Rajd Znienacka - Dobrodzień, Gwoździany

Ireneusz Ludwig Utworzono .

PTTK Zawadzkie na rynku w Dobrodzieniu.Pogoda wreszcie się wybrała! Wiosna rozbrzmiała wokół nas na całego, a w swojej finałowej końcówce bezczelnie obrzuciła nas posmakiem prawdziwego, afrykańskiego lata. Termometry oszalały – trzydzieści pięć stopni w cieniu! Tak bezwzględnie ciepło w tym roku jeszcze nie było.

Staw Pluderski nr 5My jednak, całkowicie niezrażeni tymi eks­tremalnymi warunkami, postanawiamy rzucić wyzwanie naturze i ruszamy na podbój kolej­nych rowerowych szlaków. Nasz dzisiejszy cel: Dobrodzień. I to właśnie zapowiadany na dziś, morderczy upał od samego rana dyktuje twarde warunki gry. Wizja niełatwej rywaliza­cji z tak wymagającym, słonecznym przeciw­nikiem skutecznie odsiewa słabsze ogniwa i wręcz odstrasza na samym starcie. Na placu boju zostają wyłącznie najtwardsi z najtward­szych. Pod lokalną Biedronką, w cieniu beto­nowych ścian, zbiera się nasza ekipa Nienac­ka – garstka śmiałków gotowa na kolejną ko­larską przygodę. Jeszcze tylko kilka ostatnich poprawek sprzętu, łyk wody na zapas, dopię­cie sakw... i z impetem ruszamy przed siebie, prosto w rozgrzane powietrze!
Całe szczęście, że nocą mocno i obficie popadało. Świeża, parująca wilgoć unosząca się w po­wietrzu daje nam wielką nadzieję na rześkie i znośne kilometry. Dziarsko ruszamy w stronę Kociej Góry, gdzie błyskawicznie uciekamy przed słońcem, skręcając prosto w zbawienne objęcia chłod­nego lasu. Rozlane na drodze, błyszczące kałuże skutecznie poprawiają nam humory – to idealny kontrast dla zapowiadanego upału. Drzewa wokół aż kipią soczystą rześkością i gęstą zielenią, nie­mal namacalnie zapraszając do wielkiej przygody.
RegolowiecSprawnie mijamy kolejne leśne przecin­ki, z ciekawością rozglądając się po bocz­nych ścieżkach, aż w końcu docieramy do zaplanowanego punktu i zatrzymujemy się na Stawie Pluderskim. Tym ostatnim, ozna­czonym numerem pięć. Pędzeni czystą cie­kawością, czy zbiornik nie wyschnął – co niestety spotkało ostatnio sporo innych akwenów w tej okolicy – z ogromną ulgą stwierdzamy, że ten twardo trzyma swój po­ziom. Lustro wody lśni nienaruszone, a to oznacza jedno: woda jest, a przyroda wciąż żyje swoim rytmem!
Kolejny krótki przystanek zaliczamy na Regolowcu – tym samym, na którym co roku tłumnie i gwarnie spotyka się mło­dzież na szlaku dawnego hutnictwa. Dziś jednak to historyczne miejsce wita nas zu­pełnie inaczej: polana lśni głęboką ciszą i kojącym spokojem. Zaglądamy więc tylko na moment w cienie pobliskiego zagajnika, by zaraz potem z impetem popędzić dalej, prosto w stronę nieznane­go. Przed nami rozciągają się całkowicie nowe, nieodkryte jeszcze szlaki.
KolejkaNa pierwszy ciekawy akcent natrafiamy niemal natychmiast – to linia kolejowa, której stalowe nitki szeroko rozpościerają się na leśnym trakcie, brutalnie przecinając gęstwinę na pół. Perspekty­wa z tego miejsca robi wrażenie: z jednej strony w oddali migoczą pierwsze zabudowania Pluder, z drugiej zaś tory uciekają łukiem i nikną za zakrętem, gdzieś tam, gdzie pulsuje kolejowe serce Fo­sowskiego. Tuż obok torowiska stoi tarcza ostrzegawcza. Jej pomarańczo­we światło stanowi jasny znak, że żaden pociąg nie przetnie teraz na­szej drogi. Mimo to, profilaktycznie rzucamy okiem w obie strony i sprawnie przemykamy na drugą stro­nę nasypu. Przy okazji fundujemy so­bie małą pamiątkę – po drugiej stro­nie z masztu uśmiecha się do nas obiektyw kolejowej kamery. Kto wie, może kiedyś błyśniemy na jakimś pociągowym filmie!
I znów wtapiamy się w kojący, głęboki chłód wiekowych sosen. Ro­wery niemal same suną wzdłuż le­śnego traktu, a my w idealnej ciszy chłoniemy kolejne kilometry, aż w końcu dojeżdżamy do pierwszych oznak cywilizacji na naszym dzisiejszym szlaku. Kolejka – nieduży, malowniczy przysiółek obok Bzinicy – wita nas coraz mocniej operującym, palącym słońcem oraz jaskrawozieloną tabliczką z nazwą miejscowości. I jak przystało na przyzwoitą, nowoczesną wioskę, miejscowość od samego progu rozwija przed naszymi oponami fantastyczny, gładki asfaltowy dywa­nik.
BąkiGładką szosą sprawnie docieramy do Bzinicy, gdzie ścinamy zakręt w kolejną, boczną drogę i obieramy kurs prosto na Bąki. Na tym etapie las nie chroni nas już tak szczelnie przed na­rastającym upałem, więc z prawdziwą lubością delektujemy się każdym, na­wet najmniejszym cieniem rzucanym przez mijane przydrożne drzewa. Wy­czerpani żarem, ostatecznie zatrzymu­jemy się w Bąkach, tuż obok urokli­wego, przydrożnego stawu.
To idealny moment na kolejną za­służoną przerwę. Zsiadamy z rowe­rów, ocieramy pot z czół i z zachwy­tem podziwiamy piękno tutejszego krajobrazu. Okazuje się, że trafiliśmy na prawdziwy, botaniczny skarb! Tuż obok, wprost z zielonej tafli stawu, pozdrawiają nas przepięk­ne, gęste dywany lilii wodnych. Ich intensywnie różowe puchary kwitną w najlepsze, pyszniąc się dumnie przed światem w pełnym słońcu i kompletnie odczarowując ten upalny dzień.
Lilie wodne w BąkachW zasadzie moglibyśmy tu zo­stać na znacznie dłużej. Miejsce na piknik było po prostu idealne, a cała sobota wciąż rozciągała się przed nami, ale ostatecznie rajdowa odpowiedzialność wzięła górę – cel był przecież jasno określony i miał to być Dobrodzień. Ładujemy się więc z powrotem na nasze dwuko­łowe wehikuły i miarowo kręcimy pedałami dalej. Wpadamy w kolej­ny, niezwykle przytulny las, który daje nam ostatni moment wytchnie­nia, i tak oto sprawnie dojeżdżamy do Dobrodzienia.
Na pierwszy ogień w mieście idzie tutejsza stacja kolejowa. A właściwie to, co po niej i po dawnej świetności zostało. Kiedyś tętniło tu życie, a z Fosowskiego regularnie kursowały tędy pociągi pasażerskie i towarowe. Ta legendarna, wybudowana jeszcze pod koniec XIX wieku linia numer 175 nie przetrwała jednak brutalnej, wolnorynkowej rywalizacji z transpor­tem samochodowym. Ruch pasażerski zamarł tu ostatecznie na początku XXI wieku, a tory, które kiedyś łączy­ły ludzi, z czasem rozebrano. Dziś opuszczony, niszczejący budynek sta­cyjny i zarośnięte trawą pozostałości po peronach stoją w milczeniu, będąc smutnym, niemym pomnikiem daw­nej ery żelaznych szlaków.
Tyle zostało ze stacji kolejowejZ trudem odnajdujemy to zapo­mniane miejsce. Z pewną nieśmiało­ścią i niedowierzaniem podjeżdżamy pod podejrzany adres, gdzie jedynie samotny, kilkunastometrowy odcinek starych szyn, głęboko wtopionych w otaczający je współczesny bruk, bez­głośnie zdradza dawne przeznaczenie tego terenu. Tak, to bezwzględnie mu­siało być tutaj.
Obok tych żelaznych reliktów intu­icyjnie szukamy wzrokiem dawnego peronu oraz głównego gmachu stacyjnego. Po peronie nie zo­stał już jednak nawet najmniejszy ślad, a całe dawne torowisko i kolejowe zaplecze zostały bez­powrotnie zaadaptowane na cele komercyjne i prywatne posesje. Granice zatarły się na dobre.
Budynek po byłej stacji kolejowejNie dając za wygraną, stawiamy rowery na stojakach i zaczynamy penetrować ten dziki teren na piechotę. Intuicja nas nie myli – tuż za ścianą pobliskich, gęstych krzaków niespodziewanie wyrasta drugi budynek. Ten już jako żywo pasuje do surowego, pruskiego sty­lu dawnych stacji kolejowych. Na wpół opuszczony, na wpół zaro­śnięty przez bluszcz, bije od nie­go niesamowita nostalgia. Jego auten­tyczną historię natychmiast zdra­dzają rozproszone wokół, oryginal­ne kolejowe artefakty. Pod ściana­mi leżą zardzewiałe resztki daw­nych znaków, w oknie maja­czy sta­ra, naftowa lampa konduk­torska, a obok poniewierają się masywne elementy taboru kolejo­wego. Z za­chwytem dotykamy tych przedmio­tów; tak, doskonale je znamy i pa­miętamy, to właśnie takie gadżety przez dziesięciolecia budowały nie­powtarzalny klimat polskiej kolei.
Dobrodzień - rynekKultowej, wielkiej białej tablicy z grubym, czarnym napisem „Dobrodzień” nigdzie jednak nie znajdujemy. Być może dawno padła łupem zbieraczy pamiątek, a być może spoczywa bezpiecz­nie pod zielonym dywanem natury, która w tym miejscu w błyskawicznym tempie odzy­skuje swoje odwiecz­ne włości. Z ukłuciem żalu zaglą­damy w stronę, gdzie dawniej sta­lowe tory wiodły pociągi prosto do Fosowskiego. Dziś po nasypie nie ma już śladu. Jedynie ide­alnie prosta, zielona linia mło­dych drzew, otoczonych gę­stym szpale­rem równie zielo­nych krzewów, bezgłośnie zdradza, że to dokład­nie tędy kiedyś z radosnym stuko­tem kół mknęły kolejowe składy.
Czas nareszcie wyrwać się z tej kolejowej nostalgii. Ktoś wyjątko­wo przytomnie rzuca hasło: „Je­dziemy na rynek!” – czym mo­mentalnie przywraca całą naszą grupę do świata żywych. Zawracamy rowery i kierujemy je prosto w stronę centrum. Jeszcze kilka mocniejszych obrotów pe­dałów, kilka słonecznych mignięć szprych i z impetem wyjeżdżamy na dobrodzieńskie centrum.
Namiastka zielonej oazy na rynku w DobrodzieniuTutaj zatrzymujemy się na dobre. Przystajemy tuż obok nowoczesnej rynkowej fontanny, tryska­jącej dynamicznie bezpośrednio z granitowych płyt posadzki. I w tym momencie dopadają nas bar­dzo mieszane uczucia. Mieszane, ponieważ z jednej strony rynek jest wyjątkowo czysty i schludny, a tryskająca chłodna woda przy dzisiejszym, morderczym upale jest wręcz na wagę złota. Z drugiej jednak strony – cała, gigantyczna po­wierzchnia placu została bezwzględnie zalana betonem. To, co lodowata woda z fontanny zdoła na moment schłodzić, roz­grzane do czerwoności betonowe płyty w ułamku sekundy odparowują w powie­trze. W efekcie na rynku panuje skwar w najlepsze, tworząc duszną, niemal pu­stynną aurę. Ni centymetra naturalnej ochłody!
Nieliczne, mikroskopijne drzewka sprawiają tu wrażenie zagubionych intru­zów – wciśnięte w beton na siłę, jakby tylko dla jakiejś wyższej, nikomu niepo­trzebnej idei. Aby dopełnić tego kontra­stu, na rozstawionych wokół tablicach oglądamy historyczne zdjęcia dawnego Dobrodzienia. I okazuje się, że kiedyś tęt­niło tu zupełnie inne życie: na rynku rosły potężne, rozłożyste drzewa, wokół panował głęboki, przytulny cień, a upały takie jak dzisiej­szy nie były nikomu straszne. Dziś rze­czywistość jest bezwzględna – rozgrza­ny beton odstrasza, a wszyscy z rynku uciekają w popłochu, szukając upra­gnionego schronienia w zbawiennych cieniach rynkowych kamienic.
Kościół św. Magdaleny w DobrodzieniuMy też czym prędzej uciekamy z tej betonowej pustyni, szukając ratunku po drugiej stronie placu – tam, gdzie dum­nie wznosi się bryła świątyni. To zresz­tą kolejny tutejszy fenomen, bo na do­brodzieńskim rynku zamiast klasyczne­go ratusza stoi kościół. Na dodatek tuż obok niego, jakby na przekór betonowej nowoczesności, zachowała się prze­piękna, zielona oaza dawnego rynku. Dookoła szumią ogromne, wiekowe lipy, pod którymi pysznią się zadbane zielniki i barwne kwietniki – o tak, taki klimat to my rozu­miemy!
Z nieopisaną lubością wtapiamy się w głęboki, kościelny cień. Z czystej ciekawości sprawdzamy ciężkie, drewniane drzwi i... ku naszemu zaskoczeniu okazują się otwarte! Szok! Bez wahania za­glądamy do środka, a za progiem wita nas absolutnie błoga, niemal mistyczna ochłoda. Potężne, za­bytkowe mury kościoła pw. św. Marii Magdaleny stanowią niezłomną tarczę, która skutecznie i cał­kowicie odcina nas od panującego na zewnątrz skwaru.
Kościół św. Magdaleny w DobrodzieniuGdy oczy przyzwyczajają się do panującego tu półmroku, z zachwytem odkrywamy jej wnętrze, które uderza nas swoją totalną, surową skromnością. Ściany są całkowicie białe, pozbawione ja­kichkolwiek zbędnych dekoracji czy złoceń – jedynym architektonicznym detalem jest tu profilo­wany gzyms biegnący wzdłuż nawy. W centralnym punkcie prezbiterium wzrok przykuwa niesamowity, ogrom­ny krzyż, który robi niezwykle asce­tyczne wrażenie. Tuż obok niego wisi duży obraz patronki, św. Marii Magda­leny, pędzla Josepha Fahnrotha.
Ten neoromański kościół z charakte­rystyczną ośmioboczną wieżą powstał w latach 1850–1855, w miejsce dawne­go, drewnianego kościółka, którego po­czątki sięgały aż 1311 roku. Tamta pierwotna świątynia doszczętnie spło­nęła w wielkim, tragicznym pożarze miasta w 1846 roku. Choć wnętrze wy­daje się minimalistyczne, kryje w sobie bezcenne skarby dawnych wieków – wiekowe figury świętych z XVII stule­cia, osiemnastowieczne stacje Męki Pańskiej oraz wspaniałe, okazałe witraże, z których najstarsze wykonano w Monachium jeszcze w 1898 roku.
Lodowy deser w cieniu lipySiedzimy w drewnianych ławach pod płaskim, kasetonowym stropem w absolutnej ciszy. Daje­my odpocząć zmęczonym nogom, z za­chwytem chłonąc ten wyjątkowy, surowy spokój oraz zbawienny chłód, podczas gdy przez zabytko­we szkło witraży leni­wie przesą­czają się kolorowe promienie palą­cego na zewnątrz słońca.
Wychodząc z tej ostoi chłodnej ciszy, przypominamy sobie, że po drugiej stro­nie rynku znajdowała się lodziarnia. I jest to teraz wprost idealna pora, by do niej zajrzeć! Fundujemy sobie wykwintne por­cje aksamitnego, białego szaleństwa i na­tychmiast chronimy się w cieniu potęż­nych, rynkowych lip, z ogromną lubością delektując się każdym lodowym kęsem. O tak, dokładnie w taki sposób można zdo­bywać świat!
Gdy orzeźwiający deser znika w mgnieniu oka, pakujemy się na rowery. Kolejne obroty pedałów prowadzą nas na pobliski cmentarz parafialny, przy którym stoją obok siebie dwa następne, niesa­mowite kościoły: jeden murowany, a drugi drewniany. To absolutny fenomen, by w jednym miejscu zbiegły się tak różne epoki i style ar­chitektoniczne.
Kościół Nawiedzenia NMP w DobrodzieniuPierwszy z nich, z czystego czerwonego klinkieru, to neo­gotycki kościół pw. Nawiedze­nia Najświętszej Maryi Panny. Zbudowany pod koniec XIX wieku (w latach 1894–1895), urzeka strzelistą wieżą i suro­wym, ceglanym pięknem, ide­alnie komponującym się z po­wagą cmentarza.
Kościół św. WalentegoTuż za jego murowaną ścia­ną wznosi się jednak prawdzi­wa perła opolskiego budownic­twa sakralnego – zabytkowy, drewniany kościół cmentarny pw. św. Walentego. Ta piękna świątynia o konstrukcji zrębo­wej została wzniesiona w 1630 roku, tuż po wielkim pożarze, który strawił wcześniejszy, szesnastowieczny budynek. Całość pokryta jest pachnącym gontem, a nad wejściem góruje malownicza wieża zwieńczona charakterystycznym, cebula­stym hełmem. Choć budowla ucierpiała podczas ostrzału miasta pod koniec II wojny światowej, dziś – pieczołowi­cie odrestaurowana – zachwy­ca swoim modrzewiowym spo­kojem i kryje w swoim wnę­trzu wspaniały, barokowy oł­tarz z 1644 roku. Stojąc na sty­ku neogotyckiej cegły i wieko­wego drewna, po raz kolejny tego dnia dotykamy żywej, wielobarwnej historii Dobro­dzienia. Mimo że tym razem nie jest nam dane wejść do środka, ich kontrastujące syl­wetki na długo wbijają się w naszą pamięć. Ten niezwykły architektoniczny dwugłos – strzelista, czerwona wieża i przysadzisty, kryty gontem dach – tworzy widok tak unikalny, że po prostu nie da się obok niego przejechać obojętnie. Przez dłuższą chwilę po prostu stoimy w milczeniu, uwiecz­niając ten kadr w pamięci i na zdjęciach.
Kaplica na cmentarzuDwór w Dobrodzieniu to nasza kolejna stacja. Choć wielu kojarzy to miasto głównie z rzemio­słem meblarskim, my zsiadamy z rowerów przed klasycystycznym pałacem z lat 1848–1849, wzniesionym na zlecenie hrabiego von Renard. Po wojnie ten prosty, symetryczny gmach przez de­kady służył jako lokalna szkoła, dzięki czemu przetrwał w niezłym stanie do dziś. Stajemy na chwilę w cieniu wiekowych drzew dawnego parku pałacowego, by dać odetchnąć rozgrzanym od słońca twarzom. Ten architektoniczny świadek przeszłości idealnie dopełnia nasz dzisiejszy, pełen niesamowitych kontrastów obraz Dobro­dzienia.
Tym oto sposobem nadchodzi pora, by pożegnać się z Dobrodzieniem. Dosiada­my naszych maszyn, a następny punkt na rajdowej mapie to Gwoździany. I dopiero teraz zaczyna się prawdziwa szkoła prze­trwania. Kilka najbliższych kilometrów to trasa w stu procentach wystawiona na mordercze słońce, które dziś absolutnie sobie nie żałuje.
Zaczynamy żwawo, wpadając na asfaltową ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż krajowego szlaku z Opola do Częstochowy. Od tej chwili mozolnie wydzieramy naturze każdy metr drogi. Pofałdo­wany teren nie ułatwia zadania – najpierw z wysiłkiem pokonujemy wzniesienia, by za chwilę zjeż­dżać w dół, tylko po to, by za moment znowu z nich wydobywać się na kolejne wyżyny.
Kucharz i kucharz - Dwór w DobrodzieniuWokół nas nie ma ani centy­metra zbawiennego cienia. Z le­wej strony rozciągają się rozża­rzone słońcem łąki, z prawej identyczny, otwarty krajobraz, a przy samej ścieżce jedy­nie gdzieniegdzie wyrastają młode, pojedyncze drzewka, które nie dają żadnej osłony. Zaciskamy zęby, pot rzęsiście spływa z czo­ła, a my z całą siłą naciskamy na pedały i miarowo, uparcie wyry­wamy z rozgrzanej przestrzeni kolejne połacie drogi. Tym mor­derczym sposobem osta­tecznie zdobywamy Gwoździany. Tuż przy drodze zza zakrętu wyłania się budynek przydrożnej restau­racji – to tutaj miał czekać na nas upragnio­ny obiad. Pora na posiłek jest już wręcz idealna, a nasze żołądki doma­gają się ratunku. Resztką sił wtaczamy się na parking, wchodzimy do środka i... przeżywamy potęż­ny szok. Od progu dowiadujemy się, że lokal ma dziś całkowitą rezerwację. Obiadu nie będzie!
Drewniany kościół w GwoździanachTak czarnego scenariusza nie przewidział absolutnie nikt. Z niedowierzaniem dopytujemy jesz­cze obsługę, czy naprawdę nie znajdzie się dla nas choćby jeden wolny stolik. Gdy w końcu z peł­ną, brutalną mocą dociera do na­szej świadomości, co właściwie się stało, w grupie zapada szybka, kryzysowa decyzja: ruszamy pod pobliski kościółek. Musimy na­tychmiast zaczerpnąć chłodnego powietrza w cieniu murów i tam, na spokojnie, uradzić, co robić da­lej z tym kulinarnym kryzysem.
Kościół niczego sobie. Ta uro­kliwa, drewniana konstrukcja o budowie zrębowej, zgrabnie usa­dowiona na niewielkim wzgórku, już z daleka zaprasza do siebie zmęczonych wędrowców. Gdy podjeżdżamy bliżej, z zaciekawie­niem przyglądamy się jego archi­tekturze i szybko odkrywamy, że kościół pw. Narodzenia NMP skrywa w sobie iście sensacyjną hi­storię.
GwoździanyTa modrzewiowa świątynia wcale nie powstała tutaj! Pierwotnie została wzniesiona w 1576 roku Kościeliskach koło Olesna. Kiedy po II wojnie światowej tamtejsza parafia wybudowała nowy, muro­wany gmach, stary drewniany ko­ściółek zamknięto i skazano na za­pomnienie. Tymczasem mieszkań­cy Gwoździan przez dekady bez­skutecznie walczyli z komuni­stycznymi władzami o zgodę na budowę własnej świątyni. W la­tach 70. ówczesny proboszcz wpadł na genialny pomysł, jak przechytrzyć system – zamiast sta­wiać nowy budynek, postanowił „przeprowadzić” niszczejący za­bytek z Kościelisk. Wszystkie ele­menty rozebrano, skrupulatnie po­numerowano i przewieziono tutaj, a miejscowi rzemieślnicy pod okiem mistrza ciesielskiego wier­nie odtworzyli go na tutejszym wzniesieniu. Jedynymi w pełni oryginalnymi świadkami tamtych czasów są dwa krzyże na wieżach oraz potężna belka nad drzwiami z wyrytą datą „1576”.
Chwila odpoczynku pozwoliła nam na nowo zebrać siły i ułożyć plan na dalsze losy rajdowej trasy. Decyzja zapada w mgnieniu oka: jedziemy dalej, prosto do Pawonkowa! Tam znajduje się druga restauracja i ogromna szansa, że wreszcie uda nam się coś zjeść. Wskakujemy więc na nasze dwukołowe rumaki i miarowo łykamy kolejne metry rozpalonej w słońcu rowerowej ścieżki.
Po drodze zatrzymujemy się na krótki postój na dawnej, historycznej granicy polsko-niemieckiej, skwapliwie wykorzystując fakt, że rośnie tu kilka dużych, dających cień drzew. Opróżniamy tam ostatnie, ciepłe już resztki zapasów wody. Żar lejący się z nieba jest tak potężny i uporczywy, że w przypływie zmęczenia z niektórych ust padają nawet twarde deklaracje: „Nigdy więcej!”. Wspólnie jednak podbudowujemy morale, rzucamy kilka żartów i skutecznie podnosimy się na duchu. Pa­wonków już majaczy na horyzoncie, zaraz będziemy na miejscu!
Pawonków - restauracja OrionOstatkiem sił, napędzani już tylko czystą ambicją, wjeżdżamy w granice miejscowości i ostro skręcamy pod skrzydła „Oriona”. Czy los znów zadrwi z głodnych rowerzystów? Niepokój trwa tylko ułamek sekundy, bo zza lekko uchylonych drzwi uderza w nas najpiękniejsza woń tego popo­łudnia – zapach prawdziwego, domowego obiadu. Sukces! Porzucamy rowery, przekraczamy próg i wkraczamy wprost do mitycznej krainy klimatyzacji – tego genialnego, błogosławionego dzieła ludzkiej inżynierii. Lodowaty powiew powietrza momentalnie zmywa z nas całodniową, morderczą walkę ze słońcem. Podchodzimy do bufetu jak do oazy: butelka wody, butelka soku, cokolwiek, byle parowało chłodem. I z bezgraniczną, głęboką ulgą osuwamy się na krzesła. Jesteśmy uratowa­ni, a świat wokół znów nabiera pięknych barw.
I dopiero po tej pierwszej fali ochłody, bez pośpiechu zaglądamy do karty dań. A tam – do wybo­ru, do koloru! Chrupiące kotlety, śląskie rolady, złociste placki, słowem: co kto woli i o czym tylko głodny wędrowiec mógłby zamarzyć. Teraz, już w pełni ukontentowani i bezpieczni, z nieskrywaną gracją oraz kunsztem godnym najwyższych sfer wybieramy nasze sobotnie danie, niczym jaśnie pa­nowie na gościnnych występach. Przez moment rzeczywiście czujemy się jak prawdziwi magnaci na własnych włościach, uciekający przed plebejskim skwarem.
Orion - wystawa starociCiepłe, drewniane wnętrze restauracji, gustownie wyreżyserowane przez archi­tekta, daje nam kojące poczucie domowe­go biesiadowania i szlacheckiego luksusu. Surowe belki nad naszymi głowami i za­pach tradycyjnej kuchni sprawiają, że ca­łodniowy trud na rozpalonym asfalcie na­tychmiast odchodzi w niepamięć. Czeka­my na parujące talerze z dumnie podnie­sionymi głowami, celebrując tę chwilę jak najlepszy triumf nad słonecznym przeciw­nikiem.
Obiad niknie na naszych talerzach ni­czym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przez dłuższą chwilę w sali zapa­da pełna szacunku cisza – każdy z nas, w głębokim skupieniu nad swoim talerzem, celebruje powrót do żywych. I rzeczywi­ście, dopiero teraz, kęs po kęsie, odzyskujemy utracony w słońcu poranny wigor oraz zapasy ener­gii do dalszych kolarskich bojów.
Cuda starej technikiPrzed ostatecznym wyruszeniem w powrotną drogę postanawiamy wyjść na moment ze strefy klimatyzacji i zaglądamy jeszcze na rekreacyjny ogródek letni. Tam, oprócz rzędów drewnianych ław dla gości (dziś oczywiście całko­wicie pustych, bo nikt rozsądny nie opuścił chłodnego wnętrza), umiejscowiony jest niesamowity, skrupulatnie gromadzony skansen wszelkiej maści staroci. To praw­dziwy, miniaturowy wehikuł cza­su!
Z ogromnym zaciekawieniem myszkujemy wzrokiem po tej eks­pozycji, odkrywając wiekowe koła od wozów, przedpotopowe maszy­ny, stare lampowe radia, masywną magielnicę, a nawet głęboki wózek dziecięcy z minionej epoki. Na de­ser pośród tego wszystkiego odnaj­dujemy... retro narty, które w ten trzydziestopięciostopniowy upał wyglądają jak genialny, surrealistyczny żart właściciela. Ta kolej­na, niespodziewana podróż do przeszłości stawia przysłowiową kropkę nad „i” naszej dzisiejszej ucieczki od codzienności.
Drugi deser - PawonkówNo i wreszcie, po iście królewskiej uczcie, ruszamy w drogę powrotną! Nasza trasa wiedzie naj­pierw przez pawonkowski rynek, gdzie los stawia na naszej drodze znajomy szyld Lewiatana, a w jego lodówkach – kolejne mrożone skarby. Na dodatek pod samym sklepem rozciąga się zbawienny, głęboki cień. Decyzja zapada w mgnieniu oka: w ten upał jeden de­ser to za mało, teraz należy się właściwa premia!
Z nieopisaną radością pałaszu­jemy kolejną porcję słodkości, a potem... potem następuje bezapela­cyjnie najlepszy, wręcz ekstatycz­ny moment całej dzisiejszej wy­prawy – niesamowity zjazd z pa­wonkowskiej górki! To była praw­dziwa, czysta nagroda za wszyst­kie dzisiejsze poty i wyrzeczenia. Nasze rowery same mkną w dół, z każdą sekundą nabierając niebotycznej prędkości. Liczniki bez wysiłku wskazują trzydzieści kilometrów na godzinę, całkowicie za friko, bez jednego obrotu peda­łów! Z głośnym szumem wiatru we włosach śmiejemy się słońcu prosto w jego rozżarzoną twarz, pewni już do samego końca, że nie daliśmy się dziś pokonać.
W drodze powrotnej - KośmidryPawonków w ułamku sekundy zostaje gdzieś z tyłu, a my z im­petem wpadamy w chłodne obję­cia lasu. Pędzimy przed siebie – radośni, weseli, naładowani czy­stą adrenaliną. Błyskawicznie przemykamy przez Kośmidry, po czym wjeżdżamy na doskonale znaną, prostą niczym strzała le­śną drogę prowadzącą do Żędo­wic.
W samych Żędowicach z im­petem wypadamy na rynek. To tutaj z wdzięcznością żegnamy pierwszą część naszej zgranej ekipy, by w uszczuplonym, ale wciąż mocnym składzie spokoj­nie ruszyć ku ostatecznemu prze­znaczeniu. Ostatnie metry do Za­wadzkiego pokonujemy co praw­da znów w pełnym, popołudniowym słońcu, ale tym razem zupełnie nie zwracamy na nie uwagi. Je­dziemy dumni, z podniesionymi czołami, świadomi, że znów dokonaliśmy czegoś wielkiego. Bo­gatsi o nowe, niesamowite wspomnienia, bogatsi o dotknięcie starych tajemnic i przede wszystkim – dumni sami z siebie, z wielkim triumfem kończymy ten niezapomniany, dobrodzieński rajd tam, gdzie go zaczęliśmy, pod Biedronką.

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama