Rajd Znienacka - Kokotek
Jest czwartek rano, pierwszy dzień maja. Poranek wita nas rześkim powietrzem i ciepłym słońcem. Świat jakby zamarł, wszystko pozamykane, pod Biedronką pusto, na parkingu ani jednego auta, ludzie jakby wymarli i tylko kilka rowerów przed wejściem do sklepu świadczy o tym, że coś się święci. A i święci się w rzeczy samej. Dziś wybieramy się na Kokotek, przemiły staw niedaleko Lublińca, świetne miejsce na spędzenie majówki. Grupa Znienacka gromadzi się przy swoich rowerach, jest nas dzisiaj sporo, idziemy na rekord. Wśród nas kilka nowych twarz, witamy w naszym gronie.
Na początek rozwijamy naszą oddziałową flagę i robimy zdjęcie, by rajd uwiecznić. Przed wyjazdem sprawdzamy, czy mamy zapasowe dętki, bo od naszej zeszłorocznej wyprawy z dętkowo/oponowymi przygodami dmuchamy na zimne i bez rowerowej apteczki pierwszej pomocy nie ruszamy się nigdzie. Rowery są więc gotowe, my także, po chwili dołączają ostatni uczestnicy i w sile osiemnastu rowerów ruszamy w trasę. Mijamy Manhattan, przebijamy się na Świerkle, przejeżdżamy przez most na Małej Panwi i skręcamy w las. W lesie wiosna już na całego. Świat dookoła zieleni się na potęgę, ale zauważamy, że mimo wczesnowiosennej jeszcze aury w lesie jest już sucho. I to bardzo.
To bardzo niepokojący symptom. Tuż obok dróżki mijamy kilka wzniesionych przez bobry tam na śródleśnym strumyku i tutaj woda jest. Szkoda, że nie wszyscy doceniają hydrologiczny wkład bobrów w ochronę naszego środowiska i widzą w nich raczej szkodników przewracających drzewa, a to dzięki nim właśnie w prosty i na dodatek darmowy i fachowy sposób możemy zatrzymać wodę w naszych lasach i łąkach nie pozwalając jej od razu spłynąć do rzek i morza.
Obok tam mijamy leśne mokradła, pniemy się zawijającą drogą pod górę i wkrótce wypadamy na prosty i łagodny trakt prowadzący do kośmiderskiej drogi. Tam skręcamy w lewo i jedziemy ku dawnej granicy polsko-niemieckiej. Żartujemy, że właśnie wjeżdżamy do Polski i trzeba sprawdzić paszporty. Grupa nam się trochę rozciąga, więc co jakiś czas zatrzymujemy się, żeby sprawdzić, czy wszyscy jadą. Jadą. Ruszamy więc dalej i po chwili dojeżdżamy do pierwszej atrakcji trasy, na Okrągły Staw. Większość już tutaj była, ale dla niektórych jest to nowe odkrycie, tym bardziej, że na stawie wita nas symfonia żab. Nie wiemy, czy śpiewają Bethovena, Straussa czy Vivaldiego, ale ich pieśń niesie się się po całym lesie. Słońce przyświeca z góry już na całego, robi się ciepło i wyskakujemy z porannych sweterków i narzut odsłaniając się na wspaniałe promienie budzącej się do życia wiosny. Na stawie harcują żaby, ale śladów obecności bobrów tutaj jest jakby mniej. I chyba coś na rzeczy jest, bo poziom wody w stawie jest niski, woda zalega tylko w głównej niecce, a okoliczne trzęsawiska, które zwykle zalane były po brzegi, dziś są suche. Nie miał kto poustawiać tam, by zatrzymać wodę, postawili ją tylko ludzie, ale jak widać, nie działa tak dobrze, jak te bobrowe.
Obejrzawszy Okrągły Staw i wysłuchawszy koncertu żab ruszamy w dalszą trasę. Zataczamy za stawem małe kółko i wypadamy na prościutką drogę, która wiedzie już do samego Kokotka. Prawie do samego, bo tuż przed końcem trzeba jeszcze przebrnąć przez obwodnicę Lublińca, ale tym będziemy się martwić później. Na razie jedziemy elegancką szutrową drogą, grupa znów nam się rozciąga, co rusz mijamy śródleśne rozwidlenia na lewo i prawo, gdzieś niedaleko w tym rejonie znajduje się trójstyk starych województw z czasów, gdy było ich czterdzieści dziewięć. Tutaj spotykały się województwa opolskie, katowickie i częstochowskie. Częstochowskiego dziś już nie ma, ale do punktu trójstyku zapewne kiedyś się wybierzemy – znienacka oczywiście.
Od dłuższego już czasu znajdujemy się na terenie Nadleśnictwa Lubliniec i wnet dojeżdżamy do asfaltowej drogi z Krupskiego Młyna do Lublińca. Leśnicy urządzili tu miejsce postoju dla leśnych turystów, z czego skwapliwie korzystamy. Stoi tu duża sześciokątna wiata z ławeczkami w środku, w której zasiadamy i wyciągamy na stół zapasy, jakie porobiliśmy na drogę. Od sałatek, warzyw, pieczywa, po banany, czekoladki i cukierki. Obok stoi tablica informacyjna z wielką mapą, ale mało kto na nią patrzy, większość grupy zdaje się na przewodnika i podąża za nim, wierząc, że nie pobłądzi i zawiedzie ich do celu.
Po krótkim odpoczynku podchodzimy do asfaltowej drogi, ale ruch na niej mały, auta jadą, ale gdzieś daleko jeszcze, przechodzimy więc na drugą stronę i jedziemy dalej. Po kilkuset metrach dojeżdżamy do torów kolejowych. To trasa z Łabęd na Lubliniec. Przejazd dla aut jest zamknięty, musimy go przejść pieszo. Potem już prosto do obwodnicy. Za dawnych czasów, gdy obwodnicy jeszcze nie było, droga prowadziła do samego Kokotka, teraz musimy się przez nią jednak przeprawić. Podchodzimy tuż do niej, ostatni odcinek pokonując pieszo, gdyż droga prowadzi stromo pod górę, na dodatek w piachu. Wygląda na to, że jak przez całą drogę trasa rowerowa jest przygotowana zupełnie przyzwoicie, to w tym miejscu o rowerzystach zapomniano. Nie ma nawet przejścia dla pieszych, nie ma ścieżki, po której można by do przejścia na pobliskim skrzyżowaniu podjechać, musimy przeprawić się przez ruchliwą trasę o własnych siłach. Na szczęście ruch na obwodnicy nie jest aż tak duży, wyczekujemy momentu, w którym tworzy się luka pomiędzy jedną chmarą aut a drugą i przechodzimy na drugą stronę.
Po drugiej stronie jest już elegancka asfaltowa ścieżka rowerowa uroczo wijąca się wśród drzew. Wjeżdżamy na nią i podjeżdżamy do wjazdu na ośrodek na Posmyku. To tutaj znajduje się cel naszej wyprawy. W pełni już rozluźnieni skręcamy w prawo i podjeżdżamy pod oblacką przystań. Przed samym końcem czeka nas jeszcze ostry podjazd na skarpę, na której mieści się przystań, ale za to na jej wierzchołku oczom naszym ukazuje się przepiękny widok na rozpościerający się za nią ogromny staw.
Staw Posmyk leży w centrum rozległych Lasów Lublinieckich, w turystyczno-wypoczynkowej dzielnicy Lublińca o nazwie Kokotek. Miłośników rekreacji przyciąga tutaj raczej płytki akwen o długości ponad 1,5 km i szerokości około 1 km. Ośrodki wypoczynkowe wokół niego zapraszają do korzystania z plaż i miejsc kąpielowych, wypożyczalni sprzętu wodnego oraz innych atrakcji. Co ciekawe, można tu obserwować rzadkie gatunki ptaków. Historia stawu sięga XVI wieku, kiedy to miejscowi zagrodnicy wykopali kilka tzw. rybników, aby hodować w nich karasie i liny. Rybniki te były zaopatrywane w słodką wodę z potoku Wilczarnia, który spływał ze wzgórz Sadowa. Kiedy zakłady hutnicze w Posmyku, Kokotku i Pustej Kuźnicy się rozrosły, postanowiono połączyć mniejsze stawy w jeden i w ten sposób wybudowano ogromny hutniczy staw z groblą. Potok Wilczarnia był już za mały, dostarczać do stawu odpowiednią ilość wody, przekopano więc porządny kanał od młyna na Leśnicy. Kanał ten dziś wygląda jak naturalna, wijąca się pięknie rzeka, nie dając wcale poznać po sobie, że jest sztucznie wybudowanym tworem techniki stawiarskiej.
Grobla wzdłuż wschodniego brzegu stawu porośnięta jest wiekowymi dębami, wiązami, klonami, lipami i olchami. Można podejrzewać, że dęby mają dobrze ponad 300 lat i były sadzone wraz z powstaniem grobli.
Wjeżdżamy więc na ogromną wydmę, na której mieści się restauracja Oblatów Posmyk i zsiadamy z rowerów. Z wydmy rozpościera się przepiękny widok na snujący się poniżej staw. Przed nim do wypoczynku zachęca zadbany zielony ogródek rekreacyjny z ławeczkami i stolikami. Ze stopniowo obniżającej się skarpy można podziwiać widoki i po prostu rozłożyć się na trawie w poczuciu błogiego relaksu na łonie natury. Przy brzegu straszą pozostałości starego mola, które w przeciwieństwie do reszty obiektu, nie zostało odremontowane i pamięta jeszcze czasy realnego socjalizmu. Z lekka tylko poobtykane drewnianymi belkami o dziwo, dalej służą turystom. Można na nie wejść, można obejść, obejrzeć wodę z bliska. Latem, gdy woda jest ciepła, da się nawet tutaj w niej popluskać. My dziś tylko patrzymy z góry, ale mimo to, kilku amatorów wiosennych kąpieli się znalazło.
W przybudówce restauracji Oblaci uruchomili mini punkt gastronomiczny. Można kupić loda, gofra, naleśnika, kiełbasę, krupniok i parę innych rzeczy. Kolejka jednak ciągnie się niemiłosiernie, choć wcale nie jest tak długa. Obsługa musi się jeszcze podszkolić, bo jak latem przyjedzie więcej amatorów wypoczynku, to ją wywiozą na taczkach. Odstajemy więc swoje w kolejce, a potem zasiadamy przy stoliku i zabieramy się za posiłek.
Najedzeni i nasyceni chcemy jeszcze podjechać do pobliskiego Łowiska Leśnica na obiecanego pstrąga, ale okazuje się, że ośrodek jest nieczynny do odwołania, więc rezygnujemy. Odpoczywamy jeszcze przez chwilę na Posmyku, po czym prezentujemy dumnie naszą flagę, przy której robimy kolejne grupowe zdjęcie na tle stawu. Teraz już nikt nie zakwestionuje naszego dokonania.
Na Posmyku część grupy się oddziela i wraca do Zawadzkiego swoją trasą, a my zjeżdżamy z przystani w kierunku wiekowej grobli, po czym skręcamy w prawo na Kokotek. Droga prowadzi czarnym asfaltowym szlakiem i po jakimś kilometrze dojeżdżamy do drogi z Lublińca na Tarnowskie Góry. Jedziemy przez chwilę ścieżką rowerową, by wkrótce przystanąć w dość mało oczywistym miejscu, ale to tutaj właśnie, po drugiej stronie, odchodzi leśna dróżka, która według map prowadzi do Żyłki, małej śródleśnej osady niedaleko Kokotka. To tędy wiedzie plan naszej trasy.
Przeprawiamy się przez asfalt i wjeżdżamy w nieznane. Dosłownie. Jeszcze tędy nie jechaliśmy, zupełnie nie wiemy, czego się spodziewać, zupełnie nie wiemy, co i czym nas tutaj zaskoczy. A zaskakuje sporo. Najsamwprzód okazuje się, że droga jest mocno piaszczysta. Nie ma kamieni, i tym się pocieszamy, ale niejednokrotnie trzeba zejść z roweru, żeby przeprowadzić go przez najbardziej piaszczyste odcinki. Ustalamy, że jest to więc rajdowa część naszego rajdu. Las dokoła za to wspaniały. Cudo natury wprost. Obok drogi prowadzi głębokie obniżenie, a w nim Sadowiec, dopływ Małej Panwi. Grupa nam się znowu rozjechała, więc czekamy, aż wszyscy podjadą i ruszamy dalej. Okazuje, że miejscowi też musieli mieć problem z piaszczystym traktem, bo oto pojawia się przed nami „samosiejka” – elegancko wyjeżdżona ścieżka obok drogi na szerokość jednego roweru (stary wynalazek ze starych czasów) – i tą ścieżką jedziemy już aż do samej Żyłki.
Do Żyłki wpadamy z rozpędem, bo droga z lasu jakby wlewa się do osady. Przypomina trochę Dziewczą Górę. Skręcamy na czymś, co można by od biedy uznać za rynek, w lewo i wkrótce dojeżdżamy do mostu, a na moście tabliczka: „Mała Panew”. Zatrzymujemy się na chwilę, spoglądamy w dół i coś jakoś ta Mała Panew mała, malutka. I czyściutka. Obok mostu malutka przystań kajakowa. Nasza Mała Panew, ta w Zawadzkiem, to już całkiem poważna rzeka w porównaniu z tym strumykiem w Żyłce.
Robimy kilka zdjęć i ruszamy dalej. Za Małą Panwią wpadamy w las, przez który wiedzie piękna asfaltowa droga, coś jak nasz trakt z Zawadzkiego przez Kąty do Amazonki, tyle, że wijący się zakrętami. Po paru kilometrach wjeżdżamy do Potępy, gdzie natrafiamy na kolejny most, tym razem nad Stołą, kolejnym dopływem Małej Panwi, który wpada do niej tuż za Potępą. I już dowiadujemy się, skąd w Małej Panwi bierze się brudna woda. Stoła przypomina raczej ściek, niż rzekę. Jej początek znajduje się w okolicy Strzybnicy i być może to tłumaczy, skąd w niej tyle nieczystości. Mija po drodze Boruszowice, Tworóg, Koty i to wystarcza, by czystą wodę zamienić w ściek. Takie bliżej nieokreślone coś, wpada za Potępą do Małej Panwi. A potem wszyscy mówią, że ta Mała Panew to taka brudna rzeka. Nie, to nieprawda, Mała Panew jest w porządku, to Stoła robi „brudną” robotę.
Potępę przejeżdżamy w poprzek, po czym skręcamy w prawo na Stary Ziętek. Mijamy ogródki działkowe, po czym wpadamy w las, na końcu którego wyjeżdżamy na kolejny mostek, tym razem wąziutki, tylko dla rowerów w Starym Ziętku. Pod mostem wije się Mała Panew, już nie tak czysta, jak w Żyłce, ale też wiemy dlaczego. Spoglądamy na „naszą” rzekę, po czym przez Stary Ziętek wjeżdżamy do Krupskiego Młyna.
W Krupskim Młynie objeżdżamy ogromne rondo, z którego skręcamy w ulicę Zawadzkiego, na stary wiszący most. Zbudowany został w 1930 r., ma długość 25 metrów i jest fajną atrakcją. Najlepsza jest chyba ta, że jak na niego wejść, to skrzypi. Konstrukcja zawieszona na czterech grubych linach potrafi pod wpływem kroków wachlować, a jej drgania są wyraźnie wyczuwalne. Pod wpływem tych drgań konstrukcja wydaje skrzypiące dźwięki, które mogą sprawiać wrażenie, że most chce się zawalić. Żeby jednak w pełni docenić te ambiwalentne wrażenia, trzeba samemu na ten most wejść i się przekonać.
Na moście robimy kolejne grupowe zdjęcie, po czym jedziemy pod główną bramę Nitroerg, gdzie mieszkają przyzakładowe kociaki. Na miejscu okazuje się, że z kilkunastu kociaków z przed roku ostały się tylko trzy. Kiciamy je, ale że nie chcą podejść mając widocznie ważniejsze sprawy na uwadze, zawracamy i kierujemy się na dawną stację PKP w Krupskim Młynie. Stacja stoi dalej, w zasadzie peron, nie stacja, zupełnie zapomniana, na samym końcu Krupskiego Młyna, tory wydają się być w dobrym stanie, tylko pociągu nie ma. A kiedyś jeździł tutaj rozkładowy pociąg do Kielczy. Dziś nawet drezyny nie ma, a mogłaby być w tym miejscu sporą atrakcją.
Tuż za stacją mijamy po lewej stronie boisko piłkarskie i meandrując między domostwami po krętych uliczkach wydostajemy się na główną drogę do Kielczy. Nie jedziemy jednak długo, bo po paru metrach skręcamy znów w las, przejeżdżamy jeszcze raz przez tory i elegancką ścieżką jedziemy do Kielczy. Droga jest dobra aż do wyjazdu z lasu. Wjeżdżając na kielczańskie łąki i pola trafiamy jakby do poprzedniej epoki. Droga dziurawa i wyboista. Aż się prosi, by ten kawałek wyremontować, wtedy mielibyśmy wspaniałą rowerową arterię z Kielczy do Krupskiego Młyna.
W Kielczy mijamy kolejne domostwa i wyjeżdżamy obok kościoła, po czym zatrzymujemy się przy cmentarzu, gdzie idziemy odwiedzić grób ks. Józefa Wajdy. Ks. Wajda urodził się w 1849 r. Był proboszczem w Kielczy od 1885 r. Przyczynił się do odnowy tutejszego kościoła, zainicjował budowę kościoła w Żędowicach. Udzielał się w wielu organizacjach polskich. Założył i przewodniczył Związkowi Katolickich Robotników w Kielczy, wspierał Związek Pomocy Chrześcijańskich Robotników Górnośląskich w Zawadzkiem, był inicjatorem Kasy Oszczędnościowo Pożyczkowej, a także Banku Ludowego w Szczepanku. Wspierał polskie chóry kościelne i świeckie. W 1908 roku został wybrany posłem do parlamentu Rzeszy. Zasłynął w nim słynną mową w marcu 1911 r. w obronie prawa Górnoślązaków do języka polskiego. Działał na rzecz polskości Śląska, po plebiscycie i podziale Śląska i po zorganizowanym na niego napadzie bojówki niemieckiej przeprowadził się do Chorzowa, gdzie zmarł w 1923 r. Pochowany w Hajdukach Wielkich (dzielnica Chorzowa), w 1946 r. po ekshumacji jego szczątki sprowadzono do Kielczy, gdzie dziś znajduje się jego grób.
Po wizycie u ks. Wajdy jedziemy dalej do Żędowic, gdzie w restauracji Bronder czeka na nas druga część naszego rajdu, która wcześniej „zgubiła” nam się w Kielczy. Okazuje się, że została z tyłu, a potem pojechała inną drogą, przez las. W Żędowicach spotykamy się znowu, gdzie przysiadamy w słoneczku na ławeczce i rozkoszujemy się piękną pogodą. Potem wsiadamy na rowery i jedziemy łąkami do Zawadzkiego. W Zawadzkiem podjeżdżamy pod Biedronkę, gdzie cała wycieczka ranem się rozpoczęła i w wybornych nastrojach kończymy rajd. Do zobaczenia następnym razem.
