Rajd Rododendrona 2025
Tym razem rododendrony przyćmiły wszystko. Wreszcie trafiliśmy idealnie i mogliśmy podziwiać rododendrony w ich pełnej krasie, a te jakby specjalnie wystroiły się na nasze odwiedziny i powitały nas przy zamku w Kątach w iście królewskim stylu – przepiękne krzewy okraszone jeszcze przepiękniejszymi kwiatami przysłoniły widok samego zamku. Kto nie był i nie widział, nie zrozumie, my widzieliśmy i długo tego widoku nie zapomnimy.
Nim jednak będziemy się rozkoszować rododendronami, musimy do nich dojechać. Ruszamy spod kina, gdzie spotykamy się tuż przed dziewiątą. Chyba już wszyscy są, sprawdzamy rowery, zapasowe dętki i takie tam, jeszcze pamiątkowe zdjęcie i zaczynamy. Obok na parkingu stoi policja, ale dzisiaj ogranicza się do dyskretnej obserwacji, i przypatruje się z boku, jak przejeżdżamy obok. Mijamy stację, skręcamy na gazownię i wjeżdżamy do lasu. I od razu, na samym początku mamy niespodziankę. Problem łańcuchowy. Zatrzymujemy się, Tomek przeprowadza inspekcję i ogłasza: „sleciała keta”. No cóż, dawno już takiej awarii nie mieliśmy. Dzisiaj kety już rzadko kiedy slatują, nie to, co kiedyś, kiedy co chwila trzeba było ją z powrotem nakładać. Tomek w ketach wprawiony, szybko ją naprawia i jedziemy dalej. Wyjeżdżamy na łąkach za gazownią, dojeżdżamy do strzeleckiej szosy, przecinamy ją i wkrótce wjeżdżamy do lasu. Najgorszy kawałek drogi mamy już za sobą.
W lesie zielono na całego. Przyroda tętni życiem, ptaki śpiewają, drzewa szumią, trawa faluje, a my w środku tego raju. Dojeżdżamy do leśnej krzyżówki i tu skręcamy w lewo. W grupie konsternacja, nigdy tędy nie jeździliśmy, zawsze było prosto. Ano było, a dziś będzie inaczej. W końcu w nazwie mamy „krajoznawcze”, więc dziś będziemy poznawać. Nowe. Droga jest wygodna, prawie taka, jak ta na wprost, za to dokoła wszystko nowe. Nowe drzewa, nowe rowy, nowe przecinki. Rozglądamy się wokół, by jak najwięcej zapamiętać, ciekawe, gdzie wyjedziemy. Wnet napotykamy kolejną krzyżówkę, skręcamy w prawo, a tuż za nią na rozwidleniu w lewo. Teraz większość już nie wie, gdzie jest, nadzieja w przewodniku, który sprawia wrażenie, że jeszcze wie, gdzie jedzie. Droga wiedzie łagodną serpentyną na skos, co rusz mijamy zielone przecinki, udaje nam się także napatoczyć na kilka sarenek przebiegających przed nami, aż wreszcie wyjeżdżamy na rozpościerającą się na wprost łąkę. Z przodu widać zabudowania, gdzieś wyjechaliśmy.
Zatrzymujemy się na skraju lasu, a przed nami rozległa panorama zwieńczona charakterystycznym wzgórzem – to Góra Św. Anny, a my jesteśmy w Łaziskach. Tu są Łaziska? – rozlegają się pytania? Nigdy tu nie byliśmy. A jak tu jest ładnie. Chwilę podziwiamy, przez drugą chwilę rozważamy, czy nie zahaczyć o Górę Św. Anny, wszak już ją widać, nie może być daleko, ale jednak odkładamy ją na zaś i zjeżdżamy między polami do Łazisk.
Wyjeżdżamy na skrzyżowaniu obok przydrożnego krzyża, wjeżdżamy na główną drogę w Łaziskach i asfaltem już przejeżdżamy wioskę wzdłuż aż na drugi koniec, gdzie zatrzymujemy się na Kozim Rynku. Na Kozim Rynku, jak sama nazwa wskazuje, nie może zabraknąć kóz. Co prawda są sztuczne, ale jednak kozy. Robimy kolejne wspólne zdjęcie, co niektórzy uzupełniają zapasy kalorii i po paru minutach ruszamy dalej. Jedziemy w kierunku Kowolowskiego, mijamy leśniczówkę i znów wpadamy w las. Na kolejnej krzyżówce skręcamy w lewo, gdzie prosta dróżka zachęca do dalszego smakowania rozkoszy leśnych przejażdżek rowerem. Jedzie się lekko, bo łagodnie z górki, wiosna w pełni sama jakby popycha i dodaje animuszu i mało co nie przeoczylibyśmy kolejnego zjazdu, z którego droga wiedzie ku śródleśnemu stawku. Stawek znany pod nazwą Pobożyszczok, względnie Bożyszczok, znajduje się z dala od domostw i zachował sporo ze swej dzikości i naturalności.
Wkrótce nad nim wyjeżdżamy i zatrzymujemy się na pobliskiej polance. Na polance miejsce na ognisko, dwa domki i całkiem przyzwoita „Tancdila”. Można by tu urządzić całkiem porządną imprezę. Oglądamy okolicę, podchodzimy do brzegu stawku. Ten urokliwie błyszczy w blasku słońca, ogromne drzewa rosnące na jego obrzeżu rozciągają swe gałęzie nad taflą zupełnie, jakby chciały go objąć i zamknąć w sobie. Po drugiej stronie zarośnięta grobla oddziela „wodną” część stawu od jego drugiej, niewidocznej stąd części, gęsto zarośniętej sitowiem, gdzie swoje królestwo ma nieprzebrana różnorodność fauny i flory. Mało kto tam zagląda, mało kto wie, że ta niemal pierwotna dzikość w ogóle tam istnieje i całe szczęście – dzięki temu królestwo to może spokojnie trwać i się rozwijać.
Po chwili przerwy zbieramy się do dalszej drogi. Wjeżdżamy w gęsty młodnik, z prawej strony mijamy drewniany domek i jedziemy obejrzeć w końcu rododendrony. Po kilku zakosach wyjeżdżamy na prosty szlak i jedziemy prosto przed siebie wdychając w płuca powiew pełni wiosny. Słońce przyświeca, powietrze parne, zupełnie jakby chciało jeszcze popadać. Przecinamy drogę na Kowolowskie, przejeżdżamy przez niewielkie wzniesienie i zjeżdżamy do kolejnej poprzeczki, którą dojeżdżamy już do doskonale wszystkim znanego asfaltu z zamku na Amazonkę. Skręcamy w prawo i eleganckim leśnym traktem jedziemy już prosto na zamek. Grupa się rozciąga, ale wszyscy już wiedzą, gdzie skręcić i nie ma obaw, że ktoś się zgubi. Wkrótce czoło naszego peletonu dojeżdża do Kąt, a chwilę potem jesteśmy już wszyscy. Zatrzymujemy się przed bramą i oczom naszym ukazuje się ogromny krzew rododendrona ukwiecony od stóp do głowy. Wygląda jak w bajce. Wchodzimy do środka, a obok wita nas drugi rododendron tworząc jakby szpaler prowadzący pod sam zamek.
Pod zamkiem jest już grupa ze szkoły z Jemielnicy i rowerzyści ze Strzelec Op. Właśnie wychodzą z zamku, który przed chwilą zwiedzali. Pan Piotr opowiada o historii zamku. Wybudowany został w 1856 r. przez hrabiego Andrzeja Renarda. Hrabia Renard był majętnym i wykształconym człowiekiem, w połowie XIX w. wykupił hutę Pokój w Bytomiu, był także właścicielem zamku w Strzelcach, pałacu w Wielowsi, Sielcach, Czechowicach, Biskupicach, Tworogu i Świbiu. Pasjonował się końmi i łowiectwem. To tej ostatniej pasji możemy zawdzięczać postanie zamku w Kątach. Po śmierci Renarda zamek kilkakrotnie zmieniał właściciela. Po wojnie stał się własnością Lasów Państwowych, a od 1953 r. mieści się tutaj Dom Pomocy Społecznej. W 1980 r. dobudowano nowy budynek dla podopiecznych DPS-u i to wtedy właśnie powstał niefortunny łącznik pomiędzy zamkiem a DPS-em.
Słuchamy historii przypatrując się zaglądającym zewsząd rododonderonom, aż słyszymy nawoływania przewodnika, że meta już czeka, a na niej gorące kiełbaski i pora na nas. Wsiadamy na rowery i podjeżdżamy do pobliskiej Stodoły, śródleśnej atrakcji turystyczno-edukacyjnej, gdzie rozsiadamy się na ławeczkach w poczuciu uczciwie wykonanej roboty. Kilometry nakręcone, trasa przejechana, Kozi Rynek zaliczony, Pobożyszczok odwiedzony, rododendrony obfotografowane, teraz naprawdę zasłużyliśmy na posiłek. Woń grilowanej kiełbasy unosi się znad ogniska, nasz kwatermistrz stale jej dogląda, obraca na wszystkie strony, by była równo dopieczona. Częstujemy się kawą, chlebem z tustym i ogórkiem, cóż więcej nam jeszcze do szczęścia potrzeba? Słońce wesoło z góry przyświeca, niemal dopieka, pogoda na całego, las dokoła cały zielony i w jego środku nasza wspaniała ferajna.
Po kiełbasach Tomek otwiera oficjalnie rajd, choć ten właściwie się już kończy a nie zaczyna, ale taka to już tradycja plenerowych imprez, że część oficjalna następuje dopiero, jak wszyscy już się zbiorą i nie inaczej jest tym razem. Zaraz po ogłoszeniu przystępujemy do konkursów: rzut lotką i krążkami. Mierzą się seniorzy razem z młodzieżą. Seniorzy nie mają szans. Młodzież jest bezkonkurencyjna, zostawia swoich opiekunów daleko w tyle. Nagród jest jest jednak dużo, seniorzy też się załapują. Na stół wyjeżdża karton z klubowymi czapkami – z naszywką PTTK Zawadzkie z przodu, można sobie kupić, nie trzeba wtedy na trasie co chwilę tłumaczyć spotykanym tubylcom, kto my i skąd jedziemy – od razu widać, że PTTK Zawadzkie.
Impreza powoli dobiega końca, słoneczko nadal się uśmiecha i powoli rozjeżdżamy się do domów. Rajd Rododendrona udał się jak nigdy, wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni wracamy czekając na kolejne imprezy, z ogromnym bukietem zamkowych rododendronów ciągle migoczących w naszych oczach. Jak kto nie był, koniecznie musi jechać je obejrzeć.
