Przygoda z Toszkiem

Ireneusz Ludwig Utworzono .

Nienacek w ToszkuPrawdziwa sztuka to nie poddać się na samym starcie – w tym pierwszym, kluczowym momen­cie, który decyduje o losach każdej wyprawy. Dziś rano aura nas nie rozpieszcza. Z ołowianego nie­ba sączy się monotonny kapuśniaczek, a gęste chmury szczelnie zasnuły horyzont, niosąc kapryśne i niepewne prognozy.

Sto­imy przed odwiecznym dylematem wę­drowców: ruszać na przekór losowi czy ulec rezygnacji?

Rajd do Toszka rusza spod BiedronkiNa tym jednak polega na­sza niezłomność, że byle kaprys natury nie jest w stanie zawrócić nas z obranej drogi. Gdy na horyzoncie majaczy nadjeżdżająca ekipa z Kolonowskiego, klamka zapada. Kości zostały rzucone – rajd odbędzie się zgodnie z planem.
I jest to strzał w dziesiątkę! Życie dopi­suje do naszej eskapady scenariusz, jakie­go sami byśmy nie wymyślili, rzucając nas w wir nieprzewidzianych przygód. Osta­tecznie uchodzimy z tego starcia obronną ręką i niemal suchą stopą, choć plonujące nad nami niebo parę razy urządza sobie doprawdy dzikie harce. W Toszku droga krzyżuje nasze ścieżki z ziomalami z Zawadzkiego, a los stawia przed nami nowego, charyzmatycznego przewod­nika, który otwiera przed nami tajemnice Toszka i okolic. Później, w akcie nagłego zwrotu akcji, szukamy schronienia przed gniewem burzy i tańczącymi piorunami pod gościnnymi ramionami ka­pliczki w Goju. Za te trudy spotyka nas zasłużona nagroda – do domów wracamy już w triumfal­nych, pełnych słońca promieniach.
Chwila zadumy - HubertusAle po kolei. Najpierw – co stanowi już nasz lokalny rytuał – zbieramy się pod Bie­dronką. Nasz mały kosmos stopniowo się za­gęszcza: grupa kompletuje się, dołączają leśne posiłki z Kolonowskiego oraz Żędowic. Gdy rajdowa wspólnota wreszcie osiąga pełną goto­wość, ruszamy w nieznane. Z nieba na razie nie spada ani kropla. To zbawienny znak, bo mitologiczny wręcz początek drogi zawsze waży najwięcej. Jak już machina ruszy, żadna siła nie jest w stanie zatrzymać tego pędu.
Porzucamy tętniące życiem centrum na rzecz cichych obrzeży, by po chwili bezpow­rotnie wtopić się w majestatyczną, leśną gę­stwinę. Bambyn – tak nazywa się ten odizolo­wany od świata zakątek. Przemierzamy to zie­lone sanktuarium na wskroś, niczym dawni odkrywcy, by nagle wypaść na otwartą przestrzeń buj­nych łąk. Mijamy kolejne zagajniki, zostawiamy w tyle szemrzące Źródełko i twardo brniemy przed siebie. Na pierwszym wzgórzu, które wyrasta przed nami niczym strażnik szlaku, niebo zaczyna ro­nić pierwsze łzy. Przystajemy na mgnienie oka, zarzucamy na ramiona peleryny niczym podróżne opończe i nie zwalniamy kroku. Leśny dukt, niczym nić Ariadny, wiedzie nas bezbłędnie naprzód. Budzące się do życia, jaskrawe drzewa czule otulają drogę i muskają nasze twarze wilgotnymi liść­mi. Jeszcze kilka wijących się zakrętów – w prawo, w lewo – i trakt niespodziewanie przechodzi w gładki asfalt. To symboliczna granica światów, znak, że wjeżdżamy do sąsiedniego województwa. Zatrzymujemy się w miejscu przesiąkniętym historią – przy Polanie Śmierci, Śląskim Katyniu na Hubertusie. W tym pełnym powagi i melancholii zakątku robimy naszą pierwszą, zasłużoną pauzę.
Hubertus - Polana ŚmierciChwila odpoczynku w tym miejscu ma jednak zupełnie inny wymiar. Polana na Hubertusie – ów Śląski Katyń – uderza nas przejmującą, niena­turalną ciszą, która snuje się między drzewami niczym cień przeszłości. Stojąc pod potężnym, drewnianym Krzyżem Katyńskim, dotykamy historii tragicznej i bolesnej; to tutaj w 1946 roku komunistyczna pułapka brutalnie prze­rwała życie młodych partyzantów z oddziału „Bartka”. Zieleń lasu, która dotąd tak radośnie nas otulała, nagle staje się niema i pełna powa­gi, jakby wciąż strzegła tajemnicy tamtych tra­gicznych dni. Ta leśna nekropolia zmusza do refleksji, a chłodny powiew wiatru przypomi­na, że podróż rowerem to nie tylko kilometry w nogach, ale też pamięć o miejscach, przez które wiedzie szlak.
Przesiąknięci nie tyle tragiczną historią tego miejsca, ile rześką, niemal namacalną wilgocią wiosennego poranka, dosiadamy naszych me­chanicznych rumaków i ruszamy ku kolejnemu rozdziałowi naszej odysei. Droga, niczym rozwinię­ta wstęga, wiedzie prosto ku Dąbrówce. Jej zabudowania, początkowo ukryte w mglistym całunie i niewyraźnie majaczące za krawędzią lasu, z każdym obrotem kół wyłaniają się z niebytu, stając się ostrzejsze i bliższe.
DąbrówkaMijane po drodze łąki, na przekór kaprysom aury, uśmiechają się szeroko, a wszechogarniająca, wręcz eksplodująca zewsząd soczysta zieleń działa jak balsamiczny nektar – wlewa w na­sze serca niezłomną wiarę i budzi uśpioną świeżość ducha. Na poboczu, niczym melan­cholijny strażnik tych mokradeł, dostojnie i z pełną powagą człapie czarno-biały bocian. Jest tak bez reszty zatopiony w swoim od­wiecznym, żabim rytuale, że nawet na mgnie­nie oka nie zaszczyca spojrzeniem naszej mknącej, barwnej kolumny.
Nagle po prawej stronie miga nam przy­drożny drogowskaz z dumnym napisem „Dą­brówka”. To znak, że cel tego etapu został osiągnięty. Wkraczamy w przestrzeń wioski i niemal natychmiast zatrzymujemy się na ka­meralny popas przy przystanku, tuż w cieniu wieży kościoła, na samym sercu dąbrowiec­kiego rynku.
Zaglądamy do pobliskiego sklepu i niczym wygłodniali wędrowcy wykupujemy ostatnie droż­dżówki – niestety, los nie jest łaskawy i nie starcza dla wszystkich. Na rozkładzie jazdy studiujemy tajemne pismo: Autobus do Toszka, za pięć minut. Może ulec pokusie i porzucić trud? „Nie da rady, w soboty nie kursuje!” – przytomnie zauważa ktoś z grupy. Fatum decyduje za nas, więc szybko po­rzucamy ten szalony pomysł. Wyczekujemy cierpliwie, aż płaczące niebo wreszcie wyschnie, a ka­puśniaczek niemal całkowicie zaniknie. Zaglądamy jeszcze na mgnienie oka w chłodną ciszę ko­ścielnych murów i ruszamy w dalszą, nieznaną drogę.
Przystanek PKS w DąbrówceZostawiamy Dąbrówkę za sobą i znów wkraczamy pod władanie potężnych drzew, które zamykają nad naszymi głowami swoje prastare konary, tworząc żywy, gotycki wręcz tunel. Mkniemy przed siebie, a po chwili wyrasta przed nami stromy podjazd, niczym monumentalne wyzwanie, bajecznie spięty regularny­mi rzędami stojących na straży drzew. Ich liściaste korony splatają się wysoko nad asfaltem, tworząc ma­giczne, zielone wrota do innego królestwa.
Grupa natychmiast zaczyna się rozciągać – to na­turalna, bezwzględna cecha wszystkich „odcinków specjalnych”, gdzie każdy musi stoczyć własną walkę z grawitacją. Nikt jednak nie marudzi, nikt nie skarży się na los, bo wiemy, że na szczycie i tak na wszyst­kich czeka nagroda. Wdrapujemy się powoli na to mi­tyczne wzgórze i już po chwili pierwsi zwiadowcy meldują się na wierzchołku.
To chwila na triumf, złapanie oddechu i zregenero­wanie sił. Co rusz kolejni rowerzyści, niczym cienie, wyłaniają się zza wzniesienia i stopniowo dołączają do odradzającego się peletonu. Stoimy uwięzieni ni­czym w szmaragdowej klatce – choć zdobyliśmy szczyt, wokół nie widać ziemskiego padołu. Dro­gę z każdej strony szczelnie otula potężna, zielo­na rubież. Jesteśmy odizolowani od rzeczywisto­ści, bezpieczni, zanurzeni w zupełnie innym, ba­śniowym świecie.
Ziemia jest okrągłaPrzed nami rozpościera się teraz łagodny zjazd do Sarnowa. Po trudach wcześniejszej, morder­czej wspinaczki odcinek ten wydaje się zasłużoną nagrodą od kapryśnego losu. Zjeżdżamy więc gładko do kolejnej wioski na naszej trasie, by siłą rozpędu wjechać na następne wzniesienie. Tym razem jest ono znacznie skromniejsze, a co waż­niejsze – to właśnie zza jego krawędzi niespo­dziewanie wyłania się monumentalna sylwetka wieży toszeckiego zamku! Ten dumny, strażniczy bastion z minionej epoki sam w sobie dodaje nam skrzydeł i wlewa w nasze żyły nowe, ożywcze siły. Jesteśmy już prawie u bram przeznaczenia. Stąd, niczym zdeterminowani pielgrzymi, dotarli­byśmy do celu nawet na piechotę.
Toszek - dziedziniec zamkowyNasza barwna kolumna zatrzymuje się na ostatnią, krótką przerwę techniczną – to jak chwila modlitwy przed ostatecznym starciem. Po niej przystępujemy do uroczy­stego wjazdu do Toszka. A nie jest to wcale sprawa łatwa i oczywista! Stoimy na sa­mym wierzchołku wzniesienia. Asfaltowa wstęga rwie się stromo w dół, ale nie mo­żemy dać się zwieść tej bezpiecznej, kuszą­cej prostej. Droga zastawia na nas pułapkę: tuż na zakręcie trzeba odbić w lewo. Kto przeoczy ten kluczowy moment i ulegnie magii pędu, ten zapłaci surową karę i bę­dzie musiał za chwilę znowu mozolnie się wspinać. Na szczęście wszyscy zachowują czujność wojowników, zjeżdżają dokładnie tam, gdzie pokazuje przewodnik, i płynnie przekraczamy niewidzialną granicę przedmieść Toszka.
Nienacka lubią wszyscyTeraz zaczyna się prawdziwa sztuka nawigacji po nieznanych ścieżkach, które przypominają mi­tologiczny labirynt. Pamiętamy je jak przez mgłę z dawnych lat, podpierając się jedynie kruchym, szeptanym pod nosem zaklęciem: „kiedyś już tu byłem”. Objeżdżamy toszeckie bło­nia, po czym gwałtownie skręcamy w pra­wo. Tam czeka na nas niesamowity, iście karkołomny zjazd – grawitacja bierze nas w swoje posiadanie. Zupełnie nie trzeba pedałować, nasze mechaniczne rumaki same rwą do przodu z dziką pasją. Musi­my wręcz walczyć z materią i mocno na­ciskać na hamulce, by utrzymać się w ry­zach i w ogóle zmieścić w kolejnych sza­lonych wirażach. W lewo, w prawo, se­kundy mijają jak mgnienie oka – błyska­wicznie przecinamy skrzyżowanie, prze­mykamy na drugą stronę i dopiero tutaj otwiera się przed nami prawdziwe, dra­matyczne misterium…
Oto bowiem stajemy twarzą w twarz z brutalną, ironiczną rzeczywistością: wszystko to, co przed chwilą tak radośnie i bez wysiłku zjecha­liśmy, musimy teraz w znoju i pocie czoła zdobyć z powrotem. Rowerowe przerzutki natychmiast idą w ruch, a metaliczny szczęk łańcuchów brzmi niczym oręż szykowany do bitwy. Łańcuchy wskakują na pierwszy bieg – ten od dawna nieużywany, ostateczny, mityczny wręcz ratunek na bez­względne ściany płaczu. Ale cóż, taka jest odwieczna, literacka prawda tego świata: droga do zam­ku i na wyżyny zawsze wiedzie pod górę, okupiona jest trudem i po prostu nie może być inaczej!
Krok za krokiem, metr za metrem, mozolnie wdrapujemy się na stromą, zamkową skarpę. Nasze płuca dopiero teraz, w tym heroicznym znoju, przypominają sobie o swoim pierwotnym powołaniu i odwiecznym przeznaczeniu. Jeśli ktoś do tej pory nie zdążył otworzyć się na ożywczy dech natu­ry, ma właśnie jedyną w swoim rodzaju, dramatyczną okazję, by dokonać prawdziwego, cielesnego katharsis i wypluć z piersi ostatnie resztki stęchłego, zimowego powietrza.
Nienacek na zamku w ToszkuPeleton znowu bezwzględnie się rozciąga, rwąc na strzępy zwartą dotąd kolumnę. Każdy z nas, sam na sam ze swoimi słabościami, zdobywa to toszeckie wzgórze w swoim własnym, wewnętrz­nym rytmie i na własnych warunkach odbiera za­służoną nagrodę za wytrwałość. Nie brakuje też ta­kich, którzy na ostatecznej, najbardziej bezwzględ­nej ścianie zmuszeni są skapitulować przed grawi­tacją – zsiadają z siodełek i ostatnie metry pokonu­ją na piechotę, z pokorą pchając swoje mechanicz­ne rumaki przed sobą.
Nie ma to jednak najmniejszego znaczenia! Na tym mitycznym szlaku nie liczy się styl ani to, „jak co komu wychodzi”. Prawdziwym triumfem jest fakt, że cała nasza wspólnota ostatecznie melduje się na szczycie, zjednoczona wspólnym trudem i z czystym, ożywczym tchnieniem w rozpalonych płucach.
Teraz czas na kilka głębszych oddechów na uspokojenie skołatanych nerwów, powrót do trybu normalnego i możemy ruszać dalej. A jesteśmy już przecież niemal na miejscu! Teraz, po całkowicie płaskiej już drodze (co wbrew pozorom jest dla naszych zmęczonych nóg niezwykle istotną wiadomością), wjeżdżamy w samo serce Toszka. Przemykamy niepostrzeżenie prosto na klimatyczny, pobliski rynek, przebijamy się na jego drugą stronę i w końcu stajemy przed upragnioną bramą wjazdową na zamkowy dziedziniec.
PTTK Zawadzkie i "Mały Krok" w ToszkuNa łuku wjazdowym pyszni się zabytkowy napis „Caspar Comes Colonna”, ale na razie nikt z nas nie zwraca na niego większej uwagi. Wokół kłębi się bowiem gęsty, kolorowy tłum, z głębi dziedzińca dobiegają energetyczne dźwięki muzyki, a wzrok przyciągają liczne stoiska i stragany. O co tutaj właściwie cho­dzi? No tak! Dzisiaj w Toszku odbywa się słynny Bieg o Złotą Kaczkę – tradycyjna i nie­zwykle popularna impreza, w trakcie której zawodnicy mierzą się ze sobą na dystansie 10 kilometrów, biegając po okolicznych parko­wych oraz polnych ścieżkach. Start i meta tego sportowego święta ulokowane są właśnie tutaj, na zamkowym wzgórzu.
Największa i najbardziej wzruszająca niespodzianka czeka nas jednak tuż po przekroczeniu bra­my. Wśród barwnego tłumu uczestników nagle dostrzegamy naszych ziomali z DPS Zawadzkie! Fundacja „Mały Krok” zbiera dziś kilometry i fundusze dla swoich podopiecznych – i to właśnie na tę wspaniałą ekipę wpadamy na samym początku. Nasi przyjaciele stoją dumnie na samym przedzie startowej linii. „A skąd wyście się tutaj wzięli?! Jak to dobrze spotkać swoich!” – niesie się po dzie­dzińcu. Witamy się niezwykle gorąco i już po chwili stajemy ramię w ramię do wspólnego, pamiąt­kowego zdjęcia. My też przyjechaliśmy tutaj dzisiaj na rowerach specjalnie po to, żeby „nabić” dla Was jak najwięcej kilometrów! Wszystkie, które dziś wykręcimy, z wielką radością przekażemy po zakończeniu rajdu na Wasze konto.
Rowerownia - jak za starych czasów pod hutąWbijamy się z rowerami na dziedziniec i parkujemy tuż pod samą wieżą. Zamykamy nasze wehikuły – postoją tutaj trochę dłu­żej. Pod zamkową basztą nagle robi się tak ciasno, że całe to miejsce zaczyna wyglądać jak centrum Zawadzkiego za starych, do­brych czasów o drugiej po południu. Praw­dziwe morze rowerów całkowicie dominu­je. Wydaje się wręcz, że jednośladów stoi tam dwa razy więcej, niż wynosi liczebność naszej grupy!
Pierwsze co robimy, to zaglądamy do wnętrza wieży. Czynne? Można wejść? „Można, jak najbardziej!” – słyszymy w odpowiedzi. Kiedy kolejne wejście? Okazu­je się, że seanse ruszają co godzinę, a po­przednia grupa dopiero co przekroczyła próg. Dobra, w takim razie spokojnie po­czekamy. Kupujemy bilety i na ten czas rozchodzimy się po zamkowym dziedzińcu.
Wokół pysznią się stoiska z pamiątkami i drobiazgami nawiązującymi do bogatej, zamkowej hi­storii. Tuż obok kręci się mnóstwo przygotowujących się do startu biegaczy – wszyscy są uśmiech­nięci, zmotywowani i żądni upragnionego celu. Naprzeciw­ko tętni życiem scena konferansjera oraz biuro zawodów, gdzie wciąż trwają ostatnie zapisy i gorączkowe przygoto­wania. W powietrzu czuć już sportowe emocje, a zawodnicy wyraźnie nie mogą się doczekać, by wreszcie ruszyć do boju.
Wieża zamkowa w ToszkuMy tymczasem wracamy jeszcze na chwilę do naszych ziomali z Zawadzkiego i dopiero teraz, w wolnej chwili, uważniej przyglądamy się tajemniczej inskrypcji nad bramą wjazdową, która niczym portal czasu przenosi nas do XVII wieku. Wykute w starym kamieniu litery głoszą dumnie: „CASPAR COMES COLONNA 1666”.
Nie potrzebujemy przewodnika, żeby poczuć dreszcz ekscytacji na ten widok – przecież to „nasz” Colonna! Ten sam potężny ród, który wieki temu zakładał i kształtował historię naszych rodzinnych stron: Kolonowskiego i Za­wadzkiego. To niesamowite uczucie: przejechać kilkadzie­siąt kilometrów na rowerach i w sercu obcego miasteczka odnaleźć tak bliski nam, podomowy ślad.
Sami zaczynamy drążyć wzrokiem łacińskie pismo. Klu­czem do tej historycznej zagadki okazuje się intrygujące słowo „Comes”. W dawnej łacinie ozna­czało ono „Hrabiego”, podkreślając magnacką dumę dawnego pana na Toszku, Kaspra Colonny. Ale w czasach starożytnego Rzymu to samo słowo miało o wiele piękniejsze, głębsze znaczenie – oznaczało „Towarzysza podróży”, zaufanego kompana, z którym dzieli się trudy drogi. Spoglądamy po sobie z uśmiechem. Jakże to niesamowite, że po niemal czterech wiekach ten stary napis z bra­my idealnie opisuje naszą rajdową ekipę – bandę wiernych towarzyszy drogi, którzy wspólnie rzu­cili wyzwanie kapryśnej aurze i ramieniem w ramię zdobyli to zamkowe wzgórze!
W tej studni straszy...Na dziedzińcu wreszcie odnajdujemy legendarną Złotą Kaczkę. Siedzi dumnie na krawędzi sta­rej cembrowiny, niczym strażniczka zakazanych tajemnic. Nagle z otchłani studni dobiegają dziw­ne, mrożące krew w żyłach, nieokreślone dźwięki – zupełnie jakby zaklęte tam potęgi próbowały za­manifestować swoją obecność. Kto wie, może to tragiczna hrabina Gizela von Gaschin, uwięziona w pętli czasu, wciąż błąka się w mroku ze swoją kaczką i rozpaczliwie szuka bezpiecznego schro­nienia dla złotych jajek?
Cała ta sceneria, pełna niedopowiedzeń i pod­szyta dreszczykiem emocji, w sam raz pasuje do charakteru naszej ekipy, więc do akcji natychmiast wkracza Nienacek – nasza niezastąpiona, sympa­tyczna klubowa maskotka. Złota strażniczka i nasz pluszowy towarzysz drogi pasują do siebie wręcz idealnie, tworząc duet rodem z najlepszych powie­ści awanturniczych. Robimy im pamiątkowe, wspólne zdjęcie, po czym – z Nienackiem na przedzie – ruszamy na ostateczny podbój zamkowej wieży, gotowi na kolejne spotkanie z historią.
Nienacek i Złota KaczkaZwiedzanie zaczynamy nietypowo, bo od zejścia w mroczne zaświaty podziemi. Wkraczamy tam przez ciemny i niezbyt stabilny pomost, który złowrogo trzeszczy i trzaska pod naszymi stopa­mi, jakby ostrzegał przed przekroczeniem grani­cy światów. Musimy zachować czujność wojow­ników, by nie stracić równowagi, po czym wpa­damy prosto w wilgotną, zimną paszczę średnio­wiecznego lochu.
Dawne kary musiały być doprawdy srogie – skazani na katorgę i wieczne zapomnienie więź­niowie zdają się do dziś zamieszkiwać te posęp­ne kazamaty. Z mroku wyłaniają się ich upiorne sylwetki, a z głośników płyną rozdzierające jęki i dramatyczne wołania o pomoc, tworząc iście go­tycki teatr cieni.
Z ulgą porzucamy te podziemne piekło i prze­chodzimy obok, gdzie zorganizowano stanowi­ska siedemnastowiecznych czeladników. Można tu dotknąć namacalnej przeszłości – obejrzeć su­rowe rekwizyty oraz toporne narzędzia ich co­dziennego znoju. W tym samym czasie z ekranu nowoczesnego telewizora przemawia do nas stary mnich. Ów świadek epoki z cyfrowego awatara z wielkim zapałem i erudycją próbuje nas przeko­nać, że Średniowiecze wcale nie było takie mroczne, jak je malują. Cóż, patrząc na przed chwilą minione narzędzia tortur i słysząc wciąż echo potępieńczych jęków, słuchamy jego wywodów z dość umiarkowanym skutkiem.
Niezbyt przekonani o świetlanej wizji średniowiecza, porzucamy kazamaty i przechodzimy na wyższe kondygnacje baszty, wkraczając w swoisty teatr pamięci. Tutaj napotykamy na misternie skomponowaną wystawę zamkowych gadżetów i tradycyjnych strojów z epoki, obok których dum­nie prezentują się żółknące karty starych dokumentów, repliki dawnej broni oraz artystyczne ekspo­zycje, będące dialogiem współczesnych twór­ców z duchem tego miejsca.
Makieta zamku z czasów jego świetnościNa kolejnym piętrze natykamy się na impo­nującą makietę zamku z czasów jego najwięk­szej, barokowej świetności. Ta miniatura prze­szłości odkrywa przed nami architektoniczną tajemnicę – wieże były dwie! Z tej drugiej, ob­róconej w niebyt przez nieubłagany czas, po­został dziś jedynie kamienny fundament, który dociekliwi tropiciele historii mogą bez trudu namierzyć na dziedzińcu, niczym zagubiony element układanki.
W tym samym pomieszczeniu przewodnik, niczym dawny trubadur, zaczyna z pasją snuć lokalną legendę o tragicznej hrabinie Gizeli von Gaschin, która ukryła w lochach Złotą Kaczkę tuż po wielkim, katastrofalnym poża­rze zamku w 1811 roku. Słuchamy tego z ukradkowym uśmiechem, po czym postanawiamy doko­nać bezprecedensowego w literaturze zwrotu akcji – z pełną powagą wypychamy nasze własne dwie Gizele przed szereg!
W tym ułamku sekundy mit zderza się z rzeczywistością, a czas na moment zatacza koło. Prze­wodnik dosłownie zastyga z otwartą szczęką, patrząc na ten żywy anachronizm. Przeciera oczy ze zdumienia i po chwili rzuca rozbawio­ny: „Jeszcze nigdy w całej mojej karierze nie zdarzyło mi się spotkać na zamku prawdziwej Gizeli!”. No i proszę – tam, gdzie inni szukają jedynie cieni przeszłości, nasza rajdowa ekipa przybywa z gotowym, podwójnym ucieleśnie­niem legendy!
Zwiedzamy wieżę zamkowąUzgadniamy szybko, że skoro mamy na po­kładzie nasze własne Gizele, to nie musimy wcale czekać do Niedzieli Wielkanocnej, kiedy to legendarna hrabina miałaby rzekomo wska­zać miejsce ukrycia skarbu. Po skończonym zwiedzaniu po prostu zapytamy je o drogę, zgarniemy Złotą Kaczkę i w końcu rozwiąże­my tę odwieczną tajemnicę!
Zanim jednak przejdziemy do poszukiwań, wspinamy się na ostatnie, najwyższe piętro wieży. Stąd roztacza się wspaniała, zapierająca dech w piersiach panorama na wszystkie cztery strony Toszka. Wokół panuje niesamowita widoczność – z tej perspektywy bez trudu dostrzegamy trasę naszej porannej przeprawy. „Patrzcie, tędy jechaliśmy, a tam ostro skręcaliśmy na zamek!” – niesie się po tarasie i w mgnieniu oka wszyscy stajemy się prawdziwymi mistrzami geografii. Zostajemy na górze jeszcze przez krótką chwilę, po czym powoli schodzimy na dół, raz jeszcze podziwiając zgromadzone w baszcie historyczne skarby.
Widok z wieży zamkowejGdy w końcu wysypujemy się na zamkowy dziedziniec, szybko ustalamy wspólny front: naj­wyższa pora coś zjeść! W końcu kręcimy kilometry już od samego rana i głód zaczyna dawać się we znaki. W tym samym czasie pierwsi biegacze Złotej Kaczki wpadają już na linię mety. Konferan­sjer z mikrofonem w ręku daje z siebie wszystko i głośno dopinguje każdego finiszującego uczestnika. Oni za chwilę też pewnie ruszą po zasłużony posi­łek regeneracyjny. Mijamy więc ten sportowy ko­cioł bokiem i ruszamy w miasto na poszukiwanie odpowiedniego dla nas lokalu.
Szybko znajdujemy lokal w sam raz dla nas – to restauracja „Pod Grzybkiem”, urokliwie położona niedaleko rynku. W jej wnętrzu nie ma zbyt wielu stolików, a na kilku z nich pysznią się już tabliczki z rezerwacją, niczym strażnicy cudzego terytorium. Na szczęście tuż z boku dostrzegamy wolną prze­strzeń. Szybko liczymy wolne krzesła – dwanaście! W sam raz, akurat dokładnie tyle, ile liczy nasza dzisiejsza ekipa. Pytamy obsługę, czy możemy za­jąć te miejsca. „Można, jak najbardziej!” – słyszymy miłą odpowiedź. Zasiadamy więc wygodnie i szykujemy się do zasłużonego obiadu.
Restauracja "Pod Grzybkiem"Czy to nie jest czyste przeznaczenie, palec kapryśnej fortuny? Jeszcze przed chwilą, po pustkach w sklepie z drożdżówkami, wisiało nad nami widmo głodu i mieliśmy uzasadnione obawy, że obej­dziemy się smakiem. A tu nagle, jak na zawołanie, w tej kulinarnej oazie znajduje się dokładnie tyle krzeseł, ile potrzebujemy. Czyżby ktoś nas wcze­śniej zaanonsował w tej karczmie przeznaczenia? A może to kolejna magiczna sprawka naszego nie­zastąpionego Nienacka, który niczym dobry duch czuwa nad naszym szlakiem? Nieważne! Z rado­snym rozgardiaszem rozmieszczamy się przy stoli­kach i niczym mityczni argonauci po ciężkiej wy­prawie, szykujemy się do prawdziwej uczty.
W międzyczasie za oknem świat zaczyna dra­stycznie zmieniać swoje oblicze. Na szybach poja­wiają się pierwsze, potężne krople deszczu. Są na­prawdę spore – znacznie większe niż dotychczaso­wy poranny kapuśniaczek, zwiastujące nadchodzą­cy gniew niebios. Teraz jednak to przedstawienie zupełnie nam nie przeszkadza. Siedzimy w bez­piecznej przystani, otuleni suchym i ciepłym wnętrzem lokalu, więc niech żywioły szaleją tam na zewnątrz, ile dusza zapragnie. Jesteśmy pod ochroną naszego dachu, a zanim skończymy biesiado­wać i dopijemy kawę, ulewa na pewno zdąży już minąć, uginając się przed naszą determinacją.
I tak też się staje, jakby samo niebo ugięło się przed naszą rajdową determinacją. Gdy tylko po skończonym obiedzie przekraczamy próg restauracji, naszym oczom ukazuje się iście metafizyczny widok – na nieboskłonie w najlepsze operuje słońce, rozlewając wokół potoki złocistego światła. Po ołowianych chmurach nie ma już ani śladu, a mokry i – niestety – bezdusznie zabetonowany rynek schnie w mgnieniu oka, parując pod wpływem nagłego ciepła.
PTTK Zawadzkie na toszeckim rynkuI właśnie tam, na tym tętniącym blaskiem placu, los stawia przed nami niespodziewanego sprzy­mierzeńca: rodzoną siostrę jednej z naszych rowerzystek. Ta nagła rewelacja staje się początkiem nowej przygody. Nasza nowo upieczona przewodniczka, niczym strażniczka lokalnych tajemnic, od razu zaczyna snuć opowieść o ukrytych sekretach miasteczka i rzuca z uśmiechem: „Jeśli chcecie, poprowadzę was tam, gdzie wzrok zwykłego tu­rysty nie sięga”.
Okazuje się, że tuż obok, za najbliższym ro­giem, pyszni się potężny, barwny mural ze Złotą Kaczką, harmonijnie sąsiadujący z dumnymi bar­wami Górnika Zabrze. Ruszamy tam bez wahania i po krótkiej chwili meldujemy się w przestrzeni, o której istnieniu wcześniej nie mieliśmy zielone­go pojęcia. To niesamowite zderzenie z rzeczywi­stością bezpowrotnie burzy szary, zakorzeniony w głowach mit. Bo przecież dla przeciętnego zjada­cza chleba wiedza o Toszku to topos profanum – wspomnienie PRL-owskiego, blaszanego potwor­ka, w którym można było kupić wszystko i nic, oraz obraz nudnego traktu przelotowego w stronę Strzelec i Gliwic. Mało kto kojarzył to miejsce z potęgą dawnych wieków. „Zamek? W Toszku? Nie, to jakaś mrzonka...” – powiedziałby sceptyk. A tutaj, o rzut kamieniem od gwarnego rynku, kryje się tak spektakularny świadek historii!Przyglądamy się bliżej malowidłu i odkrywa­my, że ta zaklęta w murze Złota Kaczka to jed­nocześnie oficjalny herb lokalnego bractwa – klubu rowerowego o wdzięcznej nazwie „To­szeckie Szprychy”. Na ten widok, pod wpły­wem chwili i artystycznego natchnienia, w na­szej grupie rodzi się moment założycielski. Iskra rzucona w peleton natychmiast zamienia się w płomień: „Skoro oni mają swoje Szpry­chy, my musimy powołać do życia własną le­gendę! Co powiecie na »Chudo Keta«?”. Spra­wa pozostaje otwarta.
Toszeckie Szprychy i Złota KaczkaPo tych narodzinach nowej tradycji i pamiąt­kowych zdjęciach w cieniu muralu, wkraczamy jeszcze na mistyczne mgnienie oka w chłodne, dostojne progi XV-wiecznej świątyni. Oddajemy niemy hołd wiekom, które przeminęły, po czym z nową energią dosiadamy naszych mechanicznych rumaków. Nasza niezastąpiona przewodniczka, niczym anioł stróż naszego szlaku, dopytuje z nieskrywaną ciekawością o kierunek dalszej wędrów­ki. Gdy słyszy, że nasz kompas wskazuje Kotliszowice i ukryte w leśnych ostępach ruiny starego zamczyska, podejmuje natychmiastową decyzję: „Ruszam z wami! Znam ten las, wiem, gdzie czas pogrzebał dawne mury i osobiście was tam poprowadzę”.
Do Kotliszowic jest całkiem blisko, a droga okazuje się gładka jak stół. Jedziemy z wielką chę­cią, ale gdy nasza przewodniczka niespodziewanie skręca w wyboistą, polną ścieżkę i pokazuje kie­runek dalszej przeprawy, w szeregach peletonu nadchodzi nagła chwila konsternacji. Tutaj? Pod tę górę? Tą drogą?
Poszukiwacze ruin w KotliszowicachChyba za bardzo przyzwyczailiśmy się do wcześniejszych wygód, a pyszny obiad „Pod Grzyb­kiem” mocno uśpił naszą czujność i rozleniwił mięśnie. Daleko to jeszcze? W końcu jednak zdrowy rozsądek i duma nowo powołanej „Chudej Kety” biorą górę – przecież nie po to przeje­chaliśmy tyle kilometrów, żeby teraz bez wal­ki skapitulować pod byle wzgórzem!
Twardo wjeżdżamy w teren. Najpierw wal­czymy na naszych maszynach, ale gdy nachy­lenie bezwzględnie rośnie, schodzimy z siode­łek i idziemy już piechotą, z pokorą pchając jednoślady przed sobą. W międzyczasie wpa­damy w gęsty, mokry las – otoczeni zewsząd dziką, parującą roślinnością czujemy się nie­mal jak odkrywcy w egzotycznym, mrocznym buszu. Jeszcze tylko kilka metrów ostrego po­dejścia i zza zakrętu nagle, niczym widmo z przeszłości, wyłaniają się upragnione ruiny.
Wkraczamy w przestrzeń klasycznego, za­kazanego miejsca. Stare, ceglane mury, zaro­śnięte przez wdzierające się do wnętrza po­kręcone konary drzew, robią niesamowite, melancholijne wrażenie. Na froncie, niczym złowroga przestroga dla nieproszonych gości, straszy na wpół zardzewiała, wyblakła tabliczka z napisem „Te­ren prywatny”.
Ruiny pałacu w KotliszowicachTo ukryte w leśnej gęstwinie zamczysko to w rzeczywistości dawny, romantyczny dwór, wznie­siony w 1861 roku przez Hermana Guradze dokładnie w miejscu dawnej, średniowiecznej warowni. Słuchamy echa historii, która boleśnie obeszła się z tym miejscem: po wojnie wspaniały nie­gdyś pałac z neorenesansową wieżą został prze­jęty przez PGR, bezpowrotnie tracąc swój urok na rzecz socjalistycznej użyteczności. Ostatecz­ny i niszczycielski cios zadał mu jednak potęż­ny, tragiczny pożar z 2016 roku, który strawił resztki dachu i drewnianych stropów.
Stoimy przed tą wypaloną skorupą przeszło­ści, uderzeni literacką prawdą o ucieczce czasu – Tempus fugit. Te milczące, malownicze zgliszcza są dziś areną niesamowitego spekta­klu, w którym natura z absolutnym triumfem i krok po kroku wydziera cywilizacji to, co czło­wiek wzniósł i porzucił. Korzenie rozsadzają stare fundamenty, a bluszcz szczelnie oplata spalone cegły, chowając dawną ludzką dumę pod zielonym całunem zapomnienia. Wyciszamy się na moment, po czym zjeżdżamy z drugiej strony do centrum wsi.
I tak też się staje, choć droga ucieczki stawia przed nami kolejne wyzwania. Gdy tylko żegnamy się z naszą niezastąpioną przewodniczką, która wraca w bezpieczne progi Toszka, nasz kompas wskazuje Świbie, a my ruszamy w nieznane. Na odległym horyzoncie, niczym armia gotowa do bi­twy, natychmiast formują się kolejne, złowrogie chmury. W głębi duszy wciąż tli się w nas jednak romantyczna nadzieja wędrowców, że i tym razem kapryśne fatum oszczędzi nasz peleton. Ustawiamy na kompasach odpowiedni azymut i żwawo pedałujemy naprzód.
"Majowe" w GojuWtedy jednak los postanawia drastycznie zmienić bieg wydarzeń. Ktoś z peletonu rzuca znienac­ka, niczym prorok nieszczęścia: „Tutaj skręcamy w lewo!”. Patrzymy z głębokim niedowierzaniem – przed nami wyrasta wąska, surowa, polna ścieżka. Po co w ogóle chcesz tam jechać? „Do kapliczki w Goju!” – słyszymy w odpowiedzi. Tutaj? W tym dramatycznym mgnieniu oka? Tak, właśnie tutaj! Pomysłodawca naciska z tak potęż­ną, niemal mistyczną presją i determinacją, że cała nasza rajdowa wspólnota ostatecznie się poddaje i skręca w nieznane, ulegając głosowi in­tuicji.
I całe szczęście, bo owo zdarzenie okazuje się zbawiennym darem od losu! Już po chwili ląduje­my w przestrzeni uświęconej – obok urokliwej, przydrożnej kapliczki, ukrytej pod opiekuńczymi, zielonymi ramionami kilku prastarych drzew, ni­czym w naturalnym sanktuarium. Tuż obok wznosi się nasza zbawienna arka: zadaszona, drewniana przystań z wygodnymi ławeczkami. Przysiadamy na moment w tym zaciszu, a że w ka­lendarzu wciąż króluje maj, wznosimy serca ku górze i wspólnie intonujemy tradycyjną pieśń ma­ryjną. W tym czystym akcie wspólnoty rodzi się poetyckie piękno – melodia niesie się po polach, a my jednogłośnie uznajemy, że nasze dzisiejsze Nabożeństwo Majowe pod gołym niebem zostało oficjalnie i uroczyście zaliczone.
Jak się okazuje sekundę później – był to strzał w dziesiątkę i moment triumfu nad żywiołem, bo na zewnątrz rozpętuje się prawdziwe piekło rodem z apokaliptycznych opowieści. Ciężkie, ołowia­ne chmury, dotąd sunące leniwie, nagle gwałtow­nie uderzają i bez litości oblewają świat swoim rzęsistym płaczem. Od strony Świbia horyzont za­czynają rozświetlać potężne błyskawice, które ni­czym szalone, elektryczne sztylety rozrywają ca­łun nieba we wszystkie strony. Złowrogie, potężne grzmoty przetaczają się nad łąkami z siłą mitolo­gicznego gniewu bogów. Po minucie leje już na całego. To pierwszy prawdziwy, oczyszczający i niszczycielski deszcz podczas dzisiejszego rajdu – wszystko, z czym mierzyliśmy się do tej pory, było zaledwie niepozorną namiastką i igraszką na­tury.
Jak to dobrze, że nie pojechaliśmy na oślep przed siebie, tylko daliśmy się namówić na ten in­tuicyjny, ocalający skręt! Z bezpiecznego wnętrza naszej drewnianej przystani, niczym z teatru, patrzymy na to wspaniałe, groźne szaleństwo żywio­łów. Wyciągamy z głębi sakw ukryte zapasy: słodkie ciasteczka, pachnące termosy z gorącą kawą, czekolady, i w doskonałych humorach, celebrując triumf nad ulewą, zasiadamy ramię w ramię do poobiedniego deseru, słuchając potężnej symfonii deszczu bębniącego rytmicznie o nasz zbawczy dach. Towarzyszy nam nasz pluszowy Nienacek, który siedząc na środku stołu, zdaje się z dumą mrugać do nas okiem – misja schronienia zakończona pełnym sukcesem.
Wiatraki na tle burzowych chmurNawałnica trwa jakieś pół godziny, po czym ucieka gdzieś dalej, gnana wiatrem w stronę Gliwic, niczym pokonana armia. Przed naszymi oczami krystalizuje się wreszcie czy­ste, odrodzone niebo. Choć z liści wciąż jesz­cze kapią ocalone krople deszczu, podejmuje­my męską decyzję i odważnie ruszamy w tra­sę. Stąd do Wiśnicza rozpościera się eleganc­ki, asfaltowy dywanik, po którym mknie się gładko jak po mitycznym stole bogów. Za Wi­śniczem droga wiedzie ku Świbiu i tam, w ak­cie ostatniej złośliwości natury, znowu zaczy­na trochę mocniej kapać. Są to jednak ledwie konające podrygi niknącej na horyzoncie chmury, bo tuż za Świbiem błękit nieba staje się niezaprzeczalnym, triumfalnym faktem. Zza uciekających kłębów szarości znów wy­gląda ku nam słoneczko, niczym sprzyjające bóstwo, które celowo pragnie dodać nam animuszu na tych ostatnich, decydujących kilometrach naszej odysei.
Ostatnia prosta przed KielcząNasza niezawodna sekcja nawigacyjna gorączkowo główkuje, jak ominąć główną, bezduszną trasę, na której ze złowrogim szumem śmiga­ją rozpędzone auta. Wkrótce Janusz doznaje prawdziwego olśnienia, wyciągając z zaka­marków pamięci dawną mapę wspomnień: „Myśmy przecież tędy jeździli kiedyś na od­pust do sąsiedniej wsi! Wiem dokładnie, gdzie to było!”. Za boiskiem skręcamy więc ostro w lewo, wysuwając Janusza na samo czoło peletonu z żartobliwym, bojowym za­wołaniem: „Prowadź, ale jakby co, to krew i chwała spadną na ciebie!”. Droga, choć po­lna i surowa, pod naszymi kołami pachnie dziś prawdziwą autostradą przeznaczenia – dzięki niedawnej ulewie zupełnie się nie ku­rzy, jest świeżo obmyta przez naturę, a na­szym jedynym zadaniem jest zręczne i pełne gracji omijanie kałuż.
Słońce przyświeca coraz mocniej, rozpa­lając krajobraz, i już po chwili wjeżdżamy w monumentalną, baśniową wręcz krainę wiatraków. Je­śli ktoś nie widział ich z bliska, nie ma pojęcia, jak gigantyczne są to konstrukcje – niczym współ­cześni, nowocześni tytani strzegący śląskich pól. Na przekór Don Kichotowi, my nie zamierzamy z nimi walczyć; pod ostatnim z tych stalowych kolosów zatrzymujemy się na naszą finalną pauzę, by oddać im pokłon. Jest potężny. Niesamowicie wielki. Trzeba stanąć bezpośrednio u jego stóp, w cieniu obracających się skrzydeł, by w ogóle uświadomić sobie tę przytłaczającą ludzki rozum ska­lę. Gdy odwracamy głowy, cała farma wiatrowa malowniczo odcina się na tle ciemnego, burzowego nieba, które jeszcze przed chwilą waliło nam się na głowy, a teraz – w akcie czystego malarskiego impresjonizmu – jest spektakularnie podświetlone ognistym blaskiem popołudniowego słońca. To prawdziwe plenerowe cudo, wizualny poemat i raj dla naszych oczu.
W tym podniosłym momencie Renata wyciąga z głębi plecaka paczkę słodkich landrynek i z uśmiechem, niczym mityczną ambrozją, częstuje wszystkich. „Jak tyś to wszystko tak długo wiozła przez te wszystkie burze i po drodze sama nie zjadła?!” – niesie się po polach szczera, głośna salwa śmiechu, która ostatecznie przegania resztki dawnego znoju. Smakujemy te bezcenne chwile i słod­kie cukierki, po czym po raz ostatni w dniu dzisiejszym wskakujemy na siodełka. Przed nami jesz­cze tylko jeden, krótki „odcinek specjalny” po okolicznych polnych traktach, ale uskrzydleni bli­skością domu dajemy z siebie wszystko i wkrótce z triumfem wyjeżdżamy prosto w Kielczy.
Ekipa Nienacka w ToszkuStamtąd mijamy już tylko Żędowice i dokonując klasycznego toposu powrotu do korzeni, osta­tecznie meldujemy się na mecie pod naszą dobrze znaną, bezpieczną przystanią – pod Biedronką. Wracamy w pełnym, epickim blasku słońca, w wybornych humorach i z poczuciem absolutnego zwycięstwa nad własnymi słabościami i kaprysami aury. Byliśmy silniejsi niż żywioły i wracamy w pełni zadowoleni z ryzyka, które tak odważnie podjęliśmy dzisiejszego ranka. Pierwsi zwiadowcy i wierni towarzysze drogi zjednoczeni – Rajd Znienacka do Toszka przechodzi do historii jako abso­lutne arcydzieło wędrownego ducha!

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama