Z wizytą u misia na Ślęży

Ireneusz Ludwig Utworzono .

Rajd Młodzieżwy Szkolnej - Ślęża 2026Dziś ruszamy na szlak! Przed nami coroczny Rajd Młodzieży, a naszym celem jest Ślęża – dum­na królowa Przedgórza Sudeckiego i najwyższy szczyt swojego masywu. Choć jej wysokość bez­względna – 718 m n.p.m. – może nie przyprawiać o zawrót głowy, to prawdziwy podziw budzi jej potężna, samotna sylwetka.

Ślęża wyrasta ponad otaczające ją równiny na ponad pół kilometra wy­sokości względnej. Niczym naturalna latar­nia morska dominuje nad krajobrazem, wi­doczna jak na dłoni z odległości wielu kilo­metrów.

W drodze na ŚlężęWyruszamy na podbój tej śląskiej ikony z samego rana, gdy słońce leniwie przeciera oczy. Oficjalny start: Zawadzkie. To tutaj, tuż spod progów Urzędu Miasta, spodziewających się przygody uczniów za­biera potężny, komfortowy autobus marki Mercedes. Maszyna rusza, a my ruszamy w nieznane – choć plan podróży skreślony jest bardzo precyzyjnie.
Zanim jednak opuścimy domowe rejony, nasz Mercedes zamienia się w rajdową arkę, zbierającą kolejne siły. Pierwszy przy­stanek robimy w sąsiednim Kolonowskiem, gdzie do radosnego gwaru w pojeździe do­łącza spora grupa młodzieży z tutejszej szkoły. Chwilę później autobus sprawnie ścina zakręt na Fo­sowskie, by zacząć przebijać się malowniczymi, wąskimi dróżkami w stronę Staniszcz Wielkich. To właśnie tam, pośród zieleni, na pokład wsiadają ostatni piechurzy.
Skład jest już kompletny. Drzwi zatrzaskują się po raz ostatni, a w powietrzu unosi się zapach przygody i plecaków pełnych prowiantu. Kierunek: Ślęża!
Mijamy WrocławNasza maszyna pędzi dostojnie, tnąc przestrzeń z niespieszną elegancją. Za oknami migają so­czyste, zielone ściany lasów, aż w końcu wpadamy na obwodnicę Opola. Sprawnie i bez pośpiechu okrążamy stolicę nasze­go województwa, by chwilę później wtopić się w jednostajny, wręcz monotonny rytm autostrady. Kraj ucieka pod kołami, kilo­metry topnieją. W miarę jak zbliżamy się do Wrocławia, horyzont nagle gęstnieje. W pewnym momencie po lewej stronie majaczy niewyraźny, zamazany kontur czegoś monumentalnego. To ona – Ślęża. Od tej chwili jej potężna sylwetka nie opuści nas już ani na krok. Będzie nam towarzyszyć aż do celu, niczym niemy, dumny drogowskaz na naszej rajdowej drodze.
Przedmieścia Wrocławia przemykamy niemal niepostrzeżenie; gdyby nie nagle zgęstniały, wzmożony ruch, moglibyśmy nawet nie poczuć, że mijamy dolnośląską metropolię. Tuż za miastem zjeżdżamy jednak w boczną drogę i tego momentu przeoczyć się już po prostu nie da. Jeśli ktoś w tylnych rzędach odsypiał jeszcze poranne zaległości, teraz budzi się na dobre – i to z szeroko otwartymi oczami. Ślęża jest już na wyciągnięcie ręki. Potężna, wręcz majestatyczna, bawi się z nami w chowanego: raz wychyla się z prawej, by za kolejnym zakrętem uderzyć swoją monumentalnością z lewej strony. Rośnie w oczach z każdym obrotem kół i wnet staje przed nami w całej okazałości. Nasz cel przestał być tylko plamą na horyzoncie. Stał się rzeczywistością.
Ślęża na horyzoncieWtedy do akcji wkracza nasz przewodnik, Piotr. Z zacięciem rodowitego pedagoga zaczyna snuć opowieść o geografii tutejszego tere­nu, a wnętrze Mercedesa w ułamku se­kundy zamienia się w szkolną klasę na kółkach. Jego nieprzebrany, imponują­cy zasób wiedzy momentalnie wypeł­nia cały autobus. Te wszystkie fakty, daty i nazwy tłoczą się wokół naszych głów, niemal namacalnie szukając ja­kiejkolwiek szczeliny, by wniknąć do środka. I trzeba przyznać – stawka tej intelektualnej potyczki jest wysoka. Warto łowić uchem każde słowo Pio­tra, bo w drodze powrotnej czeka nas wielki, rajdowy konkurs z nagrodami, w którym orężem będzie właśnie wie­dza z dzisiejszej wycieczki. Słuchamy więc w skupieniu, ze wzmożoną czuj­nością, a w powietrzu – zamiast po­rannego lenistwa – unosi się już duch zdrowej rywalizacji.
A o czym tak żarliwie opowiada Piotr? Ślęża to przecież nie jest zwykła góra – to miejsce abso­lutnie wyjątkowe, pełne tajemnic i magii.
Przede wszystkim to dawny, święty panteon. Na długo przed tym, zanim na ziemiach polskich pojawiło się chrześcijaństwo, Ślęża była kluczowym ośrodkiem pogańskiego kultu solarnego dla wielu plemion. Do dziś zresztą jej zbocza otaczają zagadkowe, kamienne wały kultowe oraz legen­darne rzeźby z charakterystycznym znakiem ukośnego krzyża (tzw. znak solarny) – jak słynna „Niedźwiedzica” czy „Postać z rybą”. Geologicznie Ślęża również potrafi zaskoczyć. Choć leży w pobliżu Sudetów, nie powstała w ten sam sposób co one. To tak zwany twardziel – potężny, odpor­ny na erozję masyw zbudowany głównie z rzadkich skał: gabbro i amfibolitów. Gdy miliony lat temu okoliczne tereny były powoli niszczone przez deszcze i wiatry, ta twarda kopuła oparła się na­turze i samotnie wystrzeliła w górę, tworząc unikalny krajobraz. Dzięki tym skałom wiemy na 100%, że Ślęża nigdy nie była wulkanem, choć swoim stożkowatym kształtem bardzo go przypomi­na.
Co ciekawe, góra ta jest prawdziwym magnesem na... pioruny. Z powodu swojej wysokości względnej i specyficznej budowy geologicznej, Ślęża podczas burz ściąga wyładowania atmosfe­ryczne znacznie częściej niż inne sudeckie szczyty. Nic dziwnego, że starożytni brali ją za siedzibę bogów władających niebiosami.
Dziś ten niezwykły miks historii, geologii i legend czyni z niej prawdziwą perłę Dolnego Śląska.
Mijamy jeszcze kilka urokliwych, podślężańskich wiosek, by w końcu dotrzeć do celu tego etapu podróży – lądujemy na Przełęczy Tąpadła. To tutaj nasz Mercedes ostatecznie się zatrzymuje, a spragniona ruchu młodzież z radosnym gwarem wysypuje się na parking. Opiekunowie momental­nie ruszają do akcji: skrupulatnie liczą swoje niesforne trzódki, sprawdzając, czy nikogo nie braku­je. Jeszcze kilka ostatnich organizacyjnych uwag, poprawianie plecaków, wiązanie butów... i rusza­my w trasę!
Przełęcz TąpadłaNaszym nowym wyznacznikiem staje się żółty szlak. Choć energia roz­piera mło­dych piechurów, tempo mar­szu dyktuje jed­na, żelazna zasada na­szych wycieczek: nikt nie wyprzedza przewodnika. Piotr idzie na przedzie, a my posłusznie podążamy jego śla­dem. To ważna lekcja – uczymy się tu nie tylko dyscypliny i porządku w grupie, ale także uważnego pilnowa­nia oznakowa­nia. Ta wiedza i nawyki okażą się bezcenne, gdy w przyszłości każdy z nas będzie sa­modzielnie zdo­bywał górskie szczyty.
Zanim jednak na dobre znikniemy mię­dzy drzewami, przystajemy na sa­mej grani­cy lasu, tuż przed tablicą wi­tającą nas w Ślężańskim Parku Krajo­brazowym. To ide­alny moment. Wy­ciągamy aparaty i wresz­cie uwieczniamy naszą całą rajdową ekipę na wspólnym, pamiątkowym zdjęciu. Uśmiechnięci, peł­ni sił i gotowi na wyzwanie – ruszamy zdobywać królową!
PTTK Zawadzkie - Ślężański Park KrajobrazowyZaczyna się wspinaczka. Nie żeby jakaś ekstremalna wyczynówka, ale bardzo szybko odczuwa­my na własnej skórze, co w praktyce oznacza pojęcie „wysokość względna”. Te pięćset metrów, o których tak mądrze opowiadał nam Piotr w autobusie, krystalizuje się teraz przed nami w najczyst­szej, namacalnej formie. Szlak pnie się niezłomnie pod górę, a każdy następny krok dodaje do na­szej wycieczkowej biografii kolejne centymetry grawitacyjnej potyczki z ziemią. Nogi zaczynają pracować na wyższych obrotach, oddechy przyspieszają, a plecaki – jakby na złość – z każdym me­trem wydają się odrobinę cięższe. Ślęża nie bierze jeńców, ale nikt nie zamierza się poddawać!
Przerwa na zregenerowani siłCałe szczęście, że Piotr często zarządza krótkie postoje. Młodzi zdobywcy królowej Śląska skru­pulatnie wykorzystują każdą sekundę na odpoczynek i błyskawiczną regenerację. Kanapki momen­talnie idą w ruch, w spragnionych gardłach znika zapas napojów z plecaków, a każdy wolny pień czy przydrożny kamień natychmiast przejmuje ciężar naszych nóg, które choć przez chwilę mogą odetchnąć po trudach wspinaczki. Podczas jednego z takich postojów horyzont nagle poważ­nieje – dynamicznym krokiem mija nas kilka zorganizowanych grup wojsko­wych. Żołnierze w pełnym rynsztunku maszerują raźno pod górę; być może oni także przyjechali tu po prostu podziwiać Ślężę, albo – co o wiele bardziej praw­dopodobne – w taki właśnie wymagają­cy sposób szlifują swoją kondycję bojo­wą.
Wtedy do akcji wkracza pani Beata – nasza niezastąpiona nauczycielka o rów­nie potężnym zacięciu pedagogiczno-turystycznym. Z błyskiem w oku zachę­ca do bacznego rozglądania się wokół, przypominając, że każdy, nawet najmniejszy detal może okazać się decydujący w nadchodzącej bitwie o nagrody. Od tej chwili w naszych głowach urucha­mia się tryb absolutnej rejestracji. No­tujemy w pamięci wszystko, co staje na naszej drodze: tutaj malowniczo pokręcony, stary świerk, kawałek dalej ostry, zdradliwy zakręt, jaskrawy znaczek z żół­tym szlakiem, po pra­wej stronie monumen­talny głaz, a po lewej ta­jemniczy słupek, wy­glądający zupełnie jak stacja Drogi Krzyżo­wej. Naszej uwadze nie umyka nawet... czar­na kurtka, zapomniana przez kogoś i zawie­szona na zwalonym pniu obok drogi. Nie wiadomo, co ostatecznie pad­nie w pytaniach. Na wszelki wypadek zapa­miętujemy absolut­nie wszystko!
Przewodnicy sypią ślężańskimi faktamiI tak, krok po kroku, wreszcie zbliżamy się do celu. Tuż przed samym szczytem za­trzymujemy się przed bezładną, z pozoru chaotyczną grupą omszałych kamieni.
Nasz niezastąpiony Piotr ucisza grupę, wskazuje ręką na głazy i intonuje uroczystym głosem: „Moje aniołki, oto legendarne pozo­stałości starożytnego Wału Kultowego”. Za­wiesza głos, a my z zapartym tchem wpatru­jemy się w te wiekowe kamienie. Po czym zaczyna snuć opowieść o czasach, gdy nie było tu jesz­cze żadnych ścieżek, a góra tonęła w mroku pierwotnej puszczy.
Te z pozoru bezładne bloki skalne z ciemnego gabra to w rzeczywistości fragmenty potężnych, monumentalnych konstrukcji usypanych ludzkimi rękami u schyłku epoki brązu i we wczesnej epo­ce żelaza (około VII–V wieku p.n.e.) przez plemiona kultury łużyckiej, a później rozbudowanych przez celtyckich Ślężan. Wały te, mające pierwotnie nawet po kilka metrów wysokości, nie pełniły jednak funkcji obronnej – nie chroniły przed najeźdźcą. Miały o wiele potężniejsze zadanie.
Pozostałości po starożytnym waleWyznaczały one w starożytności świętą, nienaruszalną granicę sacrum i profanum. Oddzielały zwykły, ziemski świat od królestwa bogów, które znajdowało się na samym wierzchoł­ku Ślęży. Przekroczenie tej kamiennej ba­riery wymagało odpowiedniego przygoto­wania, czystości i odprawienia rytuałów. Co ciekawe, wały te celowo układano w kształcie podków wokół szczytu, pozosta­wiając otwarte przestrzenie od strony wschodniej, aby pierwsi kapłani i czciciele słońca mogli bez przeszkód witać prościu­teńko wpadające tu promienie wschodzące­go poranka.
Dziś te omszałe kamienie milczą, ale świadomość, że stoimy na granicy staro­żytnego sanktuarium, przyprawia o gęsią skórkę. Notujemy te fakty w pamięci z po­dwójną gorliwością – to murowany fawo­ryt w powrotnym teleturnieju!
Młodzież PTTK przy ślężańskim misiuUzbrojeni w kolejną porcję starożytnej wiedzy dokonujemy ostatecznego wejścia na szczyt Ślę­ży. Jako pierwszy zza koron drzew wyłania się charakterystyczny, nowoczesny szpic wieży telewi­zyjnej, po czym nagle wychodzimy na niewielką, zieloną polanę. To serce góry, otoczone z jednej strony klimatycznym schroniskiem, a z drugiej – bryłą starego kościoła pod wezwaniem Nawiedzenia NMP, posadowionego w najwyższym punkcie wierzchołka. Jesteśmy u celu!
Na początek, zamiast odpoczynku, z zaciekawieniem szukamy misia. O tym kamiennym lokatorze słyszeliśmy już sporo w trakcie naszej terenowej lekcji geografii i historii, zresztą nie da się o nim nie usłyszeć, wertując jakiekolwiek internetowe strony o Ślęży.
Gdy w końcu stajemy przed tą przysa­dzistą, granitową rzeźbą, Piotr szybko zdradza nam jej tajemnice. To tak na­prawdę "Niedźwiedzica", jeden z najbar­dziej ikonicznych i zagadkowych zabyt­ków starożytnego kultu w całej Polsce. Wyciosana z lokalnego granitu przez dawnych rzeźbiarzy (najpewniej powiązanych z kulturą celtycką), od stuleci strzeże tajemnic tej góry. Na jej brzuchu wyraźnie odznacza się głęboko wyryty znak ukośnego krzyża (X) – starożytny symbol solarny, związany z kultem słońca. Choć czas mocno zatarł jej rysy i dziś przypomina raczej potężnego, nie­co niezgrabnego dzika lub knura, dla wszystkich i tak na zawsze pozostanie ślężańskim misiem. Dotykamy chłodnego granitu rzeźby, czując pod palcami historię sprzed ponad dwóch tysięcy lat, a w głowach kodujemy kolejne odpowiedzi do konkursu.
Punkt widokowy na ŚlężyOd teraz mamy trochę czasu dla siebie. Za­glądamy na chwilę w progi klimatyczne­go schroniska, by zaraz potem skierować kroki w stronę tarasu wido­kowego. Stamtąd rozpoście­ra się zachwycająca, za­pierająca dech w pier­siach panorama na północną stronę stoku – z tej perspektywy świat na dole wyda­je się mi­niaturową makietą. Z nie­słabnącym zacieka­wieniem zerkamy jednak w stronę kościoła Nawie­dzenia NMP. Jego monumentalne, ka­mienne schody mają w sobie coś magnetycz­nego; wręcz prowokują i kuszą, by bez waha­nia wejść na górę i sprawdzić, jakie sekrety kryją się za ciężki­mi drzwiami.
Tak też i robimy. Szybka kalkulacja bu­dżetu wy­cieczki poprawia nam humory: samo wej­ście po schodach okazuje się dar­mowe (nie li­cząc, rzecz ja­sna, ponownej po­tyczki z grawi­tacją), wejście do wnętrza świątyni – również darmowe, a bilet na przykościelną wieżę wido­kową to symbo­liczne 5 złotych. Trzeba przy­znać, że nie jest źle!
Wnętrze kościoła Nawiedzenia NMPZaglądamy do surowego wnętrza i mo­mentalnie uderza nas nie­zwykły miks histo­rii i teraźniejszości. Kościół pach­nie ujmują­cą świeżością, będącą owocem wie­loletnich, skrupulatnych prac reno­wacyjnych. Przekraczając próg, na moment za­pominamy o rajdowym gwarze. Uwa­gę wszystkich przyku­wają za­montowane w podłodze, gru­be szkla­ne płyty. Spo­glądamy przez nie w dół z auten­tycznym zachwy­tem – prosto w pod­ziemia, gdzie pod współczesną po­sadzką drzemią do­skonale zachowa­ne, surowe relikty zam­ku piastow­skiego oraz funda­menty pierwszej, dwunastowiecznej świątyni. Kolejna porcja wiedzy lą­duje w pamięci jak bezcenny skarb.
Nasze głębokie zainteresowanie tą niezwykłą świątynią nie jest przy­padkowe. Kościół Nawiedzenia Naj­świętszej Maryi Panny, w którym właśnie stoimy, to przecież budowla o niezwykle burzli­wej historii, ideal­na do konkursowych pytań.
Podziemia kościołaWszystko zaczęło się w pierwszej połowie XII wieku, gdy możnowładca Piotr Włostowic spro­wadził tu augustianów. Później, w XIV wieku, Bolko II Mały wzniósł na szczycie zamek. Kiedy w XV wieku warownię przejęli zbójnicy, okoliczni mieszkańcy zburzyli ją, by pozbyć się rzezimiesz­ków. Dopiero setki lat później augu­stianie postawili na tych ruinach mu­rowaną świą­tynię, która spłonęła od pioruna w 1834 roku. Kościół odbu­dowano w połowie XIX wieku, ale po II wojnie światowej nadszedł mroczny czas – budynek popadł w całkowi­tą ruinę i przez dekady stra­szył pękającymi ścianami.
Prawdziwy cud wydarzył się jed­nak cał­kiem niedawno, bo po 2012 roku. To wtedy ruszyła wielka, no­woczesna renowacja. Świątynię pod­łączono do prądu, uratowano przed zawaleniem i ułożono nową posadz­kę. Co najważniejsze dla nas – w kwietniu 2015 roku zamontowano pancerną, szklaną płytę, przez którą z zachwytem oglądamy teraz odsłonię­te przez archeologów podzie­mia. Zapach świeżości, który czujemy, to właśnie efekt tych niedaw­nych, wielkich prac.
Taras widokowy na wieżyDo podziemi schodzimy kamiennymi, stromymi schodami ukrytymi w posadzce i od razu lądu­jemy w chłodnych czelu­ściach historii. Wśród suro­wych murów dawnego zamku przez moment czujemy się niemal jak staro­żytni Celto­wie, dotykający ta­jemnic ukrytych przed świa­tem. Z ogromną ciekawością ogląda­my każdy zakamarek tych ar­cheologicznych wyko­palisk, po czym wracamy na górę, by natychmiast rozpo­cząć wspi­naczkę na wieżę. Za owe słynne już pięć zeta.
Wejście po krętych stop­niach jest dość długie, ale po wcześniejszym zdobyciu sa­mej Ślęży o własnych siłach, te parę dodatkowych scho­dów przecież nas nie pokona. Chwila wysiłku i wkrótce z triumfem wychodzimy na ta­ras widokowy. Nagroda za­piera dech w piersiach: stąd rozpościera się oszałamiająca panorama już nie tylko na północną stronę, ale na wszystkie cztery strony świata.
Śnieżka widziana ze ŚlężyDelektujemy się tym widokiem, chłoniemy obrazy i łapiemy w żagle rześki wiatr. Na horyzon­cie, w morzu dolnośląskich nizin, wyraźnie majaczy samotna iglica Sky Tower we Wrocławiu. Gdy jednak obracamy się w przeciwną stronę, nad granicą ziemi i nieba wyrasta potężne pasmo górskie. To muszą być Sudety! Wpatrujemy się intensywnie w zamglone, odległe rysy i nagle, daleko w głębi, do­strzegamy charakterystyczne, spiczaste wzniesienie, za którym ciągnie się długi, skalisty grzbiet. Czyżby to była Śnieżka? W ruch natychmiast idzie lornetka, nastę­puje szybka, burzliwa konsultacja geogra­ficzna ze spoglądaniem na mapy i... tak, jest! To najwyższy szczyt Karkonoszy, od­dalony stąd o niemal sto kilometrów! Mamy niesamowity, gratisowy bonus, któ­rego zupełnie się nie spodziewaliśmy. Ślę­ża podarowała nam dziś idealny prezent.
Moglibyśmy tak spacerować, wypatry­wać odległych szczytów i chłonąć te kra­jobrazy jeszcze bardzo długo, ale nasz czas na wierzchołku powoli dobiega końca. Cała grupa sprawnie zbiera się przy wejściu do schroniska, gdzie ustawiamy się do kolejnego pamiątkowego zdjęcia – tym razem z dumną bryłą kościoła w tle.
Podczas schodzenia ze ŚlężyA teraz czeka nas powrót. Już po kilku pierwszych minutach marszu na własnej skórze przeko­nujemy się o starej górskiej prawdzie: nasze wejście na Ślężę to była czysta pestka w porównaniu z drogą powrotną. Choć idziemy teraz w dół, szlak okazuje się znacznie bardziej ka­pryśny – stopy ślizgają się na wyboistych, ruchomych kamieniach, a kolana mocno odczuwają każdy krok. No i sama matema­tyka zejścia jest bezwzględna. Rano starto­waliśmy z Przełęczy Tąpadła, która leży na wysokości około 380 m n.p.m. Schodzi­my jednak w zupełnie inne miejsce – na parking w Sobótce, położony na wysoko­ści zaledwie 280 m n.p.m. To oznacza, że do pokonania w pionie mamy aż o sto me­trów więcej niż podczas wspinaczki! Każ­dy mięsień walczy z grawitacją, ale rajdo­wy krok niesie nas niezłomnie w stronę autobusu.
Żółty szlak, bo dalej idziemy żółtym, prowadzi przez Wieżycę, jeden z bliźnia­czych wierzchołków Ślęży. Z wysokością 414 m n.p.m. wita nas kamienną wieżą, która wyrasta spośród drzew niczym baszta średniowiecznego zamku. Ta masywna, 15-metrowa konstrukcja z drobnoziarnistego granitu kryje w sobie intrygującą historię. To tak zwana Wieża Bismarcka, wzniesiona na samym początku XX wieku (w latach 1905–1907) z inicjatywy wrocławskich stu­dentów. Kiedyś, w rocznice urodzin niemieckiego kanclerza, na specjalnej misie na samym szczy­cie rozpalano potężny ogień, widoczny z odległości wielu kilometrów. Dziś ta surowa budowla słu­ży wyłącznie jako kapitalny punkt widokowy.
Wieża Bismarcka na WieżycyPo wojnie miejsce to przez pewien czas nazywano oficjalnie Górą Kościuszki, a sama wieża po­padała w zapomnienie. Dziś jednak, zrewi­talizowana i dumna, znów przyciąga rze­sze turystów. Co ciekawe, u podnóża góry wciąż można dopatrzyć się słabo widocz­nych zarysów kolejnego prehistorycznego wału kultowego! Spoglądamy na jej grube, kamienne mury i choć nogi po zejściu ze Ślęży zaczynają już lekko odmawiać po­słuszeństwa, z niesłabnącą czujnością za­pamiętujemy te detale. „Piotr na bank za­pyta o rok budowy albo o nazwisko kanc­lerza!” – szepczemy między sobą, wymie­niając porozumiewawcze spojrzenia. Prze­chodzimy obok wieży, a szlak prowadzi nas dalej w dół, przez niesamowity las pe­łen skarlałych, wiekowych dębów. Do par­kingu w Sobótce jest już naprawdę blisko.
Tak też i się dzieje. Jeszcze tylko parę stromych, czujnych zejść i z ulgą lądujemy na Przełęczy pod Wieżycą. To właśnie tutaj czeka na nas najwspanialsza nagroda za wszystkie dzisiejsze trudy wspinaczki: trzaskające wesoło ognisko, strugane patyki i soczyste kiełbasy! Nasze żołądki już od dłuższego czasu bardzo gło­śno dopominały się o swoją kolej, więc z ogromną ochotą nabijamy porcje na patyki i gęsto rozsiadamy się wokół żywego ognia.
Ognisko i wspólne pieczenie kiełbasekTeraz każdy z nas zamienia się w kulinar­nego mistrza i skrupulatnie pilnuje, by jego kawałek upiekł się jak najbardziej równo­miernie. Wszystko musi być zrobione jak na­leży! Kiełbasy szybko się rumienią, fantazyj­nie wyginają od ciepła i zaczynają puszczać soki, a kapiący do ognia tłuszcz skwierczy głośno na rozżarzonych polanach drewna. Zapach jest tak obłędny, że ślinka sama ciek­nie. Jeszcze chwilka, jeszcze obrót z tej stro­ny, podsmażyć skórkę i... już! Gotowe!
Teraz szybki ruch, papierowy talerzyk i z dumnym trofeum lądujemy przy biesiadnym stoliku. To istna, rajdowa uczta! I zupełnie nic to, że dokładnie w tym samym momencie nad naszymi głowami otworzyły się podwoje nieba i zaczęło rzęsiście lać. Nic to, że niebo nagle potężnie się pogniewało i pociemniało. Przez całą górską trasę nie spadła na nas ani jedna kropla (no prawie), więc teraz niech się dzieje, co chce! My siedzimy już bezpiecznie pod wielkimi parasolami i żaden deszcz nie jest nam straszny.
A potem? Potem to już tylko szybki telefon do kierowcy naszego niezawodnego Mercedesa, krótka chwila oczekiwania w deszczu i z ulgą możemy wsiadać na drogę powrotną. Pakujemy się do przytulnego, suchego wnętrza, a nasz potężny autobus stacza się majestatycznie z przełęczy w stronę Sobótki, po czym obiera ostateczny kurs na Zawadzkie.
Gdzieś na ślężańskim szlakuWraz z upływem kilometrów nadchodzi wyczekiwana pora rozstrzygnięcia wielkiego konkursu. Nasze pedagogiczne jury gorączkowo obmy­śla pytania – musi być ich naprawdę dużo i to o wy­sokim stopniu trudności, bo konkurencja w grupie jest spora, a wiedza po drodze chło­nięta była nie­zwykle skrupulatnie. Gdy wszystko jest już zapię­te na ostatni guzik, pa­dają pierwsze py­tania.
Wnętrze Mercedesa w mgnieniu oka zamie­nia się w rozgrzaną do czerwoności scenę wiel­kiego teleturnieju. Ale to nie są jakieś tam byle jakie lo­sowe zabawy typu „Idź na całość”! To prawdzi­wy, elitarny „Jeden z dziesięciu”, gdzie trzeba na­prawdę błysnąć głęboką wiedzą, a nie liczyć na ślepy traf czy uśmiech fortuny. W ruch idą daty, nazwy skał i starożytnych wałów, a w powietrzu unosi się duch niesamowitej, rado­snej rywalizacji.
W takiej to emocjonującej atmosferze mijamy Wrocław, aż wreszcie kończy się autostrada. Do­kładnie w tym samym momencie kończą się też py­tania, a zmęczone, ale niezwykle skrupulatne jury przystępuje do ostatecznego podliczania punk­tów. W autobusie zapada cisza, a w powietrzu wisi jeszcze chwila elektryzującej niepewności. I na­reszcie mamy to – ogłoszenie wyników!
Na wieży BismarckaW tej intelektualnej bitwie na szczycie naj­lepszy okazał się Michał Gałuszka, któ­ry bez­błędnie odpowiadał na najbardziej podchwytli­we pytania i zasłużenie zajął pierw­sze miejsce. Tuż za nim, na dumnym drugim miejscu, upla­sowała się Milena Mrozek. Trzecią lokatę na podium wywal­czył Miko­łaj Świerzy, a tuż za nim, na czwartej pozy­cji, rajdowe zmagania za­kończyła Emilia Ziaja.
Ogromne gratulacje dla naszych gigan­tów sudeckiej wiedzy i mistrzów ślężań­skich tajem­nic! Wasza pamięć i uważność na szlaku oka­zały się po prostu bezbłędne.
Gdy brawa dla zwycięzców cichną, nasz Mercedes zjeżdża z ostatnich zakrę­tów i spraw­nie zmierza w stronę domu. Droga po­wrotna to czas pożegnań – naj­pierw zjeżdża­my na wąskie dróżki, by wysadzić pierwszych, zmęczo­nych wę­drowców w Stanisz­czach Wielkich, chwilę później mijamy Fosowskie, a zaraz potem na szkolnym przystanku w Kolo­nowskiem żegna­my kolejną dużą, radosną ekipę. Na samym końcu au­tobus do­wozi pozostałych piechurów z powro­tem pod pro­gi Urzędu Miasta w Zawadzkiem. Co­roczny Rajd Młodzieży oficjal­nie dobiegł końca! Góra została zdobyta, nagrody rozdane, a w pleca­kach – oprócz wspomnień – wieziemy bezcenną lekcję górskiej przyjaźni. Do zobaczenia na szlaku za rok.

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama