Rajd Znienacka - Kokotek

Ireneusz Ludwig Utworzono .

Start przy BiedronceJest czwartek rano, pierwszy dzień maja. Poranek wita nas rześkim powietrzem i ciepłym słońcem. Świat jakby zamarł, wszystko pozamykane, pod Biedronką pusto, na parkingu ani jednego auta, ludzie jakby wymarli i tylko kilka rowerów przed wejściem do sklepu świadczy o tym, że coś się święci. A i święci się w rzeczy samej. Dziś wybieramy się na Kokotek, przemiły staw nieda­leko Lublińca, świetne miejsce na spędzenie majówki. Grupa Znienacka gromadzi się przy swoich rowerach, jest nas dzi­siaj sporo, idziemy na rekord. Wśród nas kilka nowych twarz, witamy w naszym gronie.
Na początek rozwijamy na­szą oddziałową flagę i robimy zdjęcie, by rajd uwiecznić. Przed wyjazdem sprawdzamy, czy mamy zapasowe dętki, bo od naszej zeszłorocznej wyprawy z dętkowo/oponowymi przygodami dmucha­my na zimne i bez rowerowej ap­teczki pierwszej pomocy nie rusza­my się nigdzie. Rowery są więc go­towe, my także, po chwili dołą­czają ostatni uczestnicy i w sile osiemna­stu rowerów ruszamy w trasę. Mija­my Manhattan, przebija­my się na Świerkle, przejeżdżamy przez most na Małej Panwi i skrę­camy w las. W lesie wiosna już na całego. Świat dookoła zieleni się na potęgę, ale zauważamy, że mimo wczesnowio­sennej jeszcze aury w lesie jest już sucho. I to bardzo.

Okrągły StawTo bardzo niepok­ojący symptom. Tuż obok dróżki mijamy kilka wznie­sionych przez bobry tam na śródle­śnym strumyku i tutaj woda jest. Szkoda, że nie wszyscy doceniają hydrolo­giczny wkład bobrów w ochronę naszego środowiska i wi­dzą w nich raczej szkodników prze­wracających drzewa, a to dzięki nim właśnie w prosty i na dodatek darmowy i fachowy sposób możemy zatrzymać wodę w naszych la­sach i łąkach nie pozwalając jej od razu spłynąć do rzek i morza.
Okrągły StawObok tam mijamy leśne mokradła, pniemy się zawijającą drogą pod górę i wkrótce wypadamy na prosty i łagodny trakt prowadzący do kośmiderskiej drogi. Tam skręcamy w lewo i jedziemy ku dawnej granicy polsko-niemieck­iej. Żartujemy, że właśnie wjeżdżamy do Polski i trzeba sprawdzić paszporty. Grupa nam się trochę rozciąga, więc co jakiś czas zatrzymujemy się, żeby sprawdzić, czy wszyscy jadą. Jadą. Ruszamy więc dalej i po chwili dojeżdża­my do pierwszej atrakcji trasy, na Okrągły Staw. Większość już tutaj była, ale dla niektó­rych jest to nowe odkrycie, tym bardziej, że na stawie wita nas symfonia żab. Nie wiemy, czy śpiewają Bethovena, Straussa czy Vivaldiego, ale ich pieśń niesie się się po całym lesie. Słońce przyświeca z góry już na całego, robi się ciepło i wy­skakujemy z porannych sweter­ków i narzut odsłaniając się na wspaniałe promienie budzącej się do życia wiosny. Na stawie harcują żaby, ale śladów obec­ności bobrów tutaj jest jakby mniej. I chyba coś na rzeczy jest, bo poziom wody w stawie jest niski, woda zalega tylko w głównej niecce, a okoliczne trzęsa­wiska, które zwykle zalane były po brzegi, dziś są suche. Nie miał kto poustawiać tam, by zatrzy­mać wodę, postawili ją tylko ludzie, ale jak widać, nie działa tak dobrze, jak te bobrowe.
Chwila na odpoczynekObejrzawszy Okrągły Staw i wysłuchawszy koncertu żab ru­szamy w dalszą trasę. Zatacza­my za stawem małe kółko i wy­padamy na prościutką drogę, która wiedzie już do samego Kokotka. Prawie do samego, bo tuż przed końcem trzeba jeszcze przebrnąć przez obwodnicę Lu­blińca, ale tym będziemy się martwić później. Na razie je­dziemy ele­gancką szutrową drogą, grupa znów nam się roz­ciąga, co rusz mijamy śródleśne rozwidlenia na lewo i prawo, gdzieś niedale­ko w tym rejonie znajduje się trójstyk starych województw z czasów, gdy było ich czterdzie­ści dziewięć. Tutaj spotykały się wojewódz­twa opolskie, ka­towickie i częstochowskie. Częstochowskiego dziś już nie ma, ale do punktu trójsty­ku zapewne kiedyś się wybierzemy – znienacka oczywiście.
Tutaj o rowerzystach zapomnianoOd dłuższego już czasu znajdujemy się na terenie Nadleśnictwa Lubliniec i wnet dojeżdżamy do asfaltowej drogi z Krupskiego Młyna do Lublińca. Leśnicy urządzili tu miejsce postoju dla leśnych turystów, z czego skwapliwie korzystamy. Stoi tu duża sześciokątna wiata z ławeczkami w środku, w której zasiadamy i wyciąga­my na stół zapasy, jakie poro­biliśmy na drogę. Od sałatek, warzyw, pieczywa, po banany, czekoladki i cukierki. Obok stoi tablica informacyjna z wielką mapą, ale mało kto na nią patrzy, większość grupy zdaje się na przewodnika i po­dąża za nim, wierząc, że nie pobłądzi i zawiedzie ich do celu.
Jesteśmy na PosmykuPo krótkim odpoczynku podchodzimy do asfaltowej drogi, ale ruch na niej mały, auta jadą, ale gdzieś daleko jeszcze, przechodzimy więc na drugą stronę i jedziemy da­lej. Po kilkuset metrach dojeż­dżamy do torów kolejowych. To trasa z Łabęd na Lubliniec. Przejazd dla aut jest zamknięty, musimy go przejść pieszo. Potem już prosto do obwodnicy. Za dawnych czasów, gdy obwodnicy jeszcze nie było, droga prowadziła do samego Kokotka, teraz musimy się przez nią jednak przeprawić. Podchodzimy tuż do niej, ostatni odcinek pokonując pieszo, gdyż droga prowadzi stromo pod górę, na dodatek w piachu. Wygląda na to, że jak przez całą drogę trasa rowe­rowa jest przygotowana zupełnie przyzwoicie, to w tym miejscu o ro­werzystach zapomniano. Nie ma na­wet przejścia dla pieszych, nie ma ścieżki, po której można by do przejścia na pobliskim skrzyżowa­niu podjechać, musimy przeprawić się przez ruchliwą trasę o własnych siłach. Na szczęście ruch na obwod­nicy nie jest aż tak duży, wyczeku­jemy momentu, w którym tworzy się luka pomiędzy jedną chmarą aut a drugą i przechodzimy na drugą stronę.
Staw na KokotkuPo drugiej stronie jest już elegancka asfaltowa ścieżka rowerowa uroczo wijąca się wśród drzew. Wjeżdżamy na nią i podjeżdżamy do wjazdu na ośrodek na Posmyku. To tutaj znajduje się cel na­szej wyprawy. W pełni już rozluźnieni skręcamy w prawo i podjeżdżamy pod oblacką przystań. Przed samym końcem czeka nas jeszcze ostry podjazd na skarpę, na której mieści się przystań, ale za to na jej wierzchołku oczom naszym ukazuje się przepiękny widok na rozpościerający się za nią ogromny staw.
Staw Posmyk leży w centrum rozległych Lasów Lublinieckich, w turystyczno-wypo­czynkowej dzielnicy Lublińca o nazwie Ko­kotek. Miłośników rekreacji przyciąga tutaj raczej płytki akwen o długości ponad 1,5 km i szerokości około 1 km. Ośrodki wypo­czynkowe wokół niego zapraszają do ko­rzystania z plaż i miejsc kąpielowych, wy­pożyczalni sprzętu wodnego oraz innych atrakcji. Co ciekawe, można tu obserwować rzadkie gatunki ptaków. Historia stawu się­ga XVI wieku, kiedy to miejscowi zagrod­nicy wykopali kilka tzw. rybników, aby ho­dować w nich karasie i liny. Rybniki te były zaopatrywane w słodką wodę z potoku Wil­czarnia, który spływał ze wzgórz Sadowa. Kiedy zakłady hutnicze w Posmyku, Kokot­ku i Pustej Kuźnicy się rozrosły, postano­wiono połączyć mniejsze stawy w jeden i w ten sposób wybudowano ogromny hutniczy staw z groblą. Potok Wilczarnia był już za mały, dostarczać do stawu odpowiednią ilość wody, przekopano więc porządny ka­nał od młyna na Leśnicy. Kanał ten dziś wygląda jak naturalna, wijąca się pięknie rzeka, nie dając wcale poznać po sobie, że jest sztucznie wybudowanym tworem tech­niki stawiarskiej.
Grobla wzdłuż wschodniego brzegu stawu porośnięta jest wiekowymi dębami, wiązami, klona­mi, lipami i olchami. Można podejrzewać, że dęby mają dobrze ponad 300 lat i były sadzone wraz z powstaniem grobli.
PTTK Zawadzkie - Rajd Znienacka - KokotekWjeżdżamy więc na ogromną wydmę, na której mieści się restauracja Oblatów Posmyk i zsiada­my z rowerów. Z wydmy rozpościera się przepiękny widok na snujący się poniżej staw. Przed nim do wypoczynku zachęca zadbany zielony ogródek rekreacyjny z ławeczkami i stolikami. Ze stop­niowo obniżającej się skarpy można podziwiać widoki i po prostu rozłożyć się na trawie w poczu­ciu błogiego relaksu na łonie natury. Przy brzegu straszą pozostałości starego mola, które w przeci­wieństwie do reszty obiektu, nie zostało odremontowane i pamięta jeszcze czasy realnego socjali­zmu. Z lekka tylko poobtykane drewnianymi belkami o dziwo, dalej służą turystom. Można na nie wejść, można obejść, obejrzeć wodę z bliska. Latem, gdy woda jest ciepła, da się nawet tutaj w niej popluskać. My dziś tylko patrzymy z góry, ale mimo to, kilku amatorów wiosennych kąpieli się znalazło.
Most na Małej Panwi w ŻyłceW przybudówce restauracji Oblaci uruchomili mini punkt gastronomiczny. Można kupić loda, gofra, naleśnika, kiełbasę, krupniok i parę innych rzeczy. Kolejka jednak ciągnie się niemiłosiernie, choć wcale nie jest tak długa. Obsługa musi się jeszcze podszkolić, bo jak latem przyjedzie więcej amatorów wypoczynku, to ją wywiozą na taczkach. Odstajemy więc swoje w kolejce, a potem za­siadamy przy stoliku i zabieramy się za posiłek.
Najedzeni i nasyceni chcemy jeszcze podjechać do pobliskiego Łowiska Leśnica na obiecanego pstrąga, ale okazuje się, że ośrodek jest nieczynny do odwołania, więc rezygnuje­my. Odpoczywamy jeszcze przez chwilę na Posmyku, po czym prezentujemy dumnie naszą flagę, przy której robimy kolejne grupowe zdjęcie na tle stawu. Teraz już nikt nie zakwestionuje naszego dokonania.
Na Posmyku część grupy się oddziela i wraca do Zawadzkiego swoją trasą, a my zjeżdżamy z przystani w kierunku wieko­wej grobli, po czym skręcamy w prawo na Kokotek. Droga prowadzi czarnym asfalto­wym szlakiem i po jakimś kilometrze do­jeżdżamy do drogi z Lublińca na Tarnow­skie Góry. Jedziemy przez chwilę ścieżką rowerową, by wkrótce przystanąć w dość mało oczywistym miejscu, ale to tutaj wła­śnie, po drugiej stronie, odchodzi leśna dróżka, która według map prowadzi do Żyłki, małej śródle­śnej osady niedaleko Kokotka. To tędy wiedzie plan naszej trasy.
Jedziemy do PotępyPrzeprawiamy się przez asfalt i wjeżdżamy w nieznane. Dosłownie. Jeszcze tędy nie jechaliśmy, zupełnie nie wiemy, czego się spodziewać, zupełnie nie wiemy, co i czym nas tutaj zaskoczy. A za­skakuje sporo. Najsamwprzód okazuje się, że droga jest mocno piaszczysta. Nie ma kamieni, i tym się pocieszamy, ale niejednokrotnie trzeba zejść z roweru, żeby przeprowadzić go przez najbardziej piaszczyste odcinki. Ustalamy, że jest to więc rajdowa część naszego rajdu. Las dokoła za to wspaniały. Cudo natury wprost. Obok drogi prowadzi głębokie obniżenie, a w nim Sadowiec, do­pływ Małej Panwi. Grupa nam się znowu rozjechała, więc czekamy, aż wszyscy podjadą i ruszamy dalej. Okazuje, że miejscowi też mu­sieli mieć problem z piaszczystym traktem, bo oto pojawia się przed nami „samosiejka” – elegancko wy­jeżdżona ścieżka obok drogi na szero­kość jednego roweru (stary wynalazek ze starych czasów) – i tą ścieżką je­dziemy już aż do samej Żyłki.
PotępaDo Żyłki wpadamy z rozpędem, bo droga z lasu jakby wlewa się do osa­dy. Przypomina trochę Dziewczą Górę. Skręcamy na czymś, co można by od biedy uznać za rynek, w lewo i wkrótce dojeżdżamy do mostu, a na moście tabliczka: „Mała Panew”. Za­trzymujemy się na chwilę, spogląda­my w dół i coś jakoś ta Mała Panew mała, malutka. I czyściutka. Obok mostu malutka przystań kajakowa. Nasza Mała Panew, ta w Zawadzkiem, to już całkiem poważna rzeka w porównaniu z tym strumykiem w Żyłce.
Robimy kilka zdjęć i ruszamy dalej. Za Małą Panwią wpadamy w las, przez który wiedzie pięk­na asfaltowa droga, coś jak nasz trakt z Zawadzkiego przez Kąty do Amazonki, tyle, że wijący się zakrętami. Po paru kilometrach wjeż­dżamy do Potępy, gdzie natrafiamy na kolejny most, tym razem nad Stołą, ko­lejnym dopływem Małej Panwi, który wpada do niej tuż za Potępą. I już do­wiadujemy się, skąd w Małej Panwi bie­rze się brudna woda. Stoła przypomina raczej ściek, niż rzekę. Jej początek znajduje się w okolicy Strzybnicy i być może to tłumaczy, skąd w niej tyle nie­czystości. Mija po drodze Boruszowice, Tworóg, Koty i to wystarcza, by czystą wodę zamienić w ściek. Takie bliżej nie­określone coś, wpada za Potępą do Ma­łej Panwi. A potem wszyscy mówią, że ta Mała Panew to taka brudna rzeka. Nie, to nieprawda, Mała Panew jest w porządku, to Stoła robi „brudną” robotę.
Most na Małej Panwi w Starym ZiętkuPotępę przejeżdżamy w poprzek, po czym skręcamy w prawo na Stary Ziętek. Mijamy ogródki działkowe, po czym wpadamy w las, na końcu którego wyjeżdżamy na kolejny mostek, tym razem wąziutki, tylko dla rowerów w Starym Ziętku. Pod mostem wije się Mała Panew, już nie tak czysta, jak w Żyłce, ale też wiemy dlaczego. Spoglądamy na „naszą” rzekę, po czym przez Stary Ziętek wjeżdżamy do Krupskiego Młyna.
W Krupskim Młynie objeżdżamy ogromne rondo, z którego skręcamy w ulicę Zawadzkiego, na stary wiszący most. Zbudowany został w 1930 r., ma długość 25 metrów i jest fajną atrakcją. Naj­lepsza jest chyba ta, że jak na niego wejść, to skrzypi. Konstrukcja zawie­szona na czterech grubych linach potrafi pod wpływem kroków wachlować, a jej drgania są wyraźnie wyczuwalne. Pod wpływem tych drgań konstrukcja wydaje skrzypiące dźwięki, które mogą sprawiać wrażenie, że most chce się zawalić. Żeby jednak w pełni doce­nić te ambiwalentne wrażenia, trzeba samemu na ten most wejść i się prze­konać.
Wiszący most w Krupskim MłynieNa moście robimy kolejne grupowe zdjęcie, po czym jedziemy pod główną bramę Nitroerg, gdzie mieszkają przy­zakładowe kociaki. Na miejscu okazu­je się, że z kilkunastu kociaków z przed roku ostały się tylko trzy. Kiciamy je, ale że nie chcą podejść mając widocznie ważniejsze sprawy na uwadze, zawracamy i kierujemy się na dawną stację PKP w Krupskim Młynie. Stacja stoi dalej, w zasadzie peron, nie stacja, zupełnie zapomnia­na, na samym końcu Krupskiego Mły­na, tory wydają się być w dobrym sta­nie, tylko pociągu nie ma. A kiedyś jeździł tutaj rozkładowy pociąg do Kielczy. Dziś nawet drezyny nie ma, a mogłaby być w tym miejscu sporą atrakcją.
KielczaTuż za stacją mijamy po lewej stro­nie boisko piłkarskie i meandrując między domostwami po krętych ulicz­kach wydostajemy się na główną dro­gę do Kielczy. Nie jedziemy jednak długo, bo po paru metrach skręcamy znów w las, przejeżdżamy jeszcze raz przez tory i elegancką ścieżką jedzie­my do Kielczy. Droga jest dobra aż do wyjazdu z lasu. Wjeżdżając na kielczańskie łąki i pola trafiamy jakby do poprzedniej epoki. Droga dziurawa i wyboista. Aż się prosi, by ten kawałek wyremontować, wtedy mielibyśmy wspaniałą rowerową arterię z Kielczy do Krupskiego Młyna.
Grób ks. WajdyW Kielczy mijamy kolejne domostwa i wyjeżdżamy obok kościoła, po czym zatrzymujemy się przy cmentarzu, gdzie idziemy odwiedzić grób ks. Józefa Wajdy. Ks. Wajda urodził się w 1849 r. Był proboszczem w Kielczy od 1885 r. Przyczynił się do odnowy tutejszego kościoła, zainicjował budowę kościoła w Żędowicach. Udzielał się w wielu organizacjach polskich. Założył i przewodniczył Związkowi Katolickich Robotni­ków w Kielczy, wspierał Związek Pomocy Chrześcijańskich Robotni­ków Górnośląskich w Zawadz­kiem, był inicjatorem Kasy Oszczędnościowo Pożyczkowej, a także Banku Ludowego w Szcze­panku. Wspierał polskie chóry ko­ścielne i świeckie. W 1908 roku został wybrany posłem do parla­mentu Rzeszy. Zasłynął w nim słynną mową w marcu 1911 r. w obronie prawa Górnoślązaków do języka polskiego. Działał na rzecz polskości Śląska, po plebiscycie i podziale Śląska i po zorganizowanym na niego napadzie bojówki niemieckiej przeprowadził się do Chorzowa, gdzie zmarł w 1923 r. Pochowany w Hajdukach Wiel­kich (dzielnica Chorzowa), w 1946 r. po ekshumacji jego szczątki sprowadzono do Kielczy, gdzie dziś znajduje się jego grób.
Cmentarz w KielczyPo wizycie u ks. Wajdy je­dziemy dalej do Żędowic, gdzie w restauracji Bronder czeka na nas druga część na­szego rajdu, która wcześniej „zgubiła” nam się w Kielczy. Okazuje się, że została z tyłu, a potem pojechała inną drogą, przez las. W Żędowicach spo­tykamy się znowu, gdzie przysiadamy w słoneczku na ławeczce i rozkoszujemy się piękną pogodą. Potem wsia­damy na rowery i jedziemy łąkami do Zawadzkiego. W Zawadzkiem podjeżdżamy pod Biedronkę, gdzie cała wycieczka ranem się rozpoczęła i w wybornych nastrojach kończymy rajd. Do zobaczenia następ­nym razem.

Dodaj komentarz

Forum jest dla ludzi kulturalnych. Nie obrażaj innych, bądź grzeczny.

Kod antyspamowy
Odśwież

Reklama