Ile wyszło, tyle przyszło

Ireneusz Ludwig włącz .

Dzień Kobiet w PTTKTo był drugi Rajd Znienacka w tym roku. Tym razem z okazji Dnia Kobiet, który przypadał aku­rat w niedzielę. Założenie było takie, że panie tym razem na spacer idą same, a my zostajemy w świetlicy i szykujemy niespodziankę. Taki babski chrzest bojowy. „Ile wyszło, tyle przyszło”, tak panie podsumowały swój spacer, co w wolnym tłumaczeniu uznali­śmy za miarę pełnego sukcesu, su­gerującą, że mimo braku męskiej eskorty, wszystkie uczestniczki wróciły w komplecie i doskonałych humorach.


Początek rajdu - jak zwykle... pod Biedronką„Początek rajdu – jak zwykle pod Biedronką, ale tym razem z odrobiną konspiracji. Panie zwin­nie przemieściły się pod chińskie centrum, by tam zapozować do zdjęcia – grunt to profesjonalny ka­muflaż, żeby nikt nie zarzucił im startu z parkingu dyskontu!
Dalsza trasa również odbiegła od rutyny. Już na wysokości stacji benzynowej morale grupy wyraź­nie wzrosło, a kilka uczestniczek dokonało tam strategicznych zaku­pów (prawdopodobnie uzupełniając zapasy paliwa rakietowego w płynie lub batonie). Tak przygo­towane, dziarskim krokiem ruszyły na żędowickie łąki i w głąb lasu.
Gdzieś na krańcach wszechświataDalsza trasa pozostaje owiana gęstą mgłą tajemnicy. Dysponuje­my jedynie fragmentarycznymi zdjęciami z terenu, z których – ni­czym z nagrań z monitoringu – trudno jednoznacznie odczytać przebieg operacji. Z relacji samych zainteresowanych wyłania się jed­nak obraz prawdziwego surwiwalu: panie dotarły w rejony tak dzikie, że nawet GPS pewnie prosiłby o li­tość. Atmosfera musiała być gęsta, a temperatura bliska wrzenia, bo w krytycznych momentach jedynym ratunkiem okazała się stara dobra metoda „koniec języka za przewod­nika”. Dzięki uprzejmości lokal­nych tubylców, którzy służyli za żywe drogowskazy, grupa uniknęła nocowania pod gołym niebem. Krótko mówiąc: było gorąco, było ciekawie i – co najważniejsze – zakończyło się wielkim powro­tem do bazy!
Obsługa hotelowa "Premium"Tymczasem w świetlicy trwa operacja o kryptonimie „Gospodarze Roku”. Mamy nieco ponad godzinę, by dopiąć wszystko na ostatni guzik, więc uwijamy się jak w ukropie. Zwozimy groma­dzone przez tydzień z internetowych schowków skarby, segregując je i pakując z precyzją godną logistyków. W międzyczasie walka z zastawą i filiżankami – choć na co dzień kuchnia nie jest naszym naturalnym środowiskiem, musimy udo­wodnić, że potrafimy odnaleźć się wśród tale­rzy.
Kawa zaparzona, ciasto pokrojone – dajemy radę! Prawdziwym hitem okazały się galaretki od Seby, który na tę okazję uruchomił w domu prywatną linię produkcyjną. Do tego chleb z 'tu­stym', solą i ogórkiem – widok tak kuszący, że musimy wprowadzić wewnętrzną blokadę degu­stacji. Ryzyko, że zapasy znikną, zanim panie przekroczą próg, jest po prostu zbyt wysokie. Trzymamy fason do samego końca, czekając na wielki finał!
Jesteśmy gotowi. Meldujemy się na stanowi­skach obserwacyjnych przy oknach, wypatrując naszych bohaterek z nadzieją, że instynkt prze­trwania ich nie zawiódł. I są! Wyłaniają się zza zakrętu, wchodząc dziarskim krokiem na ostat­nią prostą. Jeszcze nie wiedzą, że są pod pilnym nadzorem, a my z zapartym tchem śledzimy ten nadciągający pochód…
"Wyposażenie wnętrz"Prawdziwym majsterszty­kiem okazało się jednak tło ca­łej scenerii. Tuż za plecami maszerującej grupy wyrósł wielki szyld miejscowej firmy: „Wyposażenie wnętrz”. Pa­trząc na tę kompozycję, przez chwilę zwątpiliśmy, czy to przypadek, czy może nasza lo­gistyka weszła na tak wysoki poziom, by załatwić im nawet stosowny podpis reklamowy. Bo przecież wiadomo – kobie­ta to serce każdego wnętrza, a nasze panie to wyposażenie klasy premium! Cel namierzo­ny, czas zacząć wielki finał.
No więc zaczynamy. Panie wkraczają do środka, a w nas narasta trema godna debiutu w restauracji z gwiazdką Michelin. W głowie gonitwa myśli: a może kwiatki krzywo? Może widelce nie z tej strony? Może menu zbyt mało wykwintne dla tak wymagającego podniebienia? Patrzymy z niepokojem, czekając na werdykt, który miał zadecydować o naszym dalszym losie.
Homologacja przyznanaNa szczęście, po krótkim, profesjonalnym skanowaniu terenu, zapada wyrok: homologa­cja przyznana! Panie z uśmiechem i nieukry­wanym zachwytem uznają, że sceneria jest su­per. Kamień spadł nam z serc tak głośno, że aż zatrzęsły się filiżanki.
Dumni z pozytywnej opinii, natychmiast wchodzimy w role profesjonalnej obsługi hote­lowej. Dzbanki z kawą ruszają w tan, ciasta lą­dują na talerzach z precyzją godną mistrzów kelnerstwa, a cała zawartość kuchni zaczyna płynnie meldować się na stołach. Impreza rusza pełną parą, a my możemy w końcu odetchnąć – nasza misja „Gospodarze” kończy się pełnym sukcesem!
Dzieło wieńczą prezenty. Skrzętnie ukryte przed wścibskim okiem, dotąd cierpliwie czeka­ły na swój wielki moment. Wreszcie przecho­dzimy do etapu wielkiej konspiracyjnej dystry­bucji – z namaszczeniem wyciągamy paczki zza krzeseł i wręczamy je po kolei wszystkim pa­niom.
PrezentyEfekt? Absolutne zaskoczenie i ten bezcenny moment ciszy, gdy z buziami pełnymi uśmiechu zaglądały do środka. A tam… cóż, wygląda na to, że nasze internetowe łowy okazały się strza­łem w dziesiątkę! Uśmiechy nie scho­dziły z twarzy, a my poczuliśmy, że mi­sja została wykonana w stu procentach. To był dzień, w którym 'wyposażenie wnętrz' i nasza świetlicowa gościnność stworzyły duet idealny.
A potem… potem to już był czysty ży­wioł. Gdy stres opadł po obu stronach, zasiedliśmy do wspólnej biesiady, a kawa i ciasto znikały w tempie ekspre­sowym. Panie z pasją próbowały odtwo­rzyć swoją trasę, ale ich opowieści o le­śnych wertepach brzmiały dla nas jak szyfrowany raport z innej planety – ni w ząb nie mogliśmy odgadnąć, gdzie wła­ściwie błądziły.
Fajrujemy na całego! Seba, jako nadworny inżynier dźwię­ku, uruchomił swój „dźwięko­wy patyk” (znany także pod nazwą: soundbar), wprowadza­jąc niemal świą­teczny, błogi nastrój. Kropkę nad „i” postawił wjazd gorącej pizzy – wydaliśmy surowy za­kaz opuszczania świetlicy z ja­kimkolwiek deficytem kalorii.
Nasze panieFinał należał jednak do sek­cji fotograficznej. Panie z nie­spożytą energią wchodzą do kartonu, co okazało się wy­zwaniem godnym mistrzów jogi. Aby poprawnie zapozo­wać do pamiątkowego zdjęcia, trzeba było złożyć się w kost­kę i zmieścić w tekturowych ramach, ale nasze panie – jak na wyposażenie wnętrz pre­mium przystało – zmieściły się idealnie! Efektem jest genialny kolaż, który następnego dnia dumnie ogłosił światu, że ten chrzest bojowy był po prostu legendarny”.
I tak oto historia zatoczyła koło – od konspiracji pod Bie­dronką, przez leśne wertepy, aż po kartonowe ewolucje w świetlicy. Ten dzień udowodnił jedno: nasze panie mają kon­dycję ze stali, my – ukryte ta­lenty kelnerskie, a Seba – naj­lepszą linię produkcyjną gala­retek w regionie. Rozstaliśmy się w doskonałych humorach, już po cichu zastanawiając się, czym zaskoczymy (i w co za­pakujemy) naszą ekipę następ­nym razem!

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama