Rajd Brata Pawła za nami
Zima długo nas tym razem trzymała w domach. Mroźna aura odstraszała od spacerów, ale w końcu słoneczko zabrało się do roboty i długo oczekiwana wiosna wreszcie ukazała się na horyzoncie. A wraz z nią – nowy zapał, nowe chęci, nowe oczekiwania – idziemy w teren, czas rozpocząć nowy turystyczny sezon.
Na pierwszy ogień idzie Rajd im. Brata Pawła, śp. opiekuna z DPS w Kątach. Od czterech już lat rozpoczynamy sezon właśnie jego wspomnieniem, nie inaczej było i dziś. Parę minut przed dziewiątą zbieramy się pod kinem w oczekiwaniu na pierwszy wymarsz/wyjazd. Grupa zapaleńców spragnionych leśnych wędrówek rośnie z minuty na minutę i wnet tworzy się pokaźna masa krytyczna. Wśród nas amatorzy kijków i amatorzy rowerów. Jedni i drudzy mają swoje plany. Kijkowcy muszą sprawdzić, czy ziemia już dostatecznie odmarzła, a rowerzyści przekonać się, czy leśne szlaki nadają się do rowerowych przejażdżek. Nie czekamy więc długo, tylko robimy wspólną fotkę i ruszamy w trasę.
Kijkowcy idą w stronę nadleśnictwa, a potem sobie tylko znanymi ścieżkami eksplorują skarby naszej przyrody i przebijają się w stronę zamku. Choć czas jest napięty, wszystko mamy jednak pod kontrolą, grupa dzielnie przemierza leśne ostępy i szuka śladów wiosny. A ta, nieśmiało, acz skutecznie, zaczyna znaczyć swoje piętno wśród pozostałości leśnej, zimowej szarości. Tu i ówdzie pokazują się świeże zielone pędy, gdzieniegdzie przebijają nowe, delikatne kwiatki i widać, że dni zimy są już policzone, że to jej ostatnie tchnienia i wkrótce ustąpi miejsca coraz bardziej przyświecającemu słoneczku.
A słoneczko to jakby osobny rozdział dzisiejszej przygody. Przyświeca jakby nie robiło tego od dawna i postanowiło odrobić zaległości. Temperatura rośnie i wkrótce przebija barierę dziesięciu stopni. Zaczynamy się rozpinać, zrzucać co bardziej zbędne kurtki czy swetry, a promienie słońca tylko na to czekają. Penetrują coraz głębiej i coraz dosadniej rozpalają pozasłaniane zakamarki naszych skrytych, trochę jeszcze zimowych dusz.
Grupa dziarsko wędruje leśnym szlakiem, na chwilę przystaje przy punkcie widokowym na Małą Panew i spogląda na naszą leśną Amazonkę. Dziś, nie przysłonięta jeszcze bujnymi koronami dębowych liści, widoczna jest jak na dłoni. Też sprawia wrażenie, jakby nie mogła się doczekać wiosny.
Wreszcie docieramy do celu. Jesteśmy pierwsi. Rowerów jeszcze nie ma, idziemy więc obejrzeć nieopodal zagrodę koni. Grupa się rozdziela, część zostaje na miejscu, część schodzi na pobliski most posłuchać szumu Małej Panwi.
Tymczasem druga grupa podąża do celu na rowerach. Wyjeżdżamy na ulicę Opolską i zmierzamy wzdłuż aż do ronda. Mijamy po drodze budzące się do życia miasteczko, przy cmentarzu z trudem przeciskamy się obok dostawczaka ze zniczami, który beztrosko akurat zaparkował na chodniku, ale jakoś dajemy radę, na rondzie zerkamy jeszcze na szybującą do nieba cenę benzyny na pobliskiej stacji i w końcu wjeżdżamy do lasu. Nareszcie jesteśmy u siebie.
Nie musimy już bać się pędzących co rusz aut, tutaj jesteśmy tylko my. My, las, drzewa i przyroda. Leśnicy akurat dokonują pielęgnacyjnej wycinki drzew, wokół częściowo poukładane, a częściowo porozrzucane drewniane kłody, w powietrzu unosi się zapach żywicy, ten najbardziej leśny zapach lasu, uderza w nozdrza i wyzwala wspomnienia – te najprostsze, najspokojniejsze. Nagle człowiek przypomina sobie, jak to jest po prostu być. Bez pośpiechu, bez klaksonów, bez ciągłego zerkania na zegarek. Tylko kroki miękko zapadające się w igliwiu, szelest gałęzi poruszanych wiatrem i ciche skrzypienie drzew, które pamiętają więcej niż niejeden z nas.
W takim miejscu czas zdaje się płynąć inaczej. Wolniej, łagodniej. Człowiek oddycha głębiej, jakby każde kolejne wciągnięcie powietrza miało oczyścić głowę z tego wszystkiego, co przywiózł tu z miasta. I przez chwilę naprawdę jest tylko to: my, las, drzewa i przyroda. A reszta świata może poczekać.
W takiej właśnie ekstazie dojeżdżamy do Regolowca, pozostałości po jednej z najstarszych osad hutniczych w regionie. A tutaj czekają już kolejni rowerzyści. To trzecia grupa dzisiejszego rajdu. Wyjechała z Kolonowskiego spragniona przyrodniczych doznań nie mniej jak my. Spotykamy się w blasku słońca konkretnie już operującego. Na tafli regolowieckiego stawu pływa jeszcze tafla lodu, pozostałość po zimowych mrozach, ale z dnia na dzień coraz bardziej ustępuje miejsca wiosennej, lekko pomarszczonej wiatrem powierzchni świeżej, wiosennej wody.
Na grobli zatrzymujemy się obok zabytkowego kamienia, świadka dawnych wydarzeń – to już 40 lat, odkąd w miejscu tym upamiętniono pamięć o starej hucie. Stajemy obok niego i czujemy na własnej skórze, że tu dzieje się kolejne historyczne wydarzenie. Właśnie w tym roku przypada jubileusz, okrągła rocznica ustawienia tego kamienia. Koniecznie musimy tu przyjechać jeszcze raz.
Nasza trasa wiedzie teraz prosto już na zamek. Ale, żeby nie było nudno, jedziemy nową drogą. Trochę jakby znienacka, chcemy obejrzeć coś nowego. Już na początku widzimy, że jej standard odstaje nieco od dotychczasowego szlaku, ale nie zrażeni nie poddajemy się, połykamy kolejne metry leśnego traktu i w sumie nie byłoby tak źle, gdyby nie traktory, którymi leśnicy akurat porozjeżdżali szlak. Mimo wszystko w dobrych humorach wyjeżdżamy na asfaltową drogę Zawadzkie – Kolonowskie, przebijamy się na drugą stronę, potem przecinamy tory z Opola do Tarnowskich Gór, a stąd na zamek jest już całkiem blisko.
Wnet meldujemy się na malutkiej polance obok mostu na Małej Panwi przy zameczku, gdzie zatrzymujemy się na chwilę. Spotykamy tutaj naszych kijkowców, którzy też już zdążyli tutaj dotrzeć, niespodzianka na całego. Przy mostku robimy kolejne grupowe zdjęcie, po czym wspólnie zmierzamy już do zamkowej kaplicy, gdzie czeka na nas grupa rowerowa ze Strzelec Opolskich, która nim dotarła na zamek, zdążyła zwiedzić… Zawadzkie. W ten sposób spotykamy się wszyscy razem i teraz brakuje tylko prezesa, ale niebawem i on zjawia się w naszych szeregach.
W drzwiach zamku wita nas brat Waldemar i zaprasza do kaplicy. W kaplicy wspominamy śp. brata Pawła i dedykujemy mu krótkie nabożeństwo, a także prosimy o pomyślność dla naszych wypraw w nadchodzącym sezonie.
Część oficjalna, przynajmniej ta najbardziej, już za nami, teraz wracamy wszyscy do Oazy, gdzie czeka na nas obiad i spotkanie towarzyskie przy stole. Każda grupa wraca swoją trasą, my jedziemy na Nowe Łąki, gdzie zatrzymujemy się przy zbiorniku przeciwpożarowym, z którego rozciąga się wspaniała panorama na łąki zwieńczona w tle szosą na Strzelce, na której można dostrzec przemykujące po niej co rusz samochody. Łąka jest wspaniałym miejscem obserwacyjnym, które przyciąga wszelkiej maści zwierzynę leśną i ledwo co o tym wspominamy, a tu nagle spomiędzy drzew po lewej wypada stado saren. Trochę zdezorientowane, pewnie nie spodziewały się tutaj rowerzystów, nie wiedzą z początku co zrobić, więc pędzą przed siebie i gdy dopiero uznają, że są w bezpiecznej odległości, zatrzymują się i obserwują, przed czy i przed kim tak właściwie uciekały. Aha, to tylko człowieki, nie jest tak źle, choć nigdy nie wiadomo, jak to z człowiekami bywa, lepiej z nimi postępować ostrożnie, więc wkrótce odbiegają dalej, po czym nikną w kolejnej gęstwinie.
A więc renifery brata Pawła widzieliśmy. Tak samo, jak rok temu. Teraz już możemy, a nawet musimy jechać na obiad. Trochę nam tu zeszło. Wsiadamy na rowery, cofamy się na zamek i pędzimy już prościutko do Oazy. W Oazie czekają na nas przygotowane stoły, na które wnet wjeżdża smaczna zupa grzybowa, a po niej karminadle. Palce lizać.
Pora na obiad w sam raz, bo po takiej trasie nasze żołądki zaczynały się już dopominać o swoją dolę. Pałaszujemy więc smakołyki, a gdy talerze zostają ogołocone, rozsiadamy się na krzesłach: no teraz możemy już porozmawiać. Na plac wychodzi prezes i opowiada o naszych dokonaniach z poprzedniego roku. Przytacza statystki, przypomina wycieczki, eskapady, imprezy – cały zeszły rok obfitował w wiele wydarzeń, a i nadchodzący zapowiada się równie atrakcyjnie. Prezes przedstawia plan na bieżący sezon, a my jesteśmy tak naładowani, aż nie umiemy usiedzieć na miejscu. Na dodatek odwiedza nas burmistrz i także dopinguje do dalszej działalności.
Na koniec prezes wyciąga dwie ogromne torby, z których losujemy nagrody i upominki. Prawie każdy coś dostaje, a prezesa, jak zwykle, puszczamy z torbami, oczywiście pustymi. Nasze spotkanie dobiega końca, powoli rozjeżdżamy się do domów, sezon 2026 uważamy za rozpoczęty.
Do zobaczenia na szlakach.
