W krainie łysych gór

Ireneusz Ludwig Utworzono .

Wycieczka krajoznawcza - Góry ŚwiętkorzyskieŁysica wcale nie jest najwyższym szczytem Gór Świętokrzyskich, choć przez lata tak uważała większość z nas. I dopiero szlakowa praktyka pod znakiem PTTK, połączona z uważnym krokiem stawianym na wiekowych gołoborzach, pozwala dostrzec ukrytą w cieniu jodeł i skradającą koronę o zaledwie kilkadziesiąt centymetrów prawowitą królową tego pasma – Skałę Agaty.

Panorama Chęcin - Kazimierz JagiellończykTa geograficzna detektywistyczna zagadka intryguje każdego, kto zaczyna podejście z poziomu leśnego parkingu. Ruszając w górę, trudno uwierzyć, że powojenne, pośpieszne mapy wojskowe na całe dekady wprowadziły w błąd pokolenia turystów. Przez lata w szkolnych podręcznikach niezmiennie podawano wysokość 612 m n.p.m., wskazując jako szczyt charakterystyczny zachodni wierzchołek z drewnianym krzyżem z 1930 roku. Dziś nowoczesna technika i precyzyjne pomiary geodetów bezlitośnie weryfikują stare schematy.
Droga na dach tego prastarego pasma wiedzie przez grzbiet o dwóch obliczach. Okazuje się, że zachodni punkt z krzyżem mierzy obecnie 613,31 m n.p.m., podczas gdy oddalona o 700 metrów, wschodnia Skała Agaty wznosi się na 613,96 m n.p.m. Ta skromna różnica zaledwie 65 centymetrów wystarczyła, by zdetronizować dotychczasową królową. Wędrując czerwonym Głównym Szlakiem Świętokrzyskim, mija się te owiane legendami rumowiska skalne i unikalne gołoborza, mając świadomość, że oficjalna ścieżka jedynie okrąża prawdziwy, najwyższy punkt ukryty w gęstwinie chronionej Puszczy Jodłowej.
PTTK Zawadzkie pod zamkiem w ChęcinachNim jednak dojdziemy do tej „nowej” prawdy, czeka nas podróż do hotelu Jodłowy Dwór. Wyjeżdżamy z Zawadzkiego wczesnym rankiem, przemierzamy północne połacie Wyżyny Śląskiej, przecinamy Jurę Krakowsko-Częstochowską i wpadamy w krainę scyzoryków. Sprawnie połykamy kolejne kilometry i ciekawym okiem chłoniemy coraz to nowe krajobrazy. Dawna Kielecczyzna, ta słynna Polska „B”, jest dziś zupełnie nie do poznania. Skok cywilizacyjny, jaki przeszła w ostatnim dziesięcioleciu, jest nie do przecenienia. Drewniane chaty i słomiane strzechy odeszły w zupełne zapomnienie, a jeśli nawet jeszcze gdzieniegdzie się trafiają, stanowią jedynie wyrazisty kontrast na tle nowoczesnych, estetycznych zabudowań. Szerokie, gładkie drogi zamieniają podróż w czystą przyjemność, zupełnie niepodobną do dawnej, przypominającej mordęgę włóczęgi od wsi do wsi wąskimi i dziurawymi traktami.
Zabytkowa armata przed wejściem na zamekW takiej atmosferze wkraczamy w nowe krajobrazy. Z ciekawością wypatrujemy oznak pierwszych wzniesień, a nie jest to łatwe, bo Góry Świętokrzyskie, do których zmierzamy, do gigantów nie należą. Ba, niejedno pasemko górskie z południa Polski bije je na głowę. Wreszcie jednak zza przedniej szyby autobusu wyłania się coś, co z leksza za góry można by uznać. I fakt faktem, przed nami wyrasta malownicze Pasmo Chęcińskie. Choć nie jest to jeszcze nasz ostateczny, właściwy cel, widok charakterystycznej Góry Zamkowej daje wyraźny znak, że wielkimi krokami zbliżamy się do serca tej świętokrzyskiej krainy.

Zamek Chęciny

Zamek ChęcinyNasz kierowca skręca z ekspresówki w boczną drogę i po kilku kilometrach zatrzymujemy się na parkingu pod ruinami starego zamku. Dziś pozostały z niego trzy charakterystyczne wieże, z daleka przypominające kominy hutnicze. Te kamienne kolosy to milczący świadkowie potęgi, której korzenie sięgają przełomu XIII i XIV wieku. Choć współczesny podróżny widzi w nich malowniczą ruinę, w czasach Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego był to jeden z najpotężniejszych i najbardziej niedostępnych zamków w całej Polsce. Przez ponad 250 lat warownia uchodziła za niemożliwą do zdobycia, dlatego deponowano tu skarbiec koronny, a po bitwie pod Grunwaldem przetrzymywano najznamienitszych jeńców krzyżackich. Co ciekawe, dawniej wież było cztery, a z ich szczytu – przy dobrej pogodzie – można dostrzec nawet zarysy Tatr. Krążą też legendy, że o zmierzchu na murach wciąż pojawia się mglista postać królowej Bony, która szuka tu swoich utraconych, słynnych skarbów.
Zamkowe krużgankiWysiadamy z autobusu, szykujemy ekwipunek i ruszamy pod górę. Droga nie jest długa, ale swoje trzeba oddeptać. Tuż przed bramą spotykamy lokalnego przewodnika, który oferuje oprowadzenie naszej grupy po zamkowych zakamarkach za jedyne dwieście zeta. Przystajemy na chwilę, jednak po krótkiej naradzie postanawiamy zwiedzić warownię na własną rękę. I choć spędziliśmy na zamku ponad godzinę, to przez cały ten czas nie ujrzeliśmy go w roli gospodarza oprowadzającego wycieczkę – ze swoją wygórowaną ceną najwyraźniej nie znalazł tego dnia żadnych chętnych na swoje usługi.
Do wejścia po wschodniej stronie prowadzi stroma ścieżka zwieńczona schodami, aż wreszcie dobijamy do potężnego, zamkowego muru. Z bliska surowy kamień robi ogromne wrażenie. Przekraczając próg warowni, momentalnie przenosimy się w czasie. Zamkowy dziedziniec aż kipi historią. Tuż za kasą biletową lądujemy w sercu autentycznego, średniowiecznego grodu i od razu możemy poczuć się jak jego dawni mieszkańcy.
Próba połączenia starego z nowymWarownia podzielona jest na dwie wyraźne części: pierwsza z nich to rozległy dziedziniec Zamku Dolnego, druga zaś pełniła niegdyś rolę zamku właściwego – choć i z niego ostały się dziś jedynie malownicze resztki murów. Na początek wdrapujemy się na pierwszą z wież. Widok z jej szczytu jest po prostu doskonały; z tej perspektywy widać absolutnie wszystko, a horyzont wydaje się nie mieć końca. Schodząc na dół, wkraczamy w chłód lochów, gdzie do dziś swoją karę „odbywa” jeden z dawnych nieszczęśników, który miał pecha podpaść wyżej postawionym od siebie. To co prawda tylko plastikowa imitacja, ale w mrocznych podziemiach wieży wciąż potrafi napędzić stracha.
Gdy wracamy na dziedziniec, naszą uwagę przykuwa zadaszona wiata, pod którą wystawiono repliki dawnych zbroi i oręża. Tutaj każdy może na własnej skórze poczuć się jak średniowieczny rycerz czy słowiański woj. Ciężkie metalowe kolczugi, lśniące hełmy, miecze i tarcze tylko czekają na śmiałków. Szybko wskakujemy w te starodawne pancerze, a dzieci na specjalnie przygotowanym podeście próbują nawet swoich sił w bezpiecznych, pozorowanych bojach. Tuż obok, na drewnianej ławeczce, odpoczywa uśmiechnięty kościotrup – można usiąść tuż przy nim, a w przypływie humoru nawet zamienić kilka słów. Parę kroków dalej ustawiono dostojny, królewski tron, dzięki czemu można zasmakować najwyższych godności i choć przez krótką chwilę poczuć się prawdziwym władcą tej kamiennej domeny.
Można porozmawiać z duchamiNapasłszy się do pełna królewskimi godnościami, przechodzimy do dalszej części zamku. Na sam początek trafiamy na dawne, drewniane dyby. I nie wiedzieć czemu, ale chwilę później ląduje w nich jeden z naszych uczestników, zręcznie zakleszczony przez pozostałych towarzyszy wycieczki. Nie do końca łapiemy, w czym i komu tak nagle podpadł, ale ubaw jest co niemiara. Sam nieszczęśnik też nie zdaje się specjalnie przejmować swoim surowym losem i z szerokim uśmiechem pozuje do pamiątkowego zdjęcia. Wkrótce jego los podzielają kolejni śmiałkowie – z pewnością będzie co pokazywać znajomym po powrocie.
Fotel czarownicNieco dalej natrafiamy na „Fotel czarownicy” i ten widok dobitnie przypomina nam, że wkraczamy w Góry Świętokrzyskie – bo gdzież jak nie tutaj szukać legendarnych, sabatowych czarownic? Konstrukcja, podobnie jak wcześniejsze dyby, kusi niemiłosiernie. Jako że podejrzanych adeptek magii w naszej grupie mamy pod dostatkiem, wnet zaczynają się radosne testy. Kolejne domniemane wiedźmy z uśmiechem zasiadają na fotelu i pozwalają się zakuć, chętnie pozując do pamiątkowych zdjęć. Zabawa jest po prostu przednia!
Kolejny punkt programu to następna, najwyższa wieża zamkowa. Wiodą do niej ciasne, kręte schody, które po kilku chwilach wspinaczki wyprowadzają nas na taras widokowy na samym szczycie. A widok? Cóż tu dużo opowiadać… zapiera dech w piersiach i wart jest każdego stopnia wspinaczki, ukazując panoramę aż po odległy horyzont. Sielankę psują jedynie fruwające w niesamowitej ilości skrzydlate mrówki, które akurat urządziły sobie tam swój coroczny, podniebny taniec. Pretensji mieć jednak nie można – na dole, tuż przy wejściu, jak byk wisiała oficjalna tabliczka ostrzegawcza.

Synagoga

Rynek w Chęcinach - Władysław ŁokietekW takiej to miłej atmosferze kończymy zwiedzanie zamku w Chęcinach. Teraz schodzimy na chęciński rynek, podziwiając przy okazji malowniczą panoramę Chęcin. Tuż obok rynku, przy ulicy Długiej, znajduje się stara synagoga żydowska. Choć budynek od dawna nie pełni już swoich pierwotnych funkcji sakralnych, niedawno odzyskał dawny blask i został urządzony jako nowoczesne i multimedialne Centrum Pamięci Kultury Żydowskiej.
Ta wzniesiona w 1638 roku bożnica – wybudowana dzięki przywilejowi króla Władysława IV Wazy – przez wieki stanowiła serce tutejszej społeczności. Dziś w jej pięknie odrestaurowanych wnętrzach, na dwóch kondygnacjach, można oglądać bogatą kolekcję judaików związanych z dawnymi obrzędami, posłuchać opowieści o wielokulturowej historii miasta, a nawet zobaczyć trójwymiarowy hologram. To niezwykle klimatyczne miejsce, które w oparciu o nowoczesną edukację buduje most między dawnymi dziejami a współczesnością.
W żydowskiej synagodzeDziś mamy wyjątkowe szczęście, bo w tym samym czasie do synagogi przybywa gość szczególny – prawdziwy Żyd i to aż z samej Ameryki. Pracownicy muzeum, wyraźnie przejęci i podnieceni tą wizytą, co rusz zerkają w stronę nietypowego przybysza. Nic w tym dziwnego, skoro rolę przewodnika po wystawie wziął na siebie sam burmistrz Chęcin. Atmosfera wyjątkowości udziela się wszystkim do tego stopnia, że w pewnym momencie włodarz miasta na chwilę zostawia swojego gościa i podchodzi bezpośrednio do nas. Z niezwykłą klasą i uśmiechem wyjaśnia powód tego nietypowego zamieszania, a przy okazji serdecznie nas przeprasza za drobne niedogodności. Dzięki tej niezwykłej zbieżności losu zyskujemy podwójnie: nie dość, że otarliśmy się o wielki świat dalekiego przybysza, to mieliśmy okazję osobiście poznać aktualnego „króla” Chęcin.

Niemczówka

Niemczówka - sala zbrojowaNastępne kroki kierujemy ku zabytkowej kamienicy Niemczówka. To jedna z najstarszych i bez wątpienia najcenniejsza renesansowa kamienica mieszczańska w mieście, której historia sięga 1570 roku. Wybudowana przez Walentego Wrześnię i jego żonę Annę z rodu Niemczów, do dziś zachwyca unikalnym układem architektonicznym, dawną sienią przejazdową oraz klimatycznym dziedzińcem. Przekraczając jej próg przy ulicy Małogoskiej 7, dosłownie stąpamy po oryginalnym, wiekowym bruku. Wchodzimy do reprezentacyjnej Sali Wielkiej, gdzie wzrok przykuwają renesansowe filary z piaskowca oraz potężna belka stropowa z 1634 roku, pamiątka po rozbudowie dokonanej przez dawnego burmistrza, Walentego Soboniewskiego. Chłodne, sklepione kolebkowo piwnice skrywają dziś podziemne tajemnice, a w dawnych izbach urządzono fantastyczną zbrojownię oraz Muzealną Izbę Pana Wołodyjowskiego. To właśnie w okolicach Chęcin kręcono kultowe sceny do ekranizacji powieści Sienkiewicza, więc obecność małego Małego Rycerza w tych murach wydaje się zupełnie naturalna.
Niemczówka - dziedziniecPani przewodnik z przejęciem oprowadza nas po kolejnych ekspozycjach i wtajemnicza w średniowieczne tajemnice oraz dawne obyczaje mieszczan. W zabytkowych, chłodnych piwnicach podziwiamy unikalną wystawę, która przenosi nas prosto na plan filmowy. To tutaj bije serce pamięci o ekranizacji „Pana Wołodyjowskiego” – filmowej superprodukcji, do której zdjęcia powstawały właśnie w plenerach Chęcin. Wśród oryginalnych rekwizytów i strojów czuć ducha wielkich aktorów dawnego pokolenia, którzy ponad pół wieku temu zjechali w te strony, by tchnąć życie w postacie Sienkiewicza. Pani przewodnik z uśmiechem wspomina też o niezwykle popularnej, cyklicznej imprezie „Zwiedzanie z Panem Wołodyjowskim po zmroku”. Wtedy te podziemia opanowują współcześni aktorzy i rekonstruktorzy, a turyści z pochodniami w dłoniach mogą na własne oczy zobaczyć pojedynki na szable i spotkać błąkające się po kątach historyczne postacie.
Władysław ŁokietekWychodząc z zabytkowej kamienicy, mamy głowy pękające w szwach od nadmiaru historycznych faktów. W tym natłoku wrażeń nieco blednie nawet sam Władysław Łokietek – postać, którą w Chęcinach upodobano sobie szczególnie, i która doczekała się tu monumentalnego pomnika z brązu.
Chęciny - rynekTen król jest uważany za faktycznego twórcę potęgi Chęcin. To on na przełomie XIII i XIV wieku zainicjował budowę tutejszego zamku jako kluczowej warowni obronnej i bazy wypadowej w walce o zjednoczenie ziem polskich. Król doskonale rozumiał też potencjał ukrytych w tutejszych ziemiach kruszców – srebra, miedzi i ołowiu – dając impuls do rozwoju lokalnego górnictwa. Co ważniejsze, miasto zapisało się złotymi zgłoskami w dziejach całego kraju, gdy w 1331 roku Łokietek zwołał tu wielki zjazd rycerstwa i możnowładców. Wydarzenie to historycy uznają za absolutny początek polskiego parlamentaryzmu i pierwszy w naszych dziejach sejm. Nic dziwnego, że postać monarchy wpisała się na stałe w tożsamość miasta, przypominając o czasach, gdy w tych stronach wykuwała się potęga Królestwa Polskiego.
A my, my powoli zmierzamy na parking, gdzie czeka nas nasz szosowy potwór, który teraz zabierze nas do Oblęgorka – niepozornej miejscowości niedaleko Kielc, gdzie swego czasu mieszkał i tworzył sam Henryk Sienkiewicz.

Oblęgorek

Oblęgorek - pałac SienkiewiczaTo niezwykłe miejsce kryje w sobie unikalną historię, ponieważ tutejszy eklektyczny pałacyk wraz z majątkiem ziemskim pisarz otrzymał w 1900 roku w darze od całego narodu polskiego. Był to wyjątkowy prezent z okazji 25-lecia jego pracy artystycznej, ufundowany ze składek społeczeństwa ze wszystkich trzech zaborów. Choć noblista traktował Pałacyk w Oblęgorku głównie jako swoją letnią rezydencję, to właśnie w tych ścianach, w otoczeniu przepięknego parku i wiekowej alei lipowej, pisał swoje kolejne wielkie dzieła, na czele z powieścią „W pustyni i w puszczy”. Dziś w nienaruszonych wnętrzach mieści się klimatyczne muzeum, które pozwala poczuć się tak, jakby gospodarz przed chwilą odłożył pióro i wyszedł na krótki spacer.
OblęgorekPodwoje pałacyku otwierają nam panie z muzeum, po czym z pasją oprowadzają nas po jego wnętrzach. Kolejne pomieszczenia odkrywają coraz to nowe tajemnice i szczegóły z życia naszego pierwszego literackiego noblisty. Biurko, przy którym pisał „W pustyni i w puszczy”, wydaje się dopiero co gościć mistrza słowa – odnosi się wrażenie, że pisarz odszedł tylko na chwilę i lada moment wróci do swej twórczej pracy. Wydawałoby się, nic prostszego: wystarczy usiąść, złapać za pióro i… pisać. Tak niewiele trzeba, by sięgnąć po Nobla. Dopiero tutaj, stając oko w oko z historią na wyciągnięcie ręki, zaczynamy się głębiej zastanawiać, gdzie właściwie przebiega granica między powszedniością a wybitnością. W tych murach wydaje się ona niezwykle cienka, wręcz niewidzialna, a jednak tylko nielicznym udaje się ją kiedykolwiek przekroczyć.
Przed rezydencją SienkiewiczaKolejne eksponaty coraz mocniej wprowadzają nas w prywatny świat pisarza. Największe wrażenie sprawia chyba jego ogromny portret zawieszony na jednej ze ścian, z którego Sienkiewicz dostojnie spogląda na nas, siedząc w fotelu. Ten majestatyczny format potęguje fakt, że sam noblista nie był wszak postawnym mężczyzną. To właśnie z tego powodu jeden z jego najwaleczniejszych i najbardziej niezłomnych bohaterów, Michał Wołodyjowski, był tak skromnego wzrostu. Tworząc postać Małego Rycerza, Sienkiewicz chciał w pewien sposób odczarować własne fizyczne ograniczenia i udowodnić, że wielkość człowieka mierzy się siłą ducha i charakteru, a nie centymetrami.
Kawiarnia BistroPrzygodę z Sienkiewiczem kończymy w pobliskiej kawiarni Sienkiewiczówka Bistro, którą z sukcesem prowadzą prawnukowie pisarza. Do dziś zresztą w tej malowniczej okolicy żyją jego bezpośredni potomkowie, co stanowi kolejny, namacalny przykład tego, jak ułudna bywa surowa, oderwana od rzeczywistości niedostępność szkolnych nauk. Te wszystkie podręcznikowe prawdy, niegdyś tak odległe i pomnikowe, dopiero przyłapane na „gorącym dotyku” historii zaczynają nagle przemawiać do nas prostym, ludzkim i niezwykle życiowym językiem.
Nasyceni tą niezwykłą, poetycko-prozatorską aurą, czujemy się przyjemnie wewnętrznie ubogaceni. Przez tę jedną krótką chwilę bez mrugnięcia okiem moglibyśmy zaliczyć się do grona literackich erudytów i inteligenckiej śmietanki. W takim właśnie podniosłym usposobieniu niespiesznie przemierzamy długą, zabytkową aleję lipową prowadzącą od pałacyku i zmierzamy z powrotem do naszego autobusu. Dzień spożytkowaliśmy po prostu wyśmienicie. Nachodziliśmy się, podszlifowaliśmy wiedzę, więc teraz nie pozostaje nam już nic innego, jak tylko obrać kurs na Hutę Szklaną i obiecany na samym wstępie Jodłowy Dwór. Kierowca sprawnie wbija w nawigację odpowiednie współrzędne, po czym nasz szosowy potwór rusza prosto do celu.
Portret Sienkiewicza w jego rezydencjiEkipa, znieczulona trudami długiego i pełnego wrażeń dnia, z wielką ulgą wita zieloną tablicę z nazwą docelowej miejscowości. Chwilę później wszyscy lądujemy pod progiem gościnnego hotelu, gdzie czeka na nas upragniony posiłek. I całe szczęście, bo pora zrobiła się już mocno – a nawet bardzo mocno – obiadowa, granicząca niemal z porą kolacyjną. Bez zbędnej zwłoki zasiadamy więc przy stołach i z wielkim zapałem czyścimy rozstawione przed nami głębokie talerze z tradycyjną, świętokrzyską zalewajką oraz klasycznym schabowym. W zasadzie w tamtym momencie zjedlibyśmy z apetytem cokolwiek, co podano by nam do stołu, ale serwowane jadło było obiektywnie wyśmienite. W ten sposób, z pełnymi brzuchami i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, dotarliśmy do celu. A o samej Łysicy, która – jak już wiemy – wcale nie jest najwyższa, przyjdzie nam przekonać się na własne oczy dopiero jutro.

Łysa Góra

Na Łysej GórzeNo i wreszcie zaczyna się prawdziwie górska część wyprawy! W końcu to wycieczka w góry, a wczorajszy dzień upłynął nam przecież głównie pod znakiem muzeów, zamków i pałacowych wnętrz. Dziś ruszamy na podbój drugiego co do wysokości, ale bez wątpienia najbardziej legendarnego szczytu tego pasma. Na Łysą Górę prowadzi wygodny, asfaltowy szlak skryty w gęstwinie prastarego lasu. Wyruszamy zaraz po śniadaniu, bo dzisiejszy plan jest równie napięty jak ten wczorajszy. W nocy za oknami gwizdało jak w przysłowiowym kieleckiem, a i poranek wita nas nieco niepewną, kapryśną pogodą – ale nic to, plecaki spakowane, ruszamy przed siebie.
Bazylika św. TrójcyJuż po niespełna pół godzinie marszu meldujemy się na wierzchołku Łysej Góry. Oficjalne 594 metry nad poziomem morza, pamiątkowa tabliczka, szybka seria obowiązkowych zdjęć i… czas na pierwsze spotkanie z czarownicami! To przecież tutaj, według dawnych podań, te legendarne adeptki czarnej magii spotykają się na swoich słynnych, corocznych sabatach. Z ciekawością przyglądamy się tutejszemu gołoborzu, które dawne wierzenia wskazywały jako idealne miejsce na ich nocne zloty – dziś zresztą cały ten rejon jest wyraźnie oznaczony platformą widokową, aby żaden turysta nie miał wątpliwości, gdzie wykuwały się świętokrzyskie legendy. Tego ranka kamienne rumowisko jest jednak zupełnie puste. Najwyraźniej to jeszcze nie ten dzień i nie ta faza księżyca.
Wnętrza bazylikiRobimy więc parę kroków dalej i naszym oczom ukazuje się monumentalne serce tego szczytu: dawne zabudowania klasztorne oraz przepiękna Bazylika mniejsza pw. Trójcy Świętej. To właśnie od tego historycznego sanktuarium i przechowywanych w nim relikwii Drzewa Krzyża Świętego całe tutejsze pasmo oraz całe województwo zaczerpnęły swoją dumną nazwę. Przylegające do świątyni Muzeum Przyrodnicze Świętokrzyskiego Parku Narodowego zastajemy w głębokim, niemal permanentnym remoncie. Budynek, jakby tradycji stało się zadość, szczelnie spowija robotniczy brezent – okazuje się bowiem, że stara ekspozycja jest właśnie całkowicie likwidowana i przenoszona w doliny. Jednak tuż obok rusztowań, w pełnej okazałości i bez żadnych architektonicznych zasłon, wyrasta przed nami fasada samej bazyliki. Surowa, kamienna i dostojna, natychmiast zaprasza do przekroczenia swoich progów.
ZakrystiaKierownictwo wycieczki daje nam tutaj czas na indywidualne zwiedzanie i momentalnie ruszamy do boju. Nasza wycieczkowa grupa w mgnieniu oka rozpierzcha się po klasztornym dziedzińcu. Uzbrojeni w aparat i ciekawość świata, wszyscy próbują na żywo przetestować zdobyte zaledwie wczoraj szlify klasy inteligenckiej i z impetem wcielić je w życie wśród tych wiekowych, uświęconych murów.
Relikwie Krzyża św.Na pierwszy ogień idzie kościół. Jego skromny, nietypowy wystrój mocno kontrastuje z barokowym, ociekającym złotem szablonem, do którego przyzwyczaiła nas większość tradycyjnych katolickich świątyń. Jasne, niemal białe ściany i minimalistyczne, surowe zdobienia jako żywo przypominają estetykę kościołów ewangelickich. Ta architektoniczna powściągliwość nie jest jednak dziełem przypadku. Wnętrze świątyni zyskało swój obecny kształt pod koniec XVIII wieku, po katastrofalnym pożarze, który strawił dawny, przebogaty wystrój. Odbudowano je w duchu surowego klasycyzmu, stawiając na harmonię, prostotę i grę światła zamiast krzykliwych ornamentów. Dodatkowo, dramatyczne losy tego miejsca – w tym okres, gdy carskie władze urządziły w murach klasztoru ciężkie więzienie o rygorystycznym reżimie – odarły te ściany z zewnętrznych blichtrów. Dzięki temu dzisiejszy wędrowiec wkracza w przestrzeń niezwykle wyciszoną, gdzie zamiast przepychu wzrok przykuwa monumentalna przestrzeń i emanujący z ołtarza spokój.
Krużganki bazylikiTuż obok nawy głównej znajduje się zabytkowa zakrystia. To ogromne, wykończone w ciemnym drewnie pomieszczenie stanowi niesamowity przykład intrygującej atmosfery, jaka potrafi panować na niewidocznym dla mas sakralnym zapleczu. Imponujące, wiekowe szafy i potężny, drewniany stół ustawiony na samym środku, otoczony krzesłami, nadają temu miejscu niezwykle specyficznego, wręcz magnetycznego klimatu. Całość sprawia wrażenie przestrzeni przeznaczonej do najważniejszych, rodzinnych dyskusji i strategicznych narad w domowym zaciszu, a nie jedynie surowej, pośpiesznej przebieralni dla duchownych. W tych ścianach czas jakby na chwilę zwolnił, pozwalając dotknąć żywej, codziennej historii klasztornego życia.
Wystawa misyjna OblatówNieco dalej wkraczamy do zabytkowej Kaplicy Oleśnickich, gdzie przechowywane są legendarne Relikwie Drzewa Krzyża Świętego. To właśnie tutaj, w bocznej, misternie zdobionej przestrzeni, a nie w nawie głównej, kryje się najcenniejszy skarb tego szczytu. W kaplicy miejscowy zakonnik, misjonarz Oblat, akurat z przejęciem przybliża burzliwe dzieje tego miejsca zgromadzonej grupie turystów. Bez wahania korzystamy z nadarzającej się okazji, wtapiamy się w tłum i z uwagą przysłuchujemy się kolejnej fascynującej lekcji historii.
Gdy tylko oficjalna grupa się rozchodzi, postanawiamy „złapać” zakonnika na osobności. Wykorzystując idealny moment, z uśmiechem przekazujemy mu serdeczne pozdrowienia od naszego prezesa i wręczamy pamiątkowy, pttk-owski znaczek.
Kto jak kto, ale bystre oko gospodarza miejsca od razu wyłapuje na metalowym krążku pewną rażącą „niestosowność”.
Kaplica Oleśnickich– No jak to? – kręci z rozbawieniem głową ksiądz. – Macie na tym znaczku dosłownie wszystko, z czarownicą na miotle włącznie, a naszej bazyliki zabrakło?!
Reagujemy błyskawicznie, tłumacząc z rozbrajającą szczerością, że malowanie czarownicy latającej bezczelnie wokół świętego krzyża mogłoby wyglądać nieco niezręcznie. Dodajemy jednak, że prezes mocno nas uczulał, byśmy po dotarciu na szczyt koniecznie zajrzeli w te święte mury.
Słysząc to, Oblat uśmiecha się szeroko, puszcza do nas oko i rzuca na odchodne:
– A, skoro tak, to w takim razie nic nie mówcie prezesowi!
Krypta Jeremiego WiśniowieckiegoKolejne kroki kierujemy ku wystawie misyjnej Misjonarzy Oblatów. Zgromadzono tu niezwykle bogatą kolekcję unikalnych rekwizytów przywiezionych z zagranicznych placówek misyjnych rozproszonych po najdalszych zakątkach globu. Przekraczając próg sal ekspozycyjnych, z miejsca wyruszamy w fascynującą podróż dookoła świata. Przeglądamy intrygujące przedmioty kultu z Afryki i Azji, w tym niesamowite, misterne rzeźby z hebanu, tradycyjne nakrycia głowy z odległego Lesotho czy kunsztowną srebrną biżuterię. Z niemym podziwem zatrzymujemy się przy gablotach prezentujących eksponaty z dalekiej, mroźnej Północnej Kanady, wśród których pyszni się absolutny unikat – cała Biblia przetłumaczona na język eskimoski. Egzotyki całemu miejscu dodają naturalne pamiątki fauny, takie jak potężny ząb hipopotama czy pasy wykonane z prawdziwych skór węży boa i pytona. Wszystkie te artefakty, zebrane przez lata trudu na misjach, uświadamiają nam, jak ogromny i różnorodny jest świat, do którego bram zapukaliśmy w tym leśnym ustroniu.
Muzeum Przyrodnicze na Łysej GórzeMagię tego mistycznego miejsca ostatecznie puentujemy w chłodnych, spowitych półmrokiem podziemiach. To właśnie tam znajduje się słynna krypta grobowa, w której w szklanej trumnie spoczywa doskonale zmumifikowane ciało, tradycyjnie przypisywane legendarnemu księciu Jeremiemu Wiśniowieckiemu.
Ten potężny magnat i postrach Kozaków, uwieczniony przez Henryka Sienkiewicza na kartach „Ogniem i mieczem”, trafił na Łysą Górę po nagłej śmierci w 1651 roku. Co ciekawe, wokół samej mumii narosła pasjonująca zagadka detektywistyczna. Choć zakonnicy niezmiennie traktują ją jako szczątki kniazia Jaremy, to specjalistyczne badania lekarsko-sądowe przeprowadzone w 1980 roku przez profesora Jana Widackiego wykazały, że wiek i budowa anatomiczna zmarłego nie do końca pokrywają się z biografią wodza. Historia i tradycja okazują się jednak silniejsze od suchych ekspertyz. Aby podtrzymać sienkiewiczowską legendę, ciało ubrano w bogaty, rekonstruowany strój z epoki – tradycyjny żupan, pas kontuszowy i czapę, a wewnątrz krypty umieszczono husarskie kopie i rodowy kartusz herbowy. Stając oko w oko z tą tajemniczą postacią, czujemy na plecach prawdziwy, dający gęsią skórkę powiew dawnych, burzliwych wieków Rzeczypospolitej.

Łysica

Łysa Góra to dla wprawionych „górali” zaledwie preludium do tego, co ma się wydarzyć za chwilę. Wszak dla prawdziwego smakosza górskich wędrówek tym właściwym celem, swoistym świętym Graalem, jest zawsze ten absolutnie najwyższy szczyt – najwyżej położony kamień i najwyżej ułożona przez naturę skała. Mniejsze wzniesienia są oczywiście ważne i mają swój niezaprzeczalny urok, ale to właśnie ta ostateczna, ukryta na samym końcu korona pasma magnetyzuje najbardziej, rzucając wyzwanie szlakowej determinacji.
PTTK Zawadzkie - ŁysicaWracamy więc do bazy w Jodłowym Dworze, gdzie sprawnie wskakujemy do naszego busa. Ten za moment wywozi nas do Świętej Katarzyny – miejscowości położonej po przeciwnej stronie pasma, skąd zamierzamy uderzyć na najwyższy szczyt tutejszych gór. Kierowca wysadza naszą grupę tuż przy wejściu na szlak turystyczny i odjeżdża szukać wolnego miejsca postojowego, o co w ciasnej Świętej Katarzynie wcale łatwo nie jest. My jednak tuż po opuszczeniu pojazdu momentalnie zapominamy o parkingowych dylematach. W głowach i przed oczami mamy już tylko jedno – upragniony wierzchołek i kolejny, wyczekiwany klejnot do naszej Korony Gór Polski.
Podejście okazuje się już znacznie bardziej wymagające niż poranny spacer na Łysą Górę. Tutaj gładki asfalt błyskawicznie ustępuje miejsca prawdziwemu, leśnemu i klasycznie górskiemu szlakowi. Na samym początku trasy zatrzymuje nas tablica uroczyście oznajmiająca, że właśnie wkraczamy na teren ściśle chronionego Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Tuż za nią bierzemy głęboki oddech i rozpoczynamy właściwą wspinaczkę.
Radość ze zdobycia prawie najwyższego szczytuStrome podejście szybko weryfikuje siły – nasza zwarta dotąd grupa błyskawicznie się rozdrabnia i każdy zaczyna maszerować swoim własnym, optymalnym tempem. Mijamy kolejne przydrożne tabliczki edukacyjne oraz skromne kapliczki, co rusz przystając na kamiennych schodach, by złapać upragniony oddech. Wszystkie te fizyczne trudy z nawiązką wynagradza nam otoczenie; ramiona wędrowców otula legendarna, gęsta i pachnąca żywicą Puszcza Jodłowa, która od wieków króluje na tych zboczach. Nie mija nawet godzina tej leśnej próby charakteru, gdy spomiędzy jodeł wyłania się charakterystyczne, surowe rumowisko skalne. Tuż nad krawędzią tego malowniczego gołoborza dumnie wyrasta zwieńczony drewnianym krzyżem wierzchołek oraz oficjalna tabliczka z napisem: Łysica. Jest! Udało się, zdobyta! Kolejny szczyt do naszej wspólnej Korony Gór Polski ląduje w kieszeni.
I wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, a pieczątki w książeczkach mogłyby schnąć w spokoju, gdyby nie jeden drobny, geograficzny fakt. Otóż okazuje się, że ta zdobyta przed chwilą Łysica z drewnianym krzyżem wcale nie jest najwyższym szczytem Gór Świętokrzyskich! Przez całe pokolenia tak właśnie uważano, karmiąc nas podręcznikową wiedzą o wysokości 612 m n.p.m. Jednak najnowsze, niezwykle precyzyjne pomiary topograficzne przy użyciu skanowania laserowego bezlitośnie obaliły ten mit.
Wykazały one, że wierzchołek zachodni wznosi się na 613,31 m n.p.m., podczas gdy oddalona o kilkaset metrów na wschód, ukryta w gęstwinie Puszczy Jodłowej Skała Agaty (zwana też Zamczyskiem) mierzy dokładnie 613,96 m n.p.m. Ta skromna, ale jakże kluczowa różnica zaledwie 65 centymetrów oficjalnie zdetronizowała dotychczasową królową. Łysica jako cały masyw pozostaje wprawdzie w Koronie Gór Polski, ale w nas budzi się duch prawdziwych odkrywców. Z pewną dozą niedosytu postanawiamy zmierzyć się z jej „prawdziwym” szczytem. Być tak blisko celu i odpuścić najwyższy punkt, to jak pojechać do Rzymu i nie zobaczyć papieża!
Grupa Zawadzkie na ŁysicyNa wierzchołku z krzyżem robimy więc krótką przerwę na oddech i pamiątkowe kadry, po czym nasza ekipa rozdziela się na dwie grupy. Pierwsza, usatysfakcjonowana dotychczasowym sukcesem, schodzi powoli w stronę Świętej Katarzyny, by po jej krótkim zwiedzeniu udać się autobusem prosto do Huty Szklanej. Druga, głodna geograficznej prawdy, rusza zdobyć faktyczny dach Gór Świętokrzyskich.
Idziemy dziarskim krokiem, w doskonałych humorach i w pełni pewni siebie. Skoro wdrapaliśmy się już na ponad 613 metrów, to te dodatkowe 65 centymetrów nie może nas przecież zatrzymać – żadna góra nas dzisiaj nie zaskoczy! I rzeczywiście, natura okazuje się dla nas wyjątkowo łaskawa. Szlak w tę stronę jest niezwykle łagodny. Znikają uciążliwe, ostre kamienie, a leśna ścieżka uroczo wije się wśród szumiących jodeł, przypominając raczej kojący, popołudniowy spacer niż mozolną, górską wspinaczkę.
Skała Agaty - to tu jest najwyższy szczyt Gór ŚwiętokrzyskichI w rzeczy samej – kilkanaście minut później wyrasta przed nami kolejna tabliczka z napisem „Skała Agaty” i dumnie wybitą wysokością: 614 metrów. Jest wyżej! To tutaj bije prawdziwe, geograficzne serce tych gór. Co prawda sam skalny ostaniec kryje się nieco obok szlaku i z racji przepisów o ochronie przyrody nie da się do niego bezpośrednio podejść, ale z tej perspektywy widać go jak na dłoni. Gdyby nie fakt, że znajdujemy się na chronionym terenie parku narodowego, na pewno każdy z nas postawiłby na nim swoją stopę. Skoro jednak natura stawia tu wyraźną granicę, wyciągamy przed siebie dłonie i z daleka, symbolicznym gestem, obrysowujemy w powietrzu jej surowy zarys. W myślach rzucamy tylko ciche: „czuj się zdobyta!”. Misja dobiegła końca, a prawda została odkryta.
Przerwa w karczmieW książeczce GOT ląduje kolejna, z dumą zdobyta pieczątka i po chwili satysfakcji ruszamy dalej. Teraz nasz kierunek jest już absolutnie pewny – idziemy w dół. Schodząc miarowym rytmem, mijamy malowniczą Przełęcz św. Mikołaja z jej charakterystyczną, drewnianą kapliczką patrona wędrowców. Wkrótce potem opuszczamy zwartą ścianę Puszczy Jodłowej i wychodzimy na rozległą polanę położoną tuż poniżej linii lasu. To właśnie tutaj, na skraju Kakonina, wyrasta przed nami gościnny próg lokalnej karczmy. Bez sekundy wahania postanawiamy zarządzić tam dłuższy postój – czas najwyższy, by przy regionalnym posiłku i kubku gorącej herbaty ostatecznie podreperować zmęczone ciało i zrównać jego stan z niezwykle podniosłym dziś duchem.
KielceTeraz pozostaje nam już tylko nieco monotonna wędrówka szlakiem wiodącym wzdłuż zielonej linii lasu, prosto w stronę naszego świętokrzyskiego obozowiska. Droga pod koniec dnia naturalnie zaczyna się nieco dłużyć, a nogi robią się ciężkie, jednak ukrytych sił niezmiennie dodają nam przeżyte przed chwilą sukcesy i duma ze zdobycia najwyższych punktów pasma. Ani się obejrzeliśmy, a zza drzew wyłoniły się zabudowania naszego hotelu.
Okazuje się, że pierwsza grupa również zdążyła już bezpiecznie zjechać z trasy i zameldować się w bazie. Dokładnie tak samo jak poprzedniego wieczoru, całą wyprawową paczką zasiadamy do wspólnego, zasłużonego obiadu. Po całym dniu spędzonym na rześkim, górskim powietrzu jedzenie smakuje po prostu nieziemsko. Z pełnymi brzuchami, uśmiechem na twarzach i głębokim poczuciem dobrze spełnionego, turystycznego obowiązku udajemy się w końcu do swoich pokojów. Kładąc się do łóżek, powoli zapadamy w sen, z niecierpliwością oczekując kolejnych emocji, jakie przyniesie nam nadchodzący dzień.

Kielce

Pałac Biskupów KrakowskichOstatni dzień naszej wyprawy poświęcamy na Kielce. Stolica tej malowniczej krainy kryje w sobie wiele architektonicznych i historycznych sekretów, a my chcemy choć kilka z nich obejrzeć na własne oczy. Po pożywnym śniadaniu sprawnie wsiadamy do autobusu i pozwalamy się zawieźć prosto na Wzgórze Katedralne, pod mury dumnej bazyliki katedralnej oraz położonego tuż obok niej, wspaniałego Dawnego Pałacu Biskupów Krakowskich. Nasz niezawodny kierowca tak sprawnie lawiruje swoją potężną maszyną po kieleckich uliczkach, że podwozi naszą grupę na samo miejsce, oszczędzając nam porannego marszu pod górę.
Malowidła ścienne w Pałacu BiskupówWspółczesne Kielce wyglądają… zupełnie nie jak Kielce z dawnych opowieści. Przez długie lata ta kraina niesłusznie kojarzyła się z biedą i gospodarczym zacofaniem, ale dziś te stereotypy to już absolutna przeszłość. Obecnie stolica regionu wraz z całym swoim zapleczem stanowi tętniące życiem, nowoczesne centrum cywilizacyjne, które rozwija się w niezwykle prężnym tempie. Dawne zaległości i strukturalne zaniedbania nadgoniono tu w perfekcyjnym, wręcz pokazowym stylu. Dziś Kielce mogą służyć jako doskonały przykład czystego, schludnego i po prostu pięknego miasta, które z dumą i bez żadnych kompleksów patrzy w przyszłość.

PTTK Zawadzkie - Pałac Biskupów KrakowskichMy też z podziwem spoglądamy na spoczywającą obok bazylikę – właśnie nad naszymi głowami uroczyście biją dzwony wzywające mieszkańców na niedzielną mszę. Tymczasem my, mijając katedralny plac, wchodzimy do wnętrz Muzeum Narodowego, by na własne oczy obejrzeć słynny Dawny Pałac Biskupów Krakowskich. Ta wzniesiona w latach 1637–1644 z inicjatywy biskupa Jakuba Zadzika rezydencja to absolutna perła architektury w skali całego kraju. Jest to jedyny w Polsce tak doskonale i w pełni zachowany pałac z epoki Wazów, który bez szwanku przetrwał potop szwedzki oraz pożogi kolejnych wojen. Przekraczając jego próg, wkraczamy w świat XVII-wiecznego przepychu.
Największe wrażenie robią tu oryginalne, unikalne stropy ramowe z warsztatu słynnego Tommaso Dolabellego, które przedstawiają sceny historyczne i sądowe z czasów panowania króla Władysława IV. Pałacowe wnętrza czarują dawnymi marmurami, kurdybanami na ścianach oraz wspaniałą Galerią Malarstwa Polskiego i Europejskiego Rzemiosła Artystycznego, czyniąc z kieleckiego zamku miejsce absolutnie wyjątkowe na mapie naszych narodowych zabytków.
Katedra w KielcachOgromne wrażenie robią zawieszone na ścianach mistrzowskie tapiserie – te monumentalne, tkane z niezwykłym kunsztem gobeliny przedstawiają epickie sceny z historii starożytnej oraz motywy biblijne, a bogactwem detali zapierają dech w piersiach. Kunsztem nie ustępują im sufitowe malowidła zachowane w perfekcyjnym stanie. W pamięć najmocniej wżerają się jednak wszechobecne w niemal wszystkich salach stare, belkowe stropy. Te bogato rzeźbione i złocone stropy ramowe, w większości całkowicie oryginalne, pamiętają jeszcze czasy pierwszych gospodarzy i sprawiają, że nad głowami współczesnych wędrowców unosi się prawdziwy, namacalny duch minionych wieków.
Po wyjściu z muzeum czeka na nas już przewodnik. Pan Zenek będzie nas przez cztery godziny oprowadzał po Kielcach i pokaże nam tyle, ile tylko się da. Zaczynamy jednak od obowiązkowego zdjęcia grupowego. Z jednej strony monumentalna katedra, z drugiej dostojne muzeum – po prostu musimy mieć stąd wyjątkową pamiątkę. Po sprawnym załatwieniu formalności uroczyście wkraczamy w progi świątyni. I dopiero w środku rozumiemy, dlaczego to miejsce jest punktem obowiązkowym każdej wyprawy. Katedra jest po prostu przepiękna.
Ołtarz główny katedry w KielcachUrządzona w stylu bogatogłowego, dojrzałego baroku, oszałamia feerią barw i złoceń. Choć jej najstarsze, niewidoczne już dziś mury pamiętają jeszcze skromną epokę romańską i rok 1171, obecne wnętrze to prawdziwy triumf barokowego przepychu i gry światła. Każdy centymetr sklepień i ścian pokrywa unikalna, niezwykle żywa polichromia wykonana na przełomie XIX i XX wieku przez wybitnych malarzy krakowskich, która nadaje przestrzeni niemal mistycznego wymiaru.
Pan Zenek wprowadza nas w klimaty katedryNiesamowity przepych ostro kontrastuje ze skromnym, surowym wyposażeniem Bazyliki na Świętym Krzyżu, a przede wszystkim – potężnie przytłacza zmysły. Gdzieś w tym barokowym, ociekającym złotem żywiole z pewnością skryta jest prawdziwa iskra ducha tego miejsca, ale momentami trudno nam ją dostrzec, a i jej samej niełatwo przebić się do współczesnego wędrowca przez natłok zdobień. Tak czy inaczej, podziwiamy tę przestrzeń z nieskrywanym zachwytem. Szczegóły i detale tak gęsto zdobią całe wnętrze świątyni, że nie sposób zauważyć ich wszystkich przy jednej wizycie. Można przyglądać się tym ścianom godzinami, a i tak czasu nie wystarczy – podejrzewam zresztą, że nawet rodowici tubylcy podczas niedzielnych nabożeństw co rusz odnajdują w swojej rodzimej świątyni coraz to nowe architektoniczne detale.
Mogiła Bartosza GłowackiegoZe świątyni wychodzimy na pobliski, kamienny plac, który od schyłku XII wieku aż do przełomu XVIII i XIX stulecia pełnił rolę gwarnego cmentarza parafialnego. Po burzliwych dziejach, pożarach i carskich dekretach nakazujących bezwzględne przenoszenie nekropolii poza granice miast, z tysięcy dawnych pochówków ostał się tutaj tylko jeden, niezwykle skromny grób. Spoczywa w nim postać legendarna – sam Wojciech Bartosz Głowacki, najsłynniejszy kosynier i niezłomny bohater insurekcji kościuszkowskiej spod Racławic. Ciężko ranny w bitwie pod Szczekocinami, zmarł właśnie tutaj, w kieleckim szpitalu polowym w 1794 roku. Podczas gdy ząb czasu i wielka przebudowa placu zatarły ślady po dawnych mieszkańcach, ta jedna kamienna płyta, ozdobiona rytem skrzyżowanych kos oraz powstańczym krzyżem, ocalała jako narodowa relikwia, dobitnie przypominając o cenie naszej wolności.
Ulica Henryka Sienkiewicza w KielcachKolejne kroki kierujemy ku zielonemu skwerowi im. Stefana Żeromskiego, skąd spoza koron drzew bez trudu dostrzegamy dostojne, zabytkowe mury dawnego gmachu szkolnego. Nasza pamięć nie bez powodu kojarzy to miejsce z nazwiskiem Marii Skłodowskiej-Curie – choć sama noblistka uczyła się w Warszawie, to właśnie w Kielcach bije źródło jej rodzinnej historii.
Mit założycielski Kielc - dzik "Kiełek"Słynny, widoczny ze skweru budynek to dawne Męskie Gimnazjum Rządowe, w którym jako wybitny profesor nauk ścisłych wykładał dziadek uczonej, Józef Skłodowski. To również w Kielcach, w październiku 1832 roku, przyszedł na świat jej ojciec, Władysław Skłodowski, który miłość do fizyki i matematyki wyssał z tutejszych szkolnych murów.W późniejszych latach ta sama elitarna szkoła zapisała się jako kuźnia najwybitniejszych polskich literatów. W czasach restrykcyjnej rusyfikacji szkolne ławy wycierali tu tytani naszych lektur: nastoletni Stefan Żeromski, baczny obserwator ludzkich losów Bolesław Prus, a po latach także niezłomny Gustaw Herling-Grudziński. Stojąc u progu tego niezwykłego budynku, w którym dziś mieści się muzeum poświęcone autorowi „Syzyfowych prac”, niemal fizycznie czujemy, że patrzymy na miejsce, gdzie rodził się fundament współczesnej polskiej nauki i kultury.
I zaczynamy mieć nieodparte wrażenie, że Kielce i okolice są prawdziwym fundamentem polskiej literatury i nauki na najwyższym, światowym poziomie. Ta głęboka refleksja towarzyszy nam na każdym kroku tej podróży. Sienkiewicz w Oblęgorku, Żeromski, Prus i Herling-Grudziński w kieleckim gimnazjum, a do tego naukowe korzenie rodu Skłodowskich – cała ta niezwykła mozaika nazwisk uświadamia nam, że świętokrzyska ziemia przez pokolenia karmiła umysły tych, którzy zmieniali bieg naszej historii, kultury i nauki. Człowiek zaczyna zupełnie inaczej patrzeć na te z pozoru skromne i ciche okolice, gdy odkryje, jak potężny ładunek geniuszu wykuwał się w cieniu tutejszych jodeł i kamiennych murów.
Źródełko BirutySpod katedralnych murów pan Zenek prowadzi nas prosto na ulicę Henryka Sienkiewicza – reprezentacyjny, tętniący życiem kielecki deptak. Zanim jednak na dobre zanurzymy się w tę handlową arterię miasta, po drodze zatrzymujemy się na klimatycznym Placu Artystów, by z bliska przyjrzeć się tutejszemu… potężnemu dzikowi.
Historia dzika "Kiełek" wyryta na kamiennych tablicachTen ważący ponad cztery tony zwierz z piaskowca to nikt inny jak legendarny „Kiełek” – oficjalny strażnik tożsamości miasta. Rzeźba upamiętnia najsłynniejszą legendę założycielską, według której książę Mieszko, syn Bolesława Śmiałego, zgubił się w tutejszych puszczach i po cudownym ocaleniu przez św. Wojciecha odnalazł na polanie potężne kły dzika – dając tym samym początek nazwie rzeki Silnicy oraz samym Kielcom. Otoczony kręgiem brązowych płaskorzeźb Kiełek tak bardzo urzeka naszą wycieczkę, że natychmiast zarządzamy krótką przerwę, by położyć dłoń na jego kamiennym grzbiecie i uwiecznić to spotkanie kolejną serią pamiątkowych fotografii, a przy okazji zakosztować lodów z pobliskiej lodziarni.
Aleja Sław w KielcachZasmakowawszy pysznych kieleckich lodów, kierujemy swoje kroki ku pomnikowi Tadeusza Kościuszki oraz pamiątkowej tablicy, które przypominają o czasach, gdy po bitwie pod Szczekocinami stacjonował tu sam Naczelnik wraz ze swoim powstańczym sztabem. Stamtąd ruszamy prosto ku urokliwemu Źródełku Biruty – kieleckiemu „źródełku miłości”, u stóp którego kamienna rzeźba „Przysięga miłości” niezmiennie przyciąga zakochanych. To magiczne miejsce, żywcem wyjęte z kart Syzyfowych Prac Żeromskiego, stanowi idealny wstęp do dalszego spaceru. Zaraz potem z ożywieniem przemierzamy Kielecką Aleję Sław na Skwerze Szarych Szeregów, gdzie na granitowych postumentach uwieczniono ponad czterdzieści wybitnych postaci ze świata kultury i sztuki. W naszych sercach najmocniej rezonuje popiersie Wiesława Gołasa – wspaniałego, rodowitego kielczanina, którego wszyscy doskonale pamiętamy jako niezapomnianego Tomasza Czereśniaka z kultowego serialu Czterej Pancerni i Pies.
Zaraz obok wkraczamy w alejki zabytkowego Parku Miejskiego im. Stanisława Staszica, zatrzymując się tuż przy potężnym popiersiu Stefana Żeromskiego. To właśnie w tym miejscu pan Zenek sypie z rękawa kapitalną, lokalną anegdotą. Podobno w Kielcach, gdy chcesz kogoś szczerze pochwalić za nieprzeciętną wiedzę, bystry umysł i mądrość, rzuca się z uśmiechem: „Oho, ty to masz łeb jak Żeromski w parku!”. Spoglądając na te monumentalne, rzeźbione kształty, musimy przyznać, że ta kielecka mądrość ludowa ma w sobie sporo wizualnej prawdy.
Kielce - KadzielniaA teraz czas na chyba największą niespodziankę całej dzisiejszej trasy. Pan Zenek prowadzi nas zaledwie kilka kroków dalej i w ułamku sekundy z samego centrum tętniącego życiem miasta wojewódzkiego lądujemy w sercu prawdziwie górskiej, surowej krainy dawnych kamieniołomów. Krajobraz na Kadzielni staje się tak nieprawdopodobny, że do pełni szczęścia brakuje tu chyba tylko spacerującego między skałami Freda Flintstone’a. Choć patrząc na otaczające nas monumentalne ściany wapienne, do samego końca nie jesteśmy stuprocentowo pewni, czy ten sympatyczny jaskiniowiec faktycznie nie skrywa się w którejś z tutejszych głębokich pieczar. W mgnieniu oka, bez ostrzeżenia, przechodzimy ze świata nowoczesnej cywilizacji w samo sedno pradawnej głuszy i dzikiej, monumentalnej natury.
Punkt widokowy na KadzielniKadzielnia, bo o niej mowa, to pozostałość po byłych, potężnych kamieniołomach, w których od 1770 roku aż do lat 60. XX wieku na masową skalę wydobywano i wypalano tutejszy wapień. Gdy w 1962 roku ostatecznie wygaszono przemysłowe piece, surowe wyrobisko przekształcono w unikalny, ścisły rezerwat przyrody nieożywionej. To prawdziwy geologiczny raj i duma Kielc. Górująca nad terenem Skałka Geologów (295 m n.p.m.) skrywa w swoich wapiennych ścianach osady dawnego, tropikalnego morza sprzed ponad 350 milionów lat. Szczęściarze mogą tu odnaleźć skamieniałości prehistorycznych koralowców, a nawet pancerze wymarłych ryb. Ponadto Kadzielnia to jedno z największych skupisk jaskiń w regionie – naliczono ich tu aż 25, z czego najdłuższe połączono w niezwykłą, 140-metrową Podziemną Trasę Turystyczną. Dziś to księżycowe wyrobisko, w które wtopiono nowoczesny, monumentalny amfiteatr, idealnie łączy surowość prehistorii z rekreacyjnym pulsem współczesnego miasta.
Kieleckie "Westerplatte"Wchodzimy w tę niesamowitą krainę, podczas gdy pan Zenek z pasją opowiada o jej burzliwej historii i skrytych głęboko w ziemi tajemnicach. Słuchając o prehistorycznych osadach, nam – jako ekipie z Opolszczyzny – od razu przypomina się rodzimy Krasiejów ze swoimi słynnymi dinozaurami. Wszak u siebie też mamy podobne, paleontologiczne cuda, z tą jednak drobną różnicą, że u nas wstęp kosztuje okrągłą stówę, a tutaj, w kieleckim sercu natury, wszystkie te widoki dostaje się zupełnie za darmo. Nagle nad naszymi głowami zaczynają głośno brzęczeć stalowe liny. To tutejsza tyrolka – kolejna podniebna atrakcja tego miejsca, która, jak widać, cieszy się ogromnym wzięciem, bo co rusz ktoś z głośnym szumem mknie nad przepaścią. Po chwili zresztą pojawia się sam instruktor i opiekun tych linkowych emocji, który z uśmiechem opowiada nam, z czym to się je i jak wygląda walka ze strachem na wysokościach.
PTTK Zawadzkie - Kielce - KadzielniaIdąc dalej, podchodzimy pod imponujący, wkomponowany wprost w surowe skalne ściany amfiteatr. I w tym momencie pan Zenek pozwala sobie na odważną uwagę: z dumą obwieszcza, że swego czasu obiekt ten stanowił poważną, ogólnopolską konkurencję dla legendarnego festiwalu piosenki w Opolu. Na te słowa, jako wierni kibice opolskiej sceny, momentalnie tracimy odrobinę sympatii do naszego przewodnika. Na szczęście tylko na krótką chwilę, bo pan Zenek błyskawicznie, z rozbrajającym uśmiechem dodaje: „No, ale ostatecznie się nie udało”. Kamień spada nam z serca, a lokalna duma zostaje uratowana.
W taki sposób, niespiesznie i w świetnych humorach, dochodzimy do najwyższego punktu widokowego, nad którym potężnie góruje surowy, kamienny obelisk. Pan Zenek staje przed nami, krzyżuje ręce na piersiach i z tajemniczym uśmiechem pyta:
– No, moi drodzy, a z czym kojarzy Wam się ta konstrukcja? Co ona przypomina?
Wszyscy mrużymy oczy, intensywnie lustrując monumentalne, ciosane bloki skalne. Konstrukcja przypomina coś jako żywo, ta charakterystyczna, potężna sylwetka z miejsca wywołuje w głowach historyczny impuls, tylko... no właśnie, co to było?
– Westerplatte! – wykrzykuje w końcu z triumfem ktoś z naszej grupy.
Kielce - ulica Henryka SienkiewiczaI faktycznie, trafienie jest w dziesiątkę! Okazuje się, że to genialne skojarzenie ma stuprocentowe odzwierciedlenie w faktach. Ów kielecki Pomnik Bojowników o Wyzwolenie Narodowe i Społeczne, odsłonięty w tym wyrobisku w 1979 roku, został zaprojektowany przez prof. Adama Haupta – wybitnego architekta, który był współtwórcą legendarnego Pomnika Obrońców Wybrzeża w Gdańsku. Ta sama surowa, modernistyczna szkoła rzeźbiarska, ten sam geometryczny patos i monumentalizm sprawiają, że nad świętokrzyskim urwiskiem przez chwilę możemy poczuć ten sam podniosły, historyczny dreszcz, co nad brzegiem Bałtyku.
Ostatnie chwile w KielcachTeraz pozostało nam już tylko okrążyć monumentalną, wyrastającą wprost z dna wyrobiska Skałkę Geologów. Ścieżka sprawnie wyprowadza nas na pobliski parking, gdzie czeka już nasz niezawodny autobus. Czterogodzinna, pełna pasji misja pana Zenka nieuchronnie dobiega końca, ale przed pożegnaniem staje przed nami jeszcze jedna, niezwykle delikatna, a zarazem kluczowa sprawa – po tak intensywnym marszu wypadałoby wreszcie coś zjeść.
Z nadzieją w głosie pytamy pana Zenka, czy nie zechciałby pilotować naszego kierowcy w drodze powrotnej do ścisłego centrum, by pomóc nam znaleźć jakąś sprawdzoną przystań dla strudzonych ciał. Przewodnik z uśmiechem się zgadza i po zaledwie kilku minutach jazdy wysiadamy ponownie przy tętniącej życiem ulicy Henryka Sienkiewicza. Tutaj czujemy się już niemal jak u siebie – w końcu przecieraliśmy te szlaki parę godzin wcześniej, więc nikt na pewno się nie zgubi. Serdecznie dziękujemy panu Zenkowi za fantastyczną, kielecką oprowadzkę, po czym cała grupa z radosnym ożywieniem rozsypuje się po okolicznych lokalach gastronomicznych w poszukiwaniu zasłużonego obiadu.
Równo po godzinie, w pełni najedzeni i w wyśmienitych humorach, zbieramy się po raz ostatni na zbiórce. Wskakujemy na pokład autobusu i machając Kielcom na pożegnanie, ruszamy w ostateczną drogę powrotną do Zawadzkiego. Do domu docieramy już po zmroku, zmęczeni, ale szczęśliwi, po czym z uśmiechami powoli rozchodzimy się do swoich mieszkań.
Podręcznikowa Łysica najwyższym szczytem pasma ostatecznie nie jest, za to ta świętokrzyska wyprawa bez wątpienia zapisze się w naszej pamięci jako jedna z tych absolutnie najlepszych. Do widzenia na kolejnym, wspólnym pttk-owskim szlaku!

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama