Zakopane 2026

Ireneusz Ludwig Utworzono .

Zakopane 2026 - Jasny PałacRuszamy do Zakopanego. Po rocznej przerwie wracamy na tatrzańskie szlaki, by sprawdzić, czy granitowe szczyty stoją niewzruszenie na swoim miejscu. Autobus pęka w szwach – frekwencja jasno dowodzi, że głód górskich przygód w narodzie nie słabnie.


Przystanek w Suchej BeskidzkiejTradycyjnie meldujemy się pod urzędem gminy, który na ten jeden poranek zamienia się w tętniącą życiem stację początkową naszej ekspedycji. Wystarczy jedno spojrzenie na zgromadzoną grupę, by dostrzec mapę emocji – na twarzach maluje się radosne wyczekiwanie, zmieszane z trudną do opanowania ekscytacją. Czekaliśmy na ten moment tak długo, że sam warkot odpalonego silnika brzmi jak pierwsza nagroda.
Tegoroczna ucieczka w Tatry potrwa zaledwie cztery dni. Od lat toczymy wewnętrzny spór o czas idealny. Trzydniowe wypady zawsze pozostawiały w nas głód i lekki niedosyt. Z kolei pięć dni na wymagających, kamienistych szlakach potrafiło dać solidnie w kość, nie wspominając o rosnących kosztach, które bezlitośnie drenowały portfele. Cztery dni to nasz złoty środek, idealny kompromis między kondycją a satysfakcją. A patrząc na komplet pasażerów wokół – intuicja nas nie zawiodła.
Arkady zamku w Suchej BeskidzkiejRuszamy więc w trasę, zostawiając za sobą rodzinne strony. Przed nami kalejdoskop zaplanowanych atrakcji, choć – jak to w podróży bywa – prawdziwy urok tkwi w tym, co nieprzewidziane. Na pierwszą niespodziankę los nie pozwala nam długo czekać. Pierwszym oficjalnym punktem na naszej mapie jest Sucha Beskidzka, jednak to, w jaki sposób postanawiamy do niej dotrzeć, staje się tłem dla pierwszej, prawdziwej zagadki dnia.
Wszystko za sprawą naszego kierowcy, który zamiast tradycyjnego traktu, postanawia zaserwować nam autorską drogę „na skróty”. Porywa nasz autobus na autostradę w kierunku Krakowa, by po chwili zjechać z niej na malownicze, lokalne wstęgi asfaltu, przebijające się w stronę Wadowic.
W tym momencie monotonia dwupasmowej trasy bezpowrotnie ustępuje miejsca pełnemu finezji lawirowaniu. Dostajemy potężną dawkę podgórskiego krajobrazu – mniejszych i większych wiosek oraz miasteczek, w których czas płynie zupełnie innym rytmem. Drogi, raz węższe, raz szersze, wiją się kapryśnie we wszystkie strony świata. Ta nagła, niemal filmowa zmiana scenerii błyskawicznie stawia na nogi cały pokład autobusu. Szybko zmieniamy się w domorosłych mistrzów nawigacji. Nawet ci z nas, którzy na co dzień słabo radzą sobie z topografią, czują intuicyjnie, że bierzemy udział w niecodziennej eskapadzie. W ruch idą ekrany telefonów komórkowych, mapy zaczynają migotać, a po wnętrzu pojazdu niesie się szmer ożywionych dyskusji. Od teraz każdy z nas doskonale wie, w którym zakątku ojczystego kraju bije serce naszej wyprawy i z zapartym tchem śledzi drogę do celu.
Wnętrza zamkoweŁączany, Ryczów, Wyźrał – te fascynujące, niemal baśniowe nazwy jedna po drugiej wyłaniają się zza zakrętów na zielonych tablicach. Kto by pomyślał, że miasteczka i wioski o tak wyrafinowanym, staropolskim brzmieniu leżą tuż obok, ukryte na mapie naszego własnego kraju. Regulice, Żegoty, Brodła, Zygodowice, Witanowice – każde z tych miejsc wita nas swoim unikalnym, sielskim klimatem. I choć na niektórych, wyjątkowo ciasnych odcinkach nasz drogowy potwór musi niemalże przeciskać się na milimetry między płotami, to ostatecznie udaje nam się opuścić te lokalne labirynty.
Po długich zmaganiach z kapryśną nawierzchnią bocznych dróg, przed przednią szybą wyrasta nagle szeroka i jakże poważnie wyglądająca droga krajowa wiodąca prosto do Wadowic. Z pewną dozą niedowierzania i lekkim rozbawieniem konstatujemy w duchu, że przecież od samego początku mogliśmy podróżować tak szerokim traktem. Jednak teraz, bogatsi o bagaż niecodziennych, krajoznawczych doświadczeń, przyjmujemy tę krajówkę niemal z taką samą ulgą i zachwytem, jakby była to najnowocześniejsza autostrada.
Z Wadowic do Suchej Beskidzkiej trafiamy już bez niespodzianek, za to z bagażem nowej geograficznej wiedzy. Wysiadamy, by zwiedzić miejscowy zamek. Zatrzymujemy się tuż obok na pobliskim parkingu i… od razu ulegamy magii tego miejsca.
Dotyk magnackiej codziennościPrzed naszymi oczami wyrasta architektoniczna perełka Podbeskidzia – renesansowa rezydencja magnacka, którą dumni mieszkańcy nie bez powodu nazywają „Małym Wawelem”. Trzy skrzydła budowli, otoczone z głębi wiekowym, dostojnym parkiem, kryją w sobie niezwykły, trójkondygnacyjny dziedziniec arkadowy. Przechadzając się wzdłuż lekkich, rzeźbionych krużganków, można niemal poczuć ducha dawnych właścicieli: włoskiego złotnika Kaspra Castiglione, rodów Komorowskich czy Branickich, którzy przez stulecia tkali historię tego zamku. Smukłe wieże z charakterystycznymi dachami spoglądają na nas z góry, zapraszając do przekroczenia wrót Muzeum Miejskiego i dotknięcia tajemnic zamkniętych w grubych, kamiennych murach.
Zamek jest niedawno odnowiony. Po burzliwych i pełnych zawirowań powojennych losach, dziś – w bezpiecznych rękach miasta – z każdym rokiem odzyskuje swoją dawną, magnacką świetność.
Przestronna sala balowaMeldujemy się przy wejściu, skąd zabiera nas sympatyczna pani przewodnik i sprawnie wprowadza w podwoje tego wiekowego gmaszyska. Przechodząc niespiesznie z komnaty do komnaty, stajemy się niemymi świadkami dawnych dziejów. Ogromne, olejne wizerunki panów tych włości spoglądają na nas dumnie ze ścian. I choć ich usta od dawna milczą, to ich niewzruszony, pełen powagi majestat przenika nas do głębi. Czujemy na sobie to magnackie spojrzenie, jakby żywcem zaklęte w pociągnięciach malarskiego pędzla. Sprawia ono, że choć dawni właściciele od setek lat przechadzają się już po niebiańskich szlakach, to ich duch wciąż wydaje się dziwnie żywy i obecny pośród zamkowych korytarzy.
Wewnętrzne, trójkondygnacyjne krużganki arkadowe jako żywo przypominają krakowski Wawel. Nasza wycieczka, wyczulona na architektoniczne detale, natychmiast dostrzega tu jednak jeszcze jedno, uderzające podobieństwo – do bryły „naszego”, piastowskiego zamku w Brzegu.
Przekraczamy progi kolejnych pomieszczeń, w których czas zatrzymał się w miejscu. Przenosimy się w fascynującą podróż przez wieki, podziwiając pieczołowicie odtworzone wnętrza dawnych mieszczańskich domów, surowe, chłopskie obejścia oraz te znacznie bogatsze, magnackie salony. W pewnym momencie możemy wręcz poczuć się jak klienci starodawnej apteki. Dawny aptekarz – prowizor, jak go wtedy zwano – choć jest jedynie tekturową sylwetką, spogląda na nas zza lady z takim realizmem, jakby za chwilę miał podać nam flakonik z tajemną miksturą.
Śladem dawnej medycynyParę kroków dalej wkraczamy do przedziwnego gabinetu medycznego. Zgromadzono w nim najróżniejsze rekwizyty dawnych mistrzów sztuki lekarskiej: od archaicznych instrumentów chirurgicznych, przez aptekarskie moździerze, aż po pożółkłe księgi medyczne. Wszystkie te eksponaty, przesiąknięte duchem dawnej wiedzy, budzą w nas jednocześnie zachwyt i lekki dreszcz gęsiej skórki na myśl o ówczesnych metodach leczenia.
Kolejne przystanki na naszej trasie wiodą nas przez cichą, pełną zadumy małą kaplicę zamkową, by po chwili rzucić nas wprost w progi wielkiej sali balowej, gdzie pysznią się dwa dostojne trony. Najbardziej zaskakujący zwrot akcji czeka nas jednak w starej sali projekcyjnej. Swego czasu w dostojną historię zamku wplótł się bowiem zupełnie nieoczekiwany, kinematograficzny wątek – w ubiegłym wieku te zabytkowe mury gościły regularne kino. Niemym, potężnym świadkiem tamtych dni jest monumentalny projektor kinowy. Trzeba przyznać, że ta ogromna, industrialna machina pasuje do renesansowych wnętrz zamku dosłownie jak dzwonek do świni. Jednak to właśnie w takich paradoksach kryje się autentyczny urok tego gmaszyska – kapryśna historia nie szczędziła mu skrajności, pisząc scenariusze, których nie powstydziłby się żaden reżyser.
Zamkowy parkPo pełnej wrażeń przygodzie we wnętrzach, wychodzimy na zamkowy dziedziniec i wkraczamy w przestrzeń przylegającego do niego parku, gdzie oddajemy się niespiesznemu, samodzielnemu spacerowi. Ogromne, kilkusetletnie drzewa i ukryta w ich cieniu malownicza sadzawka tworzą kojącą enklawę spokoju. To urokliwe miejsce do złudzenia przypomina nam klimatyczne otoczenie romantycznego pałacu w Zatoniu pod Zieloną Górą.
Napawamy się tą sielską atmosferą do ostatniej chwili, po czym dziarskim krokiem zbieramy się pod zamkową salą restauracyjną – to tutaj czeka na nas zamówiony obiad. Trzeba uczciwie przyznać, że burczenie w brzuchach jasno daje do zrozumienia, iż pora na posiłek jest wręcz idealna.
Zajmujemy miejsca przy stołach i w oczekiwaniu na kelnerów zaczynamy luźne dyskusje. Ktoś rzuca hasło, bardziej w formie żartu niż realnych oczekiwań: „Ciekawe, czy serwują tu śląskie rolady?”. I wtedy cateringowa magia bierze górę nad rzeczywistością. Ze zdumieniem i szerokimi uśmiechami obserwujemy, jak na stoły najpierw wjeżdża parujący, esencjonalny rosół, a tuż za nim… złociste, idealnie zawinięte rolady! Stajemy się świadkami kolejnej, niezwykle smacznej niespodzianki tego dnia. Bez zbędnych ceregieli, z wielkim zapałem zabieramy się za pałaszowanie tego iście niedzielnego obiadu w samym środku tygodnia. Krótko mówiąc: palce lizać!
Dziedziniec zamkowyPo tak wyśmienitym posiłku jesteśmy w pełni nasyceni – zarówno duchem, jak i ciałem. Bogatsi o historyczne ciekawostki i tradycyjny obiad, możemy ze spokojem ruszać w dalszą drogę. Pakujemy się na pokład naszego autobusu i tym razem, bez zbędnych eksperymentów czy autorskich skrótów, pędzimy już prosto do Zakopanego.
Po kilku godzinach w miarę płynnej jazdy wjeżdżamy w końcu do zimowej stolicy Polski. Na samym finiszu nasz szofer popisuje się sprytem, sprawnie omijając zakorkowane, tętniące życiem centrum miasta. Dzięki temu manewrowi zyskujemy kilka cennych minut i z dumą podjeżdżamy pod malowniczy „Jasny Pałac” – nasz nowy dom i bazę wypadową na tatrzańskie szlaki.
Gościniec prezentuje się doprawdy dumnie. Jego unikalna, historyczna architektura idealnie koresponduje z zamkowym klimatem, który towarzyszy nam od rana. Przekraczamy próg, odbieramy klucze w recepcji i ruszamy na poszukiwanie swoich kwater. Wnętrze od pierwszych kroków urzeka starodawnym wystrojem, pozwalając nam poczuć się niczym arystokratyczni mieszkańcy barokowej rezydencji.
Wesoły autobusPrzestrzeń okazuje się jednak niezwykle fascynująca i kapryśna. Zapomnijcie o szerokich, prostych holach i przewidywalnej, matematycznej numeracji. Tutaj wszystko wymyka się logice! Kręte labirynty korytarzy przecinają się w najmniej oczekiwanych momentach, wiodąc nas raz schodkami w górę, raz w dół. Bez wyraźnych strzałek i drogowskazów na ścianach, dotarcie do celu graniczyłoby z cudem. Nawet po szczęśliwym odnalezieniu własnych drzwi, w głowie rodzi się uzasadniona wątpliwość: jak stąd bezpiecznie wrócić? Każdy krok zamienia nas w poszukiwaczy przygód, bo wystarczy chwila nieuwagi i jeden zły skręt, by wylądować w odciętej części skrzydła, z której trudno znaleźć wyjście. Ta architektoniczna układanka stawia przed nami zupełnie nowe wyzwania w orientacji przestrzennej. W tych murach nowoczesne systemy GPS stają się całkowicie bezużyteczne. Chcąc przetrwać, musimy porzucić technologię i z pokorą wrócić do starych, pierwotnych metod: ludzkiej intuicji, pamięci wzrokowej i ślepego podążania za innymi współtowarzyszami, karmiąc się cichą nadzieją, że oni akurat orientują się w tym układzie odrobinę lepiej niż my.
GubałówkaTak więc ostatecznie rozgaszczamy się w Zakopanem. Tym razem omijamy krzykliwy zgiełk samych Krupówek – nasza baza leży nieco na uboczu, dzięki czemu wokół panuje kojąca cisza, a w powietrzu czuć miłą, przytulną atmosferę. Do samego serca kurortu wciąż mamy jednak przysłowiowy rzut kamieniem.
Przed jutrzejszą górską batalią zyskujemy trochę wolnego czasu, a los z miejsca podrzuca nam kolejną niespodziankę. W pakiecie powitalnym hotelu otrzymujemy darmowe bilety na Gubałówkę. Grzech byłoby z takiego podarku nie skorzystać! Przy standardowej cenie rzędu 49 złotych, wjazd i zjazd za symboliczną złotówkę jawi się jako okazja stulecia. Rezygnacja z niej podchodziłaby wręcz pod rażące sprzeniewierzenie oddziałowych funduszy. Pierwsze grupy naszej wycieczkowej ekipy, nie marnując ani chwili, uruchamiają „tryb Gubałówka” natychmiast po rzuceniu walizek w kąt.
Maszerujemy więc dziarskim, równym krokiem, mijając po drodze urokliwy, choć mało znany i rzadko uczęszczany przez masowego turystę zakopiański rynek. Sprawnie przebijamy się na drugą stronę i z pełną gotowością meldujemy się na dolnej stacji kolejki linowej. Teraz nadchodzi chwila prawdy – pora sprawdzić, czy owe „darmowe” wejściówki nie były jedynie sprytną bujdą na potrzeby marketingowego chwytu i reklamowego folderu. Wkrótce z góry zjeżdża lśniący wagonik. Z lekkim niepokojem podtykamy kody kreskowe pod laserowe czytniki i… zielone światło! Bramka z cichym kliknięciem otwiera przed nami przejście.
Gubałówka - kościółRuszamy w górę. Trasa, która na własnych nogach potrafi wycisnąć z człowieka siódme poty i zająć dobrą godzinę (a potem drugą na rozpaczliwe łapanie tchu), wagonikowi zabiera niespełna trzy minuty. Wysiadamy na szczycie, trafiając prosto w epicentrum tego otwartego przez cały rok gubałowskiego odpustu. Jednak handlowe kramy natychmiast schodzą na dalszy plan, bo nasze kroki instynktownie kierują się ku tarasowi widokowemu.
To, co tam zastajemy, zapiera dech w piersiach. Przed nami rozpościera się potężna, majestatyczna panorama Tatr. Szczyty, podświetlone ciepłym, pomarańczowym blaskiem zachodzącego słońca, wyglądają wręcz nierealnie – jak namalowane ręką genialnego artysty. Z pogodą trafiliśmy po prostu w dziesiątkę. Zamawiamy parującą kawę oraz desery lodowe, po czym niespiesznie zasiadamy przy stolikach. Delektujemy się tą chwilą z takim namaszczeniem, jakbyśmy spędzali urlop na egzotycznych Bahamach w wersji all inclusive.
A może faktycznie tak jest? Może te wszystkie zachwalane, zamorskie kurorty wcale nie oferują więcej niż nasze swojskie, podhalańskie atrakcje? Przecież tutaj, z tą kawiarnianą łyżeczką w dłoni i Giewontem na wyciągnięcie ręki, czujemy się jak prawdziwi władcy świata. Nic nie musimy, wszystko możemy. Te trzy dni, które dopiero przed nami wyrastają na horyzoncie, są zupełnie nasze – czyste, niezapisane jeszcze karty, które zamierzamy wypełnić śmiechem, zdeptanymi szlakami i wspomnieniami, których nie zdoła zatrzeć żaden czas.
Nowy dzień witamy z pełnym apetytem, rozpoczynając go od obfitego śniadania przy szwedzkim stole. Gdy po raz kolejny udaje nam się bezbłędnie pokonać topograficzne zagadki krętych schodów, trafiamy przed podwoje wytwornej sali jadalnej, która wygląda jakby żywcem przeniesiona z kadru klasycznego, kostiumowego filmu. Choć stoliki i współczesne wyposażenie przypominają nam o teraźniejszości, to jednak każdy detal idealnie współgra z dostojnym duchem pałacu. Architektoniczne perełki – kamienne balustrady, finezyjne półschodki i ogromne, odbijające poranny brzask lustra – nadają temu miejscu niepowtarzalny, wręcz mistyczny klimat.
Śniadanie dla arytokracjiPrawdziwe zaskoczenie czeka nas jednak na wprost od wejścia. Po pokonaniu kilku stopni ukazuje się naturalne przedłużenie sali: przestrzeń subtelnie odgrodzona bajeczną balustradą, wyścielona ciężkimi, misternie zdobionymi dywanami. Królują tam potężne, iście monarsze stoły, otoczone głębokimi, królewskimi fotelami. Przez dłuższą chwilę stoimy w progu, nie do końca pewni, czy ta luksusowa strefa została zaaranżowana jedynie na pokaz dla oka, czy jest dostępna dla zwykłych śmiertelników.
Choć z powodzeniem mieścimy się w tej „zwykłej”, niemniej urokliwej części jadalni, szybko odkrywamy, że magnacka komnata stanowi pełnoprawne wyposażenie salonu i jest jak najbardziej do dyspozycji gości. Co odważniejsi z naszej ekipy skwapliwie korzystają z tej wyjątkowej okazji. Przez ten jeden poranek, z filiżanką aromatycznej kawy w dłoni i na aksamitnym siedzisku, możemy bez wyrzutów sumienia poczuć się jak prawdziwi panowie na włościach, gotowi na podbój nadchodzących tatrzańskich wyzwań.
Kasprowy WierchTatrzańskie prognozy na rozpoczynającą się właśnie sobotę zapowiadają absolutnie spektakularną aurę. To kluczowy moment, bo mapy pogodowe na jutro bezlitośnie wieszczą już opady deszczu. Nie tracąc ani sekundy, przy śniadaniowych stolikach natychmiast kujemy ambitne plany górskich wędrówek. W naszej ekipie nie ma sztywnych nakazów ani przymusu – każdy projektuje ten czas w zgodzie z własnym sercem i kondycją.
W mgnieniu oka, niczym w kalejdoskopie, tworzą się mniejsze podgrupy, a na serwetkach i ekranach telefonów rysują się fascynujące trasy. Górscy radykałowie mierzą wysoko: w planach pojawia się wjazd na Kasprowy Wierch, a stamtąd karkołomne wejście na Świnicę lub wymagająca przeprawa przez Szpiglasową Przełęcz ku Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Inni stawiają na tatrzańską klasykę w nieco łagodniejszym wydaniu – sielską Rusinową Polanę ze słynną bacówką lub kultowy marsz nad szmaragdowe Morskie Oko.
To jednak nie wszystko. Ci, którzy ominęli wczorajszą popołudniową eskapadę, decydują się na poranny wjazd na Gubałówkę, by nadrobić zaległości i nacieszyć oczy panoramą w pełnym słońcu. Znajduje się także liczne grono amatorów niespiesznych spacerów po tajemniczych zakątkach samego Zakopanego. Nadchodzący wieczór również zapowiada się elektryzująco – miasto huczy od plotek, że dziś na Równi Krupowej biesiaduje i koncertuje kultowa trasa „Lato z Radiem”. Wachlarz możliwości jest imponujący i doprawdy jest w czym wybierać. Ruszamy po przygodę!
Zjazd do Doliny GąsienicowejNajbardziej ambitna część naszej ekipy tuż po śniadaniu rusza dziarsko w kierunku Kuźnic. Cel jest jasny i magnetyczny: zdobyć jeden z najsłynniejszych i najbardziej ikonicznych zakopiańskich szczytów – Kasprowy Wierch. W planach tli się cicha nadzieja, że przy odrobinie szczęścia uda się wsiąść do słynnej kolejki linowej. Choć ta powietrzna podwózka do najtańszych nie należy, to w ostatecznym rozrachunku pozwala zaoszczędzić kilka godzin morderczej wspinaczki i zachować cenne pokłady sił na dalsze, wysokogórskie podboje.
Zazwyczaj w ostatnich latach próba zakupu biletów prosto z kasowego okienka graniczyła z cudem i wiązała się z kilkugodzinnym, katorżniczym oczekiwaniem w tasiemcowej kolejce. Tym razem jednak Tatry witają nas kolejną anomalią losu – bilety są dostępne od ręki, a przed stacją kolejki nie ma. Krótka, męska decyzja: wjeżdżamy!
Nowoczesne, przeszklone wagoniki z niemal jaskółczą gracją unoszą nas ponad reglami, połykając kolejne metry przewyższenia, by po kilkunastu minutach wypuścić naszą grupę na samym wierzchołku. Wychodzimy na zewnątrz, a rześkie, wysokogórskie powietrze uderza w nas z całą mocą. Chłoniemy niesamowitą, zapierającą dech w piersiach panoramę Tatr – jesteśmy wszak na wysokości niemal dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza.
Na zboczach ŚwinicyW tym momencie co bardziej rasowi „taternicy” w naszym gronie zaczynają odczuwać lekki, wewnętrzny dyskomfort. Dla każdego, kto kocha góry miłością czystą i surową, taka mechaniczna wspinaczka podświadomie kłóci się z etosem prawdziwego turysty i budzi poczucie lekkiego nadużycia. Szybko jednak uciszamy te wyrzuty sumienia racjonalnym argumentem: byliśmy tutaj już przecież tyle razy, tyle razy wylewaliśmy siódme poty, zdobywając te surowe granie wyłącznie za pomocą twardych podeszew własnych butów, że dzisiejsza, luksusowa podwózka jawi się nam po prostu jako zasłużona nagroda losu.
Tuż przed atakiem na ŚwinicęNo a i dla samej Świnicy ta mechaniczna podwózka robi zasadniczą różnicę. Gdy stajemy na grani, wydaje się, jakbyśmy dopiero co zaczynali naszą przygodę – wciąż jesteśmy pełni niespożytych sił, świeżości i młodzieńczego animuszu. Ta potężna, surowa góra spogląda ku nam z góry z wyczuwalnym dystansem, jakby rzucała nam nieme wyzwanie: „Czy naprawdę tego chcecie? Zastanówcie się dwa razy”. Choć za sprawą kolejki znaleźliśmy się już tak wysoko, ten masywny, granitowy szczyt nadal budzi ogromny respekt. A może, paradoksalnie, dopiero teraz – gdy stoimy z nim twarzą w twarz – dociera do nas jego prawdziwa potęga.
Nim więc podejmiemy ostateczną decyzję o pełnym, wymagającym i przyprawiającym o szybsze bicie serca wejściu na sam wierzchołek, postanawiamy najpierw spróbować czegoś znacznie łatwiejszego. Naszym celem staje się zjazd wyciągiem krzesełkowym w głąb Doliny Gąsienicowej i natychmiastowy powrót na grań. Wszystko to odbywa się zupełnie bez wysiłku. Tym bardziej, że podobnie jak w przypadku wczorajszej Gubałówki, ta powietrzna przejażdżka jest całkowicie wliczona w cenę naszego biletu na Kasprowy.
Świnica - 2301 m n.p.m.Dajemy się więc ponieść stalowym linom, by z wysokości krzesełek podejrzeć wysokogórskie królestwo świstaków. Te sympatyczne stworzenia postanowiły jednak akurat dzisiaj zagrać z nami w chowanego i ukryły się głęboko przed naszymi spojrzeniami. Bezpiecznie i z uśmiechami na twarzach wracamy na stację początkową, do punktu wyjścia. No więc jak, ekipo? Pora na prawdziwe wyzwanie. Świnica wzywa!
Ruszamy. Nasz skład ulega lekkiemu uszczupleniu, jako że część grupy decyduje się na spokojne, krajoznawcze zejście w dół, ku bezpiecznym dolinom Zakopanego. Jednak trójka nieustraszonych śmiałków podejmuje rzuconą rękawicę i dziarskim krokiem rusza w stronę skalistych grani i poszarpanych turni.
Sprawnie mijamy kopulasty wierzchołek Beskidu, gdzie z dumą przekraczamy magiczną barierę dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza, po czym stajemy na Świnickiej Przełęczy. To symboliczny punkt bez powrotu – ostatni moment, w którym rozsądek pozwala jeszcze na bezpieczną rezygnację. Zadzieramy głowy, spoglądamy na zerkające na nas z góry kamienne monstrum i podejmujemy jedyną słuszną, ostateczną decyzję.
Rozpoczyna się walka z grawitacją. Mozolnie pniemy się po wielkich, surowych granitowych głazach, wyszarpując górom kolejny metr po metrze. Wkrótce na szlaku pojawiają się pierwsze stalowe łańcuchy, które z miejsca dają solidne oparcie i ułatwiają powietrzną wspinaczkę. Jednak im wyżej, tym mocniej Tatry odsłaniają swoje surowe oblicze. Dochodzimy w końcu do kluczowego miejsca, gdzie same łańcuchy nie wystarczą – w głębokiej ekspozycji trzeba wykazać się nie lada sprytem, siłą rąk i prawdziwym kunsztem wspinaczkowym.
Wodogrzmoty MickiewiczaOstatecznie trudy wspinaczki zostają wspaniale nagrodzone. Pokonujemy ostatnie metry grani i stajemy na samym szczycie Świnicy! Surowy wysiłek momentalnie ustępuje miejsca czystemu zachwytowi. Widoczność tego dnia jest po prostu spektakularna, a przed naszymi oczami otwiera się ocean skalnego świata. Chłoniemy wzrokiem zębatą linię legendarnej Orlej Perci, lśniące w dole tafle Doliny Pięciu Stawów Polskich oraz majaczący w głębi potężny masyw Rysów. Nad tym wszystkim dominuje bezkresna, słowacka część Tatr, która dopiero z tej perspektywy uświadamia nam z całą mocą, jak malutkim, skromnym skrawkiem tych potężnych gór cieszymy się na co dzień z poziomu zakopiańskich ulic.
Świnica została więc ujarzmiona. W tym samym czasie, gdy trójka śmiałków walczy z granitową ekspozycją, druga część naszej ekipy łapie busik zmierzający w stronę Palenicy Białczańskiej. Choć wydaje się, że wszystkie miejsca siedzące są już dawno zajęte, to – ach, czegóż to się nie robi dla drogocennych dutków! – kierowca posłusznie zatrzymuje pojazd i jakimś cudem, przecząc prawom fizyki, upycha nas wewnątrz szoferki. Niespełna pół godziny później, nieco pognieceni, ale w komplecie, wysypujemy się na potężnym parkingu.
Morskie OkoTeraz przed nami staje wyzwanie owiane doprawdy nieśmiertelną, choć mocno kontrowersyjną „sławą” – monotonny, dziewięciokilometrowy pas asfaltu wiodący ku Morskiemu Oku. To miejsce od lat jest areną absurdalnych sporów. Logika podpowiada, że już dawno mogłyby tu kursować ekologiczne busiki elektryczne albo funkcjonować nowoczesna wypożyczalnia rowerów. Jednak nieprzejednane lobby i głęboko zakorzeniona tradycja lokalnych tubylców nie dają za wygraną. Z uporem godnym zdecydowanie lepszej sprawy, od dekad rzucają kłody pod nogi przyjezdnych, skutecznie utrudniając to kultowe podejście.
Słynne tatrzańskie konie stają się w tym wszystkim bezbronnymi zakładnikami owego chorego, finansowego wyścigu. Ich los zależy od kaprysów tej grupy turystów, która wciąż gotowa jest zapłacić krocie za wjazd na górę. A przecież cały ten transport – ku pożytkowi i satysfakcji absolutnie wszystkich – mógłby zostać zorganizowany w sposób nieporównywalnie tańszy, nowocześniejszy i przede wszystkim przyjaźniejszy dla natury.
Mieszkaniec znad Morskiego OkaMijamy więc nieszczęsne zwierzęta czekające posłusznie na kolejny kurs i zaczynamy metodycznie wydeptywać twardy asfalt. Kolejne dwie godziny marszu to z krajoznawczego punktu widzenia czas kompletnie jałowy i zmarnowany, jednak nie mamy wyjścia – musimy stawić mu czoła. Zaciskamy zęby i miarowym krokiem idziemy przed siebie.
Co rusz z cichym stukotem kopyt mijają nas kolejne przeładowane fasiągi, wypełnione po brzegi pasażerami. Gdzieś w tle przewija się temat alternatywnego transportu. Niby testuje się tutaj nowoczesne wozy elektryczne, ale ich obecność jest tak głęboko zakonspirowana, że przeciętny turysta nie ma szans dowiedzieć się o nich czegokolwiek. Dopiero w drodze powrotnej udaje nam się wypatrzeć jeden z takich e-pojazdów zjeżdżających w dół. Korzystając z okazji, postanawiamy podpytać szofera o szczegóły.
Kierunek - Szpiglasowa PrzełęczOkazuje się, że ekologiczne busy kursują tu już od dwóch lat. Diabeł tkwi jednak w szczegółach: bilet można zakupić wyłącznie drogą internetową, a na miejscu nie ma najmniejszej możliwości uiszczenia opłaty u kierowcy. Po dokładniejszym przeszukaniu sieci w końcu dokopujemy się do oficjalnych informacji. Rzeczywiście, elektryki jeżdżą, ale zaledwie co trzy godziny. Na dodatek cena biletu niemal zrównuje się z kosztem tradycyjnego transportu konnego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że cały ten rzekomo proekologiczny cyrk służy jedynie unijnemu odfajkowaniu projektu – tak, aby w oficjalnych raportach wszystko ładnie wyglądało na papierze. W rzeczywistości system został zaprojektowany tak, aby zniechęcić turystów, nie robić konkurencji i za wszelką cenę ocalić ten potężny, lokalny, dutkodajny monopol.
Dobra, starczy już tego narzekania. Po paru kilometrach monotonnego marszu mijamy Wodogrzmoty Mickiewicza – pierwszą konkretną i niezwykle widowiskową atrakcję na naszej trasie. Huk kaskad spływających z Roztoki pozwala nam na moment zapomnieć o twardym podłożu. Zatrzymujemy się na krótką chwilę, by złapać oddech i ruszamy dalej.
Krok za krokiem, zakręt za zakrętem, pokonujemy kolejne kilometry i dochodzimy wreszcie do upragnionego Morskiego Oka. Na miejscu czeka nas jednak prawdziwa katastrofa wizerunkowa. Turystów jest tutaj tyle, że dosłownie nie ma gdzie palca wetknąć. Wokół panuje nieprzebrany tłum, przypominający gwarny rynek w dzień targowy. Gdzieś w tym całym zgiełku uleciał mistyczny, surowy urok gór. Przebywanie w tym ludzkim mrowisku wymaga ogromnego samozaparcia. Naturalną reakcją na ten jarmarczny hałas jest natychmiastowa chęć ucieczki jak najdalej stąd.
Morskie Oko, Czarny Staw i RysyLudzie tłoczą się jeden na drugim, więc siłą rzeczy przystajemy na tarasie schroniska tylko na krótką chwilę, po czym błyskawicznie dzielimy się na mniejsze zespoły. Czas stąd uciekać – tam, gdzie zaczynają się prawdziwe, dzikie góry.
Żeńska część naszej grupy decyduje się na ucieczkę wzdłuż brzegu i rusza na szlak okrążający Morskie Oko. Decyzja okazuje się strzałem w dziesiątkę – wystarczy kilkaset metrów marszu, by ludzki gwar ucichł, ustępując miejsca kojącej ciszy i szumowi kosodrzewiny. Dopiero tutaj, w cieniu wielkich ścian Mięguszowieckich Szczytów, można wreszcie poczuć prawdziwy smak Tatr. Ponieważ trasa wokół stawu jest łatwiutka i nie wymaga żadnej wspinaczki, idzie się z czystą przyjemnością, a satysfakcja z obcowania z naturą jest gwarantowana.
Schronisko niknie w cieniu przyrodyW połowie drogi dziewczyny podejmują jednak ambitniejszą decyzję i postanawiają zaatakować szlak na Czarny Staw pod Rysami. Choć wierzchołek leży dwieście metrów wyżej, a podejście po kamiennych stopniach potrafi wycisnąć siódme poty, nagroda warta jest każdego wysiłku. Po dotarciu na miejsce czeka na nie chwila zasłużonego odpoczynku nad brzegiem głębokiego, ciemnego stawu, w którego tafli przeglądają się potężne granie. Po nacieszeniu oczu tym surowym krajobrazem, grupa sprawnie schodzi na dół i zamyka malowniczą pętelkę wokół Morskiego Oka. Zgodny wniosek na koniec? Było warto!
Męska część ekipy mierzy znacznie wyżej i decyduje się na zdobycie Szpiglasowej Przełęczy. Cofamy się kawałek w dół asfaltu do wejścia na żółty szlak i tutaj wystarczy zaledwie kilka kroków, by jarmarczny zgiełk znad brzegu jeziora bezpowrotnie zostawić za sobą. Wkraczamy w gęste zarośla kosodrzewiny, które otaczają nas niczym wysokogórska dżungla. Od pierwszych metrów czujemy, jak ścieżka zdecydowanie i ostro rwie się ku górze.
MnichEfekty tej wspinaczki i zdobywanego przewyższenia widać niemal natychmiast. Schronisko nad Morskim Okiem, z którego przed chwilą wyruszyliśmy, nagle ukazuje się między gałęziami drzew, wyglądając z tej perspektywy maleńko – niczym zrobione z zapałek. Z kolei wielka tafla jeziora odsłania przed nami całą swoją okazałość. Kilka kolejnych minut ostrego podejścia i krajobraz znów dynamicznie się zmienia. Schronisko niemal całkowicie niknie już w cieniu wielkich ścian, Morskie Oko z góry zaczyna naprawdę przypominać owalne, głębokie ludzkie oko, a zza niego majestatycznie wyłania się monumentalna, surowa grań Mięguszowieckiego masywu.
Z każdym kolejnym krokiem widoki stają się coraz bardziej spektakularne, a surowa głębia Tatr maluje się przed nami z niesamowitą ostrością. Nagle przed naszymi oczami wyrasta ikona tych stron – strzelisty, spiczasty wierzchołek Mnicha. Zadzieramy głowy i na jego niemal pionowej, gładkiej ścianie dostrzegamy maleńkie sylwetki ekipy wspinaczkowej. Jak oni się tam wdrapali i jakim cudem utrzymują się na tej skale – dla przeciętnego śmiertelnika pozostaje kompletną, fascynującą tajemnicą.
Szpiglasowa PrzełęczChwilę później z boku powoli zaczyna odsłaniać się ciemna, głęboka tafla Czarnego Stawu pod Rysami. Teraz mamy rzadki przywilej oglądania obu słynnych jezior naraz, mieniących się w słońcu na różnych wysokościach. Z przodu, na pierwszy plan, dumnie wysuwa się głębokie wcięcie w grani – słynne Wrota Chałubińskiego. Przez cały ten czas naszej wędrówce towarzyszy surowy, potężny masyw Mięguszowieckich Szczytów. To monumentalny mur skalny, na który nie wiedzie żaden znakowany szlak turystyczny dla zwykłych śmiertelników. Ten potężny olbrzym z każdym krokiem dosłownie rośnie i potężnieje w naszych oczach, budząc głęboki, taternicki respekt.
Zdobywamy kolejne metry, idąc miarowo, krok w krok. Z uporem i żelazną konsekwencją zbliżamy się do naszego celu. Jeszcze tylko kilka ciasnych, kamiennych zygzaków, jeszcze tylko parę ostatnich, ostrych zakrętów wymagających skupienia i wreszcie wychodzimy na Szpiglasową Przełęcz. Cel został ostatecznie zdobyty!
W tym jednym momencie stajemy na spektakularnej granicy dwóch światów. Z jednej strony żegnamy surową Dolinę za Mnichem oraz zostające głęboko w dole Morskie Oko. Z drugiej – otwieramy monumentalne wrota i witamy Dolinę Pięciu Stawów Polskich, bezsprzecznie najpiękniejszą i najbardziej urzekającą dolinę w całych polskich Tatrach.
Zejście ze Szpiglasowej PrzełęczyDaleko pod naszymi stopami srebrzą się w słońcu cztery lśniące stawy, choć w pamięci przewija się geograficzny fakt, że wbrew nazwie powinno być ich tutaj pięć. Cała ta polodowcowa, wysokogórska sceneria zamyka się z przeciwnej strony postrzępioną, zębatą linią legendarnej Orlej Perci, z masywną sylwetką Koziego Wierchu wysuniętą na pierwszy plan. Z lewej strony z dumą uśmiecha się ku nam potężna kopuła Świnicy. Symbolicznie machamy rękami w stronę jej wierzchołka do naszych kompanów z drugiej grupy. Towarzyszy nam cicha nadzieja, że przy tej genialnej przejrzystości powietrza zdołają dostrzec nasze maleńkie sylwetki na przełęczy.
Krótka chwila zachwytu mija jednak niezwykle szybko. Spoglądamy na zegarki i dociera do nas twarda rzeczywistość – musimy niestety ruszać dalej. Czas ucieka bezlitośnie, a przed nami wciąż rozciąga się długa, wymagająca i pełna wyzwań droga powrotna.
Zaczynamy od krótkiego, acz karkołomnego zejścia na ubezpieczeniach. Te pierwsze kilkadziesiąt metrów skalnej ściany, najeżonej stalowymi łańcuchami, potrafi kompletnie zaskoczyć niejednego mniej wprawionego turystę. My jednak jesteśmy na te warunki doskonale przygotowani i bez większych problemów dajemy sobie radę.
Dolina Pięciu StawówPo chwili opuszczamy trudności techniczne, lądujemy bezpiecznie na zboczu i kontynuujemy marsz w dół. Z góry ta kamienna ścieżka wydawała się całkiem krótka, jednak surowa rzeczywistość szybko weryfikuje optyczne złudzenia – na przełęczy zostawiliśmy wszak barierę 2110 metrów, jest więc z czego schodzić.
Po dotarciu na dno Doliny Pięciu Stawów Polskich zaczynamy coraz mocniej odczuwać skutki tego wielogodzinnego, wysokogórskiego wysiłku. Zmęczone mięśnie dają o sobie znać, a nogi co rusz samowolnie przełączają się w tryb mechanicznego „autopilota”. Maszerujemy naprzód już tylko siłą rozpędu, aż dochodzimy do potężnego progu doliny, z którego ryczy Wielka Siklawa. Największy polski wodospad swoim potężnym wodotryskiem, rześką bryzą i wszechobecnym hukiem wtłacza w nasze wycieńczone ciała jakąś niewytłumaczalną, dodatkową porcję energii. To właśnie dzięki temu zastrzykowi sił natury jesteśmy w stanie kontynuować schodzenie.
Przed nami otwiera się długa Dolina Roztoki. Kamienny szlak wkrótce przyjemnie się wypłaszcza i marsz wśród zieleni staje się całkiem komfortowy, choć ogólne zmęczenie materiału robi już swoje. Na wysokości Wodogrzmotów Mickiewicza zamykamy wielką pętlę i lądujemy na znanym nam doskonale z rana, twardym asfalcie. W tym momencie powraca związana z nim psychiczna niemoc, połączona z głęboką rezygnacją na myśl o ostatnich kilometrach deptaka.
SiklawaŚwiadomość, że na samym dole, na Palenicy Białczańskiej, czekają już zakopiańskie busiki, staje się naszym motywatorem. Ostatnimi resztkami silnej woli docieramy do końca szlaku. Pierwszy widok powracającej cywilizacji – lśniących karoserii samochodów i głośnych parkingów – odbieramy z czystą, fizyczną ekstazą i wręcz dziecięcym uwielbieniem. Jesteśmy wykończeni, ale absolutnie szczęśliwi.
Niedziela rozpoczyna się niemal identycznie jak sobotni poranek – od niespiesznego, obfitego śniadania w naszych pałacowych salonach. Górskie prognozy niestety nie kłamały: pogoda bezpowrotnie się popsuła. W wyższych partiach Tatr zaległy gęste, ołowiane chmury, a i na dole z ołowianego nieba co rusz kapryśnie kropi deszcz.
Dla części naszej wycieczki ta aura nie stanowi jednak najmniejszego problemu. Swoje kroki postanawia skierować w stronę… Term Chochołowskich. W tym scenariuszu mokra aura za oknem traci jakiekolwiek znaczenie. Skoro i tak planujemy spędzić najbliższe godziny po uszy w ciepłej wodzie, a na samo miejsce bezpiecznie i sucho dowiezie nas nasz niezawodny autobus, cała logistyka rozwiązuje się wręcz idealnie.
Grupa Termy ChochołowskieNie wszyscy jednak marzą o tym, by podczas upragnionej wyprawy w Tatry skupiać się wyłącznie na moczeniu czterech liter w basenach termalnych. Druga część ekipy za punkt honoru uznaje wierność górskim tradycjom, dlatego po naradzie zapada męska decyzja: kierunek Dolina Kościeliska! To bezdyskusyjnie najlepsza, żelazna opcja rezerwowa na absolutnie każde, nawet najbardziej niesprzyjające warunki pogodowe. Szlak dnem doliny jest łagodny i niewymagający, a przy tym niezwykle malowniczy. Można nim swobodnie maszerować nawet w strugach deszczu – wystarczy tylko szczelnie opatulić się w peleryny przeciwdeszczowe, by taka wędrówka zamieniła się w całkiem przyjemną, klimatyczną przygodę. No a przede wszystkim – na samym końcu trasy, pośród mgieł, czeka na nas zbawienne, ciepłe schronisko na Hali Ornak!
Zabieramy się więc w drogę wraz z amatorami ciepłych kąpieli, po czym wyskakujemy z autobusu w Kirach i ruszamy na penetrację doliny. Na wejściu zostawiamy na bramce kolejne 11 złotych za wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego i z zachwytem chłoniemy otaczającą nas przestrzeń. Od samego początku marszu wiernie towarzyszy nam szumiący, krystalicznie czysty Potok Kościeliski. Co najważniejsze, choć nad naszymi głowami złowrogo wiszą ołowiane chmury, to na razie nie spada z nich ani jedna kropla.
Jaskinia MroźnaW tak sprzyjających okolicznościach dochodzimy sprawnie do odejścia szlaku prowadzącego w stronę Jaskini Mroźnej. Choć ta podziemna trasa nie figurowała zupełnie w naszych porannych założeniach, krótki referat o tym, czym jest to miejsce i jakie kryje tajemnice, wywraca nasze zamierzenia do góry nogami. Decyzja zapada natychmiast: idziemy do jaskini!
Skręcamy więc z głównego traktu i zaczynamy piąć się ostro pod górę. Jak to zwykle w górach bywa – nie ma nic za darmo, a na piękny widok lub unikalną atrakcję trzeba najpierw rzetelnie zapracować mięśniami nóg. Po kilkunastu minutach intensywnego podejścia docieramy wreszcie do otworu wejściowego. Tutaj czeka nas kolejna opłata w wysokości 11 złotych. Cóż, zaciskamy zęby i sięgamy po portfele, z góry wliczając ten wydatek w nieprzewidziane koszty dobrej zabawy.
Jaskinia MroźnaChwila organizacyjnego przygotowania, seria pamiątkowych zdjęć na tle skał i ostatecznie przekraczamy próg podziemnego królestwa. Wnętrze okazuje się absolutnie bajkowe! Trasa pozbawiona jest sztucznego, stałego oświetlenia, więc każdy z nas musi liczyć wyłącznie na własne źródło światła. W ruch idą smartfony, a ich ekrany rozbłyskają w mroku. Dziesiątki migoczących strumieni światła zaczynają chaotycznie omiatać surowe, wapienne ściany, ciasne korytarze oraz głębokie szczeliny tektoniczne. Atmosfera jest po prostu cudowna, a my czujemy się jak prawdziwi odkrywcy badający nieznane dotąd zakamarki ziemi.
Po drodze natrafiamy na surowe, ciasne prześwity, gdzie niektóre, wyjątkowo niskie szczeliny musimy pokonywać niemalże na czworakach, mocno pochylając głowy. Kawałek dalej, niczym w podziemnym pałacu, skalne ściany nagle się rozstępują, otwierając przed nami przestronne, monumentalne komnaty.
Z sufitów dostojnie zwisają tam wiekowe, kamienne sople – stalaktyty. Z kolei z ziemi, prosto pod nimi, ku górze pną się ich geometryczne odbicia, czyli stalagmity. Te niesamowite formy naciekowe są dosłownie na wyciągnięcie ręki, a w świetle naszych telefonów momentami tworzą wręcz fantastyczne, rzeźbiarskie kompozycje, nad którymi natura pracowała przez tysiące lat.
Raz po raz wdrapujemy się po wilgotnych, kamiennych schodach, by po chwili znów schodzić głęboko w dół. Jaskiniowy szlak wije się kapryśnie, prowadząc nas to w jedną, to w drugą stronę. Na szczęście podziemna ścieżka nigdzie się nie rozwidla, a w miejscach, gdzie mogłyby zrodzić się jakiekolwiek nawigacyjne wątpliwości, właściwego kierunku bezwzględnie pilnują solidne, metalowe barierki.
Dolina KościeliskaPodziemny korytarz ciągnie się i ciągnie, a końca tej wędrówki w mroku wciąż nie widać. Wreszcie jednak daleko z przodu migocze blade, niewyraźne światło dzienne, które z każdym wykonanym krokiem przybiera na sile. Sukces! Docieramy do otworu wyjściowego i po długich minutach w chłodzie wkraczamy z powrotem w objęcia tatrzańskiej przyrody. Otrzepując spodnie z jaskiniowego pyłu, możemy wreszcie z całą stanowczością i dumą ogłosić: w końcu naprawdę byliśmy „w górach”! Co prawda – patrząc na to czysto technicznie – znaleźliśmy się tylko wewnątrz jednej z nich, ale liczy się fakt i niezapomniane przeżycie.
Teraz nie pozostaje nam nic innego, jak sprawnie zejść ze skalnego zbocza jaskini z powrotem na dno doliny i kontynuować nasz poranny, deszczowy plan w kierunku Hali Ornak. Tak też robimy. Krystalicznie czysty Potok Kościeliski przemyka raz z lewej, raz z prawej strony głównego traktu, a my co rusz pokonujemy kolejny z urokliwych drewnianych mostków.
Mieszkaniec wąwozuW miarowym rytmie kroków docieramy wreszcie do Schroniska PTTK na Hali Ornak. Ta piękna, tradycyjna drewniana budowla kryje w sobie doprawdy unikatową, niemal domową atmosferę – dla wielu z nas to bezsprzecznie jedno z najmilszych i najbardziej klimatycznych schronisk w całych Tatrach. Z ulgą zasiadamy przy masywnym stoliku i zamawiamy po porcji złocistej, ożywczej zupy chmielowej z pianką. Po tylu godzinach marszu w chłodzie w pełni na tę nagrodę zasłużyliśmy! Do tego obowiązkowy, uroczysty stempel pamiątkowy wciśnięty do książeczek Górskiej Odznaki Turystycznej (GOT) i z naładowanymi akumulatorami możemy ruszać w drogę powrotną. Trasa w dół nie oznacza jednak nudy. Nasz przewodnik ma w zanadrzu asa w rękawie i planuje dodatkową atrakcję – Wąwóz Kraków. Ponieważ nikt z naszej grupy jeszcze tam nie był, w powietrzu wisi zapowiedź przedniej, krajoznawczej niespodzianki.
Atrakcja dnia - Wąwóz KrakówDochodzimy do niepozornego odbicia szlaku i zaledwie po kilku krokach dosłownie toniemy w objęciach monumentalnego, wąskiego i surowego kanionu. Strzeliste, pionowe skały zamykają się nad naszymi głowami, drastycznie ograniczając dopływ światła. W tym tajemniczym, półmrocznym korytarzu panuje podniosła cisza, którą niemal natychmiast potęguje niezwykłe znalezisko. Po prawej stronie, wciśnięta w naturalną wnękę pionowej ściany skalnej masywu Saturna, bieli się skromna, tradycyjna kapliczka maryjna. Ta maleńka, wtopiona w surowy wapień świątynia, kryjąca figurkę Matki Boskiej, według starych góralskich podań została umieszczona w tym mrocznym jarze ku pamięci młodego pasterza, który zginął tragicznie na zdradliwych, okolicznych urwiskach. Widok tej samotnej ostoi sacrum pośród potęgi dzikiej natury robi na nas piorunujące wrażenie i zmusza do chwilowego, pełnego zadumy milczenia, zanim ruszymy dalej w głąb tego skalnego labiryntu.
Grupa od pierwszych kroków jest absolutnie zachwycona surowym pięknem kanionu, jednak prawdziwe apogeum emocji następuje w momencie, gdy dochodzimy do samego końca udostępnionej ścieżki. Nagle zza załomu skalnego wyrasta przed nami pionowa, kilkumetrowa, stalowa drabina.
– Irek, nie mów mi, że my po tym mamy wchodzić… – pada z tłumu pełne niedowierzania i lekkiej trwogi zapytanie.
Wejście do Smoczej JamyIrek posłusznie więc nic nie mówi, jedynie uśmiecha się pod nosem. Niespodzianka udała się w stu procentach!
Teraz nadchodzi chwila pełnej mobilizacji, głębokiego wdechu i pokonania własnych barier. Stoimy przez dłuższą chwilę na dnie tego skalnego kotła, przypatrując się czekającemu nas wyzwaniu i zbierając siły – tocząc w tym momencie głównie zaciętą walkę z własną psychiką i lękiem przed przestrzenią. Gdy wreszcie oswajamy się z tą pionową przeszkodą, powoli zabieramy się do dzieła. Szczebel po szczeblu, krok po kroku, miarowo łykamy kolejne stopnie stalowej konstrukcji.
Drabinka okazuje się jednak zaledwie niewinnym wstępem do właściwego wyzwania. Tuż nad jej końcem szlak nie zamierza odpuszczać – pozostaje jeszcze do pokonania kilka metrów gładkiej, stromej skały, najeżonej potężnymi łańcuchami. Tym razem odwrót nie wchodzi już w grę. Wszyscy doskonale czujemy twardą, górską zasadę: do upragnionego końca jest już znacznie bliżej niż z powrotem na dół. Wzorowa współpraca, głośna wzajemna mobilizacja oraz bezcenna świadomość, że ktoś z tyłu czuwa i w razie potrzeby ubezpiecza Twój krok, robią swoje.
Wąwóz Kraków zdobytyPo kilku minutach pełnych adrenaliny i skupienia, z głośnym westchnieniem ulgi wszyscy meldujemy się na górze. To znaczy – nie do końca na finiszu, a zaledwie przed otworem wejściowym do kolejnej jaskini. Czarny, tajemniczy otwór Smoczej Jamy ziewa przed nami z głębi skały. To fascynujący, dalszy ciąg niespodzianki naszego przewodnika.
Smocza Jama to kolejny, a zarazem już ostatni i najbardziej ekscytujący odcinek specjalny w tym rejonie. Ta unikalna formacja krasowa wcale nie jest klasyczną, ślepą pieczarą. To w rzeczywistości krótki, stromy i niezwykle mroczny korytarz jaskiniowy o długości 37 metrów, który przebija wapienną skałę masywu Saturna dosłownie na wylot. Przechodząc przez ten skalny tunel, pokonujemy aż 16,5 metra deniwelacji, pnąc się stale ostro w górę.
Wkraczamy w mrok, trzymając w dłoniach zapalone latarki telefonów, bez których bezpieczne przejście byłoby niemożliwe ze względu na panujące tu absolutne ciemności i śliskie, wilgotne podłoże. Cała trasa wewnątrz tego surowego, wygładzonego przez wodę korytarza jest ubezpieczona solidnym łańcuchem pomocniczym. Zimny dotyk stali dodaje otuchy w ciasnych, zakrzywionych załomach skały. Przeciskamy się gęsiego, czując na policzkach chłodny, jaskiniowy powiew, aż po kilkunastu metrach emocjonującej wędrówki przed naszymi oczami rozbłyskuje upragnione światło dnia.
W oczekiwaniu na amaatorów ciepłych kąpieliWarto wspomnieć, że Smocza Jama posiada z boku ubezpieczone obejście. Z tego zewnętrznego wariantu, również wyposażonego w ułatwienia, można śmiało skorzystać, jeśli wizja wejścia w ciasny i całkowicie ciemny skalny korytarz staje się zbyt paraliżująca lub po prostu trudna. Kilkoro z nas decyduje się na ten krok, wybierając bezpieczną wspinaczkę po ubezpieczonej łańcuchami półce skalnej na świeżym powietrzu.
Jednak u większości z nas duma z pokonania mrocznego wąwozu oraz chęć odkrycia ukrytej na samym końcu niespodzianki ostatecznie biorą górę. Przełamujemy opory, zapalamy latarki i ruszamy prosto w głąb gardzieli.
Zakopane - skocznia narciarskaChwilę później wychodzimy dumnie przez górny otwór jaskini i lądujemy na urokliwej, leśnej ścieżce, z której niemal natychmiast rozpościera się wspaniała panorama na otoczenie Doliny Kościeliskiej. Stąd czeka nas już tylko bezpieczne, niezwykle łagodne zejście przez gęsty las prosto na Polanę Pisaną. Nasza brawurowa, podziemna i napowietrzna przygoda dobiega końca. Wszyscy, bez jakiegokolwiek wyjątku, daliśmy dziś radę. Rozpierająca nas duma z pokonania tego wymagającego, pełnego technicznych niespodzianek szlaku rozgrzewa nasze serca znacznie mocniej i skuteczniej niż najlepsza, gorąca herbata w górskim schronisku.
Z Polanej Pisanej zostaje nam już tylko spokojny, pożegnalny spacer dnem doliny do samych Kirów. Tam, na parkingu przy wylocie szlaku, los uśmiecha się do nas po raz kolejny – niemal w tym samym momencie szczęśliwie łapiemy powracający z Chochołowa autobus z resztą ekipy.
Wymiana radosnych okrzyków, szerokie uśmiechy i natychmiastowy potok wzajemnych opowieści wypełniają wnętrze pojazdu. Jedni pachną jeszcze relaksem i ciepłą, termalną wodą, drudzy wciąż mają na butach jaskiniowy pył i adrenalinę z drabinek Wąwozu Kraków. W tak wyśmienitych nastrojach wracamy do naszej pałacowej bazy, ostatecznie kończąc tę niezwykle intensywną niedzielną eskapadę w Zakopanem.
Muzeum Karola SzymanowskiegoŻeby jednak nie było wątpliwości – plan naszych zakopiańskich wojaży był w rzeczywistości o wiele bogatszy, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Piękną tradycją tych tatrzańskich wypadów stał się bowiem fakt, że każdy uczestnik ma całkowicie wolną rękę w wyborze własnych ścieżek. Dzięki temu do grona naszych wspólnych, tegorocznych zdobyczy – oprócz budzących respekt Szpiglasu, Świnicy i Kasprowego Wierchu – możemy z dumą doliczyć kilka innych, niezwykle cennych trofeów.
Rusinowa Polana stała się jednym z nich. To niezwykłe, sielskie miejsce oczarowało nas zapierającą dech w piersiach, bliską panoramą Tatr Wysokich, w której prym wiodły potężne, ośnieżone stoki Gerlacha i Lodowego Szczytu.
Nie omieszkaliśmy odwiedzić także Muzeum Karola Szymanowskiego w willi „Atma”, pobliskiego, legendarnego cmentarza oraz zabytkowego, drewnianego kościółka. O ich istnieniu zapewne nie mielibyśmy pojęcia do dziś, gdyby przed dwoma laty kierownictwo naszej wyprawy nie wpadło na genialny pomysł i nie zamówiło profesjonalnego przewodnika do oprowadzenia nas po nieznanych zakątkach Zakopanego.
Zabytkowy cmentarz w centrum ZakopanegoOkazuje się, że bywając pod Tatrami niemal rok w rok, zupełnie nieświadomie omijaliśmy wiele fascynujących miejsc, które przez cały ten czas były dosłownie na wyciągnięcie ręki. Dziś, bogatsi o tę wiedzę, wracamy do nich z zupełnie nową wrażliwością, dojrzałym zachwytem i ogromnym sentymentem – odkrywając te skarby Podhala na nowo, jakby czas zatoczył piękny, życiowy krąg.
Podobnie odważnym i satysfakcjonującym wyzwaniem okazała się Sarnia Skałka, która z racji swojego położenia stosunkowo blisko miasta często staje się celem turystycznych wędrówek. Choć wejście na nią do najłatwiejszych nie należy i potrafi zmusić do mocniejszego bicia serca, to kręta ścieżka wiodąca wśród reglowego, bukowo-świerkowego boru dodaje całej trasie niesamowitego posmaku tajemniczości. Ostatni etap – krótkie, acz intensywne podejście z Czerwonej Przełęczy, gdzie karłowaciejący las ustępuje miejsca przestrzeni – wyprowadza nas wprost na nagą grupę skałek tworzących wierzchołek.
Muzeum SzymanowskiegoZ jej szczytu rozciąga się doprawdy niesamowity, wręcz hipnotyzujący widok. Tuż nad nami góruje stroma, północna ściana potężnego Giewontu. I o ile z dołu Sarnia Skałka mogła sprawiać wrażenie niedostępnego kolosa, o tyle z tej perspektywy staje się zaledwie skromnym karłem pokornie tulącym się u stóp wielkiego symbolu Zakopanego. Krajobraz tętni tu niesamowitym kontrastem: z jednej strony przytłacza nas monumentalny masyw Śpiącego Rycerza dominujący nad otoczeniem, a obracając się w tył, możemy podziwiać rozległą, lekko prześwitującą w dole nieckę Zakopanego.
W takim to radosnym, pełnym satysfakcji nastroju – i na przekór średnio sprzyjającej pogodzie – ostatecznie kończymy nasze niedzielne wypady. W poniedziałek rano nadchodzi nieuchronny czas, by zwinąć obozowisko i ruszyć w drogę powrotną do domu.
Dzień zaczynamy tradycyjnie, po raz ostatni gromadząc się w naszej wytwornej sali śniadaniowej. Gdy kawa i poranne smakołyki znikają ze stołów, sprawnie pakujemy walizki i z lekkim sentymentem ładujemy się na pokład autobusu. Tuż przed ostatecznym przekręceniem kluczyka w stacyjce, cała grupa posłusznie ustawia się jeszcze do pamiątkowego zdjęcia na tle dumnej, barokowej sylwetki naszego hotelu. Błysk flesza, szerokie uśmiechy i ruszamy w trasę.
PTTK Zawadzkie w Zakopanem - 2026Przed nami wciąż jednak rozciąga się ostatnia, wielka atrakcja tej czterodniowej ekspedycji. Naszym celem jest „Brama w Gorce” – nowoczesna i spektakularna ścieżka edukacyjno-przyrodnicza, która wiedzie turystów wysoko pośród koron gorczańskich drzew. Szefostwo wyprawy z wielkim skupieniem studiuje mapy, jako że dla wszystkich będzie to całkowicie dziewicze odkrycie. Nikt z obecnych nie wie dokładnie, jak tam dojechać, którędy prowadzi droga i – co najważniejsze w przypadku tak dużego pojazdu – czy nasz drogowy potwór w ogóle zmieści się na lokalnych, ciasnych podgórskich traktach.
Z pomocą przychodzą nam jednak nowoczesne techniki nawigacji. Po stoczeniu zaciętej walki z algorytmami i zaliczeniu kilku drobnych, logistycznych perypetii, nasz kierowca popisuje się kunsztem i ostatecznie trafiamy do Waksmundu pod Nowym Targiem. Z ulgą opuszczamy pokład autobusu, który zostaje na bezpiecznym parkingu, i już na własnych nogach, raźnym krokiem ruszamy pieszo w stronę majaczącego w leśnej gęstwinie celu.
Trasę edukacyjną pokonujemy w dwóch sprawnie zorganizowanych grupach. Każdą z nich bierze pod swoje skrzydła profesjonalny przewodnik, który z wielką pasją opowiada o zgromadzonych na trasie eksponatach, bogatej historii tego regionu oraz dawnych, gorczańskich tradycjach.
Podniebny szlak wśród  koron drzewZ zapartym tchem oglądamy dumnie prezentujące się sowy, potężne puchacze oraz całą gamę innych gatunków reprezentujących tutejszych mieszkańców karpackiej puszczy. Z nieskrywaną radością testujemy również napowietrzne tory przeszkód oraz leśne ścieżki sensoryczne.
Choć te interaktywne platformy zaprojektowano z myślą o najmłodszych, to nam – dorosłym – pozwalają one na moment zrzucić bagaż lat i na nowo poczuć beztroską, dziecięcą radość. Nasz spacer obfituje w niespodzianki: przecinamy nawet zaaranżowany wysoko nad ziemią sztuczny tunel jaskiniowy, po czym uroczyście kończymy zwiedzanie w nowoczesnej sali kinowej, chłonąc niesamowite kadry filmu przyrodniczego o sekretach gorczańskiej fauny i flory. Po seansie schodzimy do tutejszej restauracji, gdzie wieńczymy całe to czterodniowe dzieło wykwintnym, pożywnym obiadem.
Brama w Gorce - podniebna ścieżkaTeraz, w pełni ukontentowani, nasyceni i dumni z naszych wszystkich wysokogórskich oraz nizinnych osiągnięć, możemy już z całkowicie czystym sumieniem ruszyć w ostateczną drogę powrotną do Zawadzkiego. Nasz szofer tym razem rezygnuje z autorskich eksperymentów i nie szuka urokliwych skrótów. Jedziemy pewnie, płynnie i bezpiecznie.
Po kilku godzinach spokojnej podróży nasz drogowy potwór z dostojnym mruknięciem silnika melduje się na doskonale znanym nam parkingu przed Urzędem Miasta. Krąg się zamyka. To tutaj cztery dni temu staliśmy pełni ekscytacji, a dziś – bogatsi o setki wspomnień, zdeptane szlaki i niezapomniane smaki – oficjalnie kończymy naszą wielką ekspedycję. Wyprawa Zakopane 2026 została oficjalnie zaliczona, a ambitne zadanie – wykonane w stu procentach!Brama w Gorce

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama