Gąsiorowice - przygoda z muralami

Ireneusz Ludwig Utworzono .

Rajd Znienacka - GąsiorowiceW niedzielę dawno nie jeździliśmy na rowerze. Zazwyczaj na rowerowe trasy wyruszamy w so­boty, ale dziś postanowiliśmy wybrać się na krótszą trasę i zwiedzić pobliskie murale w Gąsiorowi­cach. No właśnie, one tam są, ale mało kto o nich wie, i jakoś tak powstał pomysł, oczywiście znie­nacka, żeby pojechać i obejrzeć co i jak. Tak urodziła się dzisiejsza trasa.
Zbieramy się, jak zwykle, pod Biedron­ką, niedzielnym popołudniem. O wpół do trzeciej ruszamy w trasę. Dziś jedziemy przez zamek w Kątach na Kowolowskie, gdzie dołącza do nas kolonowska część gru­py. Trasa wiedzie asfaltowym traktem na Amazonkę – wszyscy doskonale go znają, bo jest to najbardziej popularny rekreacyjny odcinek, z którego licznie korzystają oko­liczni mieszkańcy. W Kolonowskiem skrę­camy w drogę na Łaziska, nasza grupa po­większa się o dwie dusze i ruszamy w dal­szą drogę.


Tutaj asfaltu już nie ma, ale całe szczę­ście, że wysypane niedawno kamienie zdą­żyły się już mocno ubić i jechać na rowerze da się w miarę przyzwoicie. Droga, choć leśna, jest otwarta dla ruchu samochodowego, ale przy niedzielnym popołudniu nie trafiamy na ani jedno auto. Trafiamy za to na… rondo. W środku lasu. Na wysepce – też las. Taki sobie ewenement, którego nigdzie indziej chyba znaleźć się nie da. Objeżdżamy je więc i drałujemy dalej, na Łaziska. W Łaziskach wypadamy na Kozim Rynku, gdzie na chwilę się zatrzymujemy. Potem ruszamy w stronę Bokowego, malutkiej osady leżącej w zasadzie nie wiadomo gdzie, ani to Łaziska, ani Osiek, ani Gąsiorowice, ale mają skrzyżowanie i obok niego przydrożny krzyż. Mijamy go i zmierzamy już w stronę Gąsiorowic. Jedziemy przyjemną, asfaltową drogą, wokół rozciągają się fajne widoki, wnet wjeżdżamy do lasu i wnet wyjeżdżamy w Gąsiorowicach. Wita nas ogromny, przydrożny witacz i oczywiście, jak na Gąsiorowice przystało, gęś. I żeby to jedna. W całych Gąsiorowicach, okazuje się, jest mnóstwo gęsi. Większych, małych, malutkich i czasem też ogromnych. Są dosłownie wszędzie, trzeba uważać, żeby niektórych nie zadeptać.

Gąsiorowicki muralPrzystajemy przy witaczu, rozwijamy naszą flagę i uwieczniamy nasz pobyt w Gąsiorowicach. Tuż obok stare boisko, na którym dawno już chyba nie grano meczu, obok boiska budynek dawnej szkoły przerobiony obecnie na ośrodek gąsiorowickiej kultury. Właśnie trwają remontowe prace, jeszcze sprzęt porozkładany, widać, że to tylko niedzielna przerwa. Obok budynku nowo postawio­na wiata z ławkami i stołami, a na środku ogromne ognisko-grill – idealne miejsce do zakończenia jakiegoś nienacka. Takie niepozorne te Gąsiorowice, ale centrum kultury zrobili sobie, jak trzeba.
Kozi Rynek - ŁaziskaZ drogi dostrzegamy pierwszy z murali na ścianie pobliskiej szopy. Schodzimy z rowerów i idziemy obejrzeć. Że szopa, to trochę za mało powiedziane. To prawdziwa chałupa. Gąsiorowiczanie spisali się przy niej jak trzeba. Wokół obejście, jak w prawdziwej „gospodarce”, z tyłu małe muzeum starego sprzętu, a obok ogródek, jak u ołmy. Czego tu nie ma? Jest i pług, taki jednoskibowy, do ciągnięcia przez konia, jest sta­ra waga sklepowa, jest stara beczka i pełno innych „rupie­ci”, które tutaj nabierają wyjąt­kowej wartości. Za zagrodą stoi stara fura jak żywo wyciągnięta z Elementarza Falskiego. Żywy skansen, a my przenosimy się jakby czterdzieści, pięćdziesiąt lat do tyłu. Retrospekcja jest tak dosłowna, że młodsza część rajdu nie wie, na co patrzy. A ta „fura”… to co to właściwie jest? I do czego?
Mural niedaleko boiskaNa ścianie obraz babci i dziadka siedzących na ławeczce. W odświętnych strojach, może właśnie wrócili z kościoła. Albo się do niego wybierają. Obok tabliczka, z której można wyczytać, kto jest na muralu. Wszystkie murale w Gąsiorowicach malowane były na podstawie prawdziwych zdjęć, wszystkie przedstawiają rzeczywiste postacie, prawdziwych mieszkańców Gąsiorowic.
To jest furaRobimy zdjęcia, po czym oka­zuje się, że można wejść do środka. Niby zamknięte, ale nie do końca. A w środku… typowa śląska chata sprzed pół wieku. Stare sprzęty, stare wyposażenie, stare łóżko, stół, bifyj. Obok maszynka do krajania chleba. Wtedy wszystkie były takie same i były w każdym domu, więc nie trzeba jej nawet opisywać – wszyscy od razu mają przed oczami. Dokładnie taka tutaj stoi. Na ścianie zwieszone pokrywki, ale też te prawdziwe, z charakterystycznym tłoczeniem i uchwytem. Wystarczy rzut oka, by od razu poczuć się jak w chałpie u ołmy.
Chałpa jak u ołmyW kuchni na wejściu okrągły stół zastawiony porcelaną, na oknie odważnikowa waga z dwoma patrzącymi na siebie szalami, po drugiej stronie drewniane łóżko, na nachtiszu krucyfiks, świeczka i modlitewnik, na ścianie dwa święte obrazy Jezusa i Maryi – dokładnie te, o których myślicie – do dziś wiszą w nie jednym domu. Pomiędzy nimi krzyż, łóżko wyścielone, nic nie sprawia wrażenia, że to wszystko jest zaaranżowane – masz wrażenie, że za chwilę ktoś tu wejdzie, żeby zrobić kolację i położyć dzieci do łóżka. W izbie obok wystawa warsztatowych narzędzi i nie tylko. Uwagę przyciąga duża, drewniana wyżymaczka, na­przeciw niej poczciwy Łucz­nik, stare książki, księgi nawet, żywoty świętych, mocno nadgryzione zębem czasu jak żywo przenoszą w czasy Pokrywki jak u ołmydzieciństwa i starej, powojennej siermiężności. Niektóre przebijają się ze swoim przekazem za pomocą starych, „elektrycznych” liter staroniemieckiego gotyku. Czujesz się tutaj, jak o ołmy na starym strychu pełnym niesamowitych rzeczy, świadków tamtejszego świata, które nie wiadomo, jak się tam znalazły i skąd przyszły, ale kiedyś tak było, te nie wiadomo-co-z-nimi-zrobić artefakty często lądowały w starych skrzyniach, schowkach, kątach, potem przeskakiwały z miejsca na miejsce i na końcu tworzyły niepowtarzalną kolekcję, nieprzebraną skarbnicę wszystkiego. Kto nie miał okazji pobuszować w takiej dżungli, ten nie wie, z czym się jadło prostotę i tajemniczość odkrywania uroków wiejskiego świata, gdy miało się ledwie kilka wiosen na karku. I właśnie takim miejscem jest gąsiorowicka „chałpa u ołmy”. A najlepsze jest to, że mimo tak licznie zgromadzonych tutaj skarbów, miejsce to jest otwarte. Można wejść, obejrzeć, pomacać, i nikomu nie przychodzi do głowy, żeby coś ukraść, zabrać, zniszczyć. Zupełnie jak za dawniej, pierwej, gdy chałupę zamykało się tylko na noc, a w dzień była ciągle otwarta, nieważne, czy ktoś był czy nie. Nawet to tutaj jest odtworzone. Dla wielu dziś nie do powtórzenia, wystarczy popatrzeć na pozamykane dokoła na wszystkie spusty ko­ścioły.
Największy gąsiorowicki muralNo dobra, trochę się zasiedzieliśmy, a przecież musimy szukać pozostałych murali. Ruszamy więc w dalszą drogę i wkrótce lądujemy na przystanku PKS-u. Przystanek też wymalowany, ale tro­chę w innym stylu i nie mamy pewności, czy też go zaliczyć do muralowej kolekcji, czy nie. Na­przeciw wiaty, pasą się, jakby inaczej – gęsi. Zaglądamy do map i zastanawiamy, gdzie kolejne mu­rale. Znajdujemy jeden niedaleko, w stronę Piotrówki, tuż za stawem, ale jaki ogromny. Wymalo­wany na bocznej ścianie chałupy przedstawia kolejną gąsiorowicką parę, też elegancko ubraną. Ro­bimy pod nią zdjęcia, ale wychodzimy na nim jak mrówki, tak duży jest.
Dzień z życia zwykłego chłopaTeraz zawracamy na gąsiorowicki rynek, na którym królują, a jakże, kolejne gęsi. Te są wyjątkowo dumne, w końcu przypadło im w udziale spacerować po najważniejszym placu w Gąsiorowicach. Gdy zabieramy się do dalszej trasy, odnajdujemy ukryty nieco z boku kolejny mural, tym razem namalowany na drewnianej bramie (czy nie powinien to być bramal?). Na nim kolejna para z archiwalnego zdjęcia, tym razem ołma i ołpa, ale też, jakby szli na wesele albo do kościoła przynajmniej. W ogóle, ze wszystkich murali przebija elegancja, kunszt, czystość i schludność. Wynika to pewnie z tego, że kiedyś, jak się robiło zdjęcie, to było to święto, trzeba się było ubrać, umyć, wyporządzić, potem jeszcze iść do fotografa, a nie było tak, że każdy miał aparat w telefonie. Była to sztuka dla wtajemniczonych, nie każdy się na niej znał i w całej wsi fotograf był tylko jeden. Albo i w kilku wsiach. Więc jak się już do niego szło, to trzeba było wyglądać. Bo chwila nieuwagi i skaza została uwieczniona na zdjęciu i potem szła z fotografią przez całą resztę życia, a nawet pozostawała długo po tym, jak ludzie na niej utrwaleni odeszli już do wieczności. Tych postaci z murali też już nie ma. Ale ich świat pozostał do dziś i uśmiecha się do nas ze ścian gąsiorowickich chałup.

Idziemy do kościoła?Kolejny mural znajdujemy na placu, głęboko za domem, ledwo go z drogi widać. Zaglądamy przez płot, a robi wrażenie. Na jednym, bo są aż dwa, młody mężczyzna trzyma za uzdę dwa konie. Też w białej koszuli, wygląda, jakby zaprzęgał je do niedzielnej bryczki, aby podjechać do kościoła. Konie też jakby wyczuwały, że dziś nie będzie ciężkiej roboty – zaledwie przejażdżka. Obok na drugim biało czarna para koni ciągnie za sobą furę wyładowaną po brzegi sianem. Gospodarz sprawdza, czy wszystko jest w porządku, a na sianie u góry pewnie jego żona i dziecko czekają, aż fura ruszy – trzeba siano zwieźć do stodoły, a potem jeszcze rozładować.
Po placu leniwie chodzi pies, dostrzega nas, podchodzi, a za nim pokazuje się gospodyni poruszona naszym zainteresowaniem. „Oglądamy murale”, mówimy. „To proszę, możecie wejść” – pada propozycja. Wchodzimy więc, podchodzimy pod stodołę i podziwiamy to dzieło sztuki z bliska.
Wesoła grupa Znienacka w drodze do JemielnicyDalej idzie jak z górki. Murale pojawiają się co kilka chałup, przy każdym przystajemy i oglądamy. Ktoś skrupulatnie je liczy, miało ich być czternaście, ale przy dziesiątym traci­my rachubę i odpuszcza­my. W ten sposób dojeż­dżamy do końca Gąsiorowic i wjeżdżamy w las. Przed nami Jemielnica, wkrótce i ukazuje się za zakrętem. Wyjeżdżamy wprost na Żabkę, chwilę tu przystajemy, a część rajdowej ekipy decyduje się na loda. Po krótkim postoju wsiadamy na rowery, przejeżdżamy obok Straży Pożarnej, wyjeżdżamy przy jemielnickim kościele (oczywiście zamknięty!) i jedziemy na Barut. W Barucie zatrzymujemy się na chwilę na skrzyżowaniu, po czym ruszamy do Żędowic. Droga jest malowniczo piękna, w lesie, wśród drzew, wije się nieskończoną ilością zakrętów, dzięki którym trasa się nie dłuży; dzień powoli chyli się ku zachodowi, a my po którymś z zakrętów wyjeżdżamy na łąkę, zza której uśmiecha się do nas wieża żędowickiego kościoła (też zamknięty). Zatrzymujemy się u Brondera, gdzie robimy dłuższą przerwę.
Gąsiorowickie gęsiCzęść ekipy żegna się i wraca do domów, grupa z Kolonowskiego też udaje się w powrotną dro­gę (oni mają najdalej), a pozostali przysiadają na ławeczce, wszak do Zawadzkiego daleko już nie ma. Wkrótce jednak i ta grupa rusza i zmierza na ostatni kawałek rajdu, który wiedzie żędowickimi, a później zawadczańskimi łąkami. Wyjeżdżamy na Siedlungach i zatrzymujemy się „Na Rogu” (skrzyżowanie Opolskiej z K. Miarki). Żegnamy się u rozjeżdżamy do domów. To już koniec nasze­go rajdu.

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama