Traktory w Lubecku

Ireneusz Ludwig Utworzono .

Rajd Znienacka - do LubeckaKolejna sobota, którą zamierzamy spędzić całkowicie „znienacka”! Nasz cel to Lubecko – wieś świętuje właśnie imponujące 800-lecie, a gwoździem programu ma być widowiskowy konkurs orki zabytkowymi traktorami. Po prostu nie może nas tam zabraknąć.

ŻędowicePonieważ same zmagania rolniczych klasyków ruszają dopiero po południu, nie musimy zrywać się bladym świtem i możemy pozwolić sobie na dłuższy, błogi sen. Początek rajdu, jak nakazuje tradycja, wyznaczamy pod Biedronką. Gdy ekipa gromadzi się w jednym miejscu, nasza rowerowa masa krytyczna rośnie z każdą minutą. W końcu nadchodzi ta pora – wskakujemy na siodełka i ruszamy!
W dzisiejszej eskapadzie towarzyszy nam Nienacek, nasza wierna maskotka, która z niesłabnącą ciekawością odkrywa z nami nowe szlaki i powiększa kolekcję swoich podróżniczych zdobyczy. Mocujemy go stabilnie na kierownicy, żeby miał doskonały widok na drogę i... z impetem naciskamy na pedały, meldując gotowość na spotkanie z historią i rykiem maszyn w stary, dobrym stylu!
Kośmidry - nad stawemTym razem trasa prowadzi przez Żędowice. Sprawnie połykamy kolejne metry asfaltowej ścieżki rowerowej, podczas gdy słońce nieśmiało przyświeca nam z góry. Już po chwili meldujemy się na żędowickim rynku, gdzie ostatecznie kompletujemy skład rajdu. To właśnie tutaj powstaje pierwsze pamiątkowe zdjęcie. Chwila skupienia na kompozycji, precyzyjne ustawienie kadru, lekka poprawka i wszyscy szeroko uśmiechamy się do obiektywu – chwila uwieczniona, pamiątka gotowa! Z czystym sumieniem i nową energią zapuszczamy się na leśny trakt na Kośmidry.
Ta leśna arteria to ponad dziesięć kilometrów jazdy pośród dostojnych drzew, kojącego cienia i urokliwej atmosfery prawdziwej, dzikiej głuszy. Łapczywie oddychamy rześkim powietrzem – po upałach, jakie aura fundowała nam przez ostatnie dni, warunki do rowerowych przygód są wręcz wymarzone. Panuje tu ożywcza, pełna rześkości atmosfera, która idealnie współgra z naszym apetytem na kolejną, niezapomnianą przygodę!
W Kośmidrach zatrzymujemy się nad pobliskim stawem. Lustro wody porastają gęste kępy sitowia, a samego brzegu strzegą potężne, wiekowe drzewa, w których cieniu skryła się urokliwa ławeczka – wręcz wymarzone miejsce na krótki odpoczynek. Nagle spomiędzy wodnych traw nieśmiało wypływa mała kaczka. Tuż za nią druga, a potem kolejna, tworząc uroczy, żywy sznureczek. To wspaniały, niespodziewany bonus na naszej trasie! Maluchy sprawnie lawirują pomiędzy zielonymi kępkami, by po chwili znów zniknąć w gęstwinie. Życie na kośmiderskim stawie tętni swoim własnym, ukrytym rytmem.
PawonkówPo leśnych bezdrożach pod koła naszych rowerów triumfalnie powraca gładka wstęga asfaltu – w takich warunkach jazda staje się czystą, hipnotyzującą przyjemnością. Nasyceni sielskimi widokami i pokrzepieni krótkim odpoczynkiem, ponownie dosiadamy naszych wiernych, dwukołowych rumaków. Nienacek, dumnie spoglądający znad kierownicy, z niemym zachwytem i aprobatą kiwa głową, dając nam bezgłośny znak, że czas ruszać dalej. Sprawnie połykamy kolejne metry szosy, przecinamy senną architekturę wioski i raz jeszcze dajemy się pochłonąć szumiącej leśnej gęstwinie, która niczym zielony korytarz prowadzi nas wprost ku bramom Pawonkowa. Sielanka nie trwa jednak wiecznie. Tuż przed samą wsią wyrasta nagła, stroma ściana wymagającego podjazdu. To moment, w którym mięśnie muszą podjąć rzuconą rękawicę, a jazda wymaga od nas pełnego skupienia i potu. Dla naszej zgranej ekipy takie terenowe niespodzianki to jednak chleb powszedni. Kilka mocniejszych, rytmicznych uderzeń w pedały, krótka, lecz intensywna walka z grawitacją i... kapryśne wzniesienie zostaje ujarzmione! Już po chwili, z triumfalnym uśmiechem na twarzach, meldujemy się w samym sercu miejscowości. Stąd dzieli nas już tylko kilkanaście obrotów szprych – po tym dynamicznym finiszu zatrzymujemy się na zasłużony chwyt oddechu w cieniu wieży miejscowego kościoła.
LubeckoW kościele trwają właśnie ostatnie przygotowania do ceremonii ślubnej. Wnętrze lśni nieskazitelną bielą, przed samym ołtarzem dumnie czekają dwa krzesła dla nowożeńców, a na przykościelnym parkingu dostojnie parkują pierwsze wykwintne limuzyny. Chętnie zostalibyśmy tu na dłuższą chwilę, by podejrzeć ten wyjątkowy moment, ale Lubecko wzywa, a nasza ciekawość zabytkowych traktorów bierze górę.
Wskakujemy więc w siodełka i ruszamy przed siebie. Przez krótki czas asfaltowa ścieżka prowadzi nas wzdłuż głównego traktu na Lubliniec, lecz szybko uciekamy z hałaśliwej trasy w boczną, spokojniejszą drogę. Cel jest już na wyciągnięcie ręki. Na szosie panuje coraz większy ruch – obok zwykłych samochodów raz po raz majestatycznie defilują odpicowane traktory. Są przepięknie wystrojone, odmalowane i lśnią w promieniach słońca niczym prawdziwe perły dawnej mechanizacji. Ich właściciele, mijając naszą rowerową kolumnę, serdecznie się uśmiechają. Pozdrawiamy ich głośnym machaniem rąk – w końcu wszyscy zmierzamy w to samo miejsce. Jesteśmy pewni, że z wieloma z nich skrzyżujemy jeszcze spojrzenia podczas popołudniowej orki!
Festyn w LubeckuJest i Lubecko! Biała tablica z nazwą miejscowości dumnie obwieszcza, że nasz dzisiejszy cel został osiągnięty. Po krótkich poszukiwaniach bezbłędnie trafiamy na plac festynowy, gdzie impreza właśnie nabiera właściwego rytmu. Potężny namiot biesiadny stoi już gotowy, kusząc rzędami ław i stołów, w równym szeregu prężą się budki gastronomiczne, a z głośników dobiega głos konferansjera, który testuje nagłośnienie. Wokół gęstnieje tłum zaciekawionych mieszkańców i przyjezdnych, którzy – dokładnie tak jak nasza ekipa – ruszyli w tany, by sprawdzić, co ciekawego przygotowali organizatorzy.
Zabytkowe traktory przed konkursem orkiPrawdziwa magia kryje się jednak po drugiej stronie placu. Stoi tam prawdziwa tyraliera traktorów – ustawione idealnie pod sznurek, jeden obok drugiego, z dumnie przyczepionymi numerami startowymi, przypominają lekkoatletów wyczekujących na sygnał startowy. Nie ma tu dwóch identycznych maszyn. Każda ma swój niepowtarzalny charakter i choć wszystkie lśnią nowością, wielu z tych stalowych weteranów liczy sobie znacznie więcej wiosen niż zgromadzeni wokół nich widzowie.
Mogłoby się wydawać, że miejsce takich konstrukcji jest już wyłącznie w zakurzonych muzealnych halach. Tymczasem tutaj każda z nich aż tętni życiem i rwie się do wyjazdu na pole. Ich potężna, surowa konstrukcja budzi ogromny szacunek i po prostu nie pozwala przejść obok obojętnie. Przy co drugim modelu w głowie natychmiast budzą się wspomnienia z dawnych lat: „No jasne, przecież taki sam pracował kiedyś u sąsiada!”, „A ten model całymi dniami terkotał na okolicznych polach!”. Wiele z tych maszyn bezpowrotnie zniknęło już z naszego wiejskiego krajobrazu i gdyby nie pasja dzisiejszych wystawców, ich los zostałby przypieczętowany na jakimś zapomnianym złomowisku, a pamięć o nich bezpowrotnie przykryłby pył czasu.
Do początku traktorowej rywalizacji zostało jeszcze trochę czasu, więc szybka narada w grupie owocuje błyskawiczną decyzją: najpierw idziemy zwiedzić tutejsze sanktuarium, a zaraz potem uderzamy do pobliskiej restauracji, by „wrzucić coś na ruszta” – w końcu pora zrobiła się wybitnie obiadowa.
Nienacek w lubeckim kościeleJak uradziliśmy, tak też robimy. Nasz niezastąpiony Nienacek zeskakuje dziarsko z kierownicy i swoją malutką łapką jednoznacznie wskazuje na górującą nad okolicą wieżę kościelną. Idziemy posłusznie za jego wezwaniem i już po chwili stajemy na placu kościelnym. Mamy przed sobą niezwykłe miejsce. Tutejszy kościół Wniebowzięcia NMP to najstarszy i najcenniejszy zabytek w całej okolicy, którego korzenie sięgają głębokiego średniowiecza. Choć obecny kształt zyskał pod koniec XVIII wieku, skrywa w sobie historyczne skarby, które wprawiają w osłupienie. To właśnie tutaj, na ścianach prezbiterium, konserwatorzy odkryli bezcenne, unikalne w skali całego regionu freski z XIV wieku! Największym magnesem dla przybywających tu od stuleci pielgrzymów jest jednak ukryty w ołtarzu głównym cudowny wizerunek Matki Bożej Lubeckiej – to niewielki, znaleziony w 1716 roku blaszany medalion, który bije niezwykłym blaskiem. Dodatkowo, tuż obok świątyni, odnajdujemy skromny grób Franciszki Ciemiengi, znanej szerzej jako „Francka z Kanusa” – legendarnej śląskiej charyzmatyczki, która zmarła w opinii świętości i do dziś zajmuje szczególne miejsce w sercach tutejszych mieszkańców.
Ławka zadumy w przykościelnym parkuZ nieskrywanym zachwytem podziwiamy zarówno bezcenne, gotyckie freski, jak i misterny, barokowy wystrój całego wnętrza. Tutejsze Sanktuarium Matki Boskiej Lubeckiej, choć rozmiarem niespecjalnie wielkie, cieszy się ogromną rangą i jest jednym z najważniejszych, historycznych ośrodków pątniczych w całej diecezji gliwickiej. Świątynia doskonale potwierdza starą prawdę, że to nie gabaryty czynią miejsce wielkim – Lubecko jest tego najdoskonalszym, żywym przykładem.
Po wyjściu z kościoła zaglądamy także na skromną mogiłę Francki, czule przytuloną do zabytkowego, kościelnego muru. Siłą rzeczy, w tak przepełnionych historią i duchowością miejscach człowiek mimowolnie się wycisza. Wystarczy chwila refleksji, by przypomnieć sobie, jak małym i niepozornym jest się w obliczu nieubłaganie mijającego czasu i wieczności.
Klimatu tego miejsca dopełnia otaczający świątynię, tonący w zieleni park, w którym dumnie stoi ołtarz polowy. To właśnie przy nim, pod gołym niebem, celebruje się najpopularniejsze nabożeństwa i słynne w całym regionie odpusty, które co roku gromadzą morze ludzi.
Nienacek na lubeckim obiedzieNabrawszy w siebie nieco pokory, z lekkim uśmiechem spoglądamy po sobie i rzucamy nieśmiałe pytanie: „To co, teraz czas na restaurację?”. Strawa duchowa była wyśmienita, ale zgłodniałe ciała zaczynają głośno upominać się o swoje. Z pewną dozą radosnej niecierpliwości opuszczamy więc gościnne, przykościelne włości i zawijamy tuż za róg. Doskonale wiemy, gdzie skierować kroki, bo nie raz już tutaj rewelacyjnie się stołowaliśmy – wita nas progościnna Karczma na górce. „Obiad zaraz będzie, możecie zjeść i odpocząć, proszę się rozgościć!” – zdają się mówić przyjazne progi lokalu.
Zajmujemy wygodne miejsca i z niecierpliwością wyczekujemy zamówionych dań. Już po chwili na stół wjeżdżają prawdziwe specjały lubeckiej kuchni, a wśród nich król śląskiego stołu i niewątpliwie największy przysmak: tradycyjna wołowa rolada w towarzystwie puszystych klusek i idealnie doprawionej modrej kapusty. Nienacek moszczy się wygodnie tuż obok talerzy i z głęboką aprobatą myśli: „No tak, w taki sposób to można podróżować po świecie!”. Tymczasem zza bliskich zabudowań docierają już do nas pierwsze, radosne odgłosy rozkręcającej się imprezy, a my... poddajemy się tej kulinarnej rozpuście, dopieszczając podniebienia każdym kęsem i zbierając siły na traktorowe widowisko, które czeka tuż za miedzą!
Konkurs orkiPosileni zarówno na duchu, jak i na ciele, z nową energią wracamy na główną arenę festynu. W międzyczasie tłum gęstnieje w oczach – ludzi wokół przybyło co niemiara! Zabytkowe traktory opuszczają już swoje dotychczasowe stanowiska, formują karną kolejkę i jeden po drugim podjeżdżają w stronę wyznaczonego pola. Całe widowisko rozegra się na świeżo skoszonym rżysku, tuż przy samej drodze. Widzowie szczelnym kordonem otaczają miejsce zmagań, a każdy walczy o jak najlepszy widok, by nie uronić ani sekundy z tego niezwykłego show. W mgnieniu oka aparaty i telefony idą w ruch – na te kilkadziesiąt minut niemal każdy w tłumie zamienia się w profesjonalnego filmowca i fotoreportera. Słońce, zawieszone wysoko na bezchmurnym niebie, zaczyna solidnie przypiekać, ale nikomu to nie przeszkadza. Emocje sięgają zenitu, a chwila prawdy nadchodzi nieubłaganie.
Pierwszy traktor stoi już na linii startu. Za nim ciągnie się barwny, widowiskowy sznur wszelkiej maści ciągników, a do każdego z nich dumnie przymocowany jest pług – od tradycyjnych jednoskibowych, przez dwu-, aż po potężne konstrukcje trójskibowe. Obok potężnych, mechanicznych kolosów prężą się malutkie, niepozorne ciągniczki. W większości z nich na fotelach zasiadają zgrane duety: ojcowie wraz ze swoimi synami. Co najciekawsze, to właśnie ci młodzi synkowie najczęściej pewnie trzymają stery tych maszyn! Niektórzy z nich mają zaledwie po dziesięć lat, ale na sztuce orki znają się jak mało kto. Od pierwszego spojrzenia widać, że w traktorowej kabinie spędzili już setki godzin, a dzisiejsza rywalizacja przed wielką publicznością nie robi na nich większego wrażenia.
Konkurs orkiFormalnościom musi się jednak stać zadość. Zanim dany zawodnik zostanie ostatecznie dopuszczony do lemiesza i ruszy w pole, czeka go obowiązkowa, widowiskowa rozmowa z konferansjerem. A ten nie odpuszcza i z uśmiechem wypytuje o najmniejsze detale: skąd kierowca przybył, skąd wytrzasnął taki traktor, gdzie udało się go kupić, jak długo trwał żmudny remont i ile kosztowała ta pasja. W efekcie, zanim maszyna na dobre wbije się w ziemię, zgromadzony tłum zna już każdą, nawet najbardziej ukrytą tajemnicę danego klasyka.
Pierwszy traktor pomyślnie przeszedł już gradobicie pytań i dostojnie podjeżdża na linię startu. Rywalizacja rozpoczyna się na samym końcu wyznaczonego sektora, a zadaniem każdego śmiałka jest równe i precyzyjne zaoranie jednej bruzdy na całej długości pola. Surowe jury sędziowskie, rozstawione we wszystkich newralgicznych punktach, bacznie pilnuje czystości gry i każdego centymetra przekopanej ziemi.
Nasz stalowy bohater podjeżdża na pozycję, ustawia się idealnie wzdłuż linii, opuszcza lemiesz, po czym kierowca rzuca ostatnie, badawcze spojrzenie na mechanizm i skinieniem głowy daje znać o pełnej gotowości. Sędzia podnosi wzrok, unosi rękę, gwizdek przecina powietrze i... poszedł!
Jury sprawdza precyzję bruzdyZ pionowej rury wydechowej z potężnym kaszlem wydobywa się gęsty, czarny dym oraz głęboki, basowy ryk budzącego się do życia silnika. Lemiesz z drapieżną zachłannością zagłębia się w spieczoną słońcem glebę i z niesamowitą lekkością wydobywa z jej wnętrza wilgotne, tłuste skiby, które z głośnym mlaśnięciem kładą się na boki, lśniąc w słońcu niczym świeżo ciosane bloki ciemnego jantaru. Zapach przewracanej, żyznej ziemi w ułamku sekundy miesza się z aromatem rozgrzanego oleju i spalin, tworząc jedyną w swoim rodzaju, mechaniczną symfonię. Maszyna, choć wiekowa, bez najmniejszego zająknięcia prze do przodu, zostawiając za sobą idealnie prostą, głęboką bruzdę – dowód na to, że dawna, solidna inżynieria wciąż nie ma sobie równych.
Dobra, pierwszy poszedł! Nie ma jednak czasu na oddech, bo na linii startu natychmiast melduje się druga maszyna. Kierowca sprawnie manewruje kołami i precyzyjnie wprowadza ciągnik w wyoraną przed momentem bruzdę. Jeszcze tylko szybka, fachowa kontrola ustawień, jedno czujne spojrzenie na pług, ostry sygnał gwizdka i… drugi poszedł!
Skiby odkładają się tutaj nieco inaczej – widać, że to maszyna zupełnie innej marki, wyposażona w pług o odmiennej konstrukcji i geometrii lemiesza. Podczas gdy jej poprzednik ciął ziemię z potężnym, basowym pomrukiem, ten traktor pracuje z zupełnie inną, wyższą i niemal rytmiczną melodią silnika, która brzmi jak dobrze naoliwiony zegarek z minionej epoki. Ziemia spod jego kół nie sypie się bezwładnie; pług z chirurgiczną precyzją odcina równe, zwarte pasy darni i zgrabnie obraca je na bok, tworząc idealny, geometryczny wzór. Szerokie, głęboko bieżnikowane opony wgryzają się w rżysko, szukając przyczepności, a maszyna z dumą udowadnia, że choć konstrukcyjnie różni się od konkurenta, to pod względem kunsztu i efektywności w niczym mu nie ustępuje.
Kolejny zawodnik na starcieTeraz na linię startu podjeżdża trzeci, za nim czwarty, piąty i któryś tam już z kolei – w pewnym momencie wszyscy tracą rachubę, a precyzyjne odliczanie schodzi na dalszy plan. Każdy stalowy weteran pręży muskuły na polu, dumnie demonstrując maksimum swoich mechanicznych możliwości. Kolejny ciągnik wytacza się na pozycję, ale czujne oko sędziego natychmiast wychwytuje usterkę: „Chłopie, przecież ty tu w ogóle nie masz powietrza w kole!”. „No nie mam, ale było, tylko zeszło! – rzuca z rozbrajającym uśmiechem dumny właściciel. – Ale to nic nie szkodzi, dam radę! Nie zwracajcie na to uwagi, ta maszyna okrągły rok stała w stodole, to i miało prawo zejść”. Sędzia tylko macha ręką, daje znak i ciągnik rusza w tany z na wpół napompowaną oponą. Przecież nie flak jest tu najważniejszy, ale kunszt kierowcy i to, jak czysto i głęboko pług odłoży kolejną skibę.
Grupa Znienacka w LubeckuW tej niesamowitej atmosferze ryku silników mija dobra godzina. Kolejka chętnych systematycznie się kurczy, dokładnie tak samo jak pas niezaoranego dotąd pola. Wreszcie widowiskowy konkurs dobiega końca. Wszyscy zapisani śmiałkowie pokazali już, na co stać ich oraz ich wiekowe maszyny. Teraz do akcji wkracza surowe jury sędziowskie, które musi skrupulatnie ocenić jakość wykonanej pracy i ustalić ostateczną klasyfikację. Na oficjalne wyniki przyjdzie nam jednak poczekać... aż do jutra! Cały lubecki festyn zaplanowano bowiem jako imprezę dwudniową, a fachowa ocena orki wymaga czasu i chłodnego oka. Każda bruzda musi zostać przeanalizowana pod każdym możliwym względem – w Lubecku nie ma miejsca na sędziowską fuszerkę czy taryfę ulgową.
Podczas gdy surowi sędziowie skrupulatnie zabierają się za ocenianie bruzd, nasza ekipa z nieskrywaną radością przechodzi do zasłużonego, poobiedniego deseru. Przy kawiarnianym stoliku czeka na nas fantastyczna niespodzianka – niespodziewanie spotykamy naszych ziomali z Zawadzkiego! Oni również postanowili spędzić tę sobotę całkowicie „znienacka”, choć na środek transportu wybrali tradycyjny samochód. Nasze rowerowe grono momentalnie się powiększa, aż w końcu anektujemy dla siebie cały, gwarny stół.
Nienacek w LubeckuW tak wyjątkowo miłej, przepełnionej śmiechem i przytulnej atmosferze czas ucieka nieubłaganie. Słońce powoli zaczyna chylić się ku nieboskłonowi, malując niebo ciepłymi barwami – to dla nas niechybny, choć nieco smutny znak, że pora zbierać się w drogę powrotną. Choć tutejszy festyn będzie hucznie trwał jeszcze długo do głębokiej nocy, my musimy zameldować się w domach przed nastaniem zmroku. Szykujemy więc niespiesznie sprzęt, po raz ostatni przecinamy gwarny festynowy skwer i ustawiamy się karnym rządkiem na szosie.
Ruszamy w kierunku Lubeckiej Górki. Kiedy zaczynamy podjazd, szczyt wydaje się już na wyciągnięcie ręki, jednak do samego wierzchołka wciąż brakuje nam kilku mocniejszych uderzeń w pedały. Co ciekawe, wzniesienie to, choć powszechnie nazywane lubeckim, geograficznie leży już w granicach administracyjnych Steblowa – malowniczej dzielnicy Lublińca. Warto było jednak podjąć ten trud, bo z góry rozpościera się absolutnie fenomenalna, zapierająca dech w piersiach panorama okolicy. Przy dzisiejszej, nieskazitelnie czystej aurze, daleko na horyzoncie z dumą dostrzegamy także nasz ukochany Anaberg – Górę Świętej Anny, która z grubsza wyznacza azymut naszej trasy.
Nienacek - traktorzystaTeraz zaczyna się to, co tygrysy lubią najbardziej! Lubecka Górka to najwyższy punkt na naszej dzisiejszej mapie, co oznacza tylko jedno: od tej pory będzie już wyłącznie z górki. Najlepsze czeka nas jednak na samym początku. Wypuszczamy się polną drogą w kierunku Lipia – wiatr świszcze w uszach, a pedały idą w całkowitą odstawkę. Nasze dwukołowe rumaki same rwą do przodu z taką prędkością, że na ostrzejszych wirażach musimy wręcz studzić ich zapał hamulcami. Ten zjazd jest po prostu fantastyczny! Ani się oglądamy, a z impetem lądujemy w Lipiu.
Znów w ŻędowicachTutaj czeka nas chwila prawdy – musimy bezpiecznie przeciąć ruchliwą arterię drogi krajowej. Tę drogową ekwilibrystykę wygrywamy jednak po mistrzowsku i bez zbędnych przestojów kontynuujemy naszą grawitacyjną podróż, biorąc teraz kurs na Wymyślacz. Tutaj ukształtowanie terenu znów nam sprzyja, niosąc nas lekko w dół. Tuż po wjeździe do Wymyślacza płynnie wpadamy na asfaltową ścieżkę rowerową, która bezbłędnie kieruje nas w stronę kolejnego, leśnego etapu, gdzie po chwilowym szaleństwie prędkości możemy znów wejść w rytm spokojnego, miarowego pedałowania.
Kolejne etapy trasy mijają nam pod znakiem płynnej jazdy – przez Solarnię lądujemy z powrotem w dobrze znanych nam Kośmidrach. Teraz przed nami długa, prosta przecinka przez leśne ostępy, która ma nas doprowadzić prosto do Żędowic. Tę drogę znamy już jak własną kieszeń, w końcu przemierzaliśmy ją rano, pełni porannych sił i przedpołudniowej ekscytacji. Teraz ten sam, znajomy las szumi kojąco dokoła, jakby gratulował nam udanej wyprawy i bezpiecznie prowadził prosto do celu.
W Żędowicach wjeżdżamy na rynek na nasz ostatni, oficjalny postój. To moment na tradycyjne, serdeczne pożegnanie z naszą lokalną ekipą „Plakoni”, po czym ruszamy w ten ostatni, symboliczny odcinek do Zawadzkiego. Koła leniwie toczą się po asfalcie i wkrótce domykamy pętlę, stając dokładnie tam, gdzie rano wszystko się zaczęło – pod Biedronką.
Do zobaczenia następnym razemKolejny Rajd Znienacka dobiegł końca, pozostawiając po sobie zmęczone, ale niezwykle szczęśliwe nogi, głowy pełne niezapomnianych wspomnień i zapach tradycyjnej śląskiej rolady na podniebieniu. Nasz wierny Nienacek, po całym dniu spędzonym na posterunku na kierownicy, nareszcie może zamknąć zmęczone oczy. My również chowamy nasze rowery do garaży z poczuciem dobrze spędzonego czasu. Lubecko ugościło nas po królewsku – od duchowych uniesień w sanktuarium, przez kulinarną rozpustę, aż po spektakularny ryk traktorowych silników. Licznik kilometrów bije z dumą, a my w duchu już planujemy kolejną sobotę, którą z wielką radością spędzimy dokładnie tak samo... całkowicie znienacka!

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama