Dziś piąty kwietnia – pamiętna data, nasz pierwszy wysokogórski Rajd Znienacka. Busik już czeka, wszystko zapięte na ostatni guzik i tylko pogoda na ostatni moment jakby się zapomniała, bo prognozy straszą załamaniem i nawrotem zimy. My mamy jednak wszystko przygotowane i nie zamierzamy się wycofać. Zbieramy się pod Urzędem Miasta, gdzie powoli zimna noc ustępuje promieniom budzącego się dnia i mamy nadzieję, że nie będzie tak źle. Jesteśmy w końcu nastawieni na zimowy szturm, wiemy, że na górze będzie śnieg, wiemy, że będzie wiało, wiemy, że może popadać, ale jesteśmy na to wszystko gotowi, góry piękne są nie tylko latem, a my ich zimą dawno nie widzieliśmy, więc chcemy je zobaczyć w śniegu.
Zbieramy się na parkingu, parę minut przed szóstą podjeżdża zamówiony busik, sprawdzamy, czy wszyscy są i wsiadamy. Część ekipy dosiądzie się przy stacji PKP, ruszamy więc by ich zabrać. Pod dworcem jest już jasno i choć słońca nie widać, to niebo sprawia wrażenie dość przyjaznego, spomiędzy białych chmur gdzieniegdzie prześwituje zachęcający błękit i nie jest tak zimno, jak można się było spodziewać. Żeby nie było jednak za dobrze, okazuje się, że zapomnieliśmy o dwóch górołazach, którzy meldowali się pod Urzędem Miasta. Wracamy więc po nich, a nasz kierowca znienacka zmienia plan i zamiast na Strzelce, skręca na Żędowice – pojedziemy inaczej, zamiast oklepanej trasy zwiedzimy dziś nowe miejsca, takie jak Kielcza, Wielowieś, Toszek, Boguszyce, Niewiesze.