Z wizytą u misia na Ślęży
Dziś ruszamy na szlak! Przed nami coroczny Rajd Młodzieży, a naszym celem jest Ślęża – dumna królowa Przedgórza Sudeckiego i najwyższy szczyt swojego masywu. Choć jej wysokość bezwzględna – 718 m n.p.m. – może nie przyprawiać o zawrót głowy, to prawdziwy podziw budzi jej potężna, samotna sylwetka.
Ślęża wyrasta ponad otaczające ją równiny na ponad pół kilometra wysokości względnej. Niczym naturalna latarnia morska dominuje nad krajobrazem, widoczna jak na dłoni z odległości wielu kilometrów.
Wyruszamy na podbój tej śląskiej ikony z samego rana, gdy słońce leniwie przeciera oczy. Oficjalny start: Zawadzkie. To tutaj, tuż spod progów Urzędu Miasta, spodziewających się przygody uczniów zabiera potężny, komfortowy autobus marki Mercedes. Maszyna rusza, a my ruszamy w nieznane – choć plan podróży skreślony jest bardzo precyzyjnie.
Zanim jednak opuścimy domowe rejony, nasz Mercedes zamienia się w rajdową arkę, zbierającą kolejne siły. Pierwszy przystanek robimy w sąsiednim Kolonowskiem, gdzie do radosnego gwaru w pojeździe dołącza spora grupa młodzieży z tutejszej szkoły. Chwilę później autobus sprawnie ścina zakręt na Fosowskie, by zacząć przebijać się malowniczymi, wąskimi dróżkami w stronę Staniszcz Wielkich. To właśnie tam, pośród zieleni, na pokład wsiadają ostatni piechurzy.
Skład jest już kompletny. Drzwi zatrzaskują się po raz ostatni, a w powietrzu unosi się zapach przygody i plecaków pełnych prowiantu. Kierunek: Ślęża!
Nasza maszyna pędzi dostojnie, tnąc przestrzeń z niespieszną elegancją. Za oknami migają soczyste, zielone ściany lasów, aż w końcu wpadamy na obwodnicę Opola. Sprawnie i bez pośpiechu okrążamy stolicę naszego województwa, by chwilę później wtopić się w jednostajny, wręcz monotonny rytm autostrady. Kraj ucieka pod kołami, kilometry topnieją. W miarę jak zbliżamy się do Wrocławia, horyzont nagle gęstnieje. W pewnym momencie po lewej stronie majaczy niewyraźny, zamazany kontur czegoś monumentalnego. To ona – Ślęża. Od tej chwili jej potężna sylwetka nie opuści nas już ani na krok. Będzie nam towarzyszyć aż do celu, niczym niemy, dumny drogowskaz na naszej rajdowej drodze.
Przedmieścia Wrocławia przemykamy niemal niepostrzeżenie; gdyby nie nagle zgęstniały, wzmożony ruch, moglibyśmy nawet nie poczuć, że mijamy dolnośląską metropolię. Tuż za miastem zjeżdżamy jednak w boczną drogę i tego momentu przeoczyć się już po prostu nie da. Jeśli ktoś w tylnych rzędach odsypiał jeszcze poranne zaległości, teraz budzi się na dobre – i to z szeroko otwartymi oczami. Ślęża jest już na wyciągnięcie ręki. Potężna, wręcz majestatyczna, bawi się z nami w chowanego: raz wychyla się z prawej, by za kolejnym zakrętem uderzyć swoją monumentalnością z lewej strony. Rośnie w oczach z każdym obrotem kół i wnet staje przed nami w całej okazałości. Nasz cel przestał być tylko plamą na horyzoncie. Stał się rzeczywistością.
Wtedy do akcji wkracza nasz przewodnik, Piotr. Z zacięciem rodowitego pedagoga zaczyna snuć opowieść o geografii tutejszego terenu, a wnętrze Mercedesa w ułamku sekundy zamienia się w szkolną klasę na kółkach. Jego nieprzebrany, imponujący zasób wiedzy momentalnie wypełnia cały autobus. Te wszystkie fakty, daty i nazwy tłoczą się wokół naszych głów, niemal namacalnie szukając jakiejkolwiek szczeliny, by wniknąć do środka. I trzeba przyznać – stawka tej intelektualnej potyczki jest wysoka. Warto łowić uchem każde słowo Piotra, bo w drodze powrotnej czeka nas wielki, rajdowy konkurs z nagrodami, w którym orężem będzie właśnie wiedza z dzisiejszej wycieczki. Słuchamy więc w skupieniu, ze wzmożoną czujnością, a w powietrzu – zamiast porannego lenistwa – unosi się już duch zdrowej rywalizacji.
A o czym tak żarliwie opowiada Piotr? Ślęża to przecież nie jest zwykła góra – to miejsce absolutnie wyjątkowe, pełne tajemnic i magii.
Przede wszystkim to dawny, święty panteon. Na długo przed tym, zanim na ziemiach polskich pojawiło się chrześcijaństwo, Ślęża była kluczowym ośrodkiem pogańskiego kultu solarnego dla wielu plemion. Do dziś zresztą jej zbocza otaczają zagadkowe, kamienne wały kultowe oraz legendarne rzeźby z charakterystycznym znakiem ukośnego krzyża (tzw. znak solarny) – jak słynna „Niedźwiedzica” czy „Postać z rybą”. Geologicznie Ślęża również potrafi zaskoczyć. Choć leży w pobliżu Sudetów, nie powstała w ten sam sposób co one. To tak zwany twardziel – potężny, odporny na erozję masyw zbudowany głównie z rzadkich skał: gabbro i amfibolitów. Gdy miliony lat temu okoliczne tereny były powoli niszczone przez deszcze i wiatry, ta twarda kopuła oparła się naturze i samotnie wystrzeliła w górę, tworząc unikalny krajobraz. Dzięki tym skałom wiemy na 100%, że Ślęża nigdy nie była wulkanem, choć swoim stożkowatym kształtem bardzo go przypomina.
Co ciekawe, góra ta jest prawdziwym magnesem na... pioruny. Z powodu swojej wysokości względnej i specyficznej budowy geologicznej, Ślęża podczas burz ściąga wyładowania atmosferyczne znacznie częściej niż inne sudeckie szczyty. Nic dziwnego, że starożytni brali ją za siedzibę bogów władających niebiosami.
Dziś ten niezwykły miks historii, geologii i legend czyni z niej prawdziwą perłę Dolnego Śląska.
Mijamy jeszcze kilka urokliwych, podślężańskich wiosek, by w końcu dotrzeć do celu tego etapu podróży – lądujemy na Przełęczy Tąpadła. To tutaj nasz Mercedes ostatecznie się zatrzymuje, a spragniona ruchu młodzież z radosnym gwarem wysypuje się na parking. Opiekunowie momentalnie ruszają do akcji: skrupulatnie liczą swoje niesforne trzódki, sprawdzając, czy nikogo nie brakuje. Jeszcze kilka ostatnich organizacyjnych uwag, poprawianie plecaków, wiązanie butów... i ruszamy w trasę!
Naszym nowym wyznacznikiem staje się żółty szlak. Choć energia rozpiera młodych piechurów, tempo marszu dyktuje jedna, żelazna zasada naszych wycieczek: nikt nie wyprzedza przewodnika. Piotr idzie na przedzie, a my posłusznie podążamy jego śladem. To ważna lekcja – uczymy się tu nie tylko dyscypliny i porządku w grupie, ale także uważnego pilnowania oznakowania. Ta wiedza i nawyki okażą się bezcenne, gdy w przyszłości każdy z nas będzie samodzielnie zdobywał górskie szczyty.
Zanim jednak na dobre znikniemy między drzewami, przystajemy na samej granicy lasu, tuż przed tablicą witającą nas w Ślężańskim Parku Krajobrazowym. To idealny moment. Wyciągamy aparaty i wreszcie uwieczniamy naszą całą rajdową ekipę na wspólnym, pamiątkowym zdjęciu. Uśmiechnięci, pełni sił i gotowi na wyzwanie – ruszamy zdobywać królową!
Zaczyna się wspinaczka. Nie żeby jakaś ekstremalna wyczynówka, ale bardzo szybko odczuwamy na własnej skórze, co w praktyce oznacza pojęcie „wysokość względna”. Te pięćset metrów, o których tak mądrze opowiadał nam Piotr w autobusie, krystalizuje się teraz przed nami w najczystszej, namacalnej formie. Szlak pnie się niezłomnie pod górę, a każdy następny krok dodaje do naszej wycieczkowej biografii kolejne centymetry grawitacyjnej potyczki z ziemią. Nogi zaczynają pracować na wyższych obrotach, oddechy przyspieszają, a plecaki – jakby na złość – z każdym metrem wydają się odrobinę cięższe. Ślęża nie bierze jeńców, ale nikt nie zamierza się poddawać!
Całe szczęście, że Piotr często zarządza krótkie postoje. Młodzi zdobywcy królowej Śląska skrupulatnie wykorzystują każdą sekundę na odpoczynek i błyskawiczną regenerację. Kanapki momentalnie idą w ruch, w spragnionych gardłach znika zapas napojów z plecaków, a każdy wolny pień czy przydrożny kamień natychmiast przejmuje ciężar naszych nóg, które choć przez chwilę mogą odetchnąć po trudach wspinaczki. Podczas jednego z takich postojów horyzont nagle poważnieje – dynamicznym krokiem mija nas kilka zorganizowanych grup wojskowych. Żołnierze w pełnym rynsztunku maszerują raźno pod górę; być może oni także przyjechali tu po prostu podziwiać Ślężę, albo – co o wiele bardziej prawdopodobne – w taki właśnie wymagający sposób szlifują swoją kondycję bojową.
Wtedy do akcji wkracza pani Beata – nasza niezastąpiona nauczycielka o równie potężnym zacięciu pedagogiczno-turystycznym. Z błyskiem w oku zachęca do bacznego rozglądania się wokół, przypominając, że każdy, nawet najmniejszy detal może okazać się decydujący w nadchodzącej bitwie o nagrody. Od tej chwili w naszych głowach uruchamia się tryb absolutnej rejestracji. Notujemy w pamięci wszystko, co staje na naszej drodze: tutaj malowniczo pokręcony, stary świerk, kawałek dalej ostry, zdradliwy zakręt, jaskrawy znaczek z żółtym szlakiem, po prawej stronie monumentalny głaz, a po lewej tajemniczy słupek, wyglądający zupełnie jak stacja Drogi Krzyżowej. Naszej uwadze nie umyka nawet... czarna kurtka, zapomniana przez kogoś i zawieszona na zwalonym pniu obok drogi. Nie wiadomo, co ostatecznie padnie w pytaniach. Na wszelki wypadek zapamiętujemy absolutnie wszystko!
I tak, krok po kroku, wreszcie zbliżamy się do celu. Tuż przed samym szczytem zatrzymujemy się przed bezładną, z pozoru chaotyczną grupą omszałych kamieni.
Nasz niezastąpiony Piotr ucisza grupę, wskazuje ręką na głazy i intonuje uroczystym głosem: „Moje aniołki, oto legendarne pozostałości starożytnego Wału Kultowego”. Zawiesza głos, a my z zapartym tchem wpatrujemy się w te wiekowe kamienie. Po czym zaczyna snuć opowieść o czasach, gdy nie było tu jeszcze żadnych ścieżek, a góra tonęła w mroku pierwotnej puszczy.
Te z pozoru bezładne bloki skalne z ciemnego gabra to w rzeczywistości fragmenty potężnych, monumentalnych konstrukcji usypanych ludzkimi rękami u schyłku epoki brązu i we wczesnej epoce żelaza (około VII–V wieku p.n.e.) przez plemiona kultury łużyckiej, a później rozbudowanych przez celtyckich Ślężan. Wały te, mające pierwotnie nawet po kilka metrów wysokości, nie pełniły jednak funkcji obronnej – nie chroniły przed najeźdźcą. Miały o wiele potężniejsze zadanie.
Wyznaczały one w starożytności świętą, nienaruszalną granicę sacrum i profanum. Oddzielały zwykły, ziemski świat od królestwa bogów, które znajdowało się na samym wierzchołku Ślęży. Przekroczenie tej kamiennej bariery wymagało odpowiedniego przygotowania, czystości i odprawienia rytuałów. Co ciekawe, wały te celowo układano w kształcie podków wokół szczytu, pozostawiając otwarte przestrzenie od strony wschodniej, aby pierwsi kapłani i czciciele słońca mogli bez przeszkód witać prościuteńko wpadające tu promienie wschodzącego poranka.
Dziś te omszałe kamienie milczą, ale świadomość, że stoimy na granicy starożytnego sanktuarium, przyprawia o gęsią skórkę. Notujemy te fakty w pamięci z podwójną gorliwością – to murowany faworyt w powrotnym teleturnieju!
Uzbrojeni w kolejną porcję starożytnej wiedzy dokonujemy ostatecznego wejścia na szczyt Ślęży. Jako pierwszy zza koron drzew wyłania się charakterystyczny, nowoczesny szpic wieży telewizyjnej, po czym nagle wychodzimy na niewielką, zieloną polanę. To serce góry, otoczone z jednej strony klimatycznym schroniskiem, a z drugiej – bryłą starego kościoła pod wezwaniem Nawiedzenia NMP, posadowionego w najwyższym punkcie wierzchołka. Jesteśmy u celu!
Na początek, zamiast odpoczynku, z zaciekawieniem szukamy misia. O tym kamiennym lokatorze słyszeliśmy już sporo w trakcie naszej terenowej lekcji geografii i historii, zresztą nie da się o nim nie usłyszeć, wertując jakiekolwiek internetowe strony o Ślęży.
Gdy w końcu stajemy przed tą przysadzistą, granitową rzeźbą, Piotr szybko zdradza nam jej tajemnice. To tak naprawdę "Niedźwiedzica", jeden z najbardziej ikonicznych i zagadkowych zabytków starożytnego kultu w całej Polsce. Wyciosana z lokalnego granitu przez dawnych rzeźbiarzy (najpewniej powiązanych z kulturą celtycką), od stuleci strzeże tajemnic tej góry. Na jej brzuchu wyraźnie odznacza się głęboko wyryty znak ukośnego krzyża (X) – starożytny symbol solarny, związany z kultem słońca. Choć czas mocno zatarł jej rysy i dziś przypomina raczej potężnego, nieco niezgrabnego dzika lub knura, dla wszystkich i tak na zawsze pozostanie ślężańskim misiem. Dotykamy chłodnego granitu rzeźby, czując pod palcami historię sprzed ponad dwóch tysięcy lat, a w głowach kodujemy kolejne odpowiedzi do konkursu.
Od teraz mamy trochę czasu dla siebie. Zaglądamy na chwilę w progi klimatycznego schroniska, by zaraz potem skierować kroki w stronę tarasu widokowego. Stamtąd rozpościera się zachwycająca, zapierająca dech w piersiach panorama na północną stronę stoku – z tej perspektywy świat na dole wydaje się miniaturową makietą. Z niesłabnącym zaciekawieniem zerkamy jednak w stronę kościoła Nawiedzenia NMP. Jego monumentalne, kamienne schody mają w sobie coś magnetycznego; wręcz prowokują i kuszą, by bez wahania wejść na górę i sprawdzić, jakie sekrety kryją się za ciężkimi drzwiami.
Tak też i robimy. Szybka kalkulacja budżetu wycieczki poprawia nam humory: samo wejście po schodach okazuje się darmowe (nie licząc, rzecz jasna, ponownej potyczki z grawitacją), wejście do wnętrza świątyni – również darmowe, a bilet na przykościelną wieżę widokową to symboliczne 5 złotych. Trzeba przyznać, że nie jest źle!
Zaglądamy do surowego wnętrza i momentalnie uderza nas niezwykły miks historii i teraźniejszości. Kościół pachnie ujmującą świeżością, będącą owocem wieloletnich, skrupulatnych prac renowacyjnych. Przekraczając próg, na moment zapominamy o rajdowym gwarze. Uwagę wszystkich przykuwają zamontowane w podłodze, grube szklane płyty. Spoglądamy przez nie w dół z autentycznym zachwytem – prosto w podziemia, gdzie pod współczesną posadzką drzemią doskonale zachowane, surowe relikty zamku piastowskiego oraz fundamenty pierwszej, dwunastowiecznej świątyni. Kolejna porcja wiedzy ląduje w pamięci jak bezcenny skarb.
Nasze głębokie zainteresowanie tą niezwykłą świątynią nie jest przypadkowe. Kościół Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, w którym właśnie stoimy, to przecież budowla o niezwykle burzliwej historii, idealna do konkursowych pytań.
Wszystko zaczęło się w pierwszej połowie XII wieku, gdy możnowładca Piotr Włostowic sprowadził tu augustianów. Później, w XIV wieku, Bolko II Mały wzniósł na szczycie zamek. Kiedy w XV wieku warownię przejęli zbójnicy, okoliczni mieszkańcy zburzyli ją, by pozbyć się rzezimieszków. Dopiero setki lat później augustianie postawili na tych ruinach murowaną świątynię, która spłonęła od pioruna w 1834 roku. Kościół odbudowano w połowie XIX wieku, ale po II wojnie światowej nadszedł mroczny czas – budynek popadł w całkowitą ruinę i przez dekady straszył pękającymi ścianami.
Prawdziwy cud wydarzył się jednak całkiem niedawno, bo po 2012 roku. To wtedy ruszyła wielka, nowoczesna renowacja. Świątynię podłączono do prądu, uratowano przed zawaleniem i ułożono nową posadzkę. Co najważniejsze dla nas – w kwietniu 2015 roku zamontowano pancerną, szklaną płytę, przez którą z zachwytem oglądamy teraz odsłonięte przez archeologów podziemia. Zapach świeżości, który czujemy, to właśnie efekt tych niedawnych, wielkich prac.
Do podziemi schodzimy kamiennymi, stromymi schodami ukrytymi w posadzce i od razu lądujemy w chłodnych czeluściach historii. Wśród surowych murów dawnego zamku przez moment czujemy się niemal jak starożytni Celtowie, dotykający tajemnic ukrytych przed światem. Z ogromną ciekawością oglądamy każdy zakamarek tych archeologicznych wykopalisk, po czym wracamy na górę, by natychmiast rozpocząć wspinaczkę na wieżę. Za owe słynne już pięć zeta.
Wejście po krętych stopniach jest dość długie, ale po wcześniejszym zdobyciu samej Ślęży o własnych siłach, te parę dodatkowych schodów przecież nas nie pokona. Chwila wysiłku i wkrótce z triumfem wychodzimy na taras widokowy. Nagroda zapiera dech w piersiach: stąd rozpościera się oszałamiająca panorama już nie tylko na północną stronę, ale na wszystkie cztery strony świata.
Delektujemy się tym widokiem, chłoniemy obrazy i łapiemy w żagle rześki wiatr. Na horyzoncie, w morzu dolnośląskich nizin, wyraźnie majaczy samotna iglica Sky Tower we Wrocławiu. Gdy jednak obracamy się w przeciwną stronę, nad granicą ziemi i nieba wyrasta potężne pasmo górskie. To muszą być Sudety! Wpatrujemy się intensywnie w zamglone, odległe rysy i nagle, daleko w głębi, dostrzegamy charakterystyczne, spiczaste wzniesienie, za którym ciągnie się długi, skalisty grzbiet. Czyżby to była Śnieżka? W ruch natychmiast idzie lornetka, następuje szybka, burzliwa konsultacja geograficzna ze spoglądaniem na mapy i... tak, jest! To najwyższy szczyt Karkonoszy, oddalony stąd o niemal sto kilometrów! Mamy niesamowity, gratisowy bonus, którego zupełnie się nie spodziewaliśmy. Ślęża podarowała nam dziś idealny prezent.
Moglibyśmy tak spacerować, wypatrywać odległych szczytów i chłonąć te krajobrazy jeszcze bardzo długo, ale nasz czas na wierzchołku powoli dobiega końca. Cała grupa sprawnie zbiera się przy wejściu do schroniska, gdzie ustawiamy się do kolejnego pamiątkowego zdjęcia – tym razem z dumną bryłą kościoła w tle.
A teraz czeka nas powrót. Już po kilku pierwszych minutach marszu na własnej skórze przekonujemy się o starej górskiej prawdzie: nasze wejście na Ślężę to była czysta pestka w porównaniu z drogą powrotną. Choć idziemy teraz w dół, szlak okazuje się znacznie bardziej kapryśny – stopy ślizgają się na wyboistych, ruchomych kamieniach, a kolana mocno odczuwają każdy krok. No i sama matematyka zejścia jest bezwzględna. Rano startowaliśmy z Przełęczy Tąpadła, która leży na wysokości około 380 m n.p.m. Schodzimy jednak w zupełnie inne miejsce – na parking w Sobótce, położony na wysokości zaledwie 280 m n.p.m. To oznacza, że do pokonania w pionie mamy aż o sto metrów więcej niż podczas wspinaczki! Każdy mięsień walczy z grawitacją, ale rajdowy krok niesie nas niezłomnie w stronę autobusu.
Żółty szlak, bo dalej idziemy żółtym, prowadzi przez Wieżycę, jeden z bliźniaczych wierzchołków Ślęży. Z wysokością 414 m n.p.m. wita nas kamienną wieżą, która wyrasta spośród drzew niczym baszta średniowiecznego zamku. Ta masywna, 15-metrowa konstrukcja z drobnoziarnistego granitu kryje w sobie intrygującą historię. To tak zwana Wieża Bismarcka, wzniesiona na samym początku XX wieku (w latach 1905–1907) z inicjatywy wrocławskich studentów. Kiedyś, w rocznice urodzin niemieckiego kanclerza, na specjalnej misie na samym szczycie rozpalano potężny ogień, widoczny z odległości wielu kilometrów. Dziś ta surowa budowla służy wyłącznie jako kapitalny punkt widokowy.
Po wojnie miejsce to przez pewien czas nazywano oficjalnie Górą Kościuszki, a sama wieża popadała w zapomnienie. Dziś jednak, zrewitalizowana i dumna, znów przyciąga rzesze turystów. Co ciekawe, u podnóża góry wciąż można dopatrzyć się słabo widocznych zarysów kolejnego prehistorycznego wału kultowego! Spoglądamy na jej grube, kamienne mury i choć nogi po zejściu ze Ślęży zaczynają już lekko odmawiać posłuszeństwa, z niesłabnącą czujnością zapamiętujemy te detale. „Piotr na bank zapyta o rok budowy albo o nazwisko kanclerza!” – szepczemy między sobą, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia. Przechodzimy obok wieży, a szlak prowadzi nas dalej w dół, przez niesamowity las pełen skarlałych, wiekowych dębów. Do parkingu w Sobótce jest już naprawdę blisko.
Tak też i się dzieje. Jeszcze tylko parę stromych, czujnych zejść i z ulgą lądujemy na Przełęczy pod Wieżycą. To właśnie tutaj czeka na nas najwspanialsza nagroda za wszystkie dzisiejsze trudy wspinaczki: trzaskające wesoło ognisko, strugane patyki i soczyste kiełbasy! Nasze żołądki już od dłuższego czasu bardzo głośno dopominały się o swoją kolej, więc z ogromną ochotą nabijamy porcje na patyki i gęsto rozsiadamy się wokół żywego ognia.
Teraz każdy z nas zamienia się w kulinarnego mistrza i skrupulatnie pilnuje, by jego kawałek upiekł się jak najbardziej równomiernie. Wszystko musi być zrobione jak należy! Kiełbasy szybko się rumienią, fantazyjnie wyginają od ciepła i zaczynają puszczać soki, a kapiący do ognia tłuszcz skwierczy głośno na rozżarzonych polanach drewna. Zapach jest tak obłędny, że ślinka sama cieknie. Jeszcze chwilka, jeszcze obrót z tej strony, podsmażyć skórkę i... już! Gotowe!
Teraz szybki ruch, papierowy talerzyk i z dumnym trofeum lądujemy przy biesiadnym stoliku. To istna, rajdowa uczta! I zupełnie nic to, że dokładnie w tym samym momencie nad naszymi głowami otworzyły się podwoje nieba i zaczęło rzęsiście lać. Nic to, że niebo nagle potężnie się pogniewało i pociemniało. Przez całą górską trasę nie spadła na nas ani jedna kropla (no prawie), więc teraz niech się dzieje, co chce! My siedzimy już bezpiecznie pod wielkimi parasolami i żaden deszcz nie jest nam straszny.
A potem? Potem to już tylko szybki telefon do kierowcy naszego niezawodnego Mercedesa, krótka chwila oczekiwania w deszczu i z ulgą możemy wsiadać na drogę powrotną. Pakujemy się do przytulnego, suchego wnętrza, a nasz potężny autobus stacza się majestatycznie z przełęczy w stronę Sobótki, po czym obiera ostateczny kurs na Zawadzkie.
Wraz z upływem kilometrów nadchodzi wyczekiwana pora rozstrzygnięcia wielkiego konkursu. Nasze pedagogiczne jury gorączkowo obmyśla pytania – musi być ich naprawdę dużo i to o wysokim stopniu trudności, bo konkurencja w grupie jest spora, a wiedza po drodze chłonięta była niezwykle skrupulatnie. Gdy wszystko jest już zapięte na ostatni guzik, padają pierwsze pytania.
Wnętrze Mercedesa w mgnieniu oka zamienia się w rozgrzaną do czerwoności scenę wielkiego teleturnieju. Ale to nie są jakieś tam byle jakie losowe zabawy typu „Idź na całość”! To prawdziwy, elitarny „Jeden z dziesięciu”, gdzie trzeba naprawdę błysnąć głęboką wiedzą, a nie liczyć na ślepy traf czy uśmiech fortuny. W ruch idą daty, nazwy skał i starożytnych wałów, a w powietrzu unosi się duch niesamowitej, radosnej rywalizacji.
W takiej to emocjonującej atmosferze mijamy Wrocław, aż wreszcie kończy się autostrada. Dokładnie w tym samym momencie kończą się też pytania, a zmęczone, ale niezwykle skrupulatne jury przystępuje do ostatecznego podliczania punktów. W autobusie zapada cisza, a w powietrzu wisi jeszcze chwila elektryzującej niepewności. I nareszcie mamy to – ogłoszenie wyników!
W tej intelektualnej bitwie na szczycie najlepszy okazał się Michał Gałuszka, który bezbłędnie odpowiadał na najbardziej podchwytliwe pytania i zasłużenie zajął pierwsze miejsce. Tuż za nim, na dumnym drugim miejscu, uplasowała się Milena Mrozek. Trzecią lokatę na podium wywalczył Mikołaj Świerzy, a tuż za nim, na czwartej pozycji, rajdowe zmagania zakończyła Emilia Ziaja.
Ogromne gratulacje dla naszych gigantów sudeckiej wiedzy i mistrzów ślężańskich tajemnic! Wasza pamięć i uważność na szlaku okazały się po prostu bezbłędne.
Gdy brawa dla zwycięzców cichną, nasz Mercedes zjeżdża z ostatnich zakrętów i sprawnie zmierza w stronę domu. Droga powrotna to czas pożegnań – najpierw zjeżdżamy na wąskie dróżki, by wysadzić pierwszych, zmęczonych wędrowców w Staniszczach Wielkich, chwilę później mijamy Fosowskie, a zaraz potem na szkolnym przystanku w Kolonowskiem żegnamy kolejną dużą, radosną ekipę. Na samym końcu autobus dowozi pozostałych piechurów z powrotem pod progi Urzędu Miasta w Zawadzkiem. Coroczny Rajd Młodzieży oficjalnie dobiegł końca! Góra została zdobyta, nagrody rozdane, a w plecakach – oprócz wspomnień – wieziemy bezcenną lekcję górskiej przyjaźni. Do zobaczenia na szlaku za rok.
