Znienacka u naszego biskupa
To miał być jeden ze zwykłych rajdów znienacka, ot, mieliśmy się zebrać, ruszyć w trasę, odwiedzić Kamień Śląski i wrócić z powrotem, jednak życie dopisało do niego taki scenariusz, jakiego nie powstydziłby się największy nawet optymista. Los postawił na naszej drodze samego arcybiskupa opolskiego, Alfonsa Nossola, który stał się centralną postacią naszego wyjazdu.
Biskupa Nossola wszyscy doskonale znają. Wyniesiony do godności biskupa w 1977 r. wielokrotnie odwiedzał Zawadzkie, uświetniając swoją obecnością wiele uroczystości. Szczególnie pamiętamy jego wizyty podczas budowy naszego kościoła w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. To on poświęcił plac budowy, to on poświęcił krzyż na placu budowy, to on poświęcił krzyż na terenie huty w 1996 r., erygował nową parafię w 1995 r., to on konsekrował nowy kościół w 1997 r. Mieszkańcy zawsze traktowali go jako „swojego” biskupa, który nie wstydził się swoich śląskich korzeni. Jego działalność nie ograniczała się jedynie do naszej parafii, wszak jako biskup opiekował się całą diecezją, a tutaj jego osiągnięcia są także imponujące. W 1983 r. w dużej mierze dzięki jego inicjatywie Górę Św. Anny odwiedził papież Jan Paweł II. W 1989 r. odprawił w Krzyżowej Mszę Pojednania pomiędzy narodami polskim i niemieckim, w trakcie której premier Tadeusz Mazowiecki i kanclerz Niemiec Helmut Kohl przekazali sobie znak pokoju. Był inicjatorem i umysłowym ojcem odbudowy zniszczonego pałacu w Kamieniu Śląskim, a samo sanktuarium uważane jest za jego ważne dzieło, które wciąż funkcjonuje jako duchowy i edukacyjny ośrodek.
Właśnie w Kamieniu dane nam było spotkać naszego wieloletniego duszpasterza, uścisnąć mu dłoń i zamienić parę słów.
Sam pomysł, by odwiedzić biskupa, zrodził się… znienacka, w trakcie jazdy. Ktoś rzucił hasło, „a może dałoby się odwiedzić biskupa?” Fajnie by było, możemy spróbować, jak będziemy na miejscu, spróbujemy go odnaleźć. Pewnie takich, jak my, którzy chcą się z nim spotkać, jest codziennie dziesiątki, nie będzie łatwo, ale cóż szkodzi dać szczęściu szansę. Może pamięta Zawadzkie jakoś szczególnie, może coś utkwiło mu w pamięci, może akurat… Choćby na chwilę, może uda się zrobić wspólne zdjęcie, może… i tu wpadliśmy na pomysł, że możemy mu podarować naszą PTTK-owską czapkę. I jak zwykle, znów nie zabraliśmy ze sobą żadnej „na wszelki wypadek”, wszystkie leżą w biurze i czekają na swoją okazję. Ale cóż tam, mamy własne, podarujemy mu jedną z naszych. Jeśli tylko nadarzy się okazja.
Jedziemy więc podnieceni wizją spotkania z biskupem, a im bliżej Kamienia, tym emocje rosną coraz bardziej. Przed Kamieniem zatrzymujemy się przy tabliczce z nazwą miejscowości, robimy kilka zdjęć, po czym wjeżdżamy do Kamienia. Przejeżdżamy obok parafialnego kościoła, mijamy sadzawkę i wjeżdżamy do pałacowego parku. Jesteśmy. To gdzie ten biskup mieszka? Gdzie go można spotkać? Piotrek mówi, że wie i prowadzi. Idziemy za nim, wprost do sanatorium, gdzie zatrzymujemy się przed wejściem. Pokazuje na okazałe skrzydło rezydencji – to tu, tutaj mieszka. Wchodzimy do recepcji sanatorium, wiadomo, to całkiem inna bajka, ale może pani będzie wiedziała, coś nam podpowie.
- Tak, biskup tu mieszka, czasami spaceruje, ale nie da się tak wprost do niego iść, poza tym ma już swoje lata, jest trochę zmęczony, a my nie jesteśmy pierwsi, którzy o niego pytają. Ale wiecie, co, czasami można go przypadkiem spotkać na korytarzu, jak idzie na obiad i jeśli będziecie mieli szczęście, to za jakiś kwadrans może przypadkiem będzie szedł do stołówki.
- Tak? A gdzie tak stołówka?
- O tam, za tamtym korytarzem. Nie mogę obiecać, ale „przypadkiem” możecie go tam spotkać.
Dziękujemy więc i idziemy we wskazanym kierunku. Korytarz jest jasny i szeroki, zza okien uśmiechają się kwiaty rosnące w przypałacowym ogrodzie, z boku zaprasza kapliczka, wzdłuż ścian ustawione ławki, na których można przysiąść, a woń obiadu już roznosi się w powietrzu.
Nie musimy czekać długo, ledwie kwadrans, gdy nagle na końcu korytarza wyłania się charakterystyczna postać – to on, nasz biskup we własnej osobie. W ręce laska, ale dziarsko zmierza naprzód w towarzystwie jednego z księży, wprost na nas i „przypadkiem” idzie na obiad. Patrzymy i własnym oczom nie wierzymy. Ten sam biskup, którego zazwyczaj oglądaliśmy w czerwonej todze na tle ambony lub ołtarza, zawsze gdzieś w oddali, tym razem jest kilka kroków obok nas, tym razem jak zwykły, normalny człowiek, którego jedynie koloratka zdradza księże atrybuty.
- Szczęść Boże, czy możemy przywitać się z naszym biskupem? – pytanie trafia jakby do prowadzącego go opiekuna, ale odpowiedź wraca od samego zainteresowanego – Oczywiście, a skąd jesteście? – pyta biskup. No więc odpowiadamy, że z Kolonowskiego, Zawadzkiego i Żędowic. Biskup wyraża szczere zainteresowanie i radość, że znów może z kimś porozmawiać. Z jego twarzy bije empatia. Cieszymy się niemal jak dzieci na widok dawno niewidzianej ciotki, a biskup wyciąga rękę na powitanie. Ksiądz opiekun sugeruje, zerkając na aparat fotograficzny zawieszony na szyi, że taką chwilę warto by udokumentować. Nawet nie zdążyliśmy poprosić o możliwość zrobienia zdjęcia.
– Ustawcie się, a ja wam zdjęcie zrobię – proponuje. Ustawiamy więc kompozycję do wspólnego zdjęcia i robimy kilka fotek. Przy okazji, zupełnie „przypadkiem”, znienacka nagrywa się także kawałek filmu, więc mamy ze spotkania z biskupem także kawałek sesji filmowej. Wspólne zdjęcie udaje się w końcu zrobić, teraz przekazujemy biskupowi naszą czapkę.
– Mamy dla księdza gyszynk i chcielibyśmy go księdzu podarować.
– O, jaki fajny – cieszy się biskup, ogląda i od razu wkłada na głowę. Nie czekamy ni chwili dłużej, tylko od razu cykamy kolejne zdjęcie, teraz uśmiechnięty biskup już się nie wymiga – mamy nowego członka naszego oddziału PTTK, jak przyjedziemy z powrotem, trzeba będzie mu wyrobić legitymację i zapisać jako członka honorowego.
Nasz przygoda z biskupem dobiega końca. Nie chcemy mu zabierać nadmiernie czasu, ale widać, że biskup zadowolony ze spotkania. Dziękujemy za poświęcenie uwagi i żegnamy się. Biskup rusza w dalszą drogę na obiad, a my zostajemy z przeżyciem, którego starczy nam do końca życia. Jeszcze podekscytowani, jeszcze pełni wrażeń, przeglądamy aparaty i telefony w przeszukiwaniu, co się nagrało. Wszystkie nasze dotychczasowe nienacki to będzie nic, jeśli te zdjęcia się udały. Gorączkowo więc przeglądamy zawartość, ale telefon jak na złość nie chce się połączyć z aparatem, trochę to zajmuje, a może tak bardzo jesteśmy pod wrażeniem, może trzeba trochę spokojniej, nie tak szybko, spokojniej, wolniej… Wreszcie się udaje, sprawdzamy, jest. Nagrało się. Mamy to. Wysyłamy szybko na grupę, żeby się pochwalić. Nasz dzisiejszy nienacek w tym momencie się udał. Choćby już nie wiem co miało się nam dziś jeszcze przydarzyć, nasze spotkanie znienacka z biskupem wszystko wynagrodzi.
I tak powoli chłonąc uświadamiamy sobie, że biskup nie bez powodu szedł na obiad, nam też przypomina się, że pora mocno obiadowa jest, w sam raz żeby coś zjeść. Znajdujemy tuż obok sanatoryjną restaurację, w której obsługuje miła pani godająco tak samo jak my, abo jeszcze barzyj. Zamawiamy u niej rolady i kotlety i raczymy się „biskupim” obiadem u św. Jacka.
Po obiedzie idziemy obejrzeć dzwony. Te mają dzwonić o drugiej po południu. Dzwonią tylko w soboty i niedziele. Mamy więc okazję posłuchać koncertu „Laudate Dominum”. Podchodzimy, chwilę czekamy, wreszcie zegar wybija drugą i… nic. Cisza. Na banie pizło dwie. Koniec. Okazuje się, że źle wyczytaliśmy, dzwony biją w soboty, ale nie o drugiej, tylko o trzeciej. Nic więc straconego. Poczekamy. Zwiedzamy park, wchodzimy do Kaplicy św. Jacka, podchodzimy pod Bramę Dzwonów. Dzwony są specjalnie dobrane, każdy z nich dzwoni w odpowiedniej tonacji, w efekcie czego ich wspólne bicie charakteryzuje się zgodną harmonią. Jest ich osiem, najlżejszy waży nieco ponad 200 kg, za to najcięższy prawie 3 tony. Ten duży dzwoni w tonacji A0 – to w muzyce podstawowy dźwięk.
Godzina czekania szybko mija. Tuż przed trzecią plac przed bramą zapełnia się ludźmi – nie tylko my jedni przybyliśmy tutaj, by posłuchać niebiańskiej melodii. Równo o trzeciej zegar odżywa ponownie, tym razem jednak po ogłoszeniu godziny dzwony budzą się do życia. Najpierw powoli, majestatycznie zaczynają się bujać, aż wreszcie ich serca dosięgają kielichów i wokół rozpływa się melodia. Laudate Dominum aż wisi w powietrzu, a koncert chwały trwa ponad pięć minut. Pięć minut, które wydają się być ledwie chwilą, krótką chwilą, dla której ludzie tu się gromadzą, a później opowiadają o niej innym, chwilą, którą zapamiętuje się na długo wśród innych, znikających w czeluściach czasu niemal natychmiast.
Po koncercie idziemy na loda. Po obiedzie się należy. Do loda kupujemy kawę, siadamy przy parkowym stoliku i delektujemy się nie tyle lodem, co chwilą, naszym nienackiem, naszą dzisiejszą przygodą. Pogoda nam dopisała. Od rana świeci słońce, deszcze, które jeszcze wczoraj przewijały się w prognozach, zupełnie zapomniały o swoim istnieniu, co prawda mamy jeszcze ponad 30 kilometrów do domu, ale teraz to jest nieistotne, dojedziemy, damy radę – teraz musimy z tego miejsca wchłonąć jak najwięcej, to jest esencja naszego rajdu.
Po kawie próbujemy jeszcze wejść do pałacu, miła pani stoi w drzwiach, ale czeka na zapowiedzianą grupę turystów, w soboty i niedziele trzeba się wcześniej umówić, więc jednak nie wejdziemy. Cóż, trzeba będzie przyjechać jeszcze raz. Obok pałacu oglądamy galerię ze starymi zdjęciami, które pokazują, jak pałac wyglądał przed remontem. Nadziwić się nie umiemy, że mógł być tak zniszczony. Tym bardziej doceniamy rolę biskupa Nossola, dzięki któremu pałac wrócił do czasów świetności i chluby.
Powoli czas zbierać się do domu. Nim jednak ruszymy, idziemy jeszcze na „rynek” okraszony sadzawką z fontanną. Miłe miejsce do odpoczynku i spaceru. Obok sadzawki znajduje się kościół parafialny św. Jacka, który też idziemy obejrzeć. Jest otwarty. Można wejść do środka. W oczy rzucają się niesamowicie misterne i piękne witraże. Kościół w środku jest szerszy niż dłuższy i to bardzo „szerszy”. Sześć rzędów ławek nie spotyka się w kościele często. W kościele tym w 1966 r. odbyły się ogólno-diecezjalne uroczystości Tysiąclecia Chrztu Polski, mszę celebrował Karol Wojtyła, późniejszy papież, a homilię wygłosił Prymas Tysiąclecia, Stefan Wyszyński.
Z kościoła jedziemy jeszcze obejrzeć lotnisko. Lotnisko jak lotnisko, ogromna, płaska łąka, tylko samolotów nie ma. Przy lotnisku mijamy pole golfowe i trafiamy na tor wyścigowy. Akurat dzisiaj ścigają się tam jakieś auta. Wdrapujemy się na skarpę przy płocie i wczuwamy w rolę kierowcy rajdowego. Nie da się tego opisać. Ryk silnika, pisk opon, spalenizma gumy i swąd spalonych opon to zjawisko samo w sobie – trzeba obejrzeć na żywo. Żaden obraz ani opis nie oddadzą jego istoty.
Obok toru rajdowego stoi helikopter. I nie żadna tam atrapa, ale prawdziwa, gotowa do lotu maszyna. Przynajmniej takie sprawia wrażenie. Robimy przy niej kilka zdjęć i teraz naprawdę trzeba już do domu. Przed nami ponad trzy godziny jazdy, a dzień chyli się ku wieczorowi. Jak nic, wrócimy po ciemku.
Z powrotem wracamy przez Izbicko. Chcieliśmy tutaj zajrzeć jeszcze do pałacu, ale niestety, nie zdążymy. Przyglądamy się jedynie przez płot monumentalnej budowli i wkrótce wyjeżdżamy na Utratę – to tutaj znajduje się ta słynna, nowa wieża widokowa. Jest i w rzeczy samej, na brzegu utrackich stawów. Zatrzymujemy się i wchodzimy na górę. Na stawie gromada łabędzi, a na jednej z wysepek ich ogromne siedlisko. Tyle łabędzi w jednym miejscu jeszcze nie widzieliśmy.
Dalej jedziemy na Krośnicę, potem na Kadłub. Przed Kadłubem zatrzymujemy się przy Choleraberg, miejscu upamiętniającym epidemię cholery z 1873 r., a potem już prosto na Spórok i Kolonowskie. Z Kolonowskiego do Zawadzkiego jedziemy już po ciemku, do Zawadzkiego dojeżdżamy przed dziewiątą. Wyprawa zajęła nam cały dzień, ale nikt nie narzeka. Wszyscy zadowoleni – udało się, byliśmy u biskupa. Naszego. Znienacka.
