Rajd Znienacka - Jarmark w Opolu

Ireneusz Ludwig włącz .

PTTK Zawadzkie na jarmarku w OpoluDziś jedziemy do Opola. Dzień chyli się już ku zmierzchowi, choć ledwo co minęło połu­dnie. Zbliża się najkrótszy dzień roku, a wraz z nim… święta Bożego Narodzenia. Nim jednak nadejdzie, jedzie­my obejrzeć jarmark świątecz­ny w stolicy naszego woje­wództwa, i jak zwykle, oczywi­ście znienacka. Tym razem pa­dło na pociąg. Jeździliśmy już autobusem, jeździliśmy rowe­rami, chodziliśmy pieszo, ale pociągu jeszcze nie było.


Ruszamy na jarmark do OpolaZbieramy się na stacji PKP. Wysłużony ET-57 z Opola wła­śnie wturlał się na peron i za parę minut ruszy w trasę po­wrotną. Zajmujemy miejsca w przedziale i wnet zbiera się cał­kiem sympatyczna grupka. Już wiemy, że będzie wspaniale. Po chwili pociąg rusza. Wnet poja­wia się równie sympatyczny konduktor, u którego kupujemy bilety. W Kolonowskiem kompletuje­my skład i w wesołej atmosferze jedziemy do Opola.
Opole o tej porze jest uroczeNim dojeżdżamy do stolicy, za oknem zapada zmierzch. Opole wita nas świątecznymi neonami, gwiazdkami i błyskotkami. Jest tu cudownie. Wychodzimy na miasto. Przed stacją uśmiecha się do nas zabytkowa lokomoty­wa spod równie zabytkowego se­mafora. Jeszcze tu wrócimy, ale teraz musimy na Rynek, zo­baczyć, po ile w Opolu mają świą­tecznego grzańca.
W Opolu można się zakochaćKierujem­y więc nasze kroki na Krakow­ską. Ta najbardziej re­prezentacyjna ulica w Opolu wita nas kolorowymi, świątecz­nymi de­koracjami. Przez ostat­nie trzy­dzieści lat zmieniła się niemal nie do poznania i wresz­cie zo­stała w pełni przywrócona mieszkańcom i okazyjnym przy­byszom na spacery. Spaceruje­my więc i wnet wychodzimy przy Placu Wolności. A tutaj – kolejne świąteczne błyskotki. Przed pomnikiem spogląda na nas świetlny napis „Opole” wpleciony w coś w rodzaju żywopłota. Przechodnie zatrzymują się przed nim i pstrykają zdjęcia. Tworzy się kolejka, bo niektórzy chcą mieć plan na wyłączność. Obok rozświetlona bombka, do której można wejść i poczuć się jak prezent świąteczny – tu też ro­bimy zdjęcia. Trochę czasu nam tu schodzi, ale wreszcie ruszamy na rynek.
Wieża ratuszowa wygląda jak z bajkiWieża ratuszowa już nieśmiało wychyla się zza dachów pobliskich kamienic, a my wychodzimy na wspaniałą, gwiazdkową bramę tuż przed rynkiem i w końcu trafiamy do celu. Rynek rozświetlo­ny tysiącami świateł, wieża ratusza podświetlona delikatnym, różowym światłem sprawia wraże­nie, jakbyśmy znaleźli się w bajce. Niewiele zresztą do niej brakuje. Ogrom straganów i kolo­rowych stoisk wokół ratusza dopełnia bajkowej scenerii. Można tu znaleźć niemal wszystko, ka­ruzele, młyńskie koło, ozdoby świąteczne, sto­iska z jedzeniem. Wokół rynku restauracje, ka­wiarnie, nawet Żabka jest na podorędziu, bajko­we scenerie ze znanych baśni, bożonarodzeniowe inscenizacje, kiełbasa z dzika i w to wszystko wpleciony ciągle poruszający się tłum ludzi zafa­scynowanych magią opolskiego rynku. Ale, choć ludzi dużo, tłumu jakoś nie czuć. Jest w sam raz, nie czujemy się tu ani zaduszeni, ani przytłoczeni ogromem przestrzeni. Po drugiej stronie ratusza przygotowana scena czeka na występ artystów.
Obok niej duże młyńskie koło. Jedziemy? Tyl­ko przez chwilę mamy wątpliwość. Oczywiście, że jedziemy. Znów możemy się poczuć jak dzie­ci. Ustawiamy się do kolejki, a nawet do dwóch naraz, bo jedna jest za biletami, a druga do same­go młyna. Wygląda na długą, ale idzie dość szyb­ko.
Dziecięcych lat wspomnieniePo paru minutach zasiadamy w gondoli. Przypominają się szczenięce lata. Kto by pomyślał, że kiedyś jeszcze wrócimy do tamtych czasów i poczujemy się jak wtedy. Ruszamy. Gondola wznosi się coraz wyżej i wyżej i wyżej. Zdaje się wznosić bez końca. Na pewno wyżej, niż z dołu. Na dole tak wysoko nie jechała. Wnet lądujemy nad dachami kamienic. Możemy obejrzeć ratusz z góry. Jego strzelista wieża nabiera stąd jeszcze bardziej tajemniczej per­spektywy i zdaje się krzyczeć w niebiosa: „tu jesteśmy, tutaj czeka­my!” Z góry rynek wygląda cał­kiem inaczej. Świat też. I my też wyglądamy całkiem inaczej. Koło co rusz się zatrzymuje. Jest chwila na zrobienie zdjęć. Robimy kilka kółek, raz na dole, raz na górze. Na scenie na dole instaluje się jakaś kapela. Konferansjerka ogłasza, że ma do rozdania nagrody. Po kilku rundach wreszcie zatrzymujemy się na dole i jazda się kończy.
Opolski grzaniecPrzeciskamy się między straga­nami i wreszcie znajdujemy i nasz. Jest grzaniec. I to nawet w dość przyzwoitej cenie. Dwadzieścia złotych za półlitrowy, ciepły kubek, to wcale nie tak dużo. Ustawiamy się w kolejce, bo chętnych sporo i cze­kamy na swoją kolej. Po chwili delektuje­my się jego goździ­kowym aromatem i rozko­szujemy cie­płem rozchodzącym po całym ciele. Żyć, nie umierać. Szla­chetny trunek rozbu­dza w nas następny, trzeba przyznać, że całkiem miły, instynkt – żołą­dek także zaczyna się do­magać swojej doli.
Tu serwują eliksir miłościNo oczywiście, po drugiej stronie ra­tusza widzieliśmy ogromne stoisko z rozmaitymi, jarmar­kowymi jadłami. Były wśród nich za­piekanki i była kieł­basa z dzika. To wy­starcza. Robimy ko­lejne kółko wokół ratusza i ustawiamy się przy drewnianych stolikach a’la bar. Teraz już wiemy na pewno, że jesteśmy głodni. Kiełbasa z dzika jest wyśmieni­ta, tak samo oryginalna jest zapiekanka, ważne, że wszystkim smakuje. Posileni na duchu i ciele, kręcimy się jeszcze przy scenie, ale obiecanych nagród jakoś nie widać, widno wszystkie już rozda­ne i wtedy trafiamy na mnicha sprzedającego tajemne trunki miodne. I nie tyle sprzedającego, co oferującego degustację. Kosztujemy więc kilka eliksirów, wśród nich eliksir miłości.
Most Groszowy - Opolska Wenecja i myNapełnieni duchem miłości kierujemy się na najsłynniejszy w Opolu most, Most Groszowy na Młynówce. Ta wyjątkowa wodna przeprawa nad tylko kanałem, bo Odra płynie trochę dalej, w istocie ma w sobie jakąś magię i nie bez powodu staje się celem wielu spacerów po Opolu. Dziś, w atmosferze świąt, otu­lona nocną już aurą so­botniego, jesiennego wieczora, nie­odparcie na myśl przywodzi pewne wło­skie miasto. Opolska Wenecja – to druga, niemal zamien­na nazwa tego miejsca. A wypiękniało ono niesamowicie. Fanta­stycznie oświetlona ro­mantycznymi lam­pami zachęca do spacerów nie tylko pod­czas świąt. Uroczy deptak biegnący tuż nad jej brzegiem pozwala się poczuć jak w bajce i zupełnie zapomnieć, że jesteśmy w centrum wo­jewódzkiego, jakby nie było, miasta.
Opolska lokomotywa - musieliśmy to zobaczyćNasz czas powoli się kończy, musimy zdążyć na pociąg do Zawadzkiego, dziś już ostatni, więc nie może­my pozwolić sobie na spóźnienie. „Wenecki” deptak wnet się koń­czy, wychodzimy z po­wrotem na ulicę i tra­fiamy na plac przed Dworcem PKP. Teraz musimy jeszcze obej­rzeć tę zabytkową lo­komotywę. Niebieski neon „Witamy w stoli­cy polskiej piosenki” idealnie komponuje się z dawnym reliktem ko­lejowej inżynierii, ustawiamy więc kadr naszymi skromnymi osobami i komponuje­my kolejne, artystycz­ne zdjęcie. Może kie­dyś pójdzie na PTTK-owski konkurs?
Teraz przed nami już tylko brama dwor­ca. Żal stąd odcho­dzić, tak tu fajnie, ale godzina odjazdu zbli­ża się nieubłaganie, a pociąg nie zaczeka ani minuty. Kupujemy więc bilety, idziemy na peron trze­ci, to nasz zawadczański peron w Opolu, niemal nasz własny. Wysłużony ET-57 już na nim cze­ka. Wsiadamy do środka i wnet pociąg rusza. Żegnamy jarmark, żegnamy Opole i w monotonnym tur­kocie jedziemy do domu.
Ten rajd też nam się udał.

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama