Z wizytą u dinozaurów w Lisowicach
To był jeden z lepszych wyjazdów. Do rekordu brakuje nam sporo, ale ekipę mamy wyśmienitą, a humory jeszcze bardziej. Tuż przed dziewiątą zbieramy się pod Biedronką. Ludzi wokół mnóstwo, jak to w sobotę rano, wszyscy zmierzają na zakupy, potem na porządki w domu i sprzątanie. My sobotni poranek postanawiamy poświęcić na co innego – wspólne spędzenie czasu w gronie przyjaciół, przejażdżkę rowerami na świeżym powietrzu i mamy zamiar odwiedzić dinozaury w pobliskich Lisowicach – tak tak, to ta wiocha niedaleko Lublińca, ale jak się okaże na miejscu, wcale taką wiochą nie jest i w niejednym bije nas na głowę. A w dinozaurach na pewno. Po raz pierwszy wyjeżdżamy na dwie grupy. My startujemy z Zawadzkiego, a druga grupa zaczyna rajd w Kolonowskiem, jest to więc pierwszy Rajd Znienacka, który można określić „gwiaździstym”. Gwiazda ta trochę jeszcze niekształtna i niezdarna, ale od czegoś trzeba zacząć, może w przyszłości wyjdzie lepiej.
Rajd rozpoczynamy od prezentacji naszych nowych czapek – specjalnie zamówionych dla naszego oddziału, na których widnieje nasze logo; kurier właśnie je przywiózł i dziś przechodzą chrzest bojowy. Od razu je ubieramy i dzięki temu wszyscy dokoła widzą, kto jedzie.
Czapki już na głowach i ruszamy w trasę. Tradycyjnie na Świerkle, potem do lasu i w stronę Jakubowej Drogi. Dziś smakujemy nowy skrót, ścinamy trójkąt do Żędowic i wyjeżdżamy na drogę tuż przed pogorzeliskiem sprzed 40-tu lat. Dziś już nie widać, że to pogorzelisko, las zdążył odrosnąć, ale był to jeden z większych pożarów lasu w naszych okolicach. Na chwilę tu przystajemy, ale wnet ruszamy dalej, bo grupa z Kolonowskiego, która wyjechała pół godziny wcześniej, już się melduje na Kośmidrach. Wsiadamy więc i pedałujemy dalej, wjeżdżamy do województwa śląskiego i potem prosto już na Kośmidry. Droga elegancka, co prawda bez asfaltu, ale przyjazna rowerom. Wnet zza drzew wyłaniają się zabudowania, to Kośmidry – Kuźnica. Wypadamy z lasu, na drodze pojawia się asfalt i wyjeżdżamy obok kośmiderskich stawów. Rok temu też tędy jechaliśmy, ale w stawie nie było wtedy wody. Dziś jest, więc nadrabiamy zaległości i delektujemy się przepiękną wonią majowej przyrody nad kośmiderskim stawem. Nad brzegiem rosną przepiękne drzewa, droga biegnie trochę łukiem, zza którego wyłania się ławeczka, a przy niej nasza grupa z Kolonowskiego, która zaczyna już się trochę niecierpliwić, co tak długo nas nie ma. Zatrzymujemy się więc, witamy i tym razem już w pełnej obsadzie jedziemy dalej.
Przecinamy główną drogę z Kośmider na Lubliniec, spotykamy tu grupę rowerzystów z PTTK Lubliniec, którzy jadą w stronę Żędowic. Chwilę z nimi rozmawiamy, może jest to początek większej współpracy. Poznali nas, bo mieliśmy na głowach czapki, czapki uważamy więc już za spłacone. Przejeżdżamy na drugą stronę i znów wpadamy do lasu na pierwszy odcinek naszego rajdu, który mamy dopiero odkryć. Drogę wyznaczyliśmy według mapy, ale zupełnie nie mamy pojęcia, jak trasa wygląda i czy w ogóle da się nią przejechać. Na początku nie jest źle. Zaczyna się od asfaltu, ale ten wkrótce się kończy i wjeżdżamy na zwykłą, leśną drogę. Nie jest źle.
Wkrótce natrafiamy na rozwidlenie i zjeżdżamy na leśną już dróżkę, porośniętą trawą. Auta i traktory chyba nią dawno nie jeździły, ale środkiem wiedzie ślad wyjeżdżony przez rowery – to znak, że przejechać chyba się da. Próbujemy więc szczęścia, omijamy wiszące nad ścieżką gałęzie drzew, jest ciasno, trzeba trochę się nagimnastykować, ale dajemy radę. Wkrótce droga się poprawia, las się kończy, a znad łąki wyłaniają się kolejne zabudowania. To już początek Lisowic. Okazuje się, że trafiliśmy na „bezpański” kawałek ścieżki między Kośmidrami a Lisowicami, którym chyba nie wiadomo, kto powinien się zaopiekować, więc trwa on swym własnym życiem.
Żegnamy wspaniały las zostawiając go z tyłu i podjeżdżamy pod linię kolejową malowniczo ciągnącą się wśród łąk. Trasa prowadzi tuż przy niej, po czym jedziemy wzdłuż torów i dojeżdżamy do przejazdu kolejowego w Napłatkach. Żartujemy, że może załapiemy się na Pendolino, ale niestety nie – żaden pociąg nie uznał za stosowne nas tutaj powitać. Przejeżdżamy więc na drugą stronę, po czym dobijamy do drogi z Pawonkowa do Lublińca. Tą też przecinamy na drugą stronę i po chwili wpadamy w zabudowania już Lisowic. Wioska wita nas słońcem i, jak się okazuje, skomplikowanym układem skrzyżowań. Można się zgubić. Nawet w Kielczy jest łatwiej. Po kilku jednak zawijasach trafiamy na właściwy trakt, wyjeżdżamy na elegancko wyremontowany przystanek kolejowy, na którym nie zatrzymują się żadne pociągi, a za nim spostrzegamy boisko piłkarskie i obok niego budynek muzeum. Zajeżdżamy od frontu, przed muzeum dość spory parking i wielki smok. Teraz już mamy pewność, że dobrze trafiliśmy. To ten sam smok, który witał nas na stronie internetowej muzeum.
Zsiadamy z rowerów, rozglądamy się i po chwili wchodzimy do środka. Tak, jesteśmy w muzeum. Muzeum mieści się w jednym budynku z miejscową biblioteką. Właśnie w sobotni poranek prowadzone są jakieś zajęcia dla dzieci. Wokół poustawiane regały z rozłożonymi książkami, na środku szerokie stoliki z wianuszkiem krzesełek dokoła i gromadka dzieci pracujących nad pewnie bardzo niezwykłym i trudnym zadaniem odkrywczym. Przestronne pomieszczenie, obok kącik czytelniczo-informatyczny. Od razu przypomina się nasza, zawadczańska biblioteka, która kiedyś też tak wyglądała, ale skończyła w ciasnym i nie dającym rozwinąć skrzydeł, pomieszczeniu. Z nostalgii i bezsilności aż serce pęka – dlaczego tutaj się da, a u nas nie?
W bibliotece witają nas panie z obsługi muzeum. Właściwie to obsługują one i jedno i drugie. Prowadzą nas do kasy, gdzie w miłej atmosferze kupujemy bilety i szykujemy się do wejścia. Naprawdę trzeba przyjechać tutaj, żeby doświadczyć tej niepowtarzalnej atmosfery. Atmosfery tak bardzo typowej dla wiosek, pełnej szczerości, bezpośredniości i gościnności. A, to jest ta grupa, co miała do nas w sobotę przyjechać? Tak, tak, pamiętamy, zapraszamy, jeszcze tylko chwileczka i wszystko wam pokażemy. Miłe panie krzątają się między nami to tu, to tam. A czy dostaniemy jakiegoś „opowiadacza” do muzeum? Oczywiście, już zapraszamy i wkrótce przed nami pojawia się przemiła pani Ania, otwiera drzwi i zaprasza do środka.
W pierwszej sali natrafiamy na jakiegoś gościa, który siedzi pod namiotem i coś zawzięcie notuje. Pani Ania przedstawia go nam i pyta, czy to archeolog, czy paleontolog. I już czujemy się jak w szkole. Słuchamy historii muzeum, wcale nie tak odległej, bo sięgającej zaledwie kilkunastu lat do tyłu. Słuchamy opowieści o miejscowej cegielni, dużo starszej, o wielkich wyrobiskach, hałdach, o perypetiach miejscowej ludności, dla której cegielnia była źródłem utrzymania. O tym, jak w końcu przez przypadek (jak zwykle) odnaleziono tu kości starych dinozaurów, którymi zainteresował się Uniwersytet Warszawski, jak zaczęto prowadzić prace paleontologiczne, gromadzić eksponaty, opisywać je, klasyfikować. Pierwszą kość wykopał dziesięcioletni chłopiec, syn jednego z badaczy, który przyjechał na miejsce prac z przypadku. To był tylko kawałek kości, ale udało się także odnaleźć i pozostałą jej część. Znajduje się dziś w muzeum jako eksponat, będziemy ją oglądać w dalszej części.
Pani Ania opisuje perypetie związane z powstaniem muzeum, przedstawia historię ludzi zaangażowanych w jego utworzenie, a ilość informacji przekazywanych jest tak wielka, że przekracza nasze zdolności percepcji i w naszej pamięci pozostaje tylko niewielka ich część. Nie sposób ich zapamiętać już tutaj, a co dopiero spisać po czasie. Całe szczęście, że można do nich dotrzeć w internecie. Całe szczęście, że do Lisowic nie jest daleko, można podjechać jeszcze raz i pani Ania z radością wszystko opowie jeszcze raz. A robi to z taką pasją i z taką profesją, że aż radocha słuchać. Czujemy się jak dzieci w szkole słuchające niesamowitego wykładu z paleontologii. Dowiadujemy się o epokach geologicznych, jak kiedyś wyglądały kontynenty na ziemi, dowiadujemy się, co to była Pangea i dlaczego tak się nazywała, za chwilę dowiadujemy się, jak dinozaury zostawiały ślady na ziemi i jak to się stało, że zdołały przetrwać do dziś.
Pani Ania składa po kolei kolejne warstwy ziemi z przygotowanego modelu edukacyjnego i tak jak kiedyś, najpierw przechodzi sobie lisowicki smok, potem na niego nakłada się warstwa iłu, który pozostawiony przez smok ślad konserwuje, a następnie wszystko przykrywa kolejna warstwa, która poprzednie dwie utwardza i chroni przed następnymi. I że ten ślad fachowo nazywa się trop. Nie wiem, czy czegoś tu nie pokręciłem, ale nie sposób powtórzyć całego wykładu pani Ani. Wykładu naprawdę rewelacyjnego. A wszystko okraszone wspaniałą kolekcją rysunków, wystawą eksponatów i pomocy dydaktycznych. Dowiadujemy się o kolejnych erach, setkach milionów lat, które są dla nas czystą abstrakcją, o wielkiej linii czasu zawieszonej na całej długości ściany, przedstawiającą historię Ziemi, z której najbardziej zapamiętujemy to, że czas ludzi na niej to na jej samej końcu ostatnia kropka, której nawet nie widać.
I to by było na tyle „naszości” naszej Ziemi, na której pozostałe stworzenia nawet nie miałyby szans nas zauważyć. Dowiadujemy się o rybach dwudysznych, które potrafiły oddychać zarówno pod wodą, jak i na powierzchni. Nie odważę się powtórzyć, jak się nazywały. Dowiadujemy się o wielkim dinozaurze, który też już nie pamiętam, jak się nazywa, ale model jego szkieletu stoi wyeksponowany w jednej z sal muzeum i robi za najbardziej rozpoznawalną atrakcję muzeum. To przy nim wszyscy robią zdjęcia, my nie jesteśmy tu wyjątkiem. Też robimy. Pani Ania proponuje, że zrobi nam fotkę, żebyśmy wszyscy na niej byli, pokazuje nawet, gdzie najlepiej stanąć, by ujęcie było najlepsze.
A potem opowiada o odciskach i skamieniałościach. O tym, jak żmudna i czasochłonna jest praca paleontologa. O tym, ile wiedzy trzeba mieć i doświadczenia, by w wielkim wyrobisku wśród mnóstwa błota, kamieni, śmieci dostrzec ślady zwierząt sprzed kilkuset milionów lat. Na dowód pokazuje, jak wyglądają tropy (już wiemy, co to jest), gdzie są palce, gdzie opierała się stopa a potem pokazuje kawałek skały, którą wykopano tu, w Lisowicach i prosi, abyśmy sami znaleźli na niej ślady starożytnych dinozaurów. A my patrzymy i w pierwszej chwili myślimy, że to jakiś żart, skała jak skała, kamień jak kamień, nic na nim nie widać.
Nawet przyjmując do wiadomości, że jakieś tropy na nim są, to mamy problem je wytropić, i faktycznie, po dłuższej chwili udaje nam się kilka rozpoznać, ale pozostają i takie, co do których nawet po ich pokazaniu moglibyśmy się upierać, że nic tam nie ma. A paleontolodzy je widzą. I dojrzeli je nawet wtedy, gdy nie wiedzieli, czy one tam są, w błocie, w nie tak komfortowych warunkach jak tu, w muzeum. Gdybyśmy to my mieli szukać tych kości, to lisowickie muzeum pewnie by nie powstało. Całe szczęście, że szukali ich fachowcy.
Dowiadujemy się, że lisowickie dinozary są najstarszymi w Polsce. Jednym z najbardziej okazałych jest pierwszy polski dinozaur drapieżny – Smok Wawelski. „Smok” to nazwa rodzajowa, „Wawelski” to nazwa gatunkowa. Przez swoją wyjątkowość został tak nazwany na cześć słynnej legendy, aby jego nazwa kojarzyła się z Polską. Był on największym drapieżnikiem późnego triasu, mierzył 5-6 m długości i ważył tonę. I jak dotąd, nie znaleziono jego szczątków nigdzie indziej.
Innym okazem lisowickich skarbów jest dicynodont, największy i ostatni na Ziemi. Z wykładu pani Ani utkwiło najbardziej, że miał kolano wielkości głowy dziecka. I ogromną łopatkę. I że żył w Lisowicach długo po tym, jak dicynodonty wymarły, a przynajmniej tak wcześniej myślano.
Innym przykładem lisowickich dinozaurów są celyfozoidy, w muzeum jeden taki stoi na wystawie i choć nie jest przesadnie duży, to nie chcielibyśmy spotkać się z nim oko w oko w lesie.
Galeria lisowickich eksponatów jest dużo dłuższa i nie sposób jej wymienić w całości, zresztą nie ma to sensu. Tu trzeba przyjechać, zobaczyć wszystko na własne oczy i posłuchać pani Ani i jej niesamowitego wykładu. My tu jesteśmy już prawie dwie godziny, a mamy wrażenie, jakbyśmy dopiero co weszli, głowa pęka od nadmiaru wiadomości, które próbują znaleźć w niej stałe miejsce, aż widać, jak ich opary kotłują się nad naszymi mózgami, no niestety nie da się, wszystko się nie zmieści, nawet nie wiem, czy tutaj przedstawiona relacja czegoś nie przekręca. Muzeum jest niesamowite, nowocześnie urządzone, z przemiłą i fachową obsługą, to nie tylko atrakcja turystyczna, ale niemal ośrodek edukacyjny, na dodatek na odległość przysłowiowego rzutu kamieniem.
Dobra, o muzeum już wystarczy. W końcu wychodzimy, idziemy jeszcze na tyły, tam stoi jeszcze jeden smok, przy którym robimy zdjęcie i zbieramy się do dalszej drogi. Trochę nam się wizyta w Lisowicach przedłużyła, a chcemy jeszcze zdążyć na traktory w Lubecku. Zostało pół godziny. Wsiadamy więc na rowery i jedziemy na Draliny, gdzie skręcamy w prawo na Lubecko. Po kilometrze dojeżdżamy na miejsce. Zdążyliśmy. Obok kościoła przy skansenie tłum ludzi i traktorów. Bufet z lodami, napojami, prowizoryczna scena, namiot z ławkami i stolikami. Jeden z tubylców pyta, dlaczego przyjechaliśmy tak późno? Wcześniej było jedzenie i to darmowe. Teraz już po wszystkim.
No nie jest po wszystkim, traktory jeszcze są. Właśnie szykują się do parady. A to po to tu przyjechaliśmy. Oglądamy je wszystkie po kolei, odmalowane, wypucowane, nawet opony się świecą. Stare Ursusy, stare Zetory, stare Diesle, te prawdziwe jeszcze, takie, co bez prądu jeździły, powyciągane gdzieś z zakamarków starych stodół i wszystkie na chodzie, właśnie zbierają się w kolejce do wyjazdu. Na początek wóz strażacki na niebieskich kogutach toruje im drogę, a za nim wysypują się z placu kościelnego jeden za drugim zabytki starej techniki i ruszają w drogę do Lublińca. Paradę zamyka kolejny wóz strażacki i w ten sposób kolumna rusza na paradę.
Wreszcie robi się cicho. Wchodzimy z powrotem na plac i szukamy jakiegoś obiadu. Zamiast tego znajdujemy traktorowy kulig. Jeden traktor się ostał, nie pojechał do Lublińca. Przyczepione ma z tyłu kolorowe wagoniki z beczek. Nie zastanawiamy się długo, tylko wsiadamy i robimy zdjęcia. Jak już siedzimy, pojawia się właściciel traktora i pyta się, czy chcemy się przejechać. Nam nie trzeba dwa razy takich propozycji składać, więc skwapliwie korzystamy. Wyjeżdżamy na ulicę i zaliczamy przejażdżkę po Lubecku z dwoma ekstra kółkami na skrzyżowaniu. Jak Seba później skomentował: „poszli jak dziki w las”. No więc poszliśmy. Po powrocie dziękujemy za przejażdżkę, idziemy odwiedzić zabytkowy kościół, a potem dalej szukamy obiadu. Obok kościoła stoi restauracja. Idziemy sprawdzić, a tam przygotowania do jakieś dużej imprezy, na stołach rezerwacja, chyba nic z tego nie będzie. Pytamy jednak obsługę, czy możemy dostać obiad, jakby co, to zjemy go na stolikach na dworze. I tu niespodzianka: owszem, możecie, ale dziś „tylko” rosół i rolada. Tylko! Nawet nie pytamy, ile to będzie kosztowało, tylko od razu siadamy. „Tylko” rolada. Ciekawe, co tu serwują, jak nie ma rezerwacji. Dzika?
Po paru minutach rolady wjeżdżają na stół i w końcu możemy się najeść. Po obiedzie siadamy na pobliskich leżankach i okazuje się, że to był błąd, bo siąść dało się łatwo, a teraz nie chce się wstać. Słońce przyświeca, ciepełko fajnie grzeje i co? Zostajemy do jutra? W końcu komuś udaje się wstać. Powoli wszyscy idą w jego ślady i wracamy pod kościół po rowery. Tutaj przechodzimy obok stoiska z kawą i kołoczem. Zestaw – 9 zł. Nie da się przejść obojętnie. Znów się zatrzymujemy i ustalamy, że siadamy do ciasta – w sam raz po obiedzie.
Teraz naprawdę już ruszamy. Do Lublińca nie jedziemy, mimo że taki mieliśmy pierwotny plan. Jedziemy za to do Lipia, obejrzeć starą cegielnię. Musimy najpierw wjechać na Lipską Górę. Ma ona 299 m n.p.m. Widok z niej jest rozległy. Na samym dole Steblów i Lubliniec, na wprost widać wiatraki z Wielowsi, nieco po prawej masyw Góry św. Anny, a przed nim Dolinę Małej Panwi i gdzieś tam w lesie Zawadzkie.
Wypatrujemy komina hutniczego, ale nie mamy czasu dokładniej się przyjrzeć i zjeżdżamy w stronę cegielni. Droga polna, lekko kamienista, ale na rower wystarczająca – to jeden z najlepszych kawałków dzisiejszego rajdu. Prawie kilometr z góry. Bez pedałowania i jeszcze miejscami trzeba hamować. Zjeżdżamy pod cegielnię i zatrzymujemy się przy torach. Musimy je objechać, ale niedaleko jest przejazd kolejowy. Przejeżdżamy na drugą stronę i podjeżdżamy pod cegielnię. Dziś jest już nieczynna, popada w ruinę. Teren zarasta chaszczami, a budynek zaczyna się stopniowo walić. Komin obwieszony antenami i chyba w ten sposób próbuje na siebie zarobić. Gmina Lisowice chciała wykorzystać cegielnię, by utworzyć tutaj ośrodek edukacyjno-paleontologiczny, ale nie potrafi się dogadać z właścicielem cegielni i w efekcie cegielnia jak i teren po niej zarasta i niszczeje. Oglądamy ten przykry widok, po czym ruszamy w stronę Wymyślacza.
Wyjeżdżamy na główną drogę z Lublińca, ale na szczęście nie musimy nią jechać, tylko przecinamy w poprzek. Za chwilę asfalt się kończy, a po lewej stronie za jednym z domów wypatrujemy… kozę! Pasie się na łące. Pokazujemy palcem, a trochę dalej druga. Tylko uszy widać. Koza! Kozy tu są! się rozlega. Jakby mało tego było, pod drugiej stronie dostrzegamy kolejne kozy, aż wreszcie przy kolejnym domostwie pasie się całe stadko. Mijamy je i wjeżdżamy do Wymyślacza. Ten dawny przysiółek dziś staje się powoli pełnoprawną dzielnicą Lublińca. Mijamy nowe szeregowce, eleganckie obejścia, eleganckie auta i wyjeżdżamy w centrum (Wymyślacza!) na drogę. Trochę nią podjeżdżamy i skręcamy na stawy na Solarni. Okazuje się, że na stawach stoi znak „Teren prywatny” i przejechać się nie da. Musimy zawrócić i przejechać obok. Stawów nie zobaczymy. Nie udało się. Ani tutaj, ani z drugiej strony. Przejeżdżamy leśną drogą i wkrótce wyjeżdżamy na Solarni. Tutaj „doganiamy” jeden z traktorów, które widzieliśmy w Lubecku. Przyjechał stąd i teraz wraca do domu. W Solarni z daleka widać wieżę remizy strażackiej i obok niej krzyż na pobliskim kościele, ale to, że je widać, wcale nie oznacza, że łatwo do nich dojechać. Trochę kluczymy po Solarni, ale w końcu dojeżdżamy do kościoła. Zatrzymujemy się na chwilę. Schodzimy z rowerów, podchodzimy do szklanych drzwi, a w środku coś się dzieje. Przyklejamy nos do drzwi, a tam msza. Akurat się kończy, proboszcz czyta ogłoszenia. Stoimy z nosami na szybie i słyszymy, a tu proboszcz nagle: „i pozdrawiamy osoby za drzwiami na zewnątrz, które przejeżdżały i zatrzymały się”. Asia macha proboszczowi zza szyby i się uśmiecha. Czekamy do końca mszy, wypuszczamy ludzi i zastanawiamy się, czy skoro ksiądz nas pozdrowił na sam koniec, to mamy niedzielną mszę zaliczoną, czy nie? Wchodzimy do środka, chwila na skupienie, po czym ruszamy w dalszą trasę.
Teraz jedziemy prosto na Kośmidry, tam gdzie obie grupy się spotkały. Na Kośmidrach grupa Kolonowskie postanawia jechać razem z nami do Zawadzkiego. Wracamy więc w pełnej obsadzie, zahaczamy po drodze o Żędowice, gdzie zostawiamy żędowicką część rajdu i jedziemy do Zawadzkiego. Przy Biedronce spotykamy Sebę, który na nasz widok zawraca i choć rajdu z nami nie rozpoczął, to z nami go kończy. Przy Biedronce żegnamy się, pełni wrażeń, i jak zwykle żegnamy się „do zaś”. Kolejny rajd znienacka dobiegł końca.
