Rajd Znienacka - Dobrodzień, Gwoździany
Pogoda wreszcie się wybrała! Wiosna rozbrzmiała wokół nas na całego, a w swojej finałowej końcówce bezczelnie obrzuciła nas posmakiem prawdziwego, afrykańskiego lata. Termometry oszalały – trzydzieści pięć stopni w cieniu! Tak bezwzględnie ciepło w tym roku jeszcze nie było.
My jednak, całkowicie niezrażeni tymi ekstremalnymi warunkami, postanawiamy rzucić wyzwanie naturze i ruszamy na podbój kolejnych rowerowych szlaków. Nasz dzisiejszy cel: Dobrodzień. I to właśnie zapowiadany na dziś, morderczy upał od samego rana dyktuje twarde warunki gry. Wizja niełatwej rywalizacji z tak wymagającym, słonecznym przeciwnikiem skutecznie odsiewa słabsze ogniwa i wręcz odstrasza na samym starcie. Na placu boju zostają wyłącznie najtwardsi z najtwardszych. Pod lokalną Biedronką, w cieniu betonowych ścian, zbiera się nasza ekipa Nienacka – garstka śmiałków gotowa na kolejną kolarską przygodę. Jeszcze tylko kilka ostatnich poprawek sprzętu, łyk wody na zapas, dopięcie sakw... i z impetem ruszamy przed siebie, prosto w rozgrzane powietrze!
Całe szczęście, że nocą mocno i obficie popadało. Świeża, parująca wilgoć unosząca się w powietrzu daje nam wielką nadzieję na rześkie i znośne kilometry. Dziarsko ruszamy w stronę Kociej Góry, gdzie błyskawicznie uciekamy przed słońcem, skręcając prosto w zbawienne objęcia chłodnego lasu. Rozlane na drodze, błyszczące kałuże skutecznie poprawiają nam humory – to idealny kontrast dla zapowiadanego upału. Drzewa wokół aż kipią soczystą rześkością i gęstą zielenią, niemal namacalnie zapraszając do wielkiej przygody.
Sprawnie mijamy kolejne leśne przecinki, z ciekawością rozglądając się po bocznych ścieżkach, aż w końcu docieramy do zaplanowanego punktu i zatrzymujemy się na Stawie Pluderskim. Tym ostatnim, oznaczonym numerem pięć. Pędzeni czystą ciekawością, czy zbiornik nie wyschnął – co niestety spotkało ostatnio sporo innych akwenów w tej okolicy – z ogromną ulgą stwierdzamy, że ten twardo trzyma swój poziom. Lustro wody lśni nienaruszone, a to oznacza jedno: woda jest, a przyroda wciąż żyje swoim rytmem!
Kolejny krótki przystanek zaliczamy na Regolowcu – tym samym, na którym co roku tłumnie i gwarnie spotyka się młodzież na szlaku dawnego hutnictwa. Dziś jednak to historyczne miejsce wita nas zupełnie inaczej: polana lśni głęboką ciszą i kojącym spokojem. Zaglądamy więc tylko na moment w cienie pobliskiego zagajnika, by zaraz potem z impetem popędzić dalej, prosto w stronę nieznanego. Przed nami rozciągają się całkowicie nowe, nieodkryte jeszcze szlaki.
Na pierwszy ciekawy akcent natrafiamy niemal natychmiast – to linia kolejowa, której stalowe nitki szeroko rozpościerają się na leśnym trakcie, brutalnie przecinając gęstwinę na pół. Perspektywa z tego miejsca robi wrażenie: z jednej strony w oddali migoczą pierwsze zabudowania Pluder, z drugiej zaś tory uciekają łukiem i nikną za zakrętem, gdzieś tam, gdzie pulsuje kolejowe serce Fosowskiego. Tuż obok torowiska stoi tarcza ostrzegawcza. Jej pomarańczowe światło stanowi jasny znak, że żaden pociąg nie przetnie teraz naszej drogi. Mimo to, profilaktycznie rzucamy okiem w obie strony i sprawnie przemykamy na drugą stronę nasypu. Przy okazji fundujemy sobie małą pamiątkę – po drugiej stronie z masztu uśmiecha się do nas obiektyw kolejowej kamery. Kto wie, może kiedyś błyśniemy na jakimś pociągowym filmie!
I znów wtapiamy się w kojący, głęboki chłód wiekowych sosen. Rowery niemal same suną wzdłuż leśnego traktu, a my w idealnej ciszy chłoniemy kolejne kilometry, aż w końcu dojeżdżamy do pierwszych oznak cywilizacji na naszym dzisiejszym szlaku. Kolejka – nieduży, malowniczy przysiółek obok Bzinicy – wita nas coraz mocniej operującym, palącym słońcem oraz jaskrawozieloną tabliczką z nazwą miejscowości. I jak przystało na przyzwoitą, nowoczesną wioskę, miejscowość od samego progu rozwija przed naszymi oponami fantastyczny, gładki asfaltowy dywanik.
Gładką szosą sprawnie docieramy do Bzinicy, gdzie ścinamy zakręt w kolejną, boczną drogę i obieramy kurs prosto na Bąki. Na tym etapie las nie chroni nas już tak szczelnie przed narastającym upałem, więc z prawdziwą lubością delektujemy się każdym, nawet najmniejszym cieniem rzucanym przez mijane przydrożne drzewa. Wyczerpani żarem, ostatecznie zatrzymujemy się w Bąkach, tuż obok urokliwego, przydrożnego stawu.
To idealny moment na kolejną zasłużoną przerwę. Zsiadamy z rowerów, ocieramy pot z czół i z zachwytem podziwiamy piękno tutejszego krajobrazu. Okazuje się, że trafiliśmy na prawdziwy, botaniczny skarb! Tuż obok, wprost z zielonej tafli stawu, pozdrawiają nas przepiękne, gęste dywany lilii wodnych. Ich intensywnie różowe puchary kwitną w najlepsze, pyszniąc się dumnie przed światem w pełnym słońcu i kompletnie odczarowując ten upalny dzień.
W zasadzie moglibyśmy tu zostać na znacznie dłużej. Miejsce na piknik było po prostu idealne, a cała sobota wciąż rozciągała się przed nami, ale ostatecznie rajdowa odpowiedzialność wzięła górę – cel był przecież jasno określony i miał to być Dobrodzień. Ładujemy się więc z powrotem na nasze dwukołowe wehikuły i miarowo kręcimy pedałami dalej. Wpadamy w kolejny, niezwykle przytulny las, który daje nam ostatni moment wytchnienia, i tak oto sprawnie dojeżdżamy do Dobrodzienia.
Na pierwszy ogień w mieście idzie tutejsza stacja kolejowa. A właściwie to, co po niej i po dawnej świetności zostało. Kiedyś tętniło tu życie, a z Fosowskiego regularnie kursowały tędy pociągi pasażerskie i towarowe. Ta legendarna, wybudowana jeszcze pod koniec XIX wieku linia numer 175 nie przetrwała jednak brutalnej, wolnorynkowej rywalizacji z transportem samochodowym. Ruch pasażerski zamarł tu ostatecznie na początku XXI wieku, a tory, które kiedyś łączyły ludzi, z czasem rozebrano. Dziś opuszczony, niszczejący budynek stacyjny i zarośnięte trawą pozostałości po peronach stoją w milczeniu, będąc smutnym, niemym pomnikiem dawnej ery żelaznych szlaków.
Z trudem odnajdujemy to zapomniane miejsce. Z pewną nieśmiałością i niedowierzaniem podjeżdżamy pod podejrzany adres, gdzie jedynie samotny, kilkunastometrowy odcinek starych szyn, głęboko wtopionych w otaczający je współczesny bruk, bezgłośnie zdradza dawne przeznaczenie tego terenu. Tak, to bezwzględnie musiało być tutaj.
Obok tych żelaznych reliktów intuicyjnie szukamy wzrokiem dawnego peronu oraz głównego gmachu stacyjnego. Po peronie nie został już jednak nawet najmniejszy ślad, a całe dawne torowisko i kolejowe zaplecze zostały bezpowrotnie zaadaptowane na cele komercyjne i prywatne posesje. Granice zatarły się na dobre.
Nie dając za wygraną, stawiamy rowery na stojakach i zaczynamy penetrować ten dziki teren na piechotę. Intuicja nas nie myli – tuż za ścianą pobliskich, gęstych krzaków niespodziewanie wyrasta drugi budynek. Ten już jako żywo pasuje do surowego, pruskiego stylu dawnych stacji kolejowych. Na wpół opuszczony, na wpół zarośnięty przez bluszcz, bije od niego niesamowita nostalgia. Jego autentyczną historię natychmiast zdradzają rozproszone wokół, oryginalne kolejowe artefakty. Pod ścianami leżą zardzewiałe resztki dawnych znaków, w oknie majaczy stara, naftowa lampa konduktorska, a obok poniewierają się masywne elementy taboru kolejowego. Z zachwytem dotykamy tych przedmiotów; tak, doskonale je znamy i pamiętamy, to właśnie takie gadżety przez dziesięciolecia budowały niepowtarzalny klimat polskiej kolei.
Kultowej, wielkiej białej tablicy z grubym, czarnym napisem „Dobrodzień” nigdzie jednak nie znajdujemy. Być może dawno padła łupem zbieraczy pamiątek, a być może spoczywa bezpiecznie pod zielonym dywanem natury, która w tym miejscu w błyskawicznym tempie odzyskuje swoje odwieczne włości. Z ukłuciem żalu zaglądamy w stronę, gdzie dawniej stalowe tory wiodły pociągi prosto do Fosowskiego. Dziś po nasypie nie ma już śladu. Jedynie idealnie prosta, zielona linia młodych drzew, otoczonych gęstym szpalerem równie zielonych krzewów, bezgłośnie zdradza, że to dokładnie tędy kiedyś z radosnym stukotem kół mknęły kolejowe składy.
Czas nareszcie wyrwać się z tej kolejowej nostalgii. Ktoś wyjątkowo przytomnie rzuca hasło: „Jedziemy na rynek!” – czym momentalnie przywraca całą naszą grupę do świata żywych. Zawracamy rowery i kierujemy je prosto w stronę centrum. Jeszcze kilka mocniejszych obrotów pedałów, kilka słonecznych mignięć szprych i z impetem wyjeżdżamy na dobrodzieńskie centrum.
Tutaj zatrzymujemy się na dobre. Przystajemy tuż obok nowoczesnej rynkowej fontanny, tryskającej dynamicznie bezpośrednio z granitowych płyt posadzki. I w tym momencie dopadają nas bardzo mieszane uczucia. Mieszane, ponieważ z jednej strony rynek jest wyjątkowo czysty i schludny, a tryskająca chłodna woda przy dzisiejszym, morderczym upale jest wręcz na wagę złota. Z drugiej jednak strony – cała, gigantyczna powierzchnia placu została bezwzględnie zalana betonem. To, co lodowata woda z fontanny zdoła na moment schłodzić, rozgrzane do czerwoności betonowe płyty w ułamku sekundy odparowują w powietrze. W efekcie na rynku panuje skwar w najlepsze, tworząc duszną, niemal pustynną aurę. Ni centymetra naturalnej ochłody!
Nieliczne, mikroskopijne drzewka sprawiają tu wrażenie zagubionych intruzów – wciśnięte w beton na siłę, jakby tylko dla jakiejś wyższej, nikomu niepotrzebnej idei. Aby dopełnić tego kontrastu, na rozstawionych wokół tablicach oglądamy historyczne zdjęcia dawnego Dobrodzienia. I okazuje się, że kiedyś tętniło tu zupełnie inne życie: na rynku rosły potężne, rozłożyste drzewa, wokół panował głęboki, przytulny cień, a upały takie jak dzisiejszy nie były nikomu straszne. Dziś rzeczywistość jest bezwzględna – rozgrzany beton odstrasza, a wszyscy z rynku uciekają w popłochu, szukając upragnionego schronienia w zbawiennych cieniach rynkowych kamienic.
My też czym prędzej uciekamy z tej betonowej pustyni, szukając ratunku po drugiej stronie placu – tam, gdzie dumnie wznosi się bryła świątyni. To zresztą kolejny tutejszy fenomen, bo na dobrodzieńskim rynku zamiast klasycznego ratusza stoi kościół. Na dodatek tuż obok niego, jakby na przekór betonowej nowoczesności, zachowała się przepiękna, zielona oaza dawnego rynku. Dookoła szumią ogromne, wiekowe lipy, pod którymi pysznią się zadbane zielniki i barwne kwietniki – o tak, taki klimat to my rozumiemy!
Z nieopisaną lubością wtapiamy się w głęboki, kościelny cień. Z czystej ciekawości sprawdzamy ciężkie, drewniane drzwi i... ku naszemu zaskoczeniu okazują się otwarte! Szok! Bez wahania zaglądamy do środka, a za progiem wita nas absolutnie błoga, niemal mistyczna ochłoda. Potężne, zabytkowe mury kościoła pw. św. Marii Magdaleny stanowią niezłomną tarczę, która skutecznie i całkowicie odcina nas od panującego na zewnątrz skwaru.
Gdy oczy przyzwyczajają się do panującego tu półmroku, z zachwytem odkrywamy jej wnętrze, które uderza nas swoją totalną, surową skromnością. Ściany są całkowicie białe, pozbawione jakichkolwiek zbędnych dekoracji czy złoceń – jedynym architektonicznym detalem jest tu profilowany gzyms biegnący wzdłuż nawy. W centralnym punkcie prezbiterium wzrok przykuwa niesamowity, ogromny krzyż, który robi niezwykle ascetyczne wrażenie. Tuż obok niego wisi duży obraz patronki, św. Marii Magdaleny, pędzla Josepha Fahnrotha.
Ten neoromański kościół z charakterystyczną ośmioboczną wieżą powstał w latach 1850–1855, w miejsce dawnego, drewnianego kościółka, którego początki sięgały aż 1311 roku. Tamta pierwotna świątynia doszczętnie spłonęła w wielkim, tragicznym pożarze miasta w 1846 roku. Choć wnętrze wydaje się minimalistyczne, kryje w sobie bezcenne skarby dawnych wieków – wiekowe figury świętych z XVII stulecia, osiemnastowieczne stacje Męki Pańskiej oraz wspaniałe, okazałe witraże, z których najstarsze wykonano w Monachium jeszcze w 1898 roku.
Siedzimy w drewnianych ławach pod płaskim, kasetonowym stropem w absolutnej ciszy. Dajemy odpocząć zmęczonym nogom, z zachwytem chłonąc ten wyjątkowy, surowy spokój oraz zbawienny chłód, podczas gdy przez zabytkowe szkło witraży leniwie przesączają się kolorowe promienie palącego na zewnątrz słońca.
Wychodząc z tej ostoi chłodnej ciszy, przypominamy sobie, że po drugiej stronie rynku znajdowała się lodziarnia. I jest to teraz wprost idealna pora, by do niej zajrzeć! Fundujemy sobie wykwintne porcje aksamitnego, białego szaleństwa i natychmiast chronimy się w cieniu potężnych, rynkowych lip, z ogromną lubością delektując się każdym lodowym kęsem. O tak, dokładnie w taki sposób można zdobywać świat!
Gdy orzeźwiający deser znika w mgnieniu oka, pakujemy się na rowery. Kolejne obroty pedałów prowadzą nas na pobliski cmentarz parafialny, przy którym stoją obok siebie dwa następne, niesamowite kościoły: jeden murowany, a drugi drewniany. To absolutny fenomen, by w jednym miejscu zbiegły się tak różne epoki i style architektoniczne.
Pierwszy z nich, z czystego czerwonego klinkieru, to neogotycki kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Zbudowany pod koniec XIX wieku (w latach 1894–1895), urzeka strzelistą wieżą i surowym, ceglanym pięknem, idealnie komponującym się z powagą cmentarza.
Tuż za jego murowaną ścianą wznosi się jednak prawdziwa perła opolskiego budownictwa sakralnego – zabytkowy, drewniany kościół cmentarny pw. św. Walentego. Ta piękna świątynia o konstrukcji zrębowej została wzniesiona w 1630 roku, tuż po wielkim pożarze, który strawił wcześniejszy, szesnastowieczny budynek. Całość pokryta jest pachnącym gontem, a nad wejściem góruje malownicza wieża zwieńczona charakterystycznym, cebulastym hełmem. Choć budowla ucierpiała podczas ostrzału miasta pod koniec II wojny światowej, dziś – pieczołowicie odrestaurowana – zachwyca swoim modrzewiowym spokojem i kryje w swoim wnętrzu wspaniały, barokowy ołtarz z 1644 roku. Stojąc na styku neogotyckiej cegły i wiekowego drewna, po raz kolejny tego dnia dotykamy żywej, wielobarwnej historii Dobrodzienia. Mimo że tym razem nie jest nam dane wejść do środka, ich kontrastujące sylwetki na długo wbijają się w naszą pamięć. Ten niezwykły architektoniczny dwugłos – strzelista, czerwona wieża i przysadzisty, kryty gontem dach – tworzy widok tak unikalny, że po prostu nie da się obok niego przejechać obojętnie. Przez dłuższą chwilę po prostu stoimy w milczeniu, uwieczniając ten kadr w pamięci i na zdjęciach.
Dwór w Dobrodzieniu to nasza kolejna stacja. Choć wielu kojarzy to miasto głównie z rzemiosłem meblarskim, my zsiadamy z rowerów przed klasycystycznym pałacem z lat 1848–1849, wzniesionym na zlecenie hrabiego von Renard. Po wojnie ten prosty, symetryczny gmach przez dekady służył jako lokalna szkoła, dzięki czemu przetrwał w niezłym stanie do dziś. Stajemy na chwilę w cieniu wiekowych drzew dawnego parku pałacowego, by dać odetchnąć rozgrzanym od słońca twarzom. Ten architektoniczny świadek przeszłości idealnie dopełnia nasz dzisiejszy, pełen niesamowitych kontrastów obraz Dobrodzienia.
Tym oto sposobem nadchodzi pora, by pożegnać się z Dobrodzieniem. Dosiadamy naszych maszyn, a następny punkt na rajdowej mapie to Gwoździany. I dopiero teraz zaczyna się prawdziwa szkoła przetrwania. Kilka najbliższych kilometrów to trasa w stu procentach wystawiona na mordercze słońce, które dziś absolutnie sobie nie żałuje.
Zaczynamy żwawo, wpadając na asfaltową ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż krajowego szlaku z Opola do Częstochowy. Od tej chwili mozolnie wydzieramy naturze każdy metr drogi. Pofałdowany teren nie ułatwia zadania – najpierw z wysiłkiem pokonujemy wzniesienia, by za chwilę zjeżdżać w dół, tylko po to, by za moment znowu z nich wydobywać się na kolejne wyżyny.
Wokół nas nie ma ani centymetra zbawiennego cienia. Z lewej strony rozciągają się rozżarzone słońcem łąki, z prawej identyczny, otwarty krajobraz, a przy samej ścieżce jedynie gdzieniegdzie wyrastają młode, pojedyncze drzewka, które nie dają żadnej osłony. Zaciskamy zęby, pot rzęsiście spływa z czoła, a my z całą siłą naciskamy na pedały i miarowo, uparcie wyrywamy z rozgrzanej przestrzeni kolejne połacie drogi. Tym morderczym sposobem ostatecznie zdobywamy Gwoździany. Tuż przy drodze zza zakrętu wyłania się budynek przydrożnej restauracji – to tutaj miał czekać na nas upragniony obiad. Pora na posiłek jest już wręcz idealna, a nasze żołądki domagają się ratunku. Resztką sił wtaczamy się na parking, wchodzimy do środka i... przeżywamy potężny szok. Od progu dowiadujemy się, że lokal ma dziś całkowitą rezerwację. Obiadu nie będzie!
Tak czarnego scenariusza nie przewidział absolutnie nikt. Z niedowierzaniem dopytujemy jeszcze obsługę, czy naprawdę nie znajdzie się dla nas choćby jeden wolny stolik. Gdy w końcu z pełną, brutalną mocą dociera do naszej świadomości, co właściwie się stało, w grupie zapada szybka, kryzysowa decyzja: ruszamy pod pobliski kościółek. Musimy natychmiast zaczerpnąć chłodnego powietrza w cieniu murów i tam, na spokojnie, uradzić, co robić dalej z tym kulinarnym kryzysem.
Kościół niczego sobie. Ta urokliwa, drewniana konstrukcja o budowie zrębowej, zgrabnie usadowiona na niewielkim wzgórku, już z daleka zaprasza do siebie zmęczonych wędrowców. Gdy podjeżdżamy bliżej, z zaciekawieniem przyglądamy się jego architekturze i szybko odkrywamy, że kościół pw. Narodzenia NMP skrywa w sobie iście sensacyjną historię.
Ta modrzewiowa świątynia wcale nie powstała tutaj! Pierwotnie została wzniesiona w 1576 roku Kościeliskach koło Olesna. Kiedy po II wojnie światowej tamtejsza parafia wybudowała nowy, murowany gmach, stary drewniany kościółek zamknięto i skazano na zapomnienie. Tymczasem mieszkańcy Gwoździan przez dekady bezskutecznie walczyli z komunistycznymi władzami o zgodę na budowę własnej świątyni. W latach 70. ówczesny proboszcz wpadł na genialny pomysł, jak przechytrzyć system – zamiast stawiać nowy budynek, postanowił „przeprowadzić” niszczejący zabytek z Kościelisk. Wszystkie elementy rozebrano, skrupulatnie ponumerowano i przewieziono tutaj, a miejscowi rzemieślnicy pod okiem mistrza ciesielskiego wiernie odtworzyli go na tutejszym wzniesieniu. Jedynymi w pełni oryginalnymi świadkami tamtych czasów są dwa krzyże na wieżach oraz potężna belka nad drzwiami z wyrytą datą „1576”.
Chwila odpoczynku pozwoliła nam na nowo zebrać siły i ułożyć plan na dalsze losy rajdowej trasy. Decyzja zapada w mgnieniu oka: jedziemy dalej, prosto do Pawonkowa! Tam znajduje się druga restauracja i ogromna szansa, że wreszcie uda nam się coś zjeść. Wskakujemy więc na nasze dwukołowe rumaki i miarowo łykamy kolejne metry rozpalonej w słońcu rowerowej ścieżki.
Po drodze zatrzymujemy się na krótki postój na dawnej, historycznej granicy polsko-niemieckiej, skwapliwie wykorzystując fakt, że rośnie tu kilka dużych, dających cień drzew. Opróżniamy tam ostatnie, ciepłe już resztki zapasów wody. Żar lejący się z nieba jest tak potężny i uporczywy, że w przypływie zmęczenia z niektórych ust padają nawet twarde deklaracje: „Nigdy więcej!”. Wspólnie jednak podbudowujemy morale, rzucamy kilka żartów i skutecznie podnosimy się na duchu. Pawonków już majaczy na horyzoncie, zaraz będziemy na miejscu!
Ostatkiem sił, napędzani już tylko czystą ambicją, wjeżdżamy w granice miejscowości i ostro skręcamy pod skrzydła „Oriona”. Czy los znów zadrwi z głodnych rowerzystów? Niepokój trwa tylko ułamek sekundy, bo zza lekko uchylonych drzwi uderza w nas najpiękniejsza woń tego popołudnia – zapach prawdziwego, domowego obiadu. Sukces! Porzucamy rowery, przekraczamy próg i wkraczamy wprost do mitycznej krainy klimatyzacji – tego genialnego, błogosławionego dzieła ludzkiej inżynierii. Lodowaty powiew powietrza momentalnie zmywa z nas całodniową, morderczą walkę ze słońcem. Podchodzimy do bufetu jak do oazy: butelka wody, butelka soku, cokolwiek, byle parowało chłodem. I z bezgraniczną, głęboką ulgą osuwamy się na krzesła. Jesteśmy uratowani, a świat wokół znów nabiera pięknych barw.
I dopiero po tej pierwszej fali ochłody, bez pośpiechu zaglądamy do karty dań. A tam – do wyboru, do koloru! Chrupiące kotlety, śląskie rolady, złociste placki, słowem: co kto woli i o czym tylko głodny wędrowiec mógłby zamarzyć. Teraz, już w pełni ukontentowani i bezpieczni, z nieskrywaną gracją oraz kunsztem godnym najwyższych sfer wybieramy nasze sobotnie danie, niczym jaśnie panowie na gościnnych występach. Przez moment rzeczywiście czujemy się jak prawdziwi magnaci na własnych włościach, uciekający przed plebejskim skwarem.
Ciepłe, drewniane wnętrze restauracji, gustownie wyreżyserowane przez architekta, daje nam kojące poczucie domowego biesiadowania i szlacheckiego luksusu. Surowe belki nad naszymi głowami i zapach tradycyjnej kuchni sprawiają, że całodniowy trud na rozpalonym asfalcie natychmiast odchodzi w niepamięć. Czekamy na parujące talerze z dumnie podniesionymi głowami, celebrując tę chwilę jak najlepszy triumf nad słonecznym przeciwnikiem.
Obiad niknie na naszych talerzach niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przez dłuższą chwilę w sali zapada pełna szacunku cisza – każdy z nas, w głębokim skupieniu nad swoim talerzem, celebruje powrót do żywych. I rzeczywiście, dopiero teraz, kęs po kęsie, odzyskujemy utracony w słońcu poranny wigor oraz zapasy energii do dalszych kolarskich bojów.
Przed ostatecznym wyruszeniem w powrotną drogę postanawiamy wyjść na moment ze strefy klimatyzacji i zaglądamy jeszcze na rekreacyjny ogródek letni. Tam, oprócz rzędów drewnianych ław dla gości (dziś oczywiście całkowicie pustych, bo nikt rozsądny nie opuścił chłodnego wnętrza), umiejscowiony jest niesamowity, skrupulatnie gromadzony skansen wszelkiej maści staroci. To prawdziwy, miniaturowy wehikuł czasu!
Z ogromnym zaciekawieniem myszkujemy wzrokiem po tej ekspozycji, odkrywając wiekowe koła od wozów, przedpotopowe maszyny, stare lampowe radia, masywną magielnicę, a nawet głęboki wózek dziecięcy z minionej epoki. Na deser pośród tego wszystkiego odnajdujemy... retro narty, które w ten trzydziestopięciostopniowy upał wyglądają jak genialny, surrealistyczny żart właściciela. Ta kolejna, niespodziewana podróż do przeszłości stawia przysłowiową kropkę nad „i” naszej dzisiejszej ucieczki od codzienności.
No i wreszcie, po iście królewskiej uczcie, ruszamy w drogę powrotną! Nasza trasa wiedzie najpierw przez pawonkowski rynek, gdzie los stawia na naszej drodze znajomy szyld Lewiatana, a w jego lodówkach – kolejne mrożone skarby. Na dodatek pod samym sklepem rozciąga się zbawienny, głęboki cień. Decyzja zapada w mgnieniu oka: w ten upał jeden deser to za mało, teraz należy się właściwa premia!
Z nieopisaną radością pałaszujemy kolejną porcję słodkości, a potem... potem następuje bezapelacyjnie najlepszy, wręcz ekstatyczny moment całej dzisiejszej wyprawy – niesamowity zjazd z pawonkowskiej górki! To była prawdziwa, czysta nagroda za wszystkie dzisiejsze poty i wyrzeczenia. Nasze rowery same mkną w dół, z każdą sekundą nabierając niebotycznej prędkości. Liczniki bez wysiłku wskazują trzydzieści kilometrów na godzinę, całkowicie za friko, bez jednego obrotu pedałów! Z głośnym szumem wiatru we włosach śmiejemy się słońcu prosto w jego rozżarzoną twarz, pewni już do samego końca, że nie daliśmy się dziś pokonać.
Pawonków w ułamku sekundy zostaje gdzieś z tyłu, a my z impetem wpadamy w chłodne objęcia lasu. Pędzimy przed siebie – radośni, weseli, naładowani czystą adrenaliną. Błyskawicznie przemykamy przez Kośmidry, po czym wjeżdżamy na doskonale znaną, prostą niczym strzała leśną drogę prowadzącą do Żędowic.
W samych Żędowicach z impetem wypadamy na rynek. To tutaj z wdzięcznością żegnamy pierwszą część naszej zgranej ekipy, by w uszczuplonym, ale wciąż mocnym składzie spokojnie ruszyć ku ostatecznemu przeznaczeniu. Ostatnie metry do Zawadzkiego pokonujemy co prawda znów w pełnym, popołudniowym słońcu, ale tym razem zupełnie nie zwracamy na nie uwagi. Jedziemy dumni, z podniesionymi czołami, świadomi, że znów dokonaliśmy czegoś wielkiego. Bogatsi o nowe, niesamowite wspomnienia, bogatsi o dotknięcie starych tajemnic i przede wszystkim – dumni sami z siebie, z wielkim triumfem kończymy ten niezapomniany, dobrodzieński rajd tam, gdzie go zaczęliśmy, pod Biedronką.
