy przed ostatecznym starciem. Po niej przystępujemy do uroczystego wjazdu do Toszka. A nie jest to wcale sprawa łatwa i oczywista! Stoimy na samym wierzchołku wzniesienia. Asfaltowa wstęga rwie się stromo w dół, ale nie możemy dać się zwieść tej bezpiecznej, kuszącej prostej. Droga zastawia na nas pułapkę: tuż na zakręcie trzeba odbić w lewo. Kto przeoczy ten kluczowy moment i ulegnie magii pędu, ten zapłaci surową karę i będzie musiał za chwilę znowu mozolnie się wspinać. Na szczęście wszyscy zachowują czujność wojowników, zjeżdżają dokładnie tam, gdzie pokazuje przewodnik, i płynnie przekraczamy niewidzialną granicę przedmieść Toszka.
Teraz zaczyna się prawdziwa sztuka nawigacji po nieznanych ścieżkach, które przypominają mitologiczny labirynt. Pamiętamy je jak przez mgłę z dawnych lat, podpierając się jedynie kruchym, szeptanym pod nosem zaklęciem: „kiedyś już tu byłem”. Objeżdżamy toszeckie błonia, po czym gwałtownie skręcamy w prawo. Tam czeka na nas niesamowity, iście karkołomny zjazd – grawitacja bierze nas w swoje posiadanie. Zupełnie nie trzeba pedałować, nasze mechaniczne rumaki same rwą do przodu z dziką pasją. Musimy wręcz walczyć z materią i mocno naciskać na hamulce, by utrzymać się w ryzach i w ogóle zmieścić w kolejnych szalonych wirażach. W lewo, w prawo, sekundy mijają jak mgnienie oka – błyskawicznie przecinamy skrzyżowanie, przemykamy na drugą stronę i dopiero tutaj otwiera się przed nami prawdziwe, dramatyczne misterium…
Oto bowiem stajemy twarzą w twarz z brutalną, ironiczną rzeczywistością: wszystko to, co przed chwilą tak radośnie i bez wysiłku zjechaliśmy, musimy teraz w znoju i pocie czoła zdobyć z powrotem. Rowerowe przerzutki natychmiast idą w ruch, a metaliczny szczęk łańcuchów brzmi niczym oręż szykowany do bitwy. Łańcuchy wskakują na pierwszy bieg – ten od dawna nieużywany, ostateczny, mityczny wręcz ratunek na bezwzględne ściany płaczu. Ale cóż, taka jest odwieczna, literacka prawda tego świata: droga do zamku i na wyżyny zawsze wiedzie pod górę, okupiona jest trudem i po prostu nie może być inaczej!
Krok za krokiem, metr za metrem, mozolnie wdrapujemy się na stromą, zamkową skarpę. Nasze płuca dopiero teraz, w tym heroicznym znoju, przypominają sobie o swoim pierwotnym powołaniu i odwiecznym przeznaczeniu. Jeśli ktoś do tej pory nie zdążył otworzyć się na ożywczy dech natury, ma właśnie jedyną w swoim rodzaju, dramatyczną okazję, by dokonać prawdziwego, cielesnego katharsis i wypluć z piersi ostatnie resztki stęchłego, zimowego powietrza.
Peleton znowu bezwzględnie się rozciąga, rwąc na strzępy zwartą dotąd kolumnę. Każdy z nas, sam na sam ze swoimi słabościami, zdobywa to toszeckie wzgórze w swoim własnym, wewnętrznym rytmie i na własnych warunkach odbiera zasłużoną nagrodę za wytrwałość. Nie brakuje też takich, którzy na ostatecznej, najbardziej bezwzględnej ścianie zmuszeni są skapitulować przed grawitacją – zsiadają z siodełek i ostatnie metry pokonują na piechotę, z pokorą pchając swoje mechaniczne rumaki przed sobą.
Nie ma to jednak najmniejszego znaczenia! Na tym mitycznym szlaku nie liczy się styl ani to, „jak co komu wychodzi”. Prawdziwym triumfem jest fakt, że cała nasza wspólnota ostatecznie melduje się na szczycie, zjednoczona wspólnym trudem i z czystym, ożywczym tchnieniem w rozpalonych płucach.
Teraz czas na kilka głębszych oddechów na uspokojenie skołatanych nerwów, powrót do trybu normalnego i możemy ruszać dalej. A jesteśmy już przecież niemal na miejscu! Teraz, po całkowicie płaskiej już drodze (co wbrew pozorom jest dla naszych zmęczonych nóg niezwykle istotną wiadomością), wjeżdżamy w samo serce Toszka. Przemykamy niepostrzeżenie prosto na klimatyczny, pobliski rynek, przebijamy się na jego drugą stronę i w końcu stajemy przed upragnioną bramą wjazdową na zamkowy dziedziniec.
Na łuku wjazdowym pyszni się zabytkowy napis „Caspar Comes Colonna”, ale na razie nikt z nas nie zwraca na niego większej uwagi. Wokół kłębi się bowiem gęsty, kolorowy tłum, z głębi dziedzińca dobiegają energetyczne dźwięki muzyki, a wzrok przyciągają liczne stoiska i stragany. O co tutaj właściwie chodzi? No tak! Dzisiaj w Toszku odbywa się słynny Bieg o Złotą Kaczkę – tradycyjna i niezwykle popularna impreza, w trakcie której zawodnicy mierzą się ze sobą na dystansie 10 kilometrów, biegając po okolicznych parkowych oraz polnych ścieżkach. Start i meta tego sportowego święta ulokowane są właśnie tutaj, na zamkowym wzgórzu.
Największa i najbardziej wzruszająca niespodzianka czeka nas jednak tuż po przekroczeniu bramy. Wśród barwnego tłumu uczestników nagle dostrzegamy naszych ziomali z DPS Zawadzkie! Fundacja „Mały Krok” zbiera dziś kilometry i fundusze dla swoich podopiecznych – i to właśnie na tę wspaniałą ekipę wpadamy na samym początku. Nasi przyjaciele stoją dumnie na samym przedzie startowej linii. „A skąd wyście się tutaj wzięli?! Jak to dobrze spotkać swoich!” – niesie się po dziedzińcu. Witamy się niezwykle gorąco i już po chwili stajemy ramię w ramię do wspólnego, pamiątkowego zdjęcia. My też przyjechaliśmy tutaj dzisiaj na rowerach specjalnie po to, żeby „nabić” dla Was jak najwięcej kilometrów! Wszystkie, które dziś wykręcimy, z wielką radością przekażemy po zakończeniu rajdu na Wasze konto.
Wbijamy się z rowerami na dziedziniec i parkujemy tuż pod samą wieżą. Zamykamy nasze wehikuły – postoją tutaj trochę dłużej. Pod zamkową basztą nagle robi się tak ciasno, że całe to miejsce zaczyna wyglądać jak centrum Zawadzkiego za starych, dobrych czasów o drugiej po południu. Prawdziwe morze rowerów całkowicie dominuje. Wydaje się wręcz, że jednośladów stoi tam dwa razy więcej, niż wynosi liczebność naszej grupy!
Pierwsze co robimy, to zaglądamy do wnętrza wieży. Czynne? Można wejść? „Można, jak najbardziej!” – słyszymy w odpowiedzi. Kiedy kolejne wejście? Okazuje się, że seanse ruszają co godzinę, a poprzednia grupa dopiero co przekroczyła próg. Dobra, w takim razie spokojnie poczekamy. Kupujemy bilety i na ten czas rozchodzimy się po zamkowym dziedzińcu.
Wokół pysznią się stoiska z pamiątkami i drobiazgami nawiązującymi do bogatej, zamkowej historii. Tuż obok kręci się mnóstwo przygotowujących się do startu biegaczy – wszyscy są uśmiechnięci, zmotywowani i żądni upragnionego celu. Naprzeciwko tętni życiem scena konferansjera oraz biuro zawodów, gdzie wciąż trwają ostatnie zapisy i gorączkowe przygotowania. W powietrzu czuć już sportowe emocje, a zawodnicy wyraźnie nie mogą się doczekać, by wreszcie ruszyć do boju.
My tymczasem wracamy jeszcze na chwilę do naszych ziomali z Zawadzkiego i dopiero teraz, w wolnej chwili, uważniej przyglądamy się tajemniczej inskrypcji nad bramą wjazdową, która niczym portal czasu przenosi nas do XVII wieku. Wykute w starym kamieniu litery głoszą dumnie: „CASPAR COMES COLONNA 1666”.
Nie potrzebujemy przewodnika, żeby poczuć dreszcz ekscytacji na ten widok – przecież to „nasz” Colonna! Ten sam potężny ród, który wieki temu zakładał i kształtował historię naszych rodzinnych stron: Kolonowskiego i Zawadzkiego. To niesamowite uczucie: przejechać kilkadziesiąt kilometrów na rowerach i w sercu obcego miasteczka odnaleźć tak bliski nam, podomowy ślad.
Sami zaczynamy drążyć wzrokiem łacińskie pismo. Kluczem do tej historycznej zagadki okazuje się intrygujące słowo „Comes”. W dawnej łacinie oznaczało ono „Hrabiego”, podkreślając magnacką dumę dawnego pana na Toszku, Kaspra Colonny. Ale w czasach starożytnego Rzymu to samo słowo miało o wiele piękniejsze, głębsze znaczenie – oznaczało „Towarzysza podróży”, zaufanego kompana, z którym dzieli się trudy drogi. Spoglądamy po sobie z uśmiechem. Jakże to niesamowite, że po niemal czterech wiekach ten stary napis z bramy idealnie opisuje naszą rajdową ekipę – bandę wiernych towarzyszy drogi, którzy wspólnie rzucili wyzwanie kapryśnej aurze i ramieniem w ramię zdobyli to zamkowe wzgórze!
Na dziedzińcu wreszcie odnajdujemy legendarną Złotą Kaczkę. Siedzi dumnie na krawędzi starej cembrowiny, niczym strażniczka zakazanych tajemnic. Nagle z otchłani studni dobiegają dziwne, mrożące krew w żyłach, nieokreślone dźwięki – zupełnie jakby zaklęte tam potęgi próbowały zamanifestować swoją obecność. Kto wie, może to tragiczna hrabina Gizela von Gaschin, uwięziona w pętli czasu, wciąż błąka się w mroku ze swoją kaczką i rozpaczliwie szuka bezpiecznego schronienia dla złotych jajek?
Cała ta sceneria, pełna niedopowiedzeń i podszyta dreszczykiem emocji, w sam raz pasuje do charakteru naszej ekipy, więc do akcji natychmiast wkracza Nienacek – nasza niezastąpiona, sympatyczna klubowa maskotka. Złota strażniczka i nasz pluszowy towarzysz drogi pasują do siebie wręcz idealnie, tworząc duet rodem z najlepszych powieści awanturniczych. Robimy im pamiątkowe, wspólne zdjęcie, po czym – z Nienackiem na przedzie – ruszamy na ostateczny podbój zamkowej wieży, gotowi na kolejne spotkanie z historią.
Zwiedzanie zaczynamy nietypowo, bo od zejścia w mroczne zaświaty podziemi. Wkraczamy tam przez ciemny i niezbyt stabilny pomost, który złowrogo trzeszczy i trzaska pod naszymi stopami, jakby ostrzegał przed przekroczeniem granicy światów. Musimy zachować czujność wojowników, by nie stracić równowagi, po czym wpadamy prosto w wilgotną, zimną paszczę średniowiecznego lochu.
Dawne kary musiały być doprawdy srogie – skazani na katorgę i wieczne zapomnienie więźniowie zdają się do dziś zamieszkiwać te posępne kazamaty. Z mroku wyłaniają się ich upiorne sylwetki, a z głośników płyną rozdzierające jęki i dramatyczne wołania o pomoc, tworząc iście gotycki teatr cieni.
Z ulgą porzucamy te podziemne piekło i przechodzimy obok, gdzie zorganizowano stanowiska siedemnastowiecznych czeladników. Można tu dotknąć namacalnej przeszłości – obejrzeć surowe rekwizyty oraz toporne narzędzia ich codziennego znoju. W tym samym czasie z ekranu nowoczesnego telewizora przemawia do nas stary mnich. Ów świadek epoki z cyfrowego awatara z wielkim zapałem i erudycją próbuje nas przekonać, że Średniowiecze wcale nie było takie mroczne, jak je malują. Cóż, patrząc na przed chwilą minione narzędzia tortur i słysząc wciąż echo potępieńczych jęków, słuchamy jego wywodów z dość umiarkowanym skutkiem.
Niezbyt przekonani o świetlanej wizji średniowiecza, porzucamy kazamaty i przechodzimy na wyższe kondygnacje baszty, wkraczając w swoisty teatr pamięci. Tutaj napotykamy na misternie skomponowaną wystawę zamkowych gadżetów i tradycyjnych strojów z epoki, obok których dumnie prezentują się żółknące karty starych dokumentów, repliki dawnej broni oraz artystyczne ekspozycje, będące dialogiem współczesnych twórców z duchem tego miejsca.
Na kolejnym piętrze natykamy się na imponującą makietę zamku z czasów jego największej, barokowej świetności. Ta miniatura przeszłości odkrywa przed nami architektoniczną tajemnicę – wieże były dwie! Z tej drugiej, obróconej w niebyt przez nieubłagany czas, pozostał dziś jedynie kamienny fundament, który dociekliwi tropiciele historii mogą bez trudu namierzyć na dziedzińcu, niczym zagubiony element układanki.
W tym samym pomieszczeniu przewodnik, niczym dawny trubadur, zaczyna z pasją snuć lokalną legendę o tragicznej hrabinie Gizeli von Gaschin, która ukryła w lochach Złotą Kaczkę tuż po wielkim, katastrofalnym pożarze zamku w 1811 roku. Słuchamy tego z ukradkowym uśmiechem, po czym postanawiamy dokonać bezprecedensowego w literaturze zwrotu akcji – z pełną powagą wypychamy nasze własne dwie Gizele przed szereg!
W tym ułamku sekundy mit zderza się z rzeczywistością, a czas na moment zatacza koło. Przewodnik dosłownie zastyga z otwartą szczęką, patrząc na ten żywy anachronizm. Przeciera oczy ze zdumienia i po chwili rzuca rozbawiony: „Jeszcze nigdy w całej mojej karierze nie zdarzyło mi się spotkać na zamku prawdziwej Gizeli!”. No i proszę – tam, gdzie inni szukają jedynie cieni przeszłości, nasza rajdowa ekipa przybywa z gotowym, podwójnym ucieleśnieniem legendy!
Uzgadniamy szybko, że skoro mamy na pokładzie nasze własne Gizele, to nie musimy wcale czekać do Niedzieli Wielkanocnej, kiedy to legendarna hrabina miałaby rzekomo wskazać miejsce ukrycia skarbu. Po skończonym zwiedzaniu po prostu zapytamy je o drogę, zgarniemy Złotą Kaczkę i w końcu rozwiążemy tę odwieczną tajemnicę!
Zanim jednak przejdziemy do poszukiwań, wspinamy się na ostatnie, najwyższe piętro wieży. Stąd roztacza się wspaniała, zapierająca dech w piersiach panorama na wszystkie cztery strony Toszka. Wokół panuje niesamowita widoczność – z tej perspektywy bez trudu dostrzegamy trasę naszej porannej przeprawy. „Patrzcie, tędy jechaliśmy, a tam ostro skręcaliśmy na zamek!” – niesie się po tarasie i w mgnieniu oka wszyscy stajemy się prawdziwymi mistrzami geografii. Zostajemy na górze jeszcze przez krótką chwilę, po czym powoli schodzimy na dół, raz jeszcze podziwiając zgromadzone w baszcie historyczne skarby.
Gdy w końcu wysypujemy się na zamkowy dziedziniec, szybko ustalamy wspólny front: najwyższa pora coś zjeść! W końcu kręcimy kilometry już od samego rana i głód zaczyna dawać się we znaki. W tym samym czasie pierwsi biegacze Złotej Kaczki wpadają już na linię mety. Konferansjer z mikrofonem w ręku daje z siebie wszystko i głośno dopinguje każdego finiszującego uczestnika. Oni za chwilę też pewnie ruszą po zasłużony posiłek regeneracyjny. Mijamy więc ten sportowy kocioł bokiem i ruszamy w miasto na poszukiwanie odpowiedniego dla nas lokalu.
Szybko znajdujemy lokal w sam raz dla nas – to restauracja „Pod Grzybkiem”, urokliwie położona niedaleko rynku. W jej wnętrzu nie ma zbyt wielu stolików, a na kilku z nich pysznią się już tabliczki z rezerwacją, niczym strażnicy cudzego terytorium. Na szczęście tuż z boku dostrzegamy wolną przestrzeń. Szybko liczymy wolne krzesła – dwanaście! W sam raz, akurat dokładnie tyle, ile liczy nasza dzisiejsza ekipa. Pytamy obsługę, czy możemy zająć te miejsca. „Można, jak najbardziej!” – słyszymy miłą odpowiedź. Zasiadamy więc wygodnie i szykujemy się do zasłużonego obiadu.
Czy to nie jest czyste przeznaczenie, palec kapryśnej fortuny? Jeszcze przed chwilą, po pustkach w sklepie z drożdżówkami, wisiało nad nami widmo głodu i mieliśmy uzasadnione obawy, że obejdziemy się smakiem. A tu nagle, jak na zawołanie, w tej kulinarnej oazie znajduje się dokładnie tyle krzeseł, ile potrzebujemy. Czyżby ktoś nas wcześniej zaanonsował w tej karczmie przeznaczenia? A może to kolejna magiczna sprawka naszego niezastąpionego Nienacka, który niczym dobry duch czuwa nad naszym szlakiem? Nieważne! Z radosnym rozgardiaszem rozmieszczamy się przy stolikach i niczym mityczni argonauci po ciężkiej wyprawie, szykujemy się do prawdziwej uczty.
W międzyczasie za oknem świat zaczyna drastycznie zmieniać swoje oblicze. Na szybach pojawiają się pierwsze, potężne krople deszczu. Są naprawdę spore – znacznie większe niż dotychczasowy poranny kapuśniaczek, zwiastujące nadchodzący gniew niebios. Teraz jednak to przedstawienie zupełnie nam nie przeszkadza. Siedzimy w bezpiecznej przystani, otuleni suchym i ciepłym wnętrzem lokalu, więc niech żywioły szaleją tam na zewnątrz, ile dusza zapragnie. Jesteśmy pod ochroną naszego dachu, a zanim skończymy biesiadować i dopijemy kawę, ulewa na pewno zdąży już minąć, uginając się przed naszą determinacją.
I tak też się staje, jakby samo niebo ugięło się przed naszą rajdową determinacją. Gdy tylko po skończonym obiedzie przekraczamy próg restauracji, naszym oczom ukazuje się iście metafizyczny widok – na nieboskłonie w najlepsze operuje słońce, rozlewając wokół potoki złocistego światła. Po ołowianych chmurach nie ma już ani śladu, a mokry i – niestety – bezdusznie zabetonowany rynek schnie w mgnieniu oka, parując pod wpływem nagłego ciepła.
I właśnie tam, na tym tętniącym blaskiem placu, los stawia przed nami niespodziewanego sprzymierzeńca: rodzoną siostrę jednej z naszych rowerzystek. Ta nagła rewelacja staje się początkiem nowej przygody. Nasza nowo upieczona przewodniczka, niczym strażniczka lokalnych tajemnic, od razu zaczyna snuć opowieść o ukrytych sekretach miasteczka i rzuca z uśmiechem: „Jeśli chcecie, poprowadzę was tam, gdzie wzrok zwykłego turysty nie sięga”.
Okazuje się, że tuż obok, za najbliższym rogiem, pyszni się potężny, barwny mural ze Złotą Kaczką, harmonijnie sąsiadujący z dumnymi barwami Górnika Zabrze. Ruszamy tam bez wahania i po krótkiej chwili meldujemy się w przestrzeni, o której istnieniu wcześniej nie mieliśmy zielonego pojęcia. To niesamowite zderzenie z rzeczywistością bezpowrotnie burzy szary, zakorzeniony w głowach mit. Bo przecież dla przeciętnego zjadacza chleba wiedza o Toszku to topos profanum – wspomnienie PRL-owskiego, blaszanego potworka, w którym można było kupić wszystko i nic, oraz obraz nudnego traktu przelotowego w stronę Strzelec i Gliwic. Mało kto kojarzył to miejsce z potęgą dawnych wieków. „Zamek? W Toszku? Nie, to jakaś mrzonka...” – powiedziałby sceptyk. A tutaj, o rzut kamieniem od gwarnego rynku, kryje się tak spektakularny świadek historii!Przyglądamy się bliżej malowidłu i odkrywamy, że ta zaklęta w murze Złota Kaczka to jednocześnie oficjalny herb lokalnego bractwa – klubu rowerowego o wdzięcznej nazwie „Toszeckie Szprychy”. Na ten widok, pod wpływem chwili i artystycznego natchnienia, w naszej grupie rodzi się moment założycielski. Iskra rzucona w peleton natychmiast zamienia się w płomień: „Skoro oni mają swoje Szprychy, my musimy powołać do życia własną legendę! Co powiecie na »Chudo Keta«?”. Sprawa pozostaje otwarta.
Po tych narodzinach nowej tradycji i pamiątkowych zdjęciach w cieniu muralu, wkraczamy jeszcze na mistyczne mgnienie oka w chłodne, dostojne progi XV-wiecznej świątyni. Oddajemy niemy hołd wiekom, które przeminęły, po czym z nową energią dosiadamy naszych mechanicznych rumaków. Nasza niezastąpiona przewodniczka, niczym anioł stróż naszego szlaku, dopytuje z nieskrywaną ciekawością o kierunek dalszej wędrówki. Gdy słyszy, że nasz kompas wskazuje Kotliszowice i ukryte w leśnych ostępach ruiny starego zamczyska, podejmuje natychmiastową decyzję: „Ruszam z wami! Znam ten las, wiem, gdzie czas pogrzebał dawne mury i osobiście was tam poprowadzę”.
Do Kotliszowic jest całkiem blisko, a droga okazuje się gładka jak stół. Jedziemy z wielką chęcią, ale gdy nasza przewodniczka niespodziewanie skręca w wyboistą, polną ścieżkę i pokazuje kierunek dalszej przeprawy, w szeregach peletonu nadchodzi nagła chwila konsternacji. Tutaj? Pod tę górę? Tą drogą?
Chyba za bardzo przyzwyczailiśmy się do wcześniejszych wygód, a pyszny obiad „Pod Grzybkiem” mocno uśpił naszą czujność i rozleniwił mięśnie. Daleko to jeszcze? W końcu jednak zdrowy rozsądek i duma nowo powołanej „Chudej Kety” biorą górę – przecież nie po to przejechaliśmy tyle kilometrów, żeby teraz bez walki skapitulować pod byle wzgórzem!
Twardo wjeżdżamy w teren. Najpierw walczymy na naszych maszynach, ale gdy nachylenie bezwzględnie rośnie, schodzimy z siodełek i idziemy już piechotą, z pokorą pchając jednoślady przed sobą. W międzyczasie wpadamy w gęsty, mokry las – otoczeni zewsząd dziką, parującą roślinnością czujemy się niemal jak odkrywcy w egzotycznym, mrocznym buszu. Jeszcze tylko kilka metrów ostrego podejścia i zza zakrętu nagle, niczym widmo z przeszłości, wyłaniają się upragnione ruiny.
Wkraczamy w przestrzeń klasycznego, zakazanego miejsca. Stare, ceglane mury, zarośnięte przez wdzierające się do wnętrza pokręcone konary drzew, robią niesamowite, melancholijne wrażenie. Na froncie, niczym złowroga przestroga dla nieproszonych gości, straszy na wpół zardzewiała, wyblakła tabliczka z napisem „Teren prywatny”.
To ukryte w leśnej gęstwinie zamczysko to w rzeczywistości dawny, romantyczny dwór, wzniesiony w 1861 roku przez Hermana Guradze dokładnie w miejscu dawnej, średniowiecznej warowni. Słuchamy echa historii, która boleśnie obeszła się z tym miejscem: po wojnie wspaniały niegdyś pałac z neorenesansową wieżą został przejęty przez PGR, bezpowrotnie tracąc swój urok na rzecz socjalistycznej użyteczności. Ostateczny i niszczycielski cios zadał mu jednak potężny, tragiczny pożar z 2016 roku, który strawił resztki dachu i drewnianych stropów.
Stoimy przed tą wypaloną skorupą przeszłości, uderzeni literacką prawdą o ucieczce czasu – Tempus fugit. Te milczące, malownicze zgliszcza są dziś areną niesamowitego spektaklu, w którym natura z absolutnym triumfem i krok po kroku wydziera cywilizacji to, co człowiek wzniósł i porzucił. Korzenie rozsadzają stare fundamenty, a bluszcz szczelnie oplata spalone cegły, chowając dawną ludzką dumę pod zielonym całunem zapomnienia. Wyciszamy się na moment, po czym zjeżdżamy z drugiej strony do centrum wsi.
I tak też się staje, choć droga ucieczki stawia przed nami kolejne wyzwania. Gdy tylko żegnamy się z naszą niezastąpioną przewodniczką, która wraca w bezpieczne progi Toszka, nasz kompas wskazuje Świbie, a my ruszamy w nieznane. Na odległym horyzoncie, niczym armia gotowa do bitwy, natychmiast formują się kolejne, złowrogie chmury. W głębi duszy wciąż tli się w nas jednak romantyczna nadzieja wędrowców, że i tym razem kapryśne fatum oszczędzi nasz peleton. Ustawiamy na kompasach odpowiedni azymut i żwawo pedałujemy naprzód.
Wtedy jednak los postanawia drastycznie zmienić bieg wydarzeń. Ktoś z peletonu rzuca znienacka, niczym prorok nieszczęścia: „Tutaj skręcamy w lewo!”. Patrzymy z głębokim niedowierzaniem – przed nami wyrasta wąska, surowa, polna ścieżka. Po co w ogóle chcesz tam jechać? „Do kapliczki w Goju!” – słyszymy w odpowiedzi. Tutaj? W tym dramatycznym mgnieniu oka? Tak, właśnie tutaj! Pomysłodawca naciska z tak potężną, niemal mistyczną presją i determinacją, że cała nasza rajdowa wspólnota ostatecznie się poddaje i skręca w nieznane, ulegając głosowi intuicji.
I całe szczęście, bo owo zdarzenie okazuje się zbawiennym darem od losu! Już po chwili lądujemy w przestrzeni uświęconej – obok urokliwej, przydrożnej kapliczki, ukrytej pod opiekuńczymi, zielonymi ramionami kilku prastarych drzew, niczym w naturalnym sanktuarium. Tuż obok wznosi się nasza zbawienna arka: zadaszona, drewniana przystań z wygodnymi ławeczkami. Przysiadamy na moment w tym zaciszu, a że w kalendarzu wciąż króluje maj, wznosimy serca ku górze i wspólnie intonujemy tradycyjną pieśń maryjną. W tym czystym akcie wspólnoty rodzi się poetyckie piękno – melodia niesie się po polach, a my jednogłośnie uznajemy, że nasze dzisiejsze Nabożeństwo Majowe pod gołym niebem zostało oficjalnie i uroczyście zaliczone.
Jak się okazuje sekundę później – był to strzał w dziesiątkę i moment triumfu nad żywiołem, bo na zewnątrz rozpętuje się prawdziwe piekło rodem z apokaliptycznych opowieści. Ciężkie, ołowiane chmury, dotąd sunące leniwie, nagle gwałtownie uderzają i bez litości oblewają świat swoim rzęsistym płaczem. Od strony Świbia horyzont zaczynają rozświetlać potężne błyskawice, które niczym szalone, elektryczne sztylety rozrywają całun nieba we wszystkie strony. Złowrogie, potężne grzmoty przetaczają się nad łąkami z siłą mitologicznego gniewu bogów. Po minucie leje już na całego. To pierwszy prawdziwy, oczyszczający i niszczycielski deszcz podczas dzisiejszego rajdu – wszystko, z czym mierzyliśmy się do tej pory, było zaledwie niepozorną namiastką i igraszką natury.
Jak to dobrze, że nie pojechaliśmy na oślep przed siebie, tylko daliśmy się namówić na ten intuicyjny, ocalający skręt! Z bezpiecznego wnętrza naszej drewnianej przystani, niczym z teatru, patrzymy na to wspaniałe, groźne szaleństwo żywiołów. Wyciągamy z głębi sakw ukryte zapasy: słodkie ciasteczka, pachnące termosy z gorącą kawą, czekolady, i w doskonałych humorach, celebrując triumf nad ulewą, zasiadamy ramię w ramię do poobiedniego deseru, słuchając potężnej symfonii deszczu bębniącego rytmicznie o nasz zbawczy dach. Towarzyszy nam nasz pluszowy Nienacek, który siedząc na środku stołu, zdaje się z dumą mrugać do nas okiem – misja schronienia zakończona pełnym sukcesem.
Nawałnica trwa jakieś pół godziny, po czym ucieka gdzieś dalej, gnana wiatrem w stronę Gliwic, niczym pokonana armia. Przed naszymi oczami krystalizuje się wreszcie czyste, odrodzone niebo. Choć z liści wciąż jeszcze kapią ocalone krople deszczu, podejmujemy męską decyzję i odważnie ruszamy w trasę. Stąd do Wiśnicza rozpościera się elegancki, asfaltowy dywanik, po którym mknie się gładko jak po mitycznym stole bogów. Za Wiśniczem droga wiedzie ku Świbiu i tam, w akcie ostatniej złośliwości natury, znowu zaczyna trochę mocniej kapać. Są to jednak ledwie konające podrygi niknącej na horyzoncie chmury, bo tuż za Świbiem błękit nieba staje się niezaprzeczalnym, triumfalnym faktem. Zza uciekających kłębów szarości znów wygląda ku nam słoneczko, niczym sprzyjające bóstwo, które celowo pragnie dodać nam animuszu na tych ostatnich, decydujących kilometrach naszej odysei.
Nasza niezawodna sekcja nawigacyjna gorączkowo główkuje, jak ominąć główną, bezduszną trasę, na której ze złowrogim szumem śmigają rozpędzone auta. Wkrótce Janusz doznaje prawdziwego olśnienia, wyciągając z zakamarków pamięci dawną mapę wspomnień: „Myśmy przecież tędy jeździli kiedyś na odpust do sąsiedniej wsi! Wiem dokładnie, gdzie to było!”. Za boiskiem skręcamy więc ostro w lewo, wysuwając Janusza na samo czoło peletonu z żartobliwym, bojowym zawołaniem: „Prowadź, ale jakby co, to krew i chwała spadną na ciebie!”. Droga, choć polna i surowa, pod naszymi kołami pachnie dziś prawdziwą autostradą przeznaczenia – dzięki niedawnej ulewie zupełnie się nie kurzy, jest świeżo obmyta przez naturę, a naszym jedynym zadaniem jest zręczne i pełne gracji omijanie kałuż.
Słońce przyświeca coraz mocniej, rozpalając krajobraz, i już po chwili wjeżdżamy w monumentalną, baśniową wręcz krainę wiatraków. Jeśli ktoś nie widział ich z bliska, nie ma pojęcia, jak gigantyczne są to konstrukcje – niczym współcześni, nowocześni tytani strzegący śląskich pól. Na przekór Don Kichotowi, my nie zamierzamy z nimi walczyć; pod ostatnim z tych stalowych kolosów zatrzymujemy się na naszą finalną pauzę, by oddać im pokłon. Jest potężny. Niesamowicie wielki. Trzeba stanąć bezpośrednio u jego stóp, w cieniu obracających się skrzydeł, by w ogóle uświadomić sobie tę przytłaczającą ludzki rozum skalę. Gdy odwracamy głowy, cała farma wiatrowa malowniczo odcina się na tle ciemnego, burzowego nieba, które jeszcze przed chwilą waliło nam się na głowy, a teraz – w akcie czystego malarskiego impresjonizmu – jest spektakularnie podświetlone ognistym blaskiem popołudniowego słońca. To prawdziwe plenerowe cudo, wizualny poemat i raj dla naszych oczu.
W tym podniosłym momencie Renata wyciąga z głębi plecaka paczkę słodkich landrynek i z uśmiechem, niczym mityczną ambrozją, częstuje wszystkich. „Jak tyś to wszystko tak długo wiozła przez te wszystkie burze i po drodze sama nie zjadła?!” – niesie się po polach szczera, głośna salwa śmiechu, która ostatecznie przegania resztki dawnego znoju. Smakujemy te bezcenne chwile i słodkie cukierki, po czym po raz ostatni w dniu dzisiejszym wskakujemy na siodełka. Przed nami jeszcze tylko jeden, krótki „odcinek specjalny” po okolicznych polnych traktach, ale uskrzydleni bliskością domu dajemy z siebie wszystko i wkrótce z triumfem wyjeżdżamy prosto w Kielczy.
Stamtąd mijamy już tylko Żędowice i dokonując klasycznego toposu powrotu do korzeni, ostatecznie meldujemy się na mecie pod naszą dobrze znaną, bezpieczną przystanią – pod Biedronką. Wracamy w pełnym, epickim blasku słońca, w wybornych humorach i z poczuciem absolutnego zwycięstwa nad własnymi słabościami i kaprysami aury. Byliśmy silniejsi niż żywioły i wracamy w pełni zadowoleni z ryzyka, które tak odważnie podjęliśmy dzisiejszego ranka. Pierwsi zwiadowcy i wierni towarzysze drogi zjednoczeni – Rajd Znienacka do Toszka przechodzi do historii jako absolutne arcydzieło wędrownego ducha!
