Nienacek 2026
Nienacek – to słowo w gminie Zawadzkie brzmi dumnie, wszak mowa o najwyższym punkcie całej gminy. Potężniejszy od niego wydaje się jedynie stary hutniczy komin, różnica jest jednak zasadnicza: na ten drugi nikt o zdrowych zmysłach się nie wdrapie, tymczasem Nienacek stoi przed nami otworem, rzucając wyzwanie każdemu śmiałkowi.
Nasza wyprawa bierze swój początek pod lokalną Biedronką. To właśnie tam, w cieniu dyskontu, formuje się grupa przyszłych zdobywców. Nie straszne nam strome podjazdy, leśne wertepy ani dzikie ostępy; jedziemy, by udomowić ten nasz lokalny „Mount Everest”. Zanim jednak łańcuchy pójdą w ruch, sadzamy naszego honorowego pasażera – maskotkę Nienacka – prosto w rowerowym koszyku. Dla niego to absolutny debiut, dziewicza podróż. Niech chłonie trasę wzrokiem, niech podziwia świat z perspektywy kierownicy i zapamięta każdy metr. Jeszcze tylko szybkie, pamiątkowe zdjęcie i… ruszamy. Pedały idą w ruch!
Niedzielne popołudnie rozpieściło nas idealną aurą, wręcz stworzoną do rowerowej włóczęgi. Słońce miękko prześlizguje się po ramionach, kiedy sprawnie zostawiamy w tyle ostatnie zabudowania. Chwilę później pochłania nas gęsta, ożywczo chłodna ściana lasu tuż przy Bambynie. Kiedy z powrotem wypadamy na otwartą przestrzeń zalanej słońcem łąki, sielankę przerywa niespodziewany widok. Oto naprzeciw nas, rozjeżdżonym traktem, gramoli się potężna ciężarówka. W niedzielne popołudnie? Ten widok burzy leśny spokój, ale zagadka szybko się wyjaśnia. Kawałek dalej, po drugiej stronie łąki, uwija się ekipa budowlana. Wznoszą właśnie potężny słup pod nową linię energetyczną. Słyszeli o niej chyba wszyscy w gminie, ale dziś to my mamy rzadką okazję zobaczyć zaczątki tego geometrycznego kolosa z bliska. Trzeba przyznać – takiego obrotu spraw i robotników uwijających się w niedzielny czas nikt z nas się tutaj nie spodziewał.
Chwilę później znów połyka nas leśna gęstwina, gdy z impetem mkniemy w stronę Żędowic. Tuż przy skraju lasu czeka już na nas druga część rajdowej ekipy. Od tej pory, wreszcie w pełnym składzie, ruszamy przed siebie. Przebijamy się na drugą stronę traktu i zostawiamy za sobą kolejne leśne metry. Po kilku sprytnych zakrętach większość towarzystwa całkowicie traci orientację w terenie. Zdani wyłącznie na nos przewodnika, jedziemy z wiarą w jego intuicję – jeśli i jemu pokręcą się ścieżki, utoniemy w samym sercu puszczy. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że kierunek jest właściwy. Droga zaczyna falować, a coraz częstsze podjazdy to niechybny znak, że Nienacek jest już na wyciągnięcie ręki.
Leśne trakty serwują nam pełen przekrój niespodzianek. Najpierw kluczymy ledwo widoczną, zarośniętą trawą dróżką, która pod zielonym dywanem skrywa zdradliwe korzenie i wyboje, by po chwili wyskoczyć na elegancką, świeżo wyremontowaną szutrową autostradę. Po takiej nawierzchni jazda to czysta poezja.
Mkniemy tą leśną ekspresówką, opony cicho szumią, a rowery niemal same niosą nas do przodu. I nagle… prowadzący gwałtownie hamuje, unosząc rękę i wskazując kierunek w lewo. Konsternacja. O co chodzi? Skręcamy? Tutaj? Przecież tu nie ma żadnej drogi! Dopiero po chwili, gdy mocniej mrużymy oczy, dostrzegamy ukryty przesmyk. Ścieżka, zamknięta od góry gęstymi koronami młodych drzew, niemal całkowicie tonie w morzu liści i gałęzi. Skręcamy w ten zielony tunel, żegnając komfortową autostradę i wracając do korzeni klasycznej, leśnej przeprawy. Żarty się kończą: teren znów pnie się ostro w górę, gałęzie smagają nas po ramionach, a pod kołami pojawia się grząski piach. Cóż, nikt nie obiecywał, że zdobywanie szczytów to spacer w chmurach. Zaciskamy zęby, walcząc z coraz większymi wertepami. W końcu gąszcz staje się tak gęsty, a podłoże tak kapryśne, że musimy skapitulować – schodzimy z rowerów i zaczynamy pchać je przed sobą. Na szczęście to już ostatni akt tej wspinaczki. Jeszcze tylko kilka mocniejszych kroków, ostatni wysiłek i… meldujemy się na urokliwym, niewielkim płaskowyżu, gdzie łączą się dwie leśne drogi.
Parkujemy nasze metalowe rumaki pod opieką okolicznych drzew. Starzy bywalcy doskonale wiedzą, co wydarzy się za chwilę, jednak nowicjusze z nieskrywanym niedowierzaniem rozglądają się dokoła, mając w oczach jedno wielkie pytanie: „I to już? Gdzie my właściwie jesteśmy?”. Rzecz w tym, że prawdziwa góra ma swoje kaprysy i nie pozwala się zdobyć na kołach. Na prawdziwy szczyt trzeba wejść na własnych nogach.
Teraz czeka nas więc piesza wspinaczka – ten ostatni, najbardziej ekscytujący akt dzisiejszej podróży. Zanurzamy się w leśne poszycie i przyjmujemy sprawdzoną strategię ślepego konia: idziemy tam, gdzie jest najbardziej stromo. Skoro celujemy w wierzchołek, ta taktyka po prostu musi zadziałać. Zresztą spomiędzy gęstych gałęzi majaczy już niedaleko jakiś wzgórek – to musi być to! Jednak kilka energicznych kroków weryfikuje nasze nadzieje, bo nieco dalej z zieleni wyłania się kolejne wzniesienie, jeszcze wyższe od poprzedniego. A my przecież mierzymy w sam dach okolicy.
Idziemy więc dalej, uparcie wypatrując tabliczki, która obwieszcza wszem przybyszom dotarcie do celu. Jeszcze kilka kroków, jeszcze chwila cierpliwości i nagle spomiędzy gęstego listowia wyłania się znajomy kształt prostokątnego kawałka drewna z dumnym napisem: „Nienacek, 254 m n.p.m.”
Jest, dotarliśmy! Najwyższy punkt gminy Zawadzkie oficjalnie zdobyty. Nasza kultowa tabliczka wciąż dumnie stawia czoła żywiołom. Co prawda zamontowano ją dość osobliwie – na kiju od szczotki – ale przecież od dawna wiadomo, że budowlane prowizorki są najtrwalsze na świecie. Ta reguła i tym razem sprawdza się bezbłędnie.
Stajemy z dumą wokół tego skromnego trofeum i rozglądamy się uważnie. Rzeczywiście, to miejsce wydaje się najwyższe w całej okolicy. Gdziekolwiek nie spojrzeć, tam teren łagodnie opada w dół – stoimy na prawdziwym dachu Zawadzkiego. Wiadomo, nasza gmina z górskimi krajobrazami ma niewiele wspólnego, a sam Nienacek do alpejskich gigantów raczej się też nie zalicza. Jest jednak nasz, własny, wyrosły na tej ziemi i będący naszą lokalną dumą. A my, zdobywcy na rowerach, potrafimy się tym cieszyć jak nikt inny.
I właśnie tutaj, na samym dachu naszej małej ojczyzny, kierownik wyprawy wyciąga z zanadrza tajemniczą paczuszkę. Chwilę później w ręce wszystkich uczestników trafiają pamiątkowe przypinki „Zdobywcy Nienacka” – w końcu nie mogło być lepszego i bardziej godnego miejsca na wręczenie tego wyjątkowego trofeum.
Nasz pluszowy Nienacek sadowi się z dumą na samej tabliczce i wygląda na najbardziej zadowolonego na świecie. Szeroko uśmiechnięci pozujemy do wspólnego zdjęcia – wszak trzeba będzie pochwalić się znajomym tym niebywałym osiągnięciem. Kiedy nasze serca i płuca nasycają się już w pełni triumfalną ekstazą, a duma z podbicia szczytu osiąga zenit, postanawiamy ruszyć w drogę powrotną. Miarowym krokiem schodzimy do czekających posłusznie rowerów.
Ruszamy w drogę powrotną – co wcale nie oznacza, że tą samą trasą! Powrotny zjazd zaczynamy dość przekornie, bo od pieszego sprowadzenia jednośladów ze stromego, piaszczystego zbocza moreny. Na dole wystarczy jednak zaledwie kilka kroków, by las nagle ustąpił miejsca rozległym polom, na których obrzeżach przysiadły okoliczne zabudowania. W tym momencie u większości towarzystwa gwałtownie budzi się uśpiona dotąd wyobraźnia topograficzna. „Aaaa, no jasne! Teraz już wiem, gdzie jesteśmy!” – niesie się po rajdowej kolumnie. Wskakujemy na siodełka i z każdym kolejnym obrotem kół ta geometryczna pewność udziela się kolejnym uczestnikom.
Jedziemy samą krawędzią lasu, z jednej strony wciągając w płuca jego żywiczny, chłodny zapach, a z drugiej chłonąc ciepłe, słoneczne tchnienie świeżo zżętych pól. Krajobraz staje się znajomy, a my bez trudu rozpoznajemy w oddali charakterystyczne punkty: tu majaczy Świbie, tam rozciąga się Kielcza, a tuż przed nami wyrastają Żędowice. Co prawda samych zabudowań jeszcze nie widać zza drzew, ale ich bliskość wisi już w powietrzu.
I tak, stopniowo zostawiając zielony las za sobą, wjeżdżamy prosto w serce Żędowic. Pędzimy gładką, asfaltową drogą aż do stacji kolejowej – a właściwie do tego, co po niej pozostało. Tuż przed nasypem skręcamy w wąską ścieżkę prowadzącą wzdłuż torów. Mijając kolejne malownicze żędowickie zakątki, docieramy wreszcie do miejsca, gdzie przed naszymi oczami wyrastają pierwsze zabudowania Zawadzkiego. Do mety pozostało już naprawdę niewiele. Jeszcze tylko kilka otwartych łąk i z powrotem witają nas miejskie krawężniki. Nasza rowerowa ekipa dumnie przemierza lokalne trakty, kręci honorowe kółko wokół Urzędu Gminy i z fasonem melduje się na oficjalnej mecie rajdu – tuż obok naszego biura.
A tutaj czeka nas absolutny finał całej wyprawy. Na gładko przyciętej trawie, w cieniu ogromnego drzewa, stoją już przygotowane stoły i ławeczki. Tuż obok w powietrzu zaczyna unosić się nieziemski zapach – nasz niezawodny grillmajster tylko wyczekiwał powrotu cyklistów, by oficjalnie rozpocząć świętowanie. Niedzielne popołudnie błyskawicznie i niezauważenie przechodzi w ciepły, rozgadany wieczór. Na stołach lądują rumiane, pieczone kiełbasy, tradycyjny chleb z tustym, chrupiące ogórki, domowe ciasto i inne smakołyki.
I wreszcie nadchodzi ta najważniejsza, wyczekiwana chwila. Zdobywcom Nienacka należą się przecież oficjalne certyfikaty! Wiceprezes Oddziału wraz z ojcem chrzestnym Nienacka z uroczystą miną wychodzą przed towarzystwo i dumnie ogłaszają wręczenie zasłużonych trofeów. Kolejni śmiałkowie podchodzą, by z uśmiechem odebrać oficjalne poświadczenie zdobycia szczytu. A potem? Potem oddajemy się już tylko beztroskiej biesiadzie pod chmurką. Śmiechom, rozmowom i wspomnieniom z trasy nie ma końca – i dopiero niechybnie nadciągająca ciemność niedzielnej nocy, otulająca okolicę chłodem, rozgania naszą zgraną ekipę do domów. Żegnając się, każdy z nas ma jednak w oczach ten sam błysk. Bo jedno jest pewne – koła naszych rowerów nie będą długo odpoczywać. Apetyt na kolejne lokalne wyprawy i nieodkryte szlaki został rozbudzony, więc możecie być pewni, że już wkrótce znów wspólnie zmalujemy jakąś wyjątkową przygodę!![]()
