Rajd Znienacka - Dzień Przewodnika
No to pierwszy Rajd Znienacka mamy za sobą. Sezon turystyczny możemy uważać za w pełni rozpoczęty. Po długiej, zimowej przerwie, która przytrzymała nas w domach o wiele dłużej, niż rok temu, wreszcie mogliśmy wyjść na świeże powietrze i zaczerpnąć radości ze spaceru. Pogoda dopisała nam jak nigdy, więc do domu wróciliśmy w wyśmienitych humorach.
Ale zacznijmy od początku. Początek rajdu nietypowy, bo pod budynkiem gminy. Zazwyczaj zaczynamy przy Biedronce, ale dziś startujemy spod naszej siedziby. Parę minut przed dziesiątą zaczynamy się gromadzić. Na początku nieśmiało, po jednej, dwóch osobach, ale w miarę upływu czasu zaczyna nas przybywać, aż znienacka robi się spory tłum – jest nas ponad trzydzieści. Dziś w planie mamy spacer po mieście z naszym lokalnym pasjonatem historii, Kamilem, który przygotował dla nas trasę niespodziankę. Do końca nie wiemy, co zaplanował, więc czekamy z niecierpliwością, aż wreszcie zegar na gminie wybija dziesiątą i możemy rozpoczynać. Kamil wita wszystkich zebranych i zaprasza na wycieczkę „szlakiem pobożności”. Domyślamy się, że pewnie odwiedzimy kościół, może jakąś kapliczkę, może przydrożny krzyż.
Po krótkim wstępie ruszamy w trasę. Przemierzamy miejski park i przechodzimy obok Netto w stronę stawu. Słońce wesoło przyświeca, jakby chciało zabrać się z nami, dodaje nam dziarsko animuszu i wędrujemy na Stare Zawadzkie – najstarszą dzielnicę miasta, gdzie wszystko się zaczęło. To tutaj powstały pierwsze zabudowania, to tutaj zaczęła się historia naszej miejscowości, tutaj znajdują się nasze początki. Przechodzimy obok Straży Pożarnej, gdy nagle powietrze przeszywa przenikliwy dźwięk syreny. Czyżby to nas witali strażacy? Nie, jednak nie, to niestety wyjazd na interwencję, mamy nadzieję, że nic groźnego się nie stało.
Po prawej stronie wyłania się stary, drewniany budynek, do niedawna jeszcze zamieszkany, z zewnątrz wygląda na jeszcze dość dobrze zachowany, jeden z nielicznych świadków, który widział wszystko i gdyby mógł mówić, niejedno by nam powiedział. To chyba najstarszy budynek w Zawadzkiem – może warto przerobić go na miejscowe muzeum? Miejsce idealne, w samym centrum. Tuż obok zatrzymujemy się przy przydrożnym krzyżu. To nasz pierwszy przystanek na naszej trasie. Kamil opowiada o jego historii. Kiedyś pełnił dużo ważniejszą rolę niż dziś, bo kiedyś nie było w Zawadzkiem kościoła, a ludzie na mszę musieli chodzić aż do Kielczy. Wyobrażacie sobie? Prawie dziesięć kilometrów w jedną stronę. I nie było wtedy aut. Nawet rowerów nie mieli. Na piechotę trzeba było. Wyprawa na cały dzień. I tak tydzień w tydzień, każdej niedzieli. Nic dziwnego, że z braku lepszych perspektyw, wybudowano sobie wtedy krzyż. Nie jest to, co prawda, kościół, ale jakaś mała jego namiastka, która zawsze pozwalała poczuć się trochę bliżej Boga. Krzyż przy ul. Ks. Wajdy kilkakrotnie był przestawiany, zanim trafił w miejsce, gdzie dziś się znajduje. Dziś jego rola jest już zupełnie inna. Nie pełni roli centrum religijnego Zawadzkiego, stoi w nieco zapomnianym miejscu, trochę na uboczu, choć nadal w ścisłym centrum miasta i milcząco świadczy o naszych korzeniach, o naszej historii. Spod fundamentów tego milczącego świadka rozciąga się wspaniały widok na drugi symbol Zawadzkiego, hutniczy komin, jeden z ostatnich świadków odeszłej już do historii huty, rodzicielki i założycielki niejako Zawadzkiego. Jego smukła sylwetka dumnie przecina niebo pnąc się jeszcze wyżej do końca podtrzymując nadzieję, że mimo wszystko Zawadzkie przetrwa i podniesie się z marazmu.
Tuż obok krzyża stoją pozostałości starych budynków z czerwonej cegły, a na jednym z nich dostrzec można oryginalny napis mówiący o tym, że kiedyś była tu Straż Pożarna. Wiedzieliście o tym? Nie? My też.
Idziemy dalej. Wychodzimy obok hali sportowej i kierujemy się w prawo, do następnego świadka historii Zawadzkiego – kościół ewangelicki, najstarszy kościół w Zawadzkiem. Wybudowany został w 1894 r., ale historia zgromadzenia ewangelickiego sięga dużo wcześniej. Pierwsze nabożeństwa ewangelickie organizowane były w kancelarii huty. Prowadzili je księża z Kolonowskiego, a sam zbór stanowił filię parafii w Ozimku, później włączony w struktury parafii w Strzelcach Op.
Po roku 1856, kiedy to do Zawadzkiego zawitała linia kolejowa, nawiasem mówiąc była to druga linia kolejowa na Opolszczyźnie (po linii Wrocław – Opole – Gliwice), nastąpił okres rozbudowy huty, za czym poszedł wzrost liczby mieszkańców. Przybywało także wiernych i w 1872 r. Zawadzkie stało się parafią wikarialną i otrzymało własnego wikariusza. Samodzielna parafia powołana została w 1889 r. Społeczność zboru ewangelickiego rozwijała się do zakończenia drugiej wojny światowej, kiedy to po przymusowych wysiedleniach gwałtownie nastąpił spadek liczby wiernych, a swojej dawnej świetności społeczność już nie odbudowała. Dziś parafia jest częścią parafii w Lisowicach Wielkich i sięga od Zawadzkiego aż po Olesno.
Stojącej pod bramą kościoła, naszej grupy zauważyć nie sposób. Nasza obecność nie umyka uwagi gospodarzom kościoła, którzy wkrótce otwierają nam podwoje swojej świątyni i możemy wejść do środka. Jak na nas przystało, znienacka.
W środku uderza charakterystyczny wystrój. Wszechogarniająca wszystko biel i niesamowita prostota. Białe ściany, białe ławki, białe zdobienia, biały ołtarz. Uderza prostota wystroju i jej skromność. Detale architektoniczne nie krzyczą, delikatnie podkreślając sakralny charakter miejsca. Nie ma figurek, obrazów, krzyża, nic nie odciąga uwagi od centralnego miejsca kościoła, ołtarza, na którym rozłożona otwarta ewangelia czeka na odczytanie jej słów. Dla większości wychowanej w tradycji katolickiej jest to spore przeżycie i to nie tylko dlatego, że można na własne oczy zobaczyć, że nasze spojrzenie na wiarę nie jest tylko jedynym, że są także inne, że można na nie patrzyć z innej perspektywy, ale także i dlatego, że wchodząc do takiej świątyni nie sposób oprzeć się wrażeniu, że tutaj to wszystko jest tak samo prawdziwe, jak u nas, a może i nawet bardziej. Spoglądamy z perspektywy tradycji katolickiej, ale dostrzegamy, że ta ewangelicka jest tak samo prawdziwa, jest tak samo autentyczna, na dodatek pozwala dostrzec aspekty, jakich wcześniej nawet się nie domyślaliśmy. Biel, której gdzie indziej nie znajdziemy, prostota, którą często znajdujemy dopiero w zaciszu swoich własnych domów, przepych i zdobnictwo, którego tutaj nie ma, pokazują nam, że Boga można przeżywać na wiele sposobów, ale trzeba dopiero zobaczyć coś innego, otworzyć swoje myślenie na innych. Wybić się z utartego schematu, stanąć nieco zboku i uzyskać nową perspektywę.
Kamil opowiada historię kościoła, w tle przebijają się charakterystyczne numery pieśni do śpiewania podczas nabożeństwa na równie charakterystycznej tablicy, numery nie do pomylenia, we wszystkich ewangelickich kościołach takie same, wszystko proste, bez zbędnych dodatków, sama esencja, zupełnie inny świat, pod pewnymi względami taki sam, ale zupełnie różny. Lepszy? Bardziej prawdziwy? Nie, po prostu inny. Z fasady dosięga nas niebieski napis „Warownym grodem jest nasz Bóg”. To tytuł pieśni napisanej w 1529 r. przez Marcina Lutra, który stał się hymnem reformacji, a do dziś towarzyszy większym uroczystościom kościelnym. Także tutaj.
W kościele spędzamy trochę więcej czasu, niż zaplanowaliśmy. Mieszkamy tu od lat, mijamy kościół niemal codziennie, widujemy go codziennie, stał się taką samą codziennością, jak wszystko inne, niemal nie zwracamy na niego uwagi, ale okazuje się, że tak naprawdę… wcale go nie znamy. Nie wiemy o nim nic. Jest dla nas zamkniętą warownią, innym światem, nie naszym, a myśląc tak, z tyłu głowy mamy zakodowaną myśl, że gorszym. Trzeba dopiero wejść do środka, by przekonać się, że to nieprawda. Że to dobry świat, całkiem taki, jak nasz i wiele tracimy udając, że go nie ma.
Nabożeństwa w naszym kościele ewangelickim odbywają się raz w miesiącu. Drzwi otwarte są dla każdego. Także dla nas.
Następna stacja naszej trasy znajduje się przy kościele św. Rodziny. Jego historia też jest długa i ciekawa. Wybudowany został w 1898 r. jako odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie stale powiększającej się miejscowości, w której najbliższy kościół znajdował się w Kielczy. Kościół poświęcono w 1899 r., a rok później stał się kościołem filialnym parafii w Kielczy. Samodzielna parafia powstała w roku 1918. Pierwszym proboszczem został ks. Oskar Hanke, którego grób znajduje się obok kościoła. Mijamy go idąc co tydzień na mszę i być może też do końca nie zdajemy sobie z tego sprawy. Kamil zatrzymuje się obok krzyża i mówi o księdzu Hanke. Że w powszechnej świadomości zapamiętany jako proniemiecki agitator i zajadły przeciwnik polskości, w rzeczywistości był zupełnie inny. Najważniejszy dla niego był człowiek, nie czynił różnicy ze względu na narodowość, nabożeństwa były zarówno po polsku jak i po niemiecku, każdy mógł wybrać, co mu odpowiadało, charakteryzował się dużym autorytetem wśród społeczności i to tak dużym, że potrafił nawet zbesztać żołnierzy, którzy pewnego razu weszli z karabinami do kościoła szukając dywersantów, żeby najpierw zdjęli z głów „topki”, a dopiero potem się odzywali.
Grób Hanke okalony jest żelaznym płotkiem, wykonanym na Warsztatach Szkolnych huty w 1933 roku. Do dziś widać stosowną inskrypcję, tylko trzeba jej trochę poszukać i… schylić czoła. To kolejna zawadczańska pamiątka stanowiąca o naszej tożsamości, mało pamiętana i mało znana.
Obok grobu Hankego stoi grota lurdzka. Zbudowana już po drugiej wojnie, w latach 50-tych, dla wielu mieszkańców stanowi nierozłączną cząstkę miejscowości, dla wielu była tu … od zawsze. Parafia katolicka, w przeciwieństwie do ewangelickiej, rozrastała się i dziś zdecydowanie dominuje, jednak początki obu były podobne.
Wchodzimy do kościoła. Tutaj niespodzianek nie ma. Wnętrze znamy wszyscy doskonale. Tutaj się wychowywaliśmy, tu nabywaliśmy religijnej świadomości. Wystrój świątyni jest diametralnie inny. Złoto, zdobienia, detale, wszystko lśni, w naszym kościele szczególnie, bo niedawno przechodził gruntowny remont, który wiązał się z odnowieniem całego wystroju. Wspaniałe rzeźby, piękne obrazy, zdobienia i ornamenty, posadzka lśni niczym lustro. W wystroju dominuje żółty kolor, ciekawie współgrając z wpadającym przez okna światłem słonecznym. To wszystko jest po prostu piękne, uczta dla oczu, uczta dla duszy. Zupełny kontrast do kościoła naszych sąsiadów, gdzie prostota i skromność przytłacza. Tutaj przytłacza bogactwo. W centralnym miejscu ołtarz, otoczony rzeźbami św. Rodziny. Obok kolejni święci, element, którego na próżno szukać u ewangelików. Nabożeństwa odbywają się częściej niż raz w miesiącu, parafie w samym Zawadzkiem mamy dwie, ale to nie świadczy o niczym – tak po prostu potoczyła się historia.
Kamil pokazuje zdjęcia, jak nasz kościół wyglądał kiedyś, jakie zmiany przeszedł, kiedyś był dużo bardziej zdobiony. Z tyłu z chóru spoglądają organy, prawdziwe, piszczałkowe, nie do podrobienia przez coraz bardziej popularne elektroniczne, koneser ich brzmienia od razu wyczuje różnicę.
Teraz wracamy z powrotem. Idziemy ulicą Opolską i wkrótce meldujemy się przy naszej siedzibie, tam gdzie rankiem rozpoczynaliśmy naszą wędrówkę. Kilka słów podsumowania, podczas której pada propozycja, żeby zorganizować kiedyś rajd szlakiem zawadczańskich kapliczek i krzyży, po czym zapraszamy wszystkich do środka na skromny poczęstunek przy kawie i ciastkach. Jest okazja teraz swobodnie pośmiać się i porozmawiać. Pełni optymizmu dziwimy się, że w takim małym Zawadzkiem zwiedzaliśmy zabytki przez ponad dwie godziny i choć wydawało się, że wszystko tu znamy, to okazało się, jak bardzo byliśmy w błędzie.
To co, kiedy idziemy dalej odkrywać nasze miasteczko?
